Recenzja filmu Czas bohaterów (2011)
Adrian Vitoria

Wojenne obrazki

Choć prawdziwa historia była niezwykła, "Czas bohaterów" jest filmem bardzo prozaicznym. Obraz Adriana Vitorii nie jest zły. Widać, że reżyser pilnie uczył się sekretów fachu.
Filmweb sp. z o.o.
Mówi się, że życie pisze najciekawsze scenariusze. Może to i prawda, ale nie oznacza to wcale, że na ich podstawie mogą powstać równie ciekawe filmy. Tak jest w przypadku "Czasu bohaterów", filmu inspirowanego wojenną działalnością Iana Fleminga, twórcy postaci Jamesa Bonda.

Film nijak ma się do przygód agenta Jej Królewskiej Mości. Jednak aby być całkiem fair, muszę powiedzieć, że Fleming jest tu postacią drugorzędną. Grający go James D'Arcy pojawia się w zaledwie kilku scenach. Niemniej jednak nazwisko to rozbudza nadzieje na niezłe męskie widowisko.

"Czas bohaterów" opowiada o tajnej akcji przeprowadzonej przez oddział komandosów powołany do życia przez Fleminga. Zrzuceni na teren wroga, stają przed misją niemal niemożliwą. Ich plany próbują pokrzyżować naziści, którzy zdając się być zawsze tylko o krok za nimi. Jeśli jednak misja komandosów powiedzie się, alianci wyrównają szanse w zakresie wykorzystania technologii radarowej, w czym dotąd Niemcy bili ich na głowę.

Choć prawdziwa historia była niezwykła, "Czas bohaterów" jest filmem bardzo prozaicznym. Obraz Adriana Vitorii nie jest zły. Widać, że reżyser pilnie uczył się sekretów fachu. Jest jednak wyłącznie rzemieślnikiem. Tworzy solidne rzeczy, zgodne z wytycznymi. Nie eksperymentuje, nie modyfikuje, nie wychla się. W ten sposób "Czas bohaterów" wygląda jak setka podobnych wojennych produkcji, i to zarówno pod względem doboru postaci, jak i prowadzenia fabuły. Jest więc obrazem przeznaczonym dla tych, którzy lubią kino wojenne właśnie za jego schematy i swojskość rozwiązań narracyjnych. Jeśli nie przepadacie za niespodziankami w Waszym ulubionym gatunku, "Czas bohaterów" jest pewniakiem, możecie po niego sięgnąć bez żadnych skrupułów.

Dodatkowym atutem filmu jest jego obsada. Już sam Sean Bean przyciągnie przed ekrany wiele osób. Partneruje mu jedna z największych nadziei brytyjskiego kina, choć w Polsce jeszcze mało rozpoznawalny, Danny Dyer. Całkiem sporą rolę ma też Izabella Miko. Tym razem nie powtórzyła się sytuacja ze "Starcia tytanów", gdzie Miko, owszem, zagrała, ale na ekranie jej nie widzieliśmy. Tu jest jedną z ważniejszych postaci - w napisach wymieniona jest bodajże jako trzecia.

Polskie wydanie DVD zawiera wersję telewizyjną filmu. Oznacza to, że nie zobaczycie go w całości, jako że obraz został przycięty z 2.35:1 do 1.78:1. Jeśli chodzi o ścieżkę dźwiękową, wybrać możecie albo oryginalną z napisami, albo polskiego lektora. Obie prezentowane są w formacie DD 2.0. Płyta nie zawiera żadnych dodatków.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 75% uznało tę recenzję za pomocną (24 głosy).
Marcin Pietrzyk
ocenia ten film na:
1 10 5/10 średni