Recenzja filmu Piraci z Karaibów: Klątwa Czarnej Perły (2003)
Gore Verbinski

Wesołe jest życie pirata

Kino korsarskie czy, jak kto woli, pirackie, już dawno straciło ze swojego animuszu. Czasy "Karmazynowego pirata" (1952), "Kapitana Blooda" (1935) i innych przeminęły z wiatrem, a próby ich ...
Filmweb sp. z o.o.
Kino korsarskie czy, jak kto woli, pirackie, już dawno straciło ze swojego animuszu. Czasy "Karmazynowego pirata" (1952), "Kapitana Blooda" (1935) i innych przeminęły z wiatrem, a próby ich wskrzeszenia obrazami typu "Wyspa piratów" (1995) Renny'ego Harlina kończyły się niestety fiaskiem finansowym i artystycznym. A przecież pirat to bohater-marzenie dla każdego scenarzysty. Postać bogata, zabawna, ale i ponura, ikona przygody, chodzący katalog filmowych możliwości. Ta prawda prędzej czy później musiała dotrzeć do ludzi utalentowanych. Na przykład do twórców "Shreka", Teda Elliotta i Terry'ego Rossio, którzy napisali scenariusz do "Piratów z Karaibów: Klątwy Czarnej Perły".

Głównym bohaterem filmu jest kapitan Jack Sparrow – pyszałkowaty, lecz w głębi serca poczciwy, charyzmatyczny pirat, który swoim pijackim krokiem i ciętą puentą kradnie dla siebie całą historię. Historię, co warte odnotowania, inspirowaną jedną z atrakcji Disneylandu. Mało obiecujące - tym większa więc radocha, bo o to przed państwem perfekcyjne kino przygodowe, łączące w sobie humor, bajkową atmosferę, świetne kreacje aktorskie i kilkanaście (jeśli nie więcej) innych superlatyw.

Reżyser Gore Verbinski przenosi nas do XVIII wieku na Karaiby, gdzie poznajemy młodego, utalentowanego ucznia kowala, Willa Turnera (Orlando Bloom), który zakochany jest ze wzajemnością w pięknej córce gubernatora Swanna (Jonathan Pryce), Elizabeth (Keira Knightley). Nie pisany jest im jednak związek z racji różnic społecznych – gubernator pragnie powierzyć swoją córkę komodorowi Norringtonowi (Jack Davenport), a nie biednemu parobkowi. Tymczasem na wyspę przybywa kapitan Jack Sparrow (Johnny Depp), wygnany przez załogę ze swojego statku, Czarnej Perły. Bohater jako pirat długo wolności jednak nie zaznaje i zostaje wtrącony do miejscowego lochu. Niedługo zostaje jednak uwolniony przez... Willa, który prosi go w zamian o pomoc w odnalezieniu ukochanej, porwanej przez kapitana Barbossę (Geoffrey Rush). Okazuje się, że w nocy wyspę zaatakował ten dawny znajomy Jacka – to on właśnie wyrzucił Sparrowa za burtę, kradnąc mu w ten sposób Czarną Perłę. Na Barbossę i jego załogę rzucona została klątwa azteckiego skarbu. Pod wpływem księżycowego światła marynarze przemieniają w zgraję kościotrupów. Daje im to co prawda nieśmiertelność, ale odbiera też możliwość odczuwania dotyku czy smaku. Pozbawieni są wszelkich przyjemności życia. By zdjąć to przekleństwo, muszą zebrać cały skarb, który niegdyś skradli, a tak się składa, że jego część posiada Elizabeth.

Produkcję nadzorował sam Jerry Bruckheimer, mistrz "więcej, bardziej, głośniej" przemysłu filmowego. Nie powstał jeszcze taki obraz, który, podpisany jego nazwiskiem, nie stałby się gigantycznym hitem kasowym. Dołożył wszelkich starań, by "Piraci z Karaibów" mieli wszystko, co potrzebne najlepszej produkcji rozrywkowej. Film fabularnie spełnia więc wszystkie cechy solidnego kina przygodowego – widowiskowe pojedynki i bitwy morskie, tajemnicę, odrobinę magii i barwnych bohaterów ze Sparrowem na czele. Od strony wykonania także zarzucić nie można nic: gdy Czarna Perła mierzy się na morzu z tymczasowym środkiem transportu Jacka, widzowi szczęka opada do ziemi i nie wypowie słowa, dopóki widowisko się nie skończy. Takich sekwencji bitewnych w kinie jeszcze nie widzieliśmy. Sama Czarna Perła to widowisko samo w sobie. Wszystkie okręty wykorzystane w filmie to odwzorowane z dbałością o najmniejsze szczegóły autentyczne jednostki sprzed dwóch/trzech wieków. Wyspy, na których rozgrywa się akcja przypominają że za produkcję odpowiadali ludzie z Disneya, bo najmniejsze, perfekcyjne elementy wystroju są przykładem przebogatej wyobraźni. Obserwowanie losów bohaterów, miejsc które odwiedzają, ich strojów, a nawet komicznej małpy pokładowej, przynosi zabawę na przeszło dwie godziny projekcji, podczas której nie ma mowy o spojrzenie na zegarek.

"Piraci z Karaibów" podbijają serce nie tylko światem przedstawionym, ale i wspomnianymi barwnymi bohaterami, których galeria to materiał na kilka filmów. Pierwsze skrzypce gra oczywiście Sparrow w brawurowej kreacji Deppa, ale Geoffrey Rush pozostaje w jego cieniu tylko ze względu na mniejszą ilość scen, w których się pojawia. Jego Barbossa czerpie z najlepszych tradycji przedstawiania piratów. Brakuje mu tylko drewnianej nogi i wygadanej papugi na ramieniu, którą zastąpiła rezolutna małpka. Zimny i nie cofający się przed niczym, srogi pirat, który w każdym innym filmie władałby niepodzielnie Siedmioma Morzami. Od tej dwójki odstają co prawda Bloom, który jeszcze nie zdjął elfiej maski po roli Legolasa we "Władcy pierścieni", oraz Knightley, której pierwszoplanowa rola obnaża jeszcze braki w aktorskim doświadczeniu. Niemniej, z sukcesem udało jej się zerwać z schematem jaki wiąże się z kobiecymi rolami w kinie przygodowym. Nie gra piszczącej dziewoi, którą wszyscy muszą ratować, ale silną i pewną siebie młodą kobietę, która najchętniej zrzuciłaby gorset i chwyciła za szpadę.

Verbinski i Bruckheimer zabierają nas w magiczną podróż pełną świetnej zabawy. Stworzyli perfekcyjnie wyważone kino przygodowe, w którym każdy element dawkowany jest w odpowiednich proporcjach. Jest więc trochę bajki, wciągającej intrygi i inteligentnego humoru, który przemówi tak do dzieci, jak i ich starszych opiekunów. Ja chcę więcej!
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 86% uznało tę recenzję za pomocną (22 głosy).

przeczytaj również recenzje użytkowników (8)

zobacz wszystkie
o