Recenzja filmu Moulin Rouge! (2001)
Baz Luhrmann

Wolność, Piękno, Prawda i Miłość

"Moulin Rouge!", kolorowy obraz Montmartre'u z początku XIX wieku, to film, o który od dawna kłócą się kinomani. W opinii jednych to polany lukrem kiczu pusty musical i melodramat. Jego ...
Filmweb sp. z o.o.
"Moulin Rouge!", kolorowy obraz Montmartre'u z początku XIX wieku, to film, o który od dawna kłócą się kinomani. W opinii jednych to polany lukrem kiczu pusty musical i melodramat. Jego fanatyczni zwolennicy spoglądają na tę kwestię zgoła inaczej i uważają "Moulin Rouge!" za swoiste arcydzieło o specyficznej, zabarwionej sporą dawką barwnego szaleństwa formie. Nie miałam zbyt wielkiej ochoty na wizytę w paryskim klubie w towarzystwie niezbyt znanego mi Ewana McGregora i tak sobie lubianej przeze mnie Nicole Kidman. No ale w końcu się przemogłam. Cóż, mogę powiedzieć tylko, że nie żałuję, a wręcz dziękuję niebiosom. Otóż widza jeszcze można zaskoczyć, a już w to nie wierzyłam!

Fabuła "Moulin Rouge!" zdecydowanie nie należy do najoryginalniejszych w historii kinematografii. Mało tego, historia ta zdaje się oklepana, jak mało która. Biedny poeta Christian (Ewan McGregor) zakochuje się w kurtyzanie Satine (Nicole Kidman), która pragnie zostać aktorką i (podobnie jak Sally Bowles z "Kabaretu") temu podporządkowuje swoje życie. Nie może sobie pozwolić na miłość i zamierza uwieść Księcia (Richard Roxburgh), który ma możliwość spełnienia jej marzeń. Ale jak to zwykle bywa, historia się trochę zaplącze. Satine zakocha się w Christianie, co skomplikuje nieco sprawę Księcia, który miał ufundować spektakl z Satine w roli głównej. Kurtyzana jednak musi pamiętać, że "The show must go on", musi pogodzić się z słowami Zidlera (Jim Broadbent) - dyrektora Moulin Rouge: "Jesteśmy stworzeniami podziemia. Nie stać nas na miłość". Za kurtyną rozgrywają się prawdziwe dramaty. Na pewno wielu z was słyszało już podobną historię. Dodatkowo, już na samym początku widz dowiaduje się, jakie będzie zakończenie! Fatalne zagranie? Otóż nie.

Luhrmann potrafił tak pokierować widzem, że pomimo wszystkich wskazujących na to wydarzeń uwierzył on, że historia ta zakończy się zupełnie inaczej. Niektórych może razić też pokazanie początków uczucia pomiędzy głównymi bohaterami, ponieważ Satine zakochuje się w Christianie dlatego, że on... śpiewa dla niej. Natomiast w mojej opinii to kolejny plus tego filmu, a nie płycizna fabuły. Christian jest jak Orfeusz poruszający swą przepiękną grą kamienie, bo właśnie moc jego talentu oczarowała Satine, co jest świetnym odzwierciedleniem niesamowitej potęgi muzyki. Jednak pomijając te wszystkie fakty, przyznaję, że fabuła "Moulin Rouge!" może wywołać u niektórych reakcję typu: "Znowu? Czy ci tam w Hollywood to już pomysłów nie mają?". Nie to, żebym nie kochała również "Moulin Rouge!" za tę podszytą naiwnością historię, ale po prostu uważam, że nie to jest w tym filmie najważniejsze. Wiem, że generalnie określenie "przerost formy nad treścią" ma zabarwienie zdecydowanie pejoratywne, ale ja właśnie tymi słowami pragnę opisać wielkość "Moulin Rouge!". Tak! Mamy tu przerost formy nad treścią. Fabuła (chociaż dla mnie i tak pełna różnych odniesień i atrakcyjna) to tylko punkt wyjścia do rozpętania orgiastycznego korowodu emocji. Początek filmu przypomina cyrk, w ogóle momentami odnosi się wrażenie, że akcja wyrwała się spod kontroli i to, co oglądamy na ekranie, to jakiś kompletny chaos. Niektórych odrzuca kicz, jakim przepełniony jest ten film. No ależ z jaką wirtuozerią Luhrmann go wykorzystuje, aby stworzyć coś wspaniałego, coś, czego nie zawaham się nazwać sztuką.


