Recenzja filmu Borat: Podpatrzone w Ameryce, aby Kazachstan rósł w siłę, a ludzie żyli dostatniej (2006)
Larry Charles

Z Kazachstanu, czyli z Marsa

Królewski błazen to posada dość niepewna. Jeden zbyt ostry żart pod adresem władcy, który ma przecież doskonałe poczucie humoru, skończyć się może wtrąceniem do lochu albo szafotem. Wcielając się ...
Filmweb sp. z o.o.
Królewski błazen to posada dość niepewna. Jeden zbyt ostry żart pod adresem władcy, który ma przecież doskonałe poczucie humoru, skończyć się może wtrąceniem do lochu albo szafotem. Wcielając się w Borata Sagdiyeva, fikcyjnego reportera z Kazachstanu badającego zachodni sposób życia, Sacha Baron Cohen wybrał dla siebie rolę niemal równie niewdzięczną. Odgrywając prostaka, ksenofoba, seksistę, homofoba, wreszcie zwykłego kretyna, pojawił się wśród ludzi uważających się za inteligentnych, wyrafinowanych i tolerancyjnych. Chyba bezpieczniej by było nabijać się z siedzącego na tronie monarchy - on przynajmniej nie wiedział, co to jest polityczna poprawność...

To, że Cohen w trakcie kręcenia "Borata" nie został pozbawiony uzębienia, tylko częściowo tłumaczy włączona kamera. Podpuszczani przez niego ludzie nie wydają się skrępowani obecnością filmowej ekipy. Organizator rodeo stwierdza na przykład bez mrugnięcia okiem, że w Ameryce powinno się wieszać gejów. Niepodważalne alibi dla Borata stanowi jego pochodzenie. Przedstawiając się jako obywatel Kazachstanu, dostaje przyzwolenie na bardzo wiele. Trochę tak, jakby powiedział, że właśnie wysiadł ze statku kosmicznego i nic nie rozumie z tego, co dzieje się na Ziemi. W Kazachstanie rozjeżdża się Cyganów? Hmm, to bardzo nie na miejscu. Ale na pewno nie robi się tego tak skutecznie, jak robiliby to Amerykanie w Hummerach.

Problem zaczyna się jednak wówczas, kiedy prowokacja wychodzi na jaw. Wówczas, gdy podpuszczeni bohaterowie tego paradokumentu dowiadują się, że złapano ich bez spodni czy też w tym przypadku - z opuszczonymi do kostek barchanowymi majtami uszytymi z politycznej poprawności. Pozwy przeciwko twórcom filmu złożyli już członkowie bractwa studenckiego, którzy w rzeczywistości wcale nie są żłopiącymi wódę prymitywami, oraz instruktorka etykiety, która przecież chciała jedynie nauczyć biednego głupka posługiwania się nożem i widelcem, a teraz nie wiedzieć czemu śmieją się z niej klienci.

Nie wszystkie fragmenty "Borata" są równie udane. Owszem, momentami film ześlizguje się w wulgarność. Niektóre żarty z pewnością znalazłyby poklask wśród członków owego wyśmianego studenckiego bractwa. Takie choćby zapasy na golasa w pokoju hotelowym mogłyby na przykład uświetnić którąś z ceremonii inicjacyjnych. Sęk jednak w tym, że te sceny sąsiadują z niesłychanie celną krytyką społeczną. Nie sposób zbyć ich tak łatwo, Cohen udowadnia bowiem, że poważne kwestie wyczuwa niemalże intuicyjnie. Oglądając biegnącego przez hotelowy hall obleśnego grubasa, coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, iż brytyjski komik o żydowskich korzeniach znakomicie odrobił lekcję z gogolowskiego "Rewizora". Niemalże wrzeszczy nam w nos: "Z kogo się śmiejecie? Z samych siebie się śmiejecie".

Jak byśmy się zachowali, gdyby przy wigilijnym stole zasiadł facet z obciachowym wąsem i w tandetnym garniturze? Nie tylko siorbałby głośno barszcz, puszczał bąki i domagał się mięsa, ale pytał również, czemu układamy pod obwieszonym ozdobami drzewem żydowskiego noworodka? Uwaga, telewizja z Kazachstanu może kiedyś zapukać również do naszych drzwi.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 83% uznało tę recenzję za pomocną (143 głosy).

przeczytaj również recenzje użytkowników (3)

o