Recenzja filmu Wszystko, co kocham (2009)
Jacek Borcuch

WCK - wersja alternatywna

Po ostatnich polskich "perełkach" takich jak "Rewers" czy "Dom zły" zaczęłam wierzyć, że w Polsce są jeszcze ludzie piszący dobre scenariusze. Moja radość niestety szybko ustąpiła miejsca złości ...
Filmweb sp. z o.o.
Po ostatnich polskich "perełkach" takich jak "Rewers" czy "Dom zły" zaczęłam wierzyć, że w Polsce są jeszcze ludzie piszący dobre scenariusze. Moja radość niestety szybko ustąpiła miejsca złości i wielkiemu rozgoryczeniu. No, bo rzeczywiście, czy możliwym jest - dysponując świetnymi aktorami, doskonałą muzyką, genialnymi zdjęciami, czyli prawie wszystkim, czego potrzebuje reżyser, aby stworzyć dobre dzieło, zrobić po prostu kiepski film? Można. Jackowi Borcuchowi ta sztuka udała się niestety wyśmienicie. Nie chcę zakładać, że Borcuch jest złym fachowcem - bo tak nie jest, ale do całości zabrakło mu jednego, niezwykle ważnego elementu - dobrego scenariusza. O tym, że Polska cierpi na deficyt scenarzystów mówi się od wielu lat, ale dziś dostaliśmy do ręki dowód, że sytuacja naprawdę nie jest wesoła.

Film w zamierzeniu miał być wiernym, pozbawionym patosu i sztampowości odzwierciedleniem dorastania młodych ludzi w dobie PRL-u. Bez polityki, bez stereotypów, bez goździków i rajstop z okazji dnia kobiet. Zamysł iście wspaniały, szkoda tylko że Borcuch wdepnął i do końca filmu ugrzęzł w szablonie, którego chciał uniknąć. Było wszystko - zakazana miłość, Jaruzelski w TV, czołgi na ulicach, koncert jako manifestacja buntu, czyli gama stereotypów, które na pamięć zna nawet pokolenie niedoświadczone komunizmem. Haniebna multiplikacja wątków, pociągniętych tak płytko i pobieżnie, że widz mógł momentami myśleć o zamierzonym przerysowaniu oraz zbagatelizowaniu całej historii. A przecież to normalna, ludzka, trudna, młodzieńcza przygoda, która nie zasługuje na takie fabularne uszczerbki. Śmiało można zaryzykować stwierdzenie, że film przed upadkiem uratowali aktorzy. Niesamowicie wiarygodni i prawdziwi: Mateusz Kościukiewicz (Janek) i Jakub Gierszał (Kazik) są niekwestionowanymi odkryciami Jacka Borcucha. Miło doświadczyć takiego zaskoczenia zwłaszcza, że aktorskie debiuty na naszym ekranie nie zawsze bywają na równie wysokim poziomie. Główny bohater - Janek poprowadzony jest niekiedy w sposób zbytnio przerysowany (to zarzut skierowany bardziej w stronę reżysera niźli aktora), ale nie można odmówić mu genialnej autentyczności, która tak naprawdę staje się główną zaletą tego filmu.

Kościukiewicz skonstruował swoją postać w sposób bardzo wyrafinowany, subtelny i stonowany. Jego bohater ma już pewien bagaż doświadczeń, widać, że powoli wkracza w dorosłość i z wielu rzeczy zdaje sobie sprawę. Nie jest buntownikiem bez względu na wszystko. W nim ten sprzeciw kiełkuje i kształtuje się dopiero na przestrzeni filmu. I do ostatnich minut projekcji nie jest to bunt zdecydowany, bez znaku zapytania i wątpliwości. W sposób bardziej zdeterminowany zbuntuje się najlepszy przyjaciel Janka - Kazik, który pomimo bycia postacią drugoplanową, zapada głęboko w pamięć i tworzy z głównym bohaterem świetnie zgrany, męski duet. Niestety w podobnych superlatywach nie można opisać kreacji Olgi Frycz (filmowej ukochanej Janka - Basi), która prezentuje wybitną sztywność i żenujący brak wyrazu (może dlatego tak mało jej w filmie?). Gdyby nie scena seksu z głównym bohaterem można by pomyśleć, że na ekranie mieliśmy do czynienia z figurą woskową, a nie prawdziwym człowiekiem. Młodzi aktorzy jednak (z drobnymi wyjątkami) bardzo dobrze poradzili sobie z interpretacją scenariusza, który nastręczał trudności nawet takiemu filmowemu weteranowi, jak Andrzej Chyra.

Jak zatem mimo tylu niedociągnięć wytłumaczyć ogromną popularność tego obrazu? Odpowiedź powinna brzmieć następująco: cierpimy na chroniczną tęsknotę za młodością. Jacek Borcuch potrafił to zjawisko nie tylko zaobserwować, ale również doskonale zdiagnozować. Idealnie wstrzelił się w bardzo wąską lukę tematyczną, którą - mimo tak obszernie poruszanej problematyki, zdołało wykształcić współczesne kino. Powiedzmy sobie szczerze, ile filmów w ostatnim czasie porusza w podobny sposób kwestie młodości, szaleństwa, buntu i miłości? I ile z takich obrazów potrafi ukazać wspomniane wartości, rezygnując z mocno już oklepanych patologicznych, nasyconych przemocą i gwałtem historii lub wręcz przeciwnie - cukierkowego różu rodem z amerykańskiego collage'u? Oto cały sekret sukcesu najnowszego filmu Jacka Borcucha. Mimo wszystkich (rażących) niedociągnięć i potknięć scenariuszowych, zbyt płytko osadzonej fabuły i wielu innych mankamentów, obraz ten w świadomości widza potrafi się obronić, nie ulatuje zaraz po wyjściu z kinowej sali. Dlaczego? Dzięki tematyce. Przecież każdy z nas chciałby być wiecznie młody. Atmosferę tej ulotnej i narkotycznej beztroski perfekcyjnie oddają w filmie: obraz i dźwięk. Pod względem estetycznym film mnie oczarował. Dzięki niezwykle klimatycznym, cudownie sensualnym zdjęciom Michała Englerta czułam w ustach charakterystyczny, pierwszy, słodkawocierpki posmak taniego wina i czerwonych marlboro, którym niepowtarzalnego znaczenia nadawała owa pastelowa (jak genialnie w filmie zauważona i odmalowana!) rzeczywistość okresu dorastania... Ciekawe, jak wyglądałaby podobna historia przeniesiona na grunt dzisiejszy. Czy naprawdę aż tak różnimy się od Janka, Baśki i chłopaków z WCK? Palimy inne fajki, pijemy inne wino, w większości słuchamy zupełnie innej muzyki (a szkoda!), ale każdy z nas przeżył ten szalony i jedyny w swoim rodzaju czas, kiedy wszystko dzieje się po raz pierwszy w życiu. Biorąc pod uwagę szum, jaki pojawił się wokół filmu Borcucha, można stwierdzić, że potrzebujemy mówić o młodości i chcemy ją wspominać. W takim wypadku nie pozostaje nam chyba nic innego, jak stworzyć naszą osobistą, współczesną, wersję alternatywną "WCK".
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 58% uznało tę recenzję za pomocną (43 głosy).
luthien_page
ocenia ten film na:
1 10 4/10 ujdzie

przeczytaj również recenzje użytkowników (3)