Recenzja filmu Sophie Scholl - ostatnie dni (2005)
Marc Rothemund

Z podniesionym czołem

Każdy, kto słyszał coś o antyfaszystowskiej organizacji "Biała Róża" i związanych z nią studentach uniwersytetu monachijskiego, wie, jak kończy się historia Sophie Scholl. Zresztą sam tytuł ...
Filmweb sp. z o.o.
Każdy, kto słyszał coś o antyfaszystowskiej organizacji "Biała Róża" i związanych z nią studentach uniwersytetu monachijskiego, wie, jak kończy się historia Sophie Scholl. Zresztą sam tytuł "Sophie Scholl - ostatnie dni" nie pozostawia miejsca na domysły. Mimo to film Marca Rothemunda już od pierwszych scen trzyma w napięciu, bardziej niż niejeden thriller.

Koncentrując się na ostatnich sześciu dniach z życia tytułowej bohaterki, Rothemund nie bawi się w historyka, dokumentalistę czy sędziego. "Sophie Scholl" to film o konsekwencjach ludzkich wyborów, o tym, jak zachowuje się człowiek w sytuacjach ostatecznych. Historia jest tu tylko inspiracją i tłem dla opowiadanych wydarzeń, choć sam proces członków "Białej Róży", rodzeństwa Schollów i Christopha Probsta, pokazany jest wiernie i poparty wnikliwymi studiami twórców nad dokumentami sądowymi i stenogramami z przesłuchań.

18 listopada 1943 roku Sophie i jej brat Hans Scholl zostają aresztowani podczas rozprowadzania na uczelni ulotek nawołujących do odrzucenia hitlerowskiego reżimu. Rozpoczyna się przesłuchanie przez oficera gestapo, Mohra. Godziny spędzone w jego biurze, próba obrony, oskarżenie i niemal natychmiast wykonany wyrok. Fabuła "Sophie Scholl" nie jest zbyt rozbudowana, w tym przypadku dramaturgię filmu budują przede wszystkim dialogi.

Mistrzowski pojedynek na słowa, jaki odbywa Sophie z Mohrem, rozgrywa się w dość obskurnym pokoju, przy świetle lampki skierowanej prosto w oczy oskarżonej. Dwoje aktorów budujących relację kat-ofiara przerzuca się argumentami. Sophie rozwija precyzyjną siatkę kłamstw. Mohr patrząc na dumną idealistkę, która z przekonaniem mówi o konieczności obalenia III Rzeszy, sprawia czasami wrażenie, jakby przekonywało go każde jej słowo.

Teatralność filmu nie razi, podobnie jak deklaratywne hasła i slogany wypowiadane przez bohaterów. I choć słowa dość często mają dar spłycania postaw i przekonań, to w "Sophie Scholl" takie pojęcia jak odwaga, honor, ojczyzna, nie brzmią banalnie. Rothemundowi udało się nie tylko ustrzec przed wszystkimi błędami, jakie mogłyby popsuć odbiór filmu, ale również skonstruować jeden z najciekawszych i najbardziej przekonujących portretów psychologicznych w kinie.

Rewelacyjna rola Julii Jentsch, która wspięła się tu na wyżyny aktorstwa, na długo zapada w pamięć. Siła bijąca z tej postaci sprawia, że "Sophie Scholl" to w znacznej mierze teatr jednego aktora. Jentsch swoją karierę rozpoczęła pod koniec lat 90., ale już udało jej się osiągnąć pozycję jednej z najbardziej utalentowanych niemieckich aktorek młodego pokolenia. 26-letnia dziewczyna w ciągu ostatnich dwóch lat stworzyła brawurowe kreacje w filmach "Edukatorzy", "Upadek", czy w typowanym przez Niemców do Oscara "Schneeland", ale rola w filmie Rothemunda uznawana jest, jak na razie, za jej największe osiągnięcie. Potwierdzeniem tego są liczne nagrody, jakie za swą kreację zdobyła aktorka: Srebrny Niedźwiedź na festiwalu w Berlinie, Europejska Nagroda Filmowa, Niemiecka Nagroda Filmowa oraz Nagroda Niemieckich Krytyków Filmowych.

W "Sophie Scholl" Julii Jentsch udało się wspaniale pokazać przyśpieszony proces dojrzewania i przemianę, jaką przechodzi główna bohaterka. Od młodej, pełnej zapalczywości dziewczyny, która niewiele myśląc, jednym ruchem zrzuca ze schodów antyhitlerowskie ulotki, do świadomej konsekwencji swego postępowania młodej kobiety. Odważnej, przekonanej o słuszności swoich racji, bezkompromisowej, gotowej ponieść karę za swoje czyny.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 94% uznało tę recenzję za pomocną (31 głosów).

przeczytaj również recenzje użytkowników (1)

o