Recenzja filmu V jak Vendetta (2005)
James McTeigue

Wolność - na zawsze!

"Remember, remember, the fifth of November, gunpowder treason and plot. I know of no reason why the gunpowder treason should never be forgot". Hollywood znalazło ostatnimi czasy sposób, jak łatwo ...
Filmweb sp. z o.o.
"Remember, remember, the fifth of November, gunpowder treason and plot. I know of no reason why the gunpowder treason should never be forgot".

Hollywood znalazło ostatnimi czasy sposób, jak łatwo i przyjemnie przyciągnąć ludzi do kina. Po co szukać, czy pisać scenariusze, jeśli gotowe leżą już gdzieś od kilkunastu lat i tylko czekają na sfilmowanie. To prawda, zalewa nas obecnie cała fala ekranizacji i adaptacji na podstawie gier czy komiksów. Często są to jednak mniej udane produkcje, który zwykły szary widz po prostu nie rozumie, a zagorzały fan czuje po prostu niedosyt. "Doom", "Fantastic Four" to były po prostu klapy. Projekty są przestawiane niedoświadczonym reżyserom i kto na tym cierpi? My - fani oczywiście. Weźmy jednak pod uwagę inny czynnik. Zaangażujmy w projekt jakiegoś ekscentrycznego czy po prostu dobrego reżysera, usuńmy gwiazdy i podstawmy aktorów, poszukajmy kogoś z wystarczająco dużą ilością gotówki i już mamy pierwsze efekty. Tak narodził się "Batman - Początek", "Sin City " czy "Spider-Man". Do tego panteonu teraz dołączył "V jak Vendetta".

Twórcy kultowego "Matrixa" postanowili zabrać się za ekranizację jednego z ciekawszych obrazów przedstawiających totalitarny układ. Tak jak niegdyś "Rok 1984", tak teraz dzieło Alana Moore'a "V for Vendetta" trafia na duży ekran.

Rzecz dzieje się w totalitarnej Anglii. Evey Hammond (Natalie Portman) zostaje uratowana przez tajemniczego osobnika o imieniu V. Postać w masce Guya Fawkesa, który w 1605 r. usiłował wysadzić Parlament w odpowiedzi na tyranię rządów króla Jakuba I, to bojownik to wolność, który dzięki swym niezwykłym zdolnościom rzuca wyzwanie politykom siejącym terror. Niestety V jest uważany bardziej za terrorystę niż szlachetnego wojownika. Niemniej jednak jego działania mają na celu uwolnić cały naród z przekonania, że to Rząd stanowi o ich prawach i wolności.

Obejrzawszy zwiastun, spodziewałem się, szczerze mówiąc, filmu akcji spod znaku kopniaka z półobrotu. Jednak się pomyliłem. "V for Vendetta" to kino akcji, jednakże bardziej przemyślane, co w wykonaniu Wachowskich (Larry'ego i Andy'ego) jest prawdziwym zaskoczeniem. Z drugiej strony "V... " to nie jest film walki. W każdym bądź razie nie fizycznej. To film o strachu, o niepewności, o dawno pogrzebanych ideach, o wolności. Samemu nawet V bliżej jest do średniowiecznego Williama Wallece'a niż do superbohaterów, jak Batman czy Spideraman. V to charyzmatyczny osobnik, który jest kwintesencją wszystkich wartości, którym winniśmy hołdować przez całe nasze życie. V kolekcjonuje dzieła sztuki, oddaje się w pełni zakazanej kulturze, delektuje się muzyką. Dla Evey jest to coś nie do pomyślenia. Mleko, muzyka, filmy, obrazy - to przecież wszystko zakazane! Zakazane, bo państwo się boi. Państwo się boi, ponieważ każdy element sztuki może wyzwolić w obywatelach pełnię uczuć patriotycznych, które doprowadzą do upadku systemu. Ale system jest bezlitosny: wojsko, godzina policyjna, podsłuchy, telewizja pod kontrola państwa, cenzura, zastraszania. Jak można się przeciwstawić takiej sile?

