Recenzja filmu Sing (2016)

Wyłem jak chciałem

  • recenzja kinowa Sing (2016)
Garth Jennings żartuje sobie z telewizyjnych talent-show, ale koniec końców wygłasza ich apologię i ochoczo korzysta z ich uzależniających właściwości. "Sing" to opowieść o tym, że wprawdzie śpiewać nie każdy może, ale każdy powinien spróbować. Trochę naiwna, czasem urocza animacja to propozycja głównie dla najmłodszych widzów.  

photo.title   photo.title   photo.title

Jej bohaterem jest Buster Moon (Marcin Dorociński),  miś koala, który od dziecka marzył, by prowadzić swój własny teatr. Dzięki ciężkiej pracy ojca udało mu się kupić budynek starego teatru, ale biznes za nic nie chce się rozkręcić. Wierzyciele wydzwaniają z groźbami, elektrownia odcina prąd, a sala świeci pustkami. Antidotum na wszystkie te bolączki ma być konkurs śpiewania zorganizowany przez Bustera. Wkrótce na scenie Moon Theatre zjawią się kolejni śmiałkowie: cwana mysz Mike (Krzysztof Jankowski), nieśmiała słonica Meena (Katarzyna Sawczuk), mama świnka (Małgorzata Socha), buntowniczka Ash (Ewa Farna) i goryl Johny (Adam Zdrójkowski). Wszystko po to, by zdobyć nagrodę ufundowaną przez Bustera.  

Opowiadając o ich zmaganiach, Garth Jennings nie bardzo potrafi odnaleźć właściwy rytm. W ekspozycyjnych sekwencjach mnóstwo jest chaosu, a pierwszych kilkadziesiąt minut to nudy, jakich nie spodziewalibyśmy się po nowoczesnej animacji. Na szczęście później jest już tylko lepiej, historia się rozkręca, wątki krystalizują, a ostatnich trzydzieści minut filmu to już czysta komediowo-sentymentalna zabawa. Zabawa nieprzesadnie oryginalna, bo pod względem plastycznym "Sing" śmiało mógłby uchodzić za sequel "Sekretnego życia zwierzaków domowych".  Próżno szukać tu odważnych estetycznych decyzji czy ciekawej kreski. W "Sing" wszystko narysowane jest grzecznie, po bożemu i … trochę nudno. 

photo.title   photo.title   photo.title

Twórców "Sing" interesuje głównie dziecięca publiczność. Nie znajdziemy tu dwuznacznych dowcipów, żadnych aluzji i puszczania oka. Owszem, Jennings raz po raz nawiązuje do klasyki – od animowanego "Kocham jazzować" z 1936 roku, przez "Bulwar Zachodzącego Słońca" i "Tragedię Posejdona", aż po "Dawno temu w Ameryce" – ale cytaty nie budują dodatkowych znaczeń, a są jedynie atrakcją dla wyrobionych kinomanów. Bo "Sing" to historia prosta do bólu, pozbawiona ukrytego przesłania, za to pełna głupawych stereotypów (dość wspomnieć o queerowej świni z niemieckim akcentem czy o głupawych japońskich gryzoniach). 

"Sing" trafia na polskie ekrany w wersji z dubbingiem. I choć rodzima wersja została bardzo dobrze zrealizowana, jest z nią pewien problem – otóż piosenki śpiewane przez zwierzęcych bohaterów prezentowane są w oryginalnych wersjach językowych, co dla najmłodszych widzów może być pewnym kłopotem. Owszem, hity Beyonce czy Johna Legenda są doskonale znane współczesnym widzom i nie warto zmieniać ich brzmienia, ale w "Sing" teksty piosenek raz po raz stają się ironicznym komentarzem do ekranowych zdarzeń (choćby "My Way" Franka Sinatry śpiewane przez cwanego gryzonia). Komentarzem, którego twórcy polskiej wersji zdają się nie dostrzegać, albo zwyczajnie go nie doceniają. A szkoda. 
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 42% uznało tę recenzję za pomocną (53 głosy).
Bartosz Staszczyszyn
ocenia ten film na:
5/10 średni
o