Recenzja filmu Solaris (2002)
Steven Soderbergh

Zapis masek, póz i psychoz

Steven Soderbergh poszedł w kierunku, którego nikt się nie spodziewał, a już najmniej sam Lem. To, co widzimy na ekranie, to zapis naszych masek, póz i psychoz, a nie popis efektów specjalnych. ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Solaris (2002)
Steven Soderbergh poszedł w kierunku, którego nikt się nie spodziewał, a już najmniej sam Lem. To, co widzimy na ekranie, to zapis naszych masek, póz i psychoz, a nie popis efektów specjalnych. Dzięki takiej koncepcji powstał obraz o wiele ciekawszy, niż dosłowna wizualizacja książki, której większość się spodziewała (ja też). Mamy tu do czynienia z poetycką impresją, a nie mierną adaptacją, jak "Raport Mniejszości" lub "Wehikuł Czasu". Film to wspaniała psychodrama i mimo że "historia z alkowy" zastąpiła tu problem kontaktu z nieludzkim, to oglądając produkcję Soderbergha, czuć ducha powieści. Doskonała jest także muzyka, przypomina ona zbiór dźwięków i szumów, i to odróżnia ją od typowej ścieżki dźwiękowej, jaką można spotkać w większości filmów.
Reżyser zbliżył się swym dziełem do klasyki. Do czