Recenzja filmu Siódma pieczęć (1957)
Ingmar Bergman

Zaisteś wielki, o Ingmarze

Pisząc recenzję "Źródła" wspomniałam, że jeśli najsłabszy film Bergmana tak mi się spodobał, to tym bardziej powinny mi się spodobać jego lepsze filmy. Z takim też nastawieniem zmierzałam przed ...
Filmweb sp. z o.o.
Pisząc recenzję "Źródła" wspomniałam, iż jeśli najsłabszy film Bergmana tak mi się spodobał, to tym bardziej powinny mi się spodobać jego lepsze filmy. Z takim też nastawieniem zmierzałam przed dziewiątą wieczorem do lubelskiego kina Bajka na "Siódmą pieczęć" wielkiego Ingmara. I cóżem otrzymała? Film znakomity, bliski arcydziełu, lecz arcydziełem nie będący. Muszę jednak przyznać, iż z czasem na temat "Siódmej pieczęci" mam coraz cieplejsze myśli i całkiem prawdopodobne, iż któregoś dnia uznam ją za arcydzieło, ale ten czas jeszcze nie nadszedł.

Wracający z wyprawy krzyżowej szwedzki rycerz Antonius Block (po prostu świetny Max von Sydow) napotyka nad brzegiem morza Śmierć (rewelacyjny Bengt Ekerot). Ponieważ nie chce umierać, wyzywa ową ciekawą personę (heh, od tytułów filmów Bergmana trudno się opędzić) na pojedynek szachowy o jego życie. Śmierć, zapalony gracz, przystaje na taką propozycję. Od tej pory Block będzie zmagał się nie tylko ze stosującym nikczemne zasady przeciwnikiem, ale i milczeniem Boga (typowy motyw bergmanowski). Będzie to dla niego o tyle trudne, iż podczas wędrówki ze swym giermkiem, cynicznym prelibertynem Jönsem (Gunnar Björnstrand), non-stop będzie napotykał znaki świadczące albo o nieobecności Boga, albo wręcz o Jego nieistnieniu. A najwięcej problemów sprawia fakt, iż powody do takiego przekonania dają przede wszystkim ludzie mieniący się Jego sługami.

Tytuł filmu nawiązuje do Apokalipsy św. Jana, a konkretniej do momentu, gdy symbolizujący Chrystusa Baranek otwiera siódmą pieczęć księgi, po której następuje w niebie cisza na pół godziny, a po niej koniec świata. Bohaterowie "Siódmej pieczęci" są właśnie zawieszeni w tej półgodzinie między otwarciem pieczęci a końcem świata. Już został podpisany na nich wyrok, teraz mogą tylko czekać na jego wykonanie, którego nie opóźni żadna próba zmiany losu, jak chociażby rozrzucenie figur szachowych przez Antoniusa. Świat przez nich przemierzany jest pozbawiony Boga, gdyż On na ten czas wycofał się z niego, by pojawić się dopiero w momencie Sądu.

W "Siódmej pieczęci" wszystkie elementy - reżyseria, scenariusz, aktorstwo, klimat, humor (tak, humor!) - stoją na bardzo wysokim poziomie. Wspomniałam już, że znakomicie zagrali Ekerot i Sydow - to samo można powiedzieć jednak nie tylko o nich, ale i o całej reszcie obsady, z Björnstrandem (sporo osób uważa, że to właśnie on stworzył najwybitniejszą kreację w filmie) na czele. W tym filmie znakomite są nawet epizody - przede wszystkim scena z jedną z ulubionych aktorek i przyjaciółką Bergmana, Bibi Andersson, w roli skazanej na stos dziewczyny.

Ingmar rewelacyjnie budował klimat średniowiecza, co widać szczególnie w genialnej scenie procesji biczowników (o dwa, a może nawet i trzy nieba lepszej od tak wychwalanej przez mego ojczulka podobnej sceny w "Krzyżakach" Forda), a także scenie kulminacyjnej. Na uwagę zasługują również sceny komiczne, które są naprawdę znakomite, jak chociażby cały wątek z opuszczeniem tego łez padołu przez cyrkowca (widok Śmierci piłującej drzewo jest wart wszystkich pieniędzy świata).

Nie uważam "Siódmej pieczęci" za arcydzieło, niemniej jednak - jak już wspomniałam na początku - z każdym moim rozważaniem na jej temat jestem coraz bliższa temu stwierdzeniu. Pisanie tej recenzji również mnie ku niemu przysunęło.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 64% uznało tę recenzję za pomocną (214 głosów).

przeczytaj również recenzje użytkowników (1)