Recenzja filmu Kumple (2003)
Morten Tyldum

Wielki Brat

Dawno już nie było w naszym kinie filmu, który wspominałbym z taką przyjemnością. Nagrodzona na Warszawskim Festiwalu Filmowym i w Karlowych Warach opowieść o młodych Norwegach pełna jest ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Kumple (2003)
Dawno już nie było w naszym kinie filmu, który wspominałbym z taką przyjemnością. Nagrodzona na Warszawskim Festiwalu Filmowym i w Karlowych Warach opowieść o młodych Norwegach pełna jest pozytywnej energii, której trudno szukać w amerykańskich produkcjach królujących z reguły na naszych ekranach.

Tytułowi kumple Kristoffer, Stig Inge i Geir mieszkają wspólnie w jednym apartamencie. Poza mieszkaniem łączy ich jeszcze obawa przed wejściem w dorosłość i życiową odpowiedzialnością. Kristoffer spotyka się z piękną Elisabeth, pracownicą agencji PR, ale kiedy ta proponuje, żeby zatrzymał sobie klucze do jej mieszkania odmawia nie chcąc ograniczać swojej wolności. W efekcie dziewczyna porzuca go dla swojego szefa.
Stig Inge pracuje jako projektant witryn internetowych i nie sprawia wrażenia człowieka, któremu brakuje pieniędzy. Niestety, Stig cierpi na agorafobię, którą stara się ukryć przed otoczeniem.
Z kolei Geir po latach dowiaduje się, że jest ojcem kilkuletniego synka, którego istnienia nie chce przyjąć do wiadomości. Wmawia wszystkim dookoła, że jego ojcostwo nie jest w 100% pewne i unika spotkań zarówno z dzieckiem, jak i jego matką.
W wyniku nieoczekiwanego zbiegu okoliczności przyjaciele stają się bohaterami nowego reality show, który bardzo szybko zdobywa ogromną popularność w całym kraju. Niebawem ich problemy i troski przestaną być tajemnicą, a wspólna przyjaźń zostanie wystawiona na ciężką próbę.

"Kumple" z całą pewnością nie są arcydziełem. Jeśli spojrzeć na film z chłodnego dystansu to zobaczymy przewidywalną komedię obyczajową, podobną do setek innych produkcji. Jest jednak coś, co sprawia, że debiut Mortena Tylduma ogląda się "jednym tchem", a po wyjściu z kina jeszcze długo słychać wśród widzów rozmowy na temat tego, co właśnie zobaczyli.

Największą siłą "Kumpli" są moim zdaniem młodość, energia i szczerość emanujące z ekranu. W tym filmie nie ma żadnego udawania. Bohaterowie, dzięki wspaniałym kreacjom aktorskim, są naturalni i podobnie jak ich problemy, prawdziwi, co sprawia, że widz bez problemu angażuje się w całą historię.
Duża w tym zasługa sposobu, w jaki zrealizowany został film. Kamera prowadzona reką Johna Andreasa Andersena podąża za bohaterami, tak że czujemy się jakbyśmy byli bezpośrednimi świadkami pokazywanych wydarzeń. Wrażenie te potęgują jeszcze ujęcia z ręcznej kamery, którą posługuje się Kristoffer rejestrując wszystko dookoła, a które sprytnie zostały wmontowane w całość.
Jeżeli dodamy do tego jeszcze dynamiczną i wpadającą w ucho muzykę (mam nadzieję, że w Polsce zostanie wydany soundtrack), która ilustruje całość, to otrzymamy elektryzującą mieszankę, która - jak pisał Andrzej Kołodyński - "wciąga, angażuje emocjonalnie i pozwala nie zwracać uwagi na słabości narracji, czy nawet naiwne zdawkowe zakończenie".

"Kumple" to film, który nie tylko warto, ale trzeba zobaczyć. Jeżeli lubicie obrazy w stylu "Samotnych", czy "101 Reykjavik" - ciepłe, zabawne i inteligentne, na pewno się nie zawiedziecie. Polecam gorąco. Obok "Ellinga" to mój drugi ulubiony film "na chandrę".
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 87% uznało tę recenzję za pomocną (15 głosów).
o