Recenzja filmu Truman Show (1998)
Peter Weir

Współczesny teatr świata

Interpretowanie dzieła Weira jako komedii zdecydowanie mija się z celem. Jestem pewien, że głównym założeniem twórcy nie było rozbawienie widza, lecz ukazanie autentyczności bohatera wyraźnie ...
Filmweb sp. z o.o.

Literacka metafora życia jako sceny oraz człowieka jako aktora sięga korzeniami greckiego antyku, kiedy to Platon wstępnie zarysował obraz ludzi-marionetek. W jego rozpowszechnieniu pomogła mu filozofia stoików, z rzymskim Seneką na czele; z kolei nowego kształtu nadali tej koncepcji już twórcy nowożytni, a wśród nich przede wszystkim William Szekspir, poprzez dzieła takie jak "Hamlet" czy "Makbet". Współcześnie topos theatrum mundi (łac. teatr świata) ma szansę być doceniany również w filmie. Swoją wizję człowieka skrępowanego przez nieznany mu scenariusz zaprezentował Peter Weir. W niezwykle oryginalny sposób przekształcił on antyczny motyw, dopasowując go do czasów współczesnych, a jednocześnie nie zatracając istoty problemu.
Trzydziestoletni Truman Burbank (Jim Carrey) wiedzie spokojne, dostanie życie w niewielkim miasteczku portowym Seahaven. Dobra posada w agencji ubezpieczeniowej i szczęśliwe małżeństwo nie są jednak w stanie zaspokoić jego marzeń o poznaniu wielkiego świata. Ciche plany o wyruszeniu w podróż na Fidżi, którymi dzieli się z żoną i przyjacielem, nie mogą się ziścić, ponieważ niczego nieświadomy Truman w rzeczywistości jest bohaterem programu telewizyjnego. Jego życie emitowane jest 24 godziny na dobę, wprost z największego na świecie studia, obejmującego przestrzeń, w której toczy się akcja show. Ludność Seahaven stanowią statyści, a osoby Trumanowi najbliższe to aktorzy – z reguły w pełni oddani swojej roli, jaką jest utrzymywanie bohatera w naturalnym przekonaniu, iż żyje on w normalnej rzeczywistości. Wszystkiemu nieustannie przyglądają się masy widzów z całego świata, a bezpośrednio znad miejsca akcji spogląda, nadzoruje i kieruje losem Trumana reżyser, powszechnie znany jako Christof (Ed Harris). Ów charyzmatyczny pomysłodawca i gospodarz show, swoisty deus artifex tego mikroświata, kształtuje każdy dzień swojego podopiecznego, począwszy od jego narodzin, z wyłącznym prawem decydowania o chwili jego śmierci. Nie spodziewa się jednak, że to żywe dzieło okaże się na tyle silne, by namieszać w jego boskim planie. Sprawy zaczynają wymykać się spod kontroli, a Truman podejmuje walkę, której stawką jest poznanie prawdy.

Odtwórca głównej roli może nasuwać błędne rozumowanie w kwestii klasyfikacji gatunkowej filmu. Z reguły jest bowiem tak, że mówisz: Carrey, myślisz: komedia. Interpretowanie dzieła Weira jako komedii zdecydowanie mija się z celem. Jestem pewien, że głównym założeniem twórcy nie było rozbawienie widza, lecz ukazanie autentyczności bohatera wyraźnie kontrastującej z fałszem, który go otacza. Truman pomimo swojego wieku wykazuje przejawy zdziecinnienia. Jest postacią niezwykle ekscentryczną, sprawiającą wrażenie nieco przerysowanej, co wynika z faktu, że jego charakter został ukształtowany przez obłudne, pełne blichtru i sztucznej doskonałości otoczenie. Podczas czynności wpisanych w codzienny schemat życia zachowuje się tak samo, jak aktorzy, z którymi miał do czynienia od dziecka. Kiedy jednak stopniowo zaczyna orientować się w swojej sytuacji, ujawnia się jego prawdziwa natura – człowieka pragnącego niezależności i swobody w podejmowaniu decyzji. Osadzenie filmu w lekko humorystycznej konwencji odnajduje zatem swoje niepodważalne uzasadnienie w psychologizacji bohatera – szczególnie wtedy, gdy zaczynają otwierać mu się oczy i cała doskonałość świata okazuje się być pozorna. Dawka humoru wyważona została starannie, zgodnie z tym samym złotym środkiem, który okazał się skuteczny chociażby w "Forreście Gumpie". Sam Jim Carrey zaś doskonale odnalazł się w swojej roli, zachowując równowagę pomiędzy rozbrajającymi minami, a dramatycznym rozpoznaniem.