Tytuł także daje nam wiele do myślenia. Przez chwilę zastanawiamy się, czy dla V chęć uwolnienia narodu to szlachetne pobudki, czy też zemsta - vendetta. Wiele lat temu rząd zaczął testy broni biologicznej St. Mary, w efekcie zginęło wiele tysięcy Brytyjskich obywateli, a całą winą obarczono fanatyków religijnych. Do testów wykorzystywano własnych obywateli i jednym z nich był właśnie V. Eksperymenty dały mu nieludzkie zdolności (stąd nawiązania do komiksowych superherosów) i jednocześnie szczepionkę na groźnego wirusa. Ktoś postanowił to wykorzystać. Mody polityk Sutler (w tej roli niezwykle przekonujący John Hurt) doprowadza do zwycięstwa w wyborach, promując głównie wynalezioną przez jego partie szczepionkę i obejmuje w kraju urząd kanclerza, zapoczątkowując brutalne rządy. Po wybuchu w więzieniu, gdzie przeprowadzano testy, V jako jedyny ucieka i przez wiele lat snuje plan obalenia panującego ustroju.

Cały kraj jest okłamywany. Aparat terroru ma za zadanie zasiać wśród dusz obywateli fałszywe poczucie stałego zagrożenia i jedynym wybawcą, jak wiele lat temu, jest państwo. Sutler jednak zapomniał, że to obywatele stanowią naród i to państwo powinno się bać obywateli, a nie odwrotnie. V przypomina prawdę. Muzyka z megafonów , wysadzanie budynków rządowych, ogólnokrajowa transmisja dają nadzieję i rodzą wiarę. Dzięki tym działaniom Evey doznaje wewnętrznej przemiany. Strach spowodowany utratą bliskich zostaje ostatecznie zniszczony. Evey postanawia pomóc V na drodze ku wolności.

Film bynajmniej nie jest przeznaczony dla osób, które spodziewają się krwawej jatki w stylu "Matrixa". Wachowscy (Larry  i Andy) uraczyli nas tylko kilkoma scenami, które przekonują, że jednak Matrix gdzieś tam jest. Ostatnie 20 min. filmu są wystarczającą rekomendacją. Zapadające w pamięć monologi V, efektowne wybuchy budynków i sceny walk pokazują, że mamy do czynienia z nadczłowiekiem... a może i z potworem? To trochę zabawne, że w obliczu naszej rzeczywistości Irak, terroryzm można darzyć tak ogromna sympatią postać V. Wygląda na to, że przemoc czasami jest jedynym rozwiązaniem, że nie ma miejsca na litość. W każdym razie, mimo iż wiele z oryginału Moore'a zostało pominięte do części technicznej nie mogę mieć zastrzeżeń. Muzyka idealnie współgra z wydarzeniami. Czasem mamy klasyczne utwory, jak "Cry me a river" czy "Overture 1812" (w najbardziej wybuchowych momentach) Tchaikovskyego, ale też typowa ścieżkę dźwiękową mającą na celu podnieść nasze patriotyczne uczucia. Natomiast gra aktorska Weavinga Portman czy Hurta udowadnia, że oni po prostu potrafią grać - należą do elity.

Tak jak kiedyś w "Braveheart" William Wallace poświęcił swe życie dla idei, tak teraz V umiera w imię wolności. Mimo iż ginie, zdołał odnieść zwycięstwo, zmobilizował cały naród do podjęcia walki z tyranią. Końcowe wysadzenie gmachu Parlamentu ma symboliczne znacznie, to koniec epoki strachu i terroru. V nie tylko zniszczył ustrój, ale pozostawił miejsce dla nowego pokolenia i od nich właśnie będzie zależeć przyszłość narodu. V znajduje się w każdym z nas. W każdym z nas musi kiedyś nastąpić przełom, który otworzy nasze oczy. Wtedy przekonamy się, że człowieka można zniszczyć, ale idei nigdy. Idee są kuloodporne.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 76% uznało tę recenzję za pomocną (29 głosów).
Scarface
ocenia ten film na:
1 10 8/10 bardzo dobry

przeczytaj również recenzje użytkowników (3)

o