Recenzja filmu Pan Tadeusz (1999)
Andrzej Wajda

Wajda jak wino? Raczej nie

"Pan Tadeusz" - nasza epopeja narodowa w wersji Andrzeja Wajdy, na której ekranizację wydano 12,5 miliona złotych. To dużo więcej niż pieniądze przeznaczone na produkcję chociażby "Mojego ...
Filmweb sp. z o.o.
"Pan Tadeusz" - nasza epopeja narodowa w wersji Andrzeja Wajdy, na której ekranizację wydano 12,5 miliona złotych. To dużo więcej niż pieniądze przeznaczone na produkcję chociażby "Mojego Nikifora" Krzysztofa Krauzego, który zgarnął niemal wszystko na ostatnim festiwalu filmowym w Karlovych Varach. "Pan Tadeusz" nie został nagrodzony nawet w Polsce, nie mówiąc już o kompletnym blamażu tego filmu w Oscarowym wyścigu o nominację dla najlepszego obrazu zagranicznego (swoją drogą, kto wysyła do Hollywood film, który zrozumieją tylko Polacy - i to też nie wszyscy!). Mimo tego film się jednak zwrócił. Kina masowo wypełniły szkoły, zakłady pracy, ale również pojedynczy widzowie, którzy uznali, że warto byłoby zobaczyć największą polską produkcję ostatnich lat. I ja to uczyniłem...

Film rozpoczyna scena w Paryżu, w której, grany przez Krzysztofa Kolbergera, Adam Mickiewicz, czyta zebranym swe dzieło. Po chwili przenosimy się jednak do Soplicowa, w którym to rozgrywa się cała akcja. Zabieg nie dość, że niepotrzebny, to trochę kiczowaty - wszyscy w końcu wiedzą, kim był Mickiewicz i jakie były jego losy przed i po napisaniu "Pana Tadeusza" (a jeśli ktoś nie wie, to jest widocznie na tyle mało inteligentny, że i tak nie zrozumiałby filmowej aluzji). W książce podobało mi się przede wszystkim to, że nasza ojczyzna nareszcie pokazana została jako piękny kraj - naszą wizytówką nie są w niej złodzieje, głupota ludzi czy bieda, ale wspaniałe krajobrazy, patrioci i piękne narodowe obyczaje. I nawet jeśli opisy te są czasem trochę przesadzone, to nie powinniśmy mieć o to do wieszcza pretensji - w końcu inne narody robią to od zawsze i dobrze na tym wychodzą... Wajda tego, na szczęście, nie zmienił. Już w pierwszej scenie rozgrywającej się w Soplicowie rzuca się nam w oczy wspaniały pejzaż polskiej wsi - i tak jest już do końca. Co prawda zamiast jednego bajorka oglądanego z różnych perspektyw kamery wolałbym zobaczyć pełnię naszych krajobrazów, ale nie można mieć wszystkiego - przy pierwszym oglądaniu zresztą na te niedoskonałości nie zwraca się uwagi.

Pochwalić należy w tym miejscu bardzo dobre zdjęcia Pawła Edelmana, przed którym stało niezwykle trudne zadanie zastąpienia rozbudowanych opisów przyrody z powieści obrazem. Udało mu się to rewelacyjnie. Przyczyniła się do tego zresztą także muzyka Wojciecha Kilara. Kompozytor ten ma swój charakterystyczny styl, na którym poznali się już m.in. tak wybitni reżyserzy jak Francis Ford Coppola, Peter Weir, Roman Polański czy Jane Campion. Pasuje on jednak przede wszystkim do filmów typu "Drakula" albo "Dziewiąte wrota" - dramatów z siłami nieczystymi i ciemnością w roli głównej. Można było mieć obawy, czy uda mu się wpasować w konwencję "Pana Tadeusza". Stworzył on jednak muzykę lekką, powiedziałbym nawet, że zwiewną, dzięki której możemy wręcz zanurzyć się w Mickiewiczowskim trzynastozgłoskowcu i poczuć powiew soplicowskiej wiosny na twarzy. Kilar wspaniale zadyrygował też, kończącym film, polonezem, który wykonała Wielka Orkiestra Symfoniczna Polskiego Radia. Polonez ten wręcz porywa, chce się nam wstać z fotela i tańczyć razem z biesiadnikami.

