Recenzja filmu Pokuta (2007)
Joe Wright

Widziałam go na własne oczy!

Miłość i wojna to dwa nieśmiertelne elementy, które razem czy osobno, pojawiały się w historii kina niezliczoną ilość razy, a i tak zawsze gwarantowały zainteresowanie widzów. W tym filmie jest i ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Pokuta (2007)
Miłość i wojna to dwa nieśmiertelne elementy, które razem czy osobno, pojawiały się w historii kina niezliczoną ilość razy, a i tak zawsze gwarantowały zainteresowanie widzów. W tym filmie jest i jedno, i drugie. Po dodaniu do tego dramatu rozdzielonych przez los pięknych i młodych  kochanków oraz moralnych zmagań z winą, karą i próbą zadośćuczynienia otrzymujemy gotowy przepis na sukces. Niech jednak nikt nie da się zwieść  ogranym schematom, nad którymi przewraca się oczami i z westchnieniem mruczy pod nosem: ”Ileż można?!”. Film Joe Wrighta, reżysera „Dumy i uprzedzenia”, jest bowiem filmem niezwykłym...
 
Cała historia opowiada o konsekwencjach, jakie mogą wywołać nierozważnie wypowiedziane słowa dziecka z wybujałą wyobraźnią i w jaki sposób mogą na zawsze zmienić życie wielu osób. Mała Briony marzy tylko o tym, by zostać pisarką. Pewnego wieczoru przerywa miłosne zbliżenie swojej starszej siostry i syna gospodyni. Ponieważ nie mogła zrozumieć sensu sytuacji, młodociany pisarski umysł podpowiedział jej jedyne logiczne wytłumaczenie – Cecilia została zaatakowana. Kiedy tego samego wieczoru ich kuzynka pada ofiarą napaści, jedynym słusznym wyjściem jest wskazać domniemanego sprawcę. Złożone przez nią zeznania, choć w dobrej wierze, powodują, że niewinny człowiek trafia do więzienia, rodzina się rozpada, a beztroskie dzieciństwo kończy bezpowrotnie. Mija kilka lat. Briony dojrzewa i sprawy, których wcześniej nie pojmowała, nabierają zupełnie innego sensu. Dodatkowo, trwająca wokół wojna, wszechobecna śmierć i cierpienie, uświadamiają jej, że nie może dłużej czekać z wyjaśnieniem wydarzeń z wiejskiej posiadłości, które pokładły się cieniem na losach całej rodziny.
Czy zdoła odwrócić zły los, który sama sprowokowała? Czy zawierucha wojenna pozwoli na ponowne spotkanie rozdzielonych kochanków, a ich niespełniona miłość znajdzie wreszcie szczęśliwy finał? Czy życie z poczuciem winy to wystarczające zadośćuczynienie za  wyrządzone krzywdy? Tego wszystkiego dowiecie się na końcu. 
 
Nic nie było w stanie zepsuć mi przyjemności oglądania tego filmu. Ani jego długość, dla niektórych zbędna, ani zabieg, który ja nazywam dwutorową w tym wypadku narracją. Pozwalał on zrozumieć pobudki, jakimi kierowała się główna bohaterka, ale nie pozwalał jej rozgrzeszyć – do końca pozostała winowajczynią całego nieszczęścia. Nawet zauważalne różnice w stosunku do powieści McEwan, jak pominięcie wątku ciągłych  migrenowych napadów pani Tallis czy dalszych losów innych członków rodziny, nie skłoniły mnie do obniżenia wystawionej noty. Powiem więcej – ekranizacja podobała mi się bardziej niż książka, choć w myśl ogólnie przyjętej „poprawności politycznej”, nie powinnam tak mówić. Magia kina po raz kolejny jednak okazała się silniejsza.
 
Na uwagę zasługują zwłaszcza malownicze zdjęcia, zarówno sennej posiadłości Tallisów, jak i ogarniętego wojną Londynu i Francji. Zapadająca w  pamięć scena ewakuacji Dunkierki to istny operatorski majstersztyk. Podobnie działała świetna muzyka, zwłaszcza niepokojący motyw stukotu maszyny do pisania, przypominający cały czas o roli, jaką odegrał ten przedmiot w całej tej historii. Udane były też kreacje aktorskie. Sprawdziła się nawet młodziutka Saoirse Ronan, w roli małej Briony. Pochwalić muszę też Keira Knightley (Cecilia), za którą specjalnie nie przepadam. Jej aktorska maniera, która mnie osobiście zwykle irytuje, tu sprawdziła się wyśmienicie - u „panny z dobrego domu”. Najbardziej podobał mi się jednak James McAvoy (Robbie). Dopiero odkrywam tego aktora, ale w "Pokucie” stworzył bardzo wyrazistą postać. W kluczowej scenie w bibliotece, zresztą jednej z najlepszych tego typu, jakie ostatnio widziałam, nie wyobrażam sobie nikogo innego. Nie można zapomnieć oczywiście o Vanessie Redgrave. Pojawia się ona co prawda tylko na moment, ale rozstrzygający, w którym poznajemy finał tej opowieści. 
 
Przewrotne zakończenie jest największą siłą tego filmu i czyni go jeszcze bardziej wyjątkowym. I choć nieznośny ucisk w gardle na koniec seansu pewnie za którymś razem zniknie, z pewnością jeszcze nie raz powrócę do tego niezwykłego obrazu.
Film zdecydowanie warty obejrzenia. Polecam go zwłaszcza tym, którym się wydaje, że to kolejne maślane romansidło, dobre tylko dla gospodyń domowych, czekających na mężów z obiadkiem.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 93% uznało tę recenzję za pomocną (75 głosów).

przeczytaj również recenzje użytkowników (4)

o