Recenzja filmu Osaczona (2016)
Farren Blackburn

Złapani na haczyk

Blackburn pokazał się tutaj z jak najgorszej strony. Nie jest nawet solidnym rzemieślnikiem. Co dziwi, ponieważ w swoim pełnometrażowym debiucie "Hammer of the Gods – Młot bogów" pokazał, że ma ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Osaczona (2016)
Naomi Watts i znany z serialu Netfliksa "Stranger Things" Charlie Heaton są przynętami, na które twórcy "Osaczonej" próbują złapać nic niepodejrzewających, nieostrożnych widzów. O ile jednak męki złowionych ryb kończą się dość szybko, o tyle osoby, które wybiorą się na thriller Farrena Blackburna, będą cierpieć bite 90 minut.


Na pierwszy rzut oka wydaje się, że przyczyna słabości "Osaczonej" leży w pozbawionej oryginalności fabule. Ale byłby to błędny wniosek. Choć to prawda: zaprezentowana historia jest tak wtórna, że nikt zaznajomiony z gatunkiem nie będzie zaskoczony jej rozwojem. Zgodnie z wieloletnią tradycją miejscem akcji jest odosobniona posiadłość, która zostaje jeszcze bardziej odizolowana za sprawą (niespodzianka!) złej pogody. Główna postać filmu (tym razem kobieta) jest naznaczona traumą. Wokół niej krążą inni bohaterowie, którzy sprawiają wrażenie zarazem nieszkodliwych i śmiertelnie niebezpiecznych. Oczywiście zadaniem większości z nich jest sprowadzanie widzów na manowce i kuszenie ich fałszywymi wnioskami – tak, by wywołać zaskoczenie podczas ostatecznego zwrotu akcji zaprezentowanego podczas wielkiego finału.

Wtórność to jednak żadna wada – wpisana jest w końcu w zasady gatunku, którego "Osaczona" jest przedstawicielem. Sięgając po tego rodzaju kino, nikt nie powinien spodziewać się formalnych eksperymentów i wywracania do góry nogami znanych zasad. Tu liczy się przede wszystkim, jak wykorzystane zostaną klisze, jak dobrym gawędziarzem okaże się reżyser. Thriller psychologiczny opiera się więc przede wszystkim na sztuce narracji. I to właśnie jej nie opanowali ani scenarzystka Christina Hodson, ani reżyser Farren Blackburn.


Osią fabularną "Osaczonej" są relacje pomiędzy bohaterami, które wraz z rozwojem akcji zaczynają mutować w coraz bardziej patologiczne formacje. Twórcom nie udało się jednak tych więzi zobrazować. Każda z postaci pozostaje niezależną enklawą. Bohaterowie traktowani są jak pionki, które można dowolnie przestawiać na planszy bez zawracania sobie głowy tym, jak ich usytuowanie może wpływać na pozostałe elementy. To zaś prowadzi do tego, że wszelkie schematy gatunkowe rzucają się w oczy aż za bardzo, a postacie są nudne i bezbarwne. Co gorsza, odbija się to również na klimacie, który w zamierzeniu miał być klaustrofobicznie duszny. Twórcy bardzo starali się wzbudzić w widzach niepokój, więc bez umiaru korzystają ze sztuczek takich jak "jump-scare'y" (sceny, na których widz ma aż podskakiwać w nagłym zaskoczeniu). Ponieważ są one nadużywane, oglądający szybko staje się na nie odporny. Jedyny niepokój, jaki zaczynają wywoływać, to świadomość, że jeszcze długo trzeba będzie te filmowe patologie tolerować.

Blackburn pokazał się tutaj z jak najgorszej strony. Nie jest nawet solidnym rzemieślnikiem. Co dziwi, ponieważ w swoim pełnometrażowym debiucie "Hammer of the Gods – Młot bogów" pokazał, że ma solidne podstawy reżyserskie. Nie był to żadną miarą film godny zapamiętania, ale sprawdzał się jako pulpowa rozrywka. "Osaczona" stanowi dla niego dwa kroki w tył. Brak klimatu, brak oddechu, brak wyobraźni tłamszą wszelki potencjał opowieści, który i tak nie był zbyt duży. Gdyby twórcom nie udało się przekonać do projektu gwiazdy tej miary co Naomi Watts, to wątpię, by obraz w ogóle powstał.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 61% uznało tę recenzję za pomocną (18 głosów).
Marcin Pietrzyk
ocenia ten film na:
1 10 3/10 słaby
o