Małym fenomenem, jakiego doświadczamy w "Truman Show" jest możliwość obserwacji tego, jak aktor wciela się w rolę…aktora. Najlepiej widać to na przykładzie żony Trumana, Meryl, granej przez Laurę Linney. To najprawdopodobniej jedyna jej kreacja, w której na pochwałę zasługuje nienaturalność. Przesadzony uśmiech, hiperpoprawna wymowa, udawane emocje i mimika. Widz dostrzega to od razu, w przeciwieństwie do głównego bohatera, który naturalnych wzorców jest przecież pozbawiony. Sztuczność widoczna jest najwyraźniej wtedy, gdy na naszych oczach pojawia się lokowanie produktu (sic!) – swoją drogą to kolejny trick, który stawia odbiorcę dzieła Weira na miejscu widza tego wyjątkowego show, uwypuklając przy tym szkatułkową kompozycję filmu. Równie interesujący zabieg stanowią ujęcia stylizowane na wizję z ukrytych kamer, śledzących każdy krok Trumana i rejestrujących każdą minutę z jego życia. Zaskakujący montaż idzie w parze ze ścieżką dźwiękową, która nadąża za akcją i z sielankowych melodii, ubarwiających momenty ze spokojnego życia protagonisty, przechodzi w dynamiczną muzykę elektroniczną, budującą napięcie w punktach zwrotnych fabuły.

Tych można określić więcej niż jeden, gdyż zamiast wiadra zimnej wody, drastycznie uświadamiającego bohaterowi jego położenie, mamy raczej szereg rozłożonych w czasie zdarzeń, prowadzących do finałowego anagnoryzmu. Wtedy również w oczy rzuca się wieloaspektowość produkcji. Przede wszystkim Weir przedstawił w niezwykle wymowny i symboliczny sposób, do czego zdolny jest zdeterminowany człowiek, dążący do poznania prawdy. Skrzętnie powiązał to z problemem wyboru między wkroczeniem w to, co nieznane i obarczone pewnym ryzykiem, a możliwością pozostania w tak zwanej strefie komfortu – sprawdzonej i wygodnej, choć nie do końca prawdziwej. Reżyser daje nam również podstawy, by doszukiwać się głębszych sensów, zawartych chociażby w słowach Christofa, mówiącego, że "przyjmujemy to, co jest nam dane, za rzeczywistość". Być może świat, w którym żyjemy wcale nie jest prawdziwszy od tego, w którym tkwił Truman? Z pewnością warto nad tym pomyśleć, jednak przede wszystkim warto zapoznać się z tym wyjątkowym dziełem, które nie tylko stanowi kinową realizację theatrum mundi, lecz także skłania do stawiania sobie pytań. Mimo że film ogląda się lekko, to wartość, jaką ze sobą niesie, nadaje mu miano ponadczasowego i nie pozwala o nim szybko zapomnieć.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 98% uznało tę recenzję za pomocną (57 głosów).
Wolvington285
ocenia ten film na:
1 10 10/10 arcydzieło!

przeczytaj również recenzje użytkowników (5)

zobacz wszystkie