Niestety, samym operatorem i kompozytorem film się nie obroni. Muszę się w pełni zgodzić z panią Małgorzatą Musierowicz, która swego czasu na łamach "Tygodnika Powszechnego" napisała: "Andrzej Wajda wszystkie główne role męskie powinien był powierzyć Danielowi Olbrychskiemu, rozmaicie go charakteryzując". Olbrychski właśnie, jako Gerwazy, zagrał jedną z najlepszych ról swojego życia. Moim zdaniem nawet lepszą niż w "Potopie". Czytając lekturę, dokładnie tak wyobrażamy sobie jego postać. Oddany swojemu panu sługa, który poprzysiągł sobie, że nie spocznie, póki nie zemści się za jego śmierć. Nieco zgorzkniały, nieokazujący uczuć bez powodu, jednak kochający ród Choreszków i samo Soplicowo. Jedną z najbardziej przejmujących scen w całym filmie jest spowiedź księdza Robaka, granego przez Bogusława Lindę. Jednak to nie Linda zwraca w niej szczególną uwagę, ale właśnie Olbrychski. Metamorfoza, jaka dokonuje się w nim w przeciągu tych kilku minut, oczy, które zmieniają swój wyraz... - mistrzostwo, za które należą się aktorowi ogromne brawa. Na wysokości zadania stanęła też Grażyna Szapołowska, choć czasami jej kwestie wypowiadane były niczym w katarynce: szybko i niezrozumiale. O ile Andrzej Seweryn, któremu chyba trochę woda sodowa uderzyła do głowy i jego kolejne role w Polsce są coraz słabsze, jako tako spisał się w roli Sędziego, o tyle nie można powiedzieć tego samego o młodych aktorach. Gdy na ekranie pojawia się Alicja Bachleda-Curuś jako Zosia, to zdecydowanie najodpowiedniejszy moment na pójście do łazienki. Nad sedesem na pewno pomyśleć można o jej urodzie, jednak na pewno nie grze aktorskiej. Jest jeszcze mniej "jakaś" niż Zosia z książki - a każdy, kto przeczytał "Pana Tadeusza", potwierdzi, że łatwo to przyjść nie mogło... Rola niewielka, po prostu "uśmiechana", a mimo to nasza góralska piękność nie sprawdziła się w niej. Nawet rozrzucanie paszy dla ptactwa wygląda w jej wykonaniu sztucznie! Dodając do tego wszystkiego fakt, że słowiańskiej urody zdecydowanie nie posiada (cóż z tego, że włosy dało się ufarbować, skoro oczy i brwi pozostały ciemne), kompletnie nie rozumiem decyzji reżysera. Mam nawet wrażenie, że obsadzenie w tej roli Britney Spears dałoby podobny efekt, a kina na pewno pękałyby w szwach. Rolę tytułową (choć, moim zdaniem, wcale nie główną) zagrał, rozchwytywany w tamtym okresie, Michał Żebrowski - wtedy prawie 30-letni. To o 12 lat więcej niż grany przez niego bohater; trochę za dużo, nawet biorąc pod uwagę obecne możliwości kina. Ten fakt stawiał go od razu na nieco przegranej pozycji, a trzeba zauważyć, że niezbyt udało mu się przerwać pierwsze złe wrażenie w trakcie trwania filmu. Marek Kondrat grający Hrabiego pokazał nam nowego siebie - zagubionego w życiu, romantycznego artystę. Starał się bardzo i nawet mu to wyszło, choć predyspozycji zarówno fizycznych jak i głosowych do tej roli raczej nie posiada. Niemniej jednak, nie można mu nic zarzucić. Jeśli zaś chodzi o rolę główną - Jacka Soplicę alias ksiądz Robak - zobaczyliśmy w niej Bogusława Lindę, czyli znanego wszystkim Franza Maurera z "Psów", porucznika Arka z "Krolla" i ochroniarza Leona z "Sary". I właśnie za dużo w nim tych postaci. Od samego początku wiemy, aż za dobrze, że ksiądz Robak nie jest księdzem Robakiem, ale poszukiwanym przez Gerwazego mordercą, Jackiem Soplicą. Dla tych, którzy nie przeczytali książki, elementu zaskoczenia (który, jakby nie było, przy czytaniu występuje) przy sławetnej spowiedzi, nie ma. Linda zdecydowanie za mocno skupia się na pokazaniu, że w środku więcej w nim hulaki niż duchownego - a gdzie uczucia do syna, Tadeusza? Gdzie zatroskane spojrzenia, chęć rozmów i przebywania z pierworodnym, którego nie widziało się od tylu lat? Nie ma - tak samo zresztą jak metamorfozy postaci. Nawet przy, wspominanej już przeze mnie kilkakrotnie, spowiedzi, Linda wciąż gra tak samo.