Niestety, wśród zapalonych kinomanów od wielu lat pokutuje przekonanie, że musical i melodramat to najbardziej kiczowate gatunki filmowe. Uważam jednak, że Luhrmann świadomie zdecydował się na takie, a nie inne rozwiązanie i muszę przyznać, że wyszedł z tego obronną ręką. Stało się tak ponieważ pozwolił sobie na pewną zabawę z tą konwencją i podszedł do niej z przymrużeniem oka. Poza tym, dzięki zastosowaniu formy musicalu, pozwolił Christianowi i Satine okazywać swoje uczucia za pomocą piosenek. A melodramat... myślę, że miłość jest tak dziwnym, nieprzewidywalnym, niedefiniowalnym uczuciem, że nigdy nie zabraknie możliwości wariacji na jej temat.

"Moulin Rouge!" to niesamowity spektakl, zostaje nam opowiedziana zwykła historia, ale reżyserowi udało się przełamać schemat, bo banał przedstawił w niezapomniany sposób. Dodatkowym atutem filmu jest świetna ścieżka dźwiękowa. Podczas filmu słyszymy dobrze znane nam piosenki w nowym aranżacjach, nasycone dekadenckim posmakiem tych czasów. Chyba na największe uznanie zasługuje utwór o zdradzie i zazdrości - "El tango de Roxanne". Ja do dziś nie potrafię zapomnieć tego, co czułam podczas tej sceny. Niektórzy nie zwracają uwagi także na takie cudowne drobiazgi, jak to, że film ma dwa zakończenia. Jedno na scenie - takie, aby publiczność była zadowolona, a drugie już po opuszczeniu kurtyny - bo tak się dzieje w prawdziwym życiu.

Na szczególną uwagę zasługują również odtwórcy głównych ról. Na początku wydawało mi się, że dawno nie widziałam tak niedobranej pary. Jednak potem zupełnie zmieniłam zdanie. Obejrzałam większość pozycji z filmografii Nicole Kidman, ale żadna jej rola nie wbiła mnie w fotel tak jak fantastyczna kreacja Satine. Dzięki "Moulin Rouge!" poznałam też w końcu Ewana McGregora i cóż... mogę żałować tylko, że tak późno. To niesamowicie utalentowany aktor i mam nadzieję, że nieraz przyjdzie mi jeszcze oglądać świetne filmy z jego udziałem. Ja naprawdę uwierzyłam (a mało któremu filmowi udaje się mnie przekonać), że oni się kochają! Że cierpią! Że znaleźli się w pułapce swoich uczuć. No a ostatnie sceny sprawiły po prostu, że drżałam.

Nie twierdzę, że "Moulin Rouge!" to najwybitniejszy film w historii kina. Nie mam zamiaru również wmawiać jakiemukolwiek jego przeciwnikowi, że jest niewystarczająco inteligentny, aby dojrzeć to, co ja dojrzałam w tej perełce. Ale to naprawdę fantastyczne dzieło, z którym trzeba się w pewien sposób zjednoczyć i przeżyć jak najmocniej. Luhrmann zrobił coś wspaniałego. Namalował ten film, namalował go uczuciami. Płaczem, śmiechem, rozpaczą. Udowodnił, że w czasach, gdy trudno jest nakręcić dzieło o nowatorskiej treści, trzeba szukać sposobów na zaskoczenie widza poprzez formę i trzeba go po prostu dotknąć. Ja nigdy nie zapomnę dotyku "Moulin Rouge!".
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 93% uznało tę recenzję za pomocną (15 głosów).
maggie_fraser_rowe
ocenia ten film na:
1 10 8/10 bardzo dobry

przeczytaj również recenzje użytkowników (7)

zobacz wszystkie
o