Recenzja filmu Bruce Wszechmogący (2003)
Tom Shadyac

What If God Was One Of Us?

Co byście zrobili, gdybyście pewnego dnia zostali obdarzeni boską mocą? Moglibyście wpływać na losy innych ludzi, spełnić swoje najskrytsze marzenia, w jednej chwili stać się miliarderem, gwiazdą ...
Filmweb sp. z o.o.
Co byście zrobili, gdybyście pewnego dnia zostali obdarzeni boską mocą? Moglibyście wpływać na losy innych ludzi, spełnić swoje najskrytsze marzenia, w jednej chwili stać się miliarderem, gwiazdą filmową, czy też najbardziej wpływową osoba na Ziemi. Taką szanse otrzymuje Bruce Nolan, bohater nowej komedii z udziałem Jima Carreya zatytułowanej "Bruce Wszechmogący".

Tytułowy Bruce jest pracownikiem niewielkiej stacji telewizyjnej w miasteczku Buffalo specjalizującym się w dowcipnych i nie zawsze poważnych reportażach, których tematem jest np. wypiek największego ciastka. Nolan jednak nie czuje się szczęśliwy w swoim zawodzie. Uważa, że stać go najwięcej, a jego marzeniem jest praca na stanowisku prowadzącego lokalne wydanie wiadomości. Niestety, przełożeni Bruce'a upragnioną posadę oferują innemu dziennikarzowi. Załamany Nolan dochodzi do wniosku, że Bóg się na niego uwziął i bez ogródek wygarnia mu co o nim myśli. Ku swojemu zdumieniu Wszechmogący odpowiada na jego wezwanie. Co więcej, podczas spotkania z Bruce'm Bóg decyduje się obdarzyć naszego bohatera boską mocą, aby na własnej skórze mógł się przekonać, co to znaczy pilnować porządku na świecie.

Na "Bruce'a Wszechmogącego" szedłem bez specjalnie wielkich oczekiwań i muszę przyznać, że z kina nie wyszedłem zawiedziony. Komedia jest co prawda przewidywalna, po amerykańsku z przesłaniem ("ludzie za często patrzą w górę zapominając, że sami mają moc"), ale mimo wszystko śmieszna. Autorzy na szczęście nie zrealizowali filmu opowiadającego o superbohaterze, który obdarzony niesamowitą mocą stara się zbawić świat, ale o zwykłym człowieku, któremu boska władza pozwala na realizację wszystkich, nawet najbardziej egoistycznych marzeń. Bruce wykorzystuje więc swój dar powiększając piersi narzeczonej, wywołując nagły podmuch wiatru, który podwija sukienkę przechodzącej obok dziewczyny, czy wreszcie do tego by spełnić swoje największe marzenie - zostać prezenterem. Czyż tak nie zachowałaby się większość z nas?
Mimo, iż "Bruce Wszechmogący" z reguły opiera się na ogranych i sprawdzonych żartach znalazło się w nim kilka błyskotliwych dowcipów, które rozśmieszą nawet największego ponuraka. Scena, w której Bóg pokazuje naszemu bohaterowi jego kartotekę, rozstąpienie się zupy pomidorowej, znalezienie zwłok Jimmy'ego Hoffy, czy odpowiadanie na modlitwy za pomocą maili (www.yahweh.com) to fragmenty, które mnie najbardziej rozbawiły.
W filmie znalazła się też banalna sekwencja, w której Bruce chcąc ośmieszyć swojego konkurenta Evana każe mu się wygłupiać przed kamerą. Nie jest ona może najmądrzejsza, ale z całą pewnością nieodparcie śmieszna.

Szkoda tylko, że scenarzyści nie wysilili się i nie stworzyli ciekawych postaci drugoplanowych. "Bruce Wszechmogący" to film praktycznie jednego aktora - Carreya, a pozostali wykonawcy służą jedynie za tło dla jego komicznych popisów. W rezultacie wielu aktorów nie miało nawet szansy pokazać na co ich stać. Jennifer Aniston, która odtwarza postać narzeczonej Bruce'a, czy Catherine Bell, która wciela się w postać dziennikarki chcącej go uwieść, po prostu są na ekranie. I nic poza tym. Szkoda, bo Jim Carrey mimo, iż jest w tym filmie zabawny, to po pewnym czasie staje się męczący, a jego miny przestają nas śmieszyć, a zaczynają irytować.
Największą gwiazdą filmu jest dla mnie jednak Morgan Freeman, który wcielił się w postać Boga. Moim zdaniem jest on najlepszym odtwórcą Wszechmogącego, jakiego widziałem na ekranie i mam nadzieję, że jeśli Bóg istnieje to wygląda i zachowuje się właśnie jak Freeman. :)
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 64% uznało tę recenzję za pomocną (28 głosów).

przeczytaj również recenzje użytkowników (2)

o