Recenzja filmu Godziny (2002)
Stephen Daldry

Wszystko zaczyna się od pocałunku

Cyfra trzy od zawsze pełniła niepośrednią rolę w życiu człowieka: trójkąt ma trzy boki, w chrześcijaństwie są trzy osoby boskie, Chrystus miał 33 lata, umierając na krzyżu. Cyfra trzy ma także ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Godziny (2002)
Cyfra trzy od zawsze pełniła niepośrednią rolę w życiu człowieka: trójkąt ma trzy boki, w chrześcijaństwie są trzy osoby boskie, Chrystus miał 33 lata, umierając na krzyżu. Cyfra trzy ma także kluczowe znaczenie dla filmu "Godziny" Stephena Daldry'ego, który przedstawia historię trzech kobiet opisując jeden, kluczowy dzień ich życia. Virginia Woolf jest pisarką, osobą na skraju załamania nerwowego. Aby jakoś poradzić sobie ze swymi problemami, pisze powieść "Pani Dalloway". Laura Brown jest gospodynią, a mówiąc dosadniej - kurą domową; jej egzystencja skupia się na tym, aby być kochaną przez wspaniałego męża, zajmować się z domem i rozmawiać z przyjaciółkami. Pewnego dnia Laura sięga po powieść Virginii, powieść która uświadomi kobiecie cały bezsens jej istnienia. Natomiast Clarissa Vaughn jest na pozór kobietą sukcesu. Pracuje w wydawnictwie, jest niezależna finansowo, tworzy związek z kobietą, którą kocha. Ma także przyjaciela, Richarda, pisarza, ciężko chorego homoseksualistę. Postanawia wydać dla niego przyjęcie z okazji przyznania mu nagrody literackiej.

Na pozór "Godziny" wydają się kolejnym filmem o życiu kobiet, które mają wszystko, jednocześnie nie mając nic. Także filmów z przeplatającymi się historiami było już w kinie wiele. Co więc sprawia, że obraz Daldry'ego jest wyjątkowy: "Godziny" to przede wszystkim film z podwójnym dnem. Po pierwsze, mamy to, o czym film opowiada w sposób bezpośredni, czyli historię kobiet, które mają swoje problemy, słabości, a jedynym wyjściem wydaje im się samobójstwo. Widz może z powodzeniem obejrzeć film pod tym kątem i wyjdzie z kina z poczuciem, że zobaczył obraz bardzo dobry, ale z pewnością niezasługujący na tyle prestiżowych nagród. Taki widz zobaczy w filmie to co dla oka: świetne kreacje aktorskie, znakomity montaż, śliczne zdjęcia, niezwykłą charakteryzację czy znakomitą muzykę. Jest jednak inny sposób, zupełnie inna droga, pełniejsza, do odczytania "Godzin". Dla mnie jest to obraz o bólu istnienia, metafizycznym uczuciu, które zdominowało epokę romantyzmu. Virginia jest przecież postacią niemalże w całości zbudowaną z czegoś niedostępnego - uczuć, a jednocześnie tak bardzo ludzką. Zwyczajny widz pomyśli, że jest ona wariatką, której po prostu znudziło się życie na prowincji i chcąc sobie je urozmaicić, postanawia się utopić. Jednak aby dogłębnie zrozumieć tę postać, należy odwołać się do prawdziwego życia pisarki, której pokój emocjonalny został zachwiany po śmierci ojca i całkowicie zburzony poprzez molestowanie seksualne ze strony dwóch braci. Nie były to czasy, kiedy takie osoby były otaczane opieką specjalistów. To jednak nie wszystko. Virginia mimo wszystko podjęła walkę o odnalezienie sensu życia i niestety tę walkę przegrała. Wiedziała, że są wokół niej ludzie, którzy ja kochają i których ona kocha. Wiedziała, że zrani ich, popełniając samobójstwo. Jak jednak napisała w swojej książce, ktoś musi zginąć. Czasem śmierć innych pozwala nam bardziej cenić życie!

Podobną, a zarazem całkiem inną postacią jest pani Brown. Ona również otrzymała od życia wszystko, czego kobieta mogłaby chcieć. Ma kochanego męża, który poza nią nie widzi świata, uroczego synka, któremu może poświęcać cały swój czas. O nic nie musi się martwić, wszystko jest już zaplanowane. Dramat Laury polega jednak na tym, że nie ma ona jakiegokolwiek wpływu na własne życie. Jej istnienie, niczym woda, przepływa między palcami, a ona nie może go poczuć nawet przez chwilę. Ogląda swoje życie, jakby już je kiedyś przeżyła, teraz widząc je w retrospekcjach. Laura powoli staje się robotem, zaprogramowanym na określone czynności. Czytając powieść Woolf, identyfikuje się z jej bohaterką, nie widząc innego wyjścia postanawia odejść.