Jak już można się domyślić, na pewno nie pochwaliłbym Andrzeja Wajdy za obsadę. Mamy w Polsce tylu dobrych, niedocenianych aktorów, których zobaczyć można niemal wyłącznie w Teatrze Telewizji. A nasz mistrz zatrudnił w większości starych, zmanierowanych hegemonów polskiego kina. Możemy ich zobaczyć w co drugiej produkcji i połowie seriali - nawet Rysio z "Klanu" i doktor Mejer z Leśnej Góry się załapali...

Naszemu eksportowemu reżyserowi brawa należą się jednak już za samo podjęcie się tak trudnego zadania jak ekranizacja "Pana Tadeusza". Zabierało się do niego wielu twórców, udało się skończyć dopiero Wajdzie. Pytanie: czy udało mu się zrobić dobry film. Opinii o nim jest tak wiele jak osób, które go obejrzały - moja najlepsza nie jest. Wajda nie jest, niestety, jak wino - uważam, że kolejne jego filmy wypadają coraz słabiej. Pomijając fakt niechęci do ekranizacji lektur szkolnych, uważam, że Wajda zrobił ten film, by można go było puszczać w telewizji podczas świąt narodowych i położyć sobie na półce, zachowując jako pamiątkę dla potomnych. Półka ta jednak nie jest najwyższa - o wiele wyżej stoi chociażby sama epopeja, a także inne filmy Wajdy, jak "Człowiek z żelaza" i "Człowiek z marmuru". To są dopiero patriotyczne dzieła! A ekranizacja "Pana Tadeusza"...? Nasze dzieci będą ją oglądać po to, by nie poświęcać cennego czasu na czytanie lektury, a nie po to, by obejrzeć, jak Polacy walczyli o niepodległość, swoje prawa i godność. W filmie widzimy "ładną Polskę", z której możemy być dumni - ale to za mało. Ksiądz Robak to nie Maciej Birkut, a Telimena do pięt nie dorasta przecież Agnieszce. I choć to porównanie może się niektórym wydawać bezcelowe, bowiem filmy opowiadają o zupełnie innych czasach, ja dokonuję go po to, by podkreślić, że wolę Wajdę, który nakręcił wspomniane przeze mnie filmy, a także "Kanał" i "Korczaka". One też opowiadają o Polakach - wspaniałych Polakach, którzy tworzą tę "ładną Polskę". Może nie z pięknymi krajobrazami, ale za to z ludźmi, których możemy, a nawet powinniśmy podziwiać. A kto dziś podziwia Tadeusza, Telimenę, Jacka, a tym bardziej Zosię...?
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 44% uznało tę recenzję za pomocną (57 głosów).