Recenzja filmu Obcy kontra Predator (2004)
Paul W.S. Anderson

Wykastrowani kosmici

W każdej nowoczesnej firmie trafia się jakiś kierownik albo menedżer, który najwyraźniej przeszedł lobotomię – objawia się to wysuwaniem przezeń pomysłów, aby pracownicy wyjechali na obóz ...
Filmweb sp. z o.o.
W każdej nowoczesnej firmie trafia się jakiś kierownik albo menedżer, który najwyraźniej przeszedł lobotomię – objawia się to wysuwaniem przezeń pomysłów, aby pracownicy wyjechali na obóz integracyjny w celu „bliższego poznania się”, „dotarcia”, „scementowania ducha współpracy”, „ukształtowania zgranego, zwartego zespołu”... Pracownicy zwykle jadą na te poronione wycieczki, gdyż nie mogą się przeciwstawić woli zwierzchnika, nawet gdy dysponuje on ilorazem inteligencji na poziomie porównywalnym z salamandrą plamistą. Poza tym taki obóz oznacza oderwanie się od nudnej, stresującej pracy i kilka dni ciężkiego picia.


W „Alien vs. Predator” na taki obóz leci trójka istot humanoidalnych – nazwijmy ich Bob, Cletus i Dwayne. Lecą na trzecią planetę od Słońca w zapomnianym przez bogów systemie. Ma być przyjemnie: chłopcy pozwiedzają starą piramidę, wypiją kilka flaszek, pogadają o samochodach, futbolu i laskach, po czym wrócą na własną planetę, do przewracania papierków, a szefowi powiedzą, że owszem, odmrażając sobie tyłki na obcym świecie zintegrowali się jak cholera. Niestety, pseudointeligentne małpoludy zamieszkujące planetę wszystko spartoliły. Za pomocą zdjęć satelitarnych namierzyły zdalnie uruchomione ogrzewanie piramidy, znajdującej się dwa tysiące stóp pod lodem, na wysepce gdzieś w okolicach Antarktyki. Przerośnięte małpiatki, wiedzione chęcią zysku, przypłynęły na miejsce przed Bobem, Cletusem i Dwaynem. Nie dość, że małpoludy zwędziły ceremonialne pukawki, to jeszcze dały się zainfekować paskudom Hansa Rudolfa Gigera – tyle że paskudom bardziej pokrytym glutami i śluzem niż w 1979 roku. Nie było wyboru, Bob, Cletus i Dwayne zamiast odpoczywać, musieli ruszyć tyłki i rozpocząć polowanie. Bob niestety daje się zabić raczej szybko, Dwayne radzi sobie całkiem nieźle, aż do momentu, gdy gigerowski potworek uszkadza mu kask, a następnie czaszkę. Zostajemy z Cletusem – który, w myśl zasady „wróg mojego wroga jest moim przyjacielem”, wyrusza na zwiedzanie piramidy w towarzystwie małpoluda-samicy. Motywacją do zwiedzania jest polowanie na mamusię gigerowskich obcych, która spokojnie tnie komara, budzona raz na sto lat, ale tym razem ma napad jakiś babskich humorów i postanawia opuścić przytulną piramidę na rzecz niczego niespodziewającego się świata zewnętrznego. Tyle o fabule.


Jeśli nawet żywiłem jakieś złudzenia, co do tego, jakim filmem jest „Alien vs. Predator”, pozbyłem się ich już na samym początku, podczas następującej sceny: główna bohaterka wspina się na bliżej nieokreśloną górę, wszędzie leży śnieg, więc jest raczej zimno i wysoko. Bohaterka ma na sobie ciuchy, które może pozwalają przetrwać przymrozek w mieście, ale kiepsko sprawdzają się powyżej linii wiecznego śniegu, wspinaczkę uprawia w pojedynkę, nie nosi gogli ani nawet ciemnych okularów, komórka działa bez problemu, a na szczycie góry czeka na nią facet stojący przy helikopterze, którego przylotu bohaterka najwyraźniej nie usłyszała. Uznałem, że będę takie kwiatki w filmie traktował jako nieudane dowcipy i oglądał dalej, aż do napisów końcowych, usiłując wytypować najciekawszy z nich. Zostałem wynagrodzony: gdy bohaterowie dotarli na antarktyczną wysepkę, jadąc ratrakiem pseudowłoski żigolak oświadczył, że w jego ojczyźnie czerwony księżyc, taki jak właśnie świecił za szybą ratraka, nazywany jest „hunter’s moon”, księżycem łowcy. Dla niezorientowanych: „hunter’s moon” jest nazwą pełni księżyca, wypadającej w okolicach jesiennej równonocy, a nie czerwonawym księżycem nad Antarktyką – choć oczywiście określenie „księżyc łowcy” bardziej pasuje do filmu z predatorem, niż zwykłe „rany, księżyc świeci dziwnym kolorem”.


Jednak pełna dziur logicznych fabuła nie jest największym kłopotem tego filmu. Nie jest nim niezwykłe nagromadzenie idiotyzmów. Nie jest nim całkowity brak atmosfery z filmów „Alien” i „Predator”, jakkolwiek by tej atmosfery nie oceniać. Nie jest nim nuda, gdyż akcja przynajmniej stara się trzymać znośne tempo. Problemem jest to, że film jest dostosowany do przejścia przez amerykańską cenzurę.


Akapit z wulgaryzmami w języku angielskim i konkluzją. Jak przed chwilą wspomniałem, największym problemem filmu okazała się amerykańska cenzura. Producenci to chciwe kreatury, więc docelowa widownia, która pójdzie do kina musi być jak najliczniejsza. Zatem musimy na widownię wpuścić dzieciaki. A oznacza to, że film ma zdobyć oznaczenie „PG-13”. Czyli kastrujemy obraz ze wszystkiego, co choć nieco ostrzejsze od gumowego młotka. Więc nie zaznamy tu znanego z dwóch filmów o predatorze tekstu „ugly motherfucker”, zamiast tego dostajemy „ugly sonovabitch”. Nie dostaniemy flaków, nie dostaniemy głowy z dyndającym kręgosłupem, wyrwanej z trupa. Nawet krwi zbyt dużo nie będzie, ot parę kropli na śniegu i ostrzach wysuwających się z bransoletek predatorów. Moim zdaniem, te zabiegi powinny poskutkować wprowadzeniem nowego oznaczenia, podobnego do tych z opakowań puzzli: dozwolone od trzynastego do piętnastego roku życia. Takie stare, stetryczałe, zrzędzące, upierdliwe, sklerotyczne pierniki jak ja, nie mają czego w tych filmach już szukać.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 79% uznało tę recenzję za pomocną (66 głosów).

przeczytaj również recenzje użytkowników (13)

zobacz wszystkie