Recenzja filmu W pogoni za szczęściem (2006)
Gabriele Muccino

Wzrusza, bawi i uczy

"Czy się stoi, czy się leży, 400 złotych się należy" - w latach osiemdziesiątych tak było może i u nas, ale nie w USA, gdzie różnice w zasobności portfela poszczególnych klas społecznych widoczne ...
Filmweb sp. z o.o.
"Czy się stoi, czy się leży, 400 złotych się należy" - w latach osiemdziesiątych tak było może i u nas, ale nie w USA, gdzie różnice w zasobności portfela poszczególnych klas społecznych widoczne były na pierwszy rzut oka. Jedni prosili w restauracji o najlepszy rocznik wina, inni niedopity sok wlewali z powrotem do dzbanka, by się nie zmarnował. By żyć, trzeba było pracować. Mało tego, bez grosza przy duszy pozostawali nie tylko niewykształceni robotnicy z upadających fabryk, ale wszyscy ci, którzy w danym czasie nie mieli szczęścia. Nawet i tacy, którzy jeszcze niedawno wiedli wspaniałe życie, rozkręcając świetnie zapowiadający się biznes. Nieszczęście spotkało też Chrisa Gardnera, sprzedawcę przenośnych rentgenów. Wystarczyło, że spadło zainteresowanie nimi, a Chris znalazł się na życiowym zakręcie. Z trudem wyżywiał rodzinę, opuściła go żona, przyjaciele. Został sam z ukochanym synkiem, a szczęście wcale nie zdawało się do niego powracać, wręcz przeciwnie. Tę - co warte podkreślenia - prawdziwą historię, wybrał na swój debiut w Hollywood, włoski reżyser Gabriele Muccino. I to jaki udany debiut.

Film ogląda się dość lekko i przyjemnie. Piękne zdjęcia i ciekawa muzyka tylko potęgują ten efekt. Ale temat nie jest banalny - mamy przecież do czynienia z ojcem (Will Smith) samotnie wychowującym dziecko (Jaden Smith), który nie ma dachu nad głową, a nierzadko także i centa w kieszeni. Jednocześnie uczęszcza na staż dla maklerów, który może i jest po części spełnieniem jego marzeń, ale nie daje gwarancji na poprawę bytu jego i małego Christophera. Wraz z odejściem żony Chrisa (Thandie Newton) na głównego bohatera spada wręcz lawina nieszczęść i niepowodzeń. Czegokolwiek by się tknął - wszystko się wali. Trochę tego za dużo i całe szczęście, że film reklamowany jest jako "oparty na faktach", bo inaczej historia ta byłaby po prostu trudna do uwierzenia. Niemniej jednak, nie jest to science-fiction. Dość szybko Chris stał się dla mnie kimś bliższym niż tylko postać z filmu, kimś, za kogo trzymałem kciuki i komu życzyłem choć odrobiny szczęścia w tym niekończącym się paśmie problemów i trosk. W tym miejscu trzeba podkreślić życiową rolę Willa Smitha, dzięki któremu historia ta, pomimo cienkiej granicy dzielącej scenariusz filmu od tragedii antycznej, staje się prawdziwsza. Jego łzy były dla mnie jak najbardziej szczere, a uczucie do dziecka (granego, de facto, przez jego własnego syna) naprawdę głębokie. Wszelkie pochwały należą się również Thandie Newton, która po kilku "uśmiechanych" rolach, w końcu pokazuje nam, jak świetną jest aktorką.

"W pogoni za szczęściem" naładowane jest pozytywnymi emocjami. Po seansie czuje się, że z wszystkiego da się w życiu wyjść, że nie wolno się załamywać i poddawać. Niektórzy traktują też ten film jako opowieść o tym, że nie można rezygnować z marzeń, że jeśli się czegoś naprawdę chce, czasami opłaca się zabawić w Toma Cruise'a i rzucić na mission impossible. Nie każdy musi wychodzić z tego tak dobrze jak główny bohater, ale i tak warto. W niektórych momentach twórcy troszkę się nawet w propagowaniu takiej postawy zapędzili - ja wyciąłbym albo chociaż oszlifował, kilka "cennych prawd moralnych", jakie serwuje nam główny bohater, ale nawet z ich obecnością filmowi daleko od kiczu. To nie jest "Crossroads - dogonić marzenia", "Karate Kid" czy "Flashdance". To porządny film, który może i nie jest arcydziełem, ale spełnia najważniejsze wymogi - wzrusza, bawi i uczy. I choć to brzmi strasznie banalnie, tak naprawdę jest! Mnie od razu zrobiło się bardziej pogodnie na duchu. Bo, jak niedawno ktoś mądry w telewizji powiedział: "Nie każdy dobry film wywołuje depresję i płacz". I jest to prawda - Muccino pokazał nam klasyczne kino obyczajowe, którego na pewno nie musi się wstydzić. A o tym, że film nie musi być tylko głupią, naiwną opowiastką, niech świadczy chociażby sama osoba reżysera. Twórca reklamówek i dokumentów wybrał się za ocean, by zrealizować swój pierwszy anglojęzyczny film - przy budżecie 55 milionów dolarów, zarobił ponad 300. I niech będzie on wzorem dla naszych reżyserów, by udali się w końcu w pogoń za swoim szczęściem, bo pomimo że w naszej konstytucji nie ma o tym mowy, mają do tego święte prawo.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 81% uznało tę recenzję za pomocną (37 głosów).

przeczytaj również recenzje użytkowników (5)

zobacz wszystkie
o