Trzecią kobietą, na której skupia się film, jest Clarissa, której życie wydaje się najbardziej ustabilizowane. Jednak i w tym wypadku nic nie jest takie, jak się wydaje. Clarissa w głębi serca kocha swojego przyjaciela, on ją także, a jednak obydwoje są homoseksualistami. Kobieta wie, że jej związek z partnerką jest jedynie prowizoryczny; jest namiastką szczęścia. W pewnym momencie zdaje sobie sprawę, że nie jest szczęśliwa, a wszystko w swoim życiu robiła na siłę, aby pokazać samej sobie, że złudzenia którymi żyje, są rzeczywistością. W tym jednak wypadku osobą, która cierpi najbardziej, jest Richard. Jego życie w pewien sposób zostało naznaczone przeżyciami Virginii i Laury.

Pozwoliłem sobie aż tyle miejsca poświęcić głównym bohaterkom, aby wykazać że "Godziny" nie są kolejnym dramatem opowiadającym o przeciwnościach losu. Nie dziwię się opiniom na temat tego obrazu, mówiącym, że jest to film dziwny, przeciętny czy zaledwie dobry. Nie każdy umie odczytać ten film we właściwy sposób, a tylko tą drogą możemy docenić jego prawdziwą wartość. Należy także napisać, że obraz Daldry'ego nie jest filmem gloryfikującym samobójstwo. Wręcz przeciwnie; pokazuje, że ta droga ciągnie za sobą cierpienie nie tylko osoby, która odbiera sobie życie, ale przede wszystkim osób, które ją kochają, potrzebują.

Muszę pochwalić reżysera za pracę, jaką wykonał nad "Godzinami". Oglądając film, zdawałem sobie sprawę, że miał on bardzo klarowną i pełną wizję tego, jak obraz powinien wyglądać. Daldry wiedział, co chce przekazać i zrobił to w naprawdę wielki sposób. Mimo to czegoś z jego strony zabrakło. Niektóre elementy nie pasują do siebie w sposób idealny, czasami przejścia pomiędzy poszczególnymi opowieściami są nie do końca wyważone, a przecież historie napisane zostały w sposób wyśmienity. Jest to rzecz, która troszkę psuje sposób odbioru filmu. Pamiętajmy jednak, że zrobienie filmu z przeplatającymi się opowieściami, to jedno z najtrudniejszych wyzwań reżyserskich i bardzo łatwo w takich produkcjach przesadzić (czego najlepszym dowodem jest chociażby polskie "Ciało").

Teraz będzie już nudno, bo mam zamiar tylko chwalić. Przede wszystkim aktorki: reżyserowi udało się zebrać na planie wspaniały zespół; gwiazd więcej niż na niebie, a wszystkie święcą pełnym blaskiem. Mamy tu przede wszystkim wspaniałą Nicole Kidman. Aktorka już wielokrotnie pokazała, że ma talent znacznie większy niż jej były mąż Tom Cruise, jednak dopiero po rozwodzie pokazała jak bardzo Tom ją ograniczał artystycznie. Rola, którą miała do zagrania była bardzo trudna, oparta niemalże w całości na pojedynczych gestach, nie było tu miejsca na szarżowanie. Nicole naprawdę idealnie wczuła się w Virginię. Pokazała, że umie powściągnąć swoją ambicję na rzecz wyważonej i dojrzałej kreacji, a sztukę tę do opanowania ma wciąż wiele największych gwiazd współczesnego kina. Wystarczy wspomnieć o scenie "wymiany zdań" ze służbą, momentach, kiedy ucieka z domu na stację i nad rzekę. Cała jej rola zbudowana została z momentów i jeśli porzuci się patrzenie na tę kreację przez pryzmat samej Kidman, to nie pozostaje nic innego jak zgoda na Oscara (chociaż moim zdaniem powinien to być Oscar za rolę drugoplanową). Bardzo dobrze zagrała również Julianne Moore; aktorka bardzo ciekawie sportretowała swoją bohaterkę: kobietę bezradną na przemykające wokół niej życie. Jej rola także była dużym wyzwaniem i w większości scen Moore była naprawdę wspaniała. W tym wypadku także nie można oprzeć się wrażeniu, że Julianne, którą osobiście bardzo lubię, zasłużyła na statuetkę Akademii bardziej niż Zeta-Jones, której rola w "Chicago" żadnych wybitnych momentów nie miała. Klasę pokazała także Meryl Streep, dla której rola ta z pewnością była ciekawym doświadczeniem. W filmie między słowami dużo mówi się o homoseksualizmie, sama Streep gra lesbijkę. Oczywiście aktorka tej klasy zawsze gra dobrze, jednak rola w "Godzinach" to z pewnością jedna z najlepszych kreacji stworzonych przez tę divę współczesnego kina na przestrzeni ostatnich lat.

Oczywiście film Daldry'ego to nie tylko role trzech głównych aktorek. Nie sposób jednak wszystkich tu wymienić. Wspomnę jedynie o bardzo ciekawym występie Toni Collette w roli przyjaciółki Laury. Aktorka, mimo iż na ekranie jest dosłownie przez chwilę, naprawdę robi wrażenie. Bardzo błyskotliwie przerysowała swoją postać, która wcale nie jest tak różna od Laury. Warto zwrócić uwagę na Stephena Dillane'a, który bardzo sugestywnie wcielił się w rolę męża Virginii. Natomiast z mieszanymi uczuciami pozostawiła mnie kreacja Eda Harrisa. O ile samo wykonanie stoi na wysokim poziomie, o tyle jego rola homoseksualisty jest bardzo wtórna, nie wnosi nic świeżego czy błyskotliwego i szczerze mówiąc, jest trochę męcząca, a nawet irytująca. W pozostałych przypadkach jest już tylko lepiej: Miranda Richardson i pozostali stworzyli naprawdę dobre kreacje sprawiając, że "Godziny" pod względem aktorskim jest niezwykłym zjawiskiem jak na amerykańskie kino.

Całkowicie oczarowały mnie zdjęcia, wspaniale dopasowane do tego, co widzimy na ekranie. W przypadku historii Laury są bardzo ciepłe, pełne kolorów, świetnie oddające klimat czasów, w których pani Brown żyła. Kiedy jednak obserwujemy życie Virginii, są one już odpowiednio stonowane, bardziej chłodne i przyciemnione. Natomiast współczesna część filmu opisana jest już zdjęciami chłodnymi, pełnymi szarości i wyrazistości. Naprawdę idealnie ilustrują one film, a kilka niezwykłych momentów, jak chociażby sceny z wodą, które są absolutnie genialne, sprawiają, że Oscar za zdjęcia powinien trafić właśnie do Seamusa McGarveya, którego jednak nawet nie nominowano.

Niezwykła jest także muzyka Philipa Glassa, sama w sobie niezwykle subtelna i czarująca. Niestety miejscami zupełnie nie komponuje się z tym co widzimy na ekranie, co sprawia, że czasami mamy ochotę ją wyłączyć. Kiedy słucha się jej oddzielnie, niezależnie do filmu, jest naprawdę piękna i warto mieć ją w swojej domowej płytotece.

Świetny jest także montaż, chociaż konkurencja z pozostałymi filmami była bardzo silna. Rok 2002 był bardzo udany dla Akademii, nominowano bowiem filmy rzeczywiście zasługujące na wyróżnienie, nawet jeśli już z samym przyznawaniem nagród było różnie. Trochę dziwna była także dyskwalifikacja filmu w walce o statuetkę za charakteryzację, była ona nieporównywalnie lepsza od tej nagrodzonej we "Fridzie" i jedyna mogąca konkurować z tą z "Władcy Pierścieni: Dwie Wieże".

Nie jestem pewien, czy nie zapomniałem o jakimś aspekcie, który mnie w "Godzinach" oczarował. Muszę zaznaczyć, że jest to film specyficzny i nie każdy go zrozumie. Nie jest to jednak wina widza, ani tym bardziej twórców. Taki ten obraz miał być w założeniu, przeznaczony dla widza wyrobionego, potrafiącego zrozumieć innego człowieka. "Godziny" nie są jednak projektem bez wad: nie do końca dopracowana reżyseria, niezgranie muzyki, kilka nużących momentów. Z drugiej strony jest obrazem rewelacyjnie zagranym, pełnym nienachalnych emocji, delikatnego napięcia. Film zmusza do myślenia nad wartością życia i przeznaczeniem śmierci, o tym co tak naprawdę ma w życiu znaczenie i o tym jak bardzo krzywdzimy drugiego człowieka postępując zgodnie z samym sobą (!). Są to problemy które w amerykańskim kinie występują bardzo, bardzo rzadko.

Nie mogę "Godzin" polecić z czystym sumieniem, większość widzów bowiem nie znajdzie w tym filmie nic poza kunsztowną mozaiką. Jednak wierzę, że są także osoby, które odnajdą w tym filmie opowieść, być może także o samym sobie, która pozwoli im głębiej spojrzeć na własne życie, bowiem "Godziny" to obraz szalenie delikatny, niezwykły, nie wchodzący z butami do naszego umysłu, a będący wyrazem artyzmu może nie w formie arcydzieła, ale z całą pewnością wielkiego.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 88% uznało tę recenzję za pomocną (76 głosów).
Ove
ocenia ten film na:
1 10 10/10 arcydzieło!

przeczytaj również recenzje użytkowników (4)