Recenzja filmu Rekonstrukcja (2003)
Christoffer Boe

W poszukiwaniu samego siebie

Sam reżyser, Christoffer Boe, mówił o filmie: "Istnieją rzeczy, które możesz zrobić tylko raz. Dostajesz tylko jedną szansę i jeśli ją zaprzepaścisz, no cóż, to ją zaprzepaścisz. Debiutancki film ...
Filmweb sp. z o.o.
Sam reżyser, Christoffer Boe, mówił o filmie: "Istnieją rzeczy, które możesz zrobić tylko raz. Dostajesz tylko jedną szansę i jeśli ją zaprzepaścisz, no cóż, to ją zaprzepaścisz. Debiutancki film jest jedną z takich rzeczy. Możesz go zrobić tylko raz (…). Kocham kino, Kopenhagę, Freda Astaire’a, kobietę, mężczyznę, dużo papierosów i popieprzoną narrację…". Biorąc pod uwagę powyższe rozumowanie debiutujący duński reżyser skonstruował niezwykle precyzyjną i przemyślaną kompozycję, fabułę dopracowaną w najdrobniejszych szczegółach (pracował nad nią ponad półtora roku). Czy zrobił to dla sławy i pieniędzy? Zdecydowanie nie. Bardziej prawdopodobne jest wyniesione jeszcze ze szkoły filmowej uwielbienie dla filmowej narracji i możności rejestracji ulotności czasu i niepowtarzalności międzyludzkich relacji. Opanowanie warsztatu pozwoliło na swobodną manipulację czasem i przestrzenią, co stanowi oś debiutanckiego dzieła Christoffera Boe.
 

"Rekonstrukcja" jest z zamierzenia banalną opowieścią o miłości dwojga ludzi. To historia młodego mężczyzny, imieniem Alex, który wpada w pułapkę zastawioną przez piękną kobietę, Aimee. Wszystko to w kinie już było. Jednak Boe korzystając z wytartych klisz i schematów, tworzy stylowy, złożony i wymagający dramat podejmujący temat miłości i poszukiwania własnej tożsamości. Całość ubiera w niekonwencjonalne szaty. Mamy tu trochę ze starych czarno-białych filmów, trochę z Hitchcocka… Trudno określić, czym jest ta gatunkowa hybryda. Wbrew opiniom krytyków, którzy doszukują się w tym filmie korzeni surrealizmu, zaryzykuję stwierdzenie, iż jest to nietypowy, postmodernistyczny film neo noir, w którym konwencjonalna historia przybiera nieoczekiwanie nieklasyczną formę. Debiutancki film młodego Duńczyka jest znakiem firmowym początkującego reżysera, który mówi wyraźnie: "To mój film!". Na każdym kroku dając do zrozumienia, że to on stoi ponad dziełem, stanowczo manifestuje swoją obecność.
 

Christoffer Boe zainspirowany fotografią postanowił ożywić ją i nadać jej "życiowy" charakter. Zgodnie z tezą Rolanda Barthesa, fotografia jest bez przeszłości, nie ma w niej żadnego ruchu "ku", podczas gdy kino jest w ruchu i stąd nie ma w nim melancholii, jest po prostu "normalne" jak życie.  Boe bawiąc się narracją miesza przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Dla niego czas i przestrzeń nie istnieją, albo przynajmniej stwarza wrażenie zawieszenia w próżni. Konstrukt fabularny, najbardziej zbliżony do logiki marzenia sennego, podobna odczytywać jedynie poprzez pryzmat oniryczności. Reżyser osiąga cel, konstruując świat przedstawiony, przy pomocy środków stylistycznych takich jak: zdjęcia poklatkowe, ruch przyspieszony i ekspansję, zatrzymanie i rozedrganie obrazu, czy też podwójna, a czasem i potrójna ekspozycja. Efektem czego, widz otrzymuje "nieobrobiony" materiał, który przypomina sen. Wszystko jest uzasadnione, mamy bowiem do czynienia z rekonstrukcją, czyli odtworzeniem pewnej sytuacji na podstawie fragmentarycznych informacji, danych podczas diegezy filmu.
 

Film zamyka się w z góry określoną ramę. Początek i koniec dyktują słowa narratora, będące swoistą parabazą – bezpośrednim zwrotem do widza: "To tylko film, konstrukcja. Ale i tak boli". Tym zabiegiem autor obniża iluzję kina, tylko po to by zaprosić "przeciętnego" człowieka do aktywnego uczestnictwa w spektaklu. Pojawia się magik, tajemnicza postać panująca w nieodgadniony sposób nad papierosem. Antycypuje on nieograniczoną zdolność manipulacji losami bohaterów, których życia ulotne są jak dym nikotynowy. Warto przypomnieć, iż mamy przed sobą historię romansu. To z kolei wskazuje nie tyle na ulotność uczuć, ile na ich destrukcyjną siłę. Miłość wypala kochanków od wewnątrz, nakazując im błąkać się bez celu. Młody mężczyzna odurzony miłosnym zauroczeniem próbuje logicznie ułożyć swoje doświadczenia, zbudować własną tożsamość w oparciu o wspomnienia. W labiryncie mrocznego miasta plączą się losy czworga ludzi: małżeństwa, Augusta i Aimee, oraz pary Alexa i Simone. Teatralizacja spektaklu przejawia się w przedstawieniu postaci poprzez przedmioty ich opisujące. Czwórka bohaterów, a tak naprawdę ludzki trójkąt, oszołomionych siłą uczucia. Aimee i Simone gra ta sama aktorka (Maria Bonnevie), Alex i August kochają tą samą kobietę. Ich sposób podejścia do miłości jest jednak wielce odmienny.
 

Tworzona przez nich miłość zyskuje wymiar artystycznej iluzji (zupełnie jak debiut Christoffera Boe). August, starszy, bardziej refleksyjny, pisarz z zawodu, czy z zamiłowania, tworzy powieść – coś zmyślonego, przelewając niezdolność działania i brak zdecydowania na papier. Alex, młodszy, impulsywny, jest fotografem, który tworzy obrazy, chwyta chwile. Wkrótce pojawia się czynnik zmian – kobieta, która burzy wszystko, jednocześnie nadając tempa całej akcji. Swoim pojawieniem się, wprowadza do męskiego świata śmiech, element emocjonalny. Cisza wypełniająca dotychczas puste, przestronne pomieszczenia, grzmi teraz i pęka od nawału uczuć. Główny nacisk położony został na wymianę spojrzeń pomiędzy bohaterami. Niespieszna narracja, przypominająca klimat staroświeckich filmów retro, przepełniona papierosowym dymem, zbudowana jest na werbalnych antynomiach. Zupełnie jak miłość, która graniczy z zazdrością i brakiem zrozumienia. Przeciwieństwem miłości nie jest bowiem nienawiść, ale obojętność. Ta groźba przyjmuje w filmie postać frustracji i lęków Alexa. Z drugiej strony świat zakochanych wyraźnie odbiega od "realnego", rządzi się własnymi prawami i jest z zewnątrz niezrozumiały. Toteż język tego świata i jego logika są nacechowane jeśli nie irracjonalnością, to przynajmniej swoistą odmiennością.
 

Uwaga widza jest sterowana w czasie diegezy filmu, zgodnie z zamierzeniem autora, który wciela się w postać magika i każe obserwować uważnie ruch swoich dłoni. Spotkania kochanków w filmie Christoffera Boe lapidarnie sprowadzić można do wymiany spojrzeń i wypalania kolejnych papierosów. Półmrok wnętrz i nagminnie wykorzystywanie rozmytego obrazu, służy kreacji wspomnianego wyżej klimatu oniryczności, a poza tym nadaje poszczególnym sekwencjom wymowny i stylowy wymiar. Na poziomie diegetycznym Alex i Aimee spotykają się, rozchodzą. A zastosowanie inwersji służy znalezieniu odpowiedzi na pytanie: Kim właściwie jestem? Kryzys tożsamości to poważny, ale zwyczajny etap w życiu każdego człowieka. Wbrew pozorom lekarstwem na odnalezienie siebie i określenie własnego "ja" jest uczucie do innej osoby. Sposobem tego może być również realizacja własnego filmu, seria własnoręcznie zrobionych zdjęć, czy napisanie książki zawierającej autobiograficzne elementy. Problem tkwi w świadomości, iż jest to tylko tworzenie iluzji, ale czy nie o to właśnie chodzi?
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 76% uznało tę recenzję za pomocną (25 głosów).

przeczytaj również recenzje użytkowników (4)