Recenzja filmu Bezdroża (2004)
Alexander Payne

W winie i kinie prawda

Jeżeli myślicie, że amerykańskie kino to tylko gigantyczne superprodukcje z tzw. gwiazdami na gigantycznych listach płac, jeżeli uważacie, że Francja jest królestwem wina i w końcu, jeśli ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Bezdroża (2004)
Jeżeli myślicie, że amerykańskie kino to tylko gigantyczne superprodukcje z tzw. gwiazdami na gigantycznych listach płac, jeżeli uważacie, że Francja jest królestwem wina i w końcu, jeśli sądzicie, że w ciągu tygodnia nie można zmienić swojego życia - ten film nie jest dla was.

Duet Payne - Taylor pokazuje Amerykę, której nie znamy. Nie ma w niej tanich barów z gangsterami w białych getrach, nie ma młodych yuppies, gotowych wyssać każdy grosz z naszych portfeli, nie ma również naiwnych emigrantów, widzących w Ameryce krainę wiecznej szczęśliwości, w której byle czyściciel butów może stać się właścicielem największego biurowca przy Road Avenue. Ameryka Alexandra Payne'a i Jima Taylora bardziej przypomina Stary Kontynent. Malownicze obrazki wzięte wprost spod pędzla Edouarda Maneta, miłość do wina i dwójka wyjątkowo nie amerykańskich bohaterów (szczególnie Miles) sprawiają, że jest to jeden z najbardziej europejskich filmów zrealizowanych w Ameryce. Zdaje się, że taki obraz Stanów Zjednoczonych w tamtejszym kinie niezależnym nie jest przypadkowy. Spójrzmy na ostatnie najbardziej znane i doceniane filmy z tego nurtu - albo nie mówią o Ameryce zupełnie nic (''Między słowami'' Sofii Coppoli), albo też spoglądają na swój kraj okiem bardzo krytycznym (''Słoń'' Van Santa). Amerykańscy twórcy kina niezależnego (specjalnie nie używam sformułowania 'młodzi twórcy') - zupełnie odwrotnie jak polscy, dystansują się od problemów własnego kraju, opowiadają o sprawach uniwersalnych językiem niekoniecznie bliskim amerykańskiej tradycji literackiej czy filmowej. Otwarcie i dostrzeżenie, że na Ameryce nie kończy się świat (Coppola opiewa Japonię, u Payne'a widać fascynację Francją i krajami z południa Europy) to nowy i jak widać nie jednorazowy element kina amerykańskiego początku XXI wieku. Mam nadzieję, że podobnym tropem podążą w najbliższej przyszłości również wielkie wytwórnie filmowe.

Bohaterem ''Bezdroży'' jest wino, będące tutaj (to nic odkrywczego) symbolem życia. Widzimy uprawy winorośli, słuchamy wykładów Milesa o tym, jak wino powstaje, dowiadujemy się wreszcie jak rozpoznać stare (tj. dobre) wino. W takim właśnie entourage'u kontynuują swoją przedziwną podróż Miles i Jack. Każdy z bohaterów reprezentuje jednak odmienną filozofię życiową. Miles to czysty paradoks - miłość do wina w żaden sposób nie przekłada się na miłość do życia, wręcz przeciwnie - im więcej wina, tym większa nienawiść do własnej egzystencji. Odrzucenie przez ukochaną kobietę i nieudane małżeństwo, dodatkowo nieciekawa praca (jest nauczycielem) oraz nieudolność w realizowaniu własnych marzeń (nikt mu nie chce wydać książki) budują obraz pesymisty i samotnika. Jack wbrew pozorom jest do Milesa bardzo podobny - wprawdzie nieudane małżeństwo dopiero przed nim, ale życiową niezaradnością na pewno dorównuje koledze. Różni ich sposób patrzenia na świat - Jack to optymista, który korzysta z życia do granic jego możliwości. Nie dba o konwenanse, ani zasady, wie, że życie wcale nie jest jak wino - im starsze tym wcale nie lepsze. Zarówno Miles, jak i Jack znajdują się przed poważnymi życiowymi wyborami - jeden musi wreszcie zapomnieć o byłej żonie, drugi zaś pełen niepewności i wątpliwości już wkrótce zagra najważniejszą rolę swojego życia - męża ponętnej Christine. I jak zwykle w takich sytuacjach wybawieniem okazują się być kobiety. Maya i Stephanie, niczym dwie dantejskie Beatrycze przeprowadzają bohaterów przez strumień lęków i kompleksów. Maya, co sugeruje zakończenie już na stałe pozostanie w życiu Milesa, Stephanie zaś okaże się jedynie potwierdzeniem niestałości i infantylności Jacka.

Payne po raz kolejny (po ''Schmicie'') korzysta z formuły kina drogi. Przeżywająca swój rozkwit w latach 60. i 70. (''Easy Rider'', ''Strach na wróble'', także obecnie - ''Dzienniki motocyklowe'') w najciekawszy chyba sposób przedstawiała dynamiczny charakter głównego bohatera, poprzez nabieranie przez niego coraz to nowych doświadczeń ukazywała jego metamorfozę. Payne niestety nie wychodzi po za wymyślony przed ponad trzydziestoma laty schemat, nie proponuje w materii kina drogi nic odkrywczego. A nie wierzę, że nic nowego nie można w tym gatunku powiedzieć (przed piętnastoma laty twierdzono, że western jest gatunkiem hermetycznym, w którym powiedziano już wszystko, Eastwood ze swoim ''Bez przebaczenia'' udowodnił, że tak nie jest). Szkoda, bo zarówno dialogi, jak i gra aktorska (o tym za chwilę) są bardzo dobre, nie wystarczają jednak, aby uwypuklić oryginalność narzuconego przez Payne'a schematu.

Dlatego właśnie warto bliżej przyjrzeć się kreacjom aktorskim, bo to one (podobnie zresztą jak w poprzednim filmie Payne’a) stanowią o wyjątkowości tego obrazu. Reżyser udowodnił, że ma doskonałą rękę przy wyborze aktorów, a następnie przy prowadzeniu ich. Tym razem zrezygnował z zaangażowania znanych aktorów, na ekranie oglądamy twarze zupełnie nieznajome, bądź też widziane kiedyś w jakimś epizodzie lub serialu telewizyjnym. Filmografia Paula Giamattiego może imponować (''Przejrzeć Harry'ego'', ''Szeregowiec Ryan'', ''Człowiek z księżyca'', „Truman Show”), jednak aktor zaliczył w tych obrazach jedynie nieznaczne epizody. W ''Bezdrożach'' znakomicie wykorzystuje swoją vis comicę, jest neurotyczny (może to zasługa Woody'ego Allena, w którego filmach pojawiał się dwukrotnie) i umiejętnie balansuje między komizmem a tragizmem postaci Milesa. Thomas Haden Church gra właściwie samego siebie - niespełniony aktor znany przede wszystkim ze starego sitcomu (przez siedem lat grał Lowella w ''Skrzydłach''). Tu tworzy rolę życia - scena płaczu jest prawdziwym majstersztykiem i Haden Church - jeden z dwojga aktorów ''Bezdroży'' nominowanych do Oscara, bardziej zasługuje na tę nagrodę a niżeli drewniany Clive Owen z ''Bliżej''. Drugą osobą, która zdobyła nominację jest Virginia Madsen za rolę Mai - subtelnej i doświadczonej życiowo kelnerki. Pamiętam Madsen z interesującego epizodu z ''Zaklinacza koni'' Francisa Forda Coppoli - miała tam w kilka minut zmienić się z poważnej urzędniczki w chorą i nie panującą nad sobą alkoholiczkę. Jako Maya gra podobnie - nie odkrywa od razu swojej postaci, jest tajemnicza, przez to intrygująca. Zupełnym zaprzeczeniem Mai jest Stephanie - pierwsza poważna rola Sandry Oh. Dynamiczność, nieokiełznanie i seksapil to największe zalety tej aktorki. Warto jeszcze podkreślić znakomity epizod Marylouise Burke - jako Phyllis, matki Milesa. Sceny w jej domu są zresztą najlepszymi scenami w całym filmie, a rola (rólka) doświadczonej aktorki na pewno zasługuje na wyróżnienie.

''Bezdroża'' gwarantują dobrą zabawę, ale nie pozbawioną poważnej refleksji. Warto zastanowić się nad życiem i jego kruchością. Warto odnaleźć w sobie szaleństwo. Warto zaryzykować. Będę później żałował? Wolę żałować to, co zrobiłem, niż to czego zrobić nie zdążyłem.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 76% uznało tę recenzję za pomocną (17 głosów).

przeczytaj również recenzje użytkowników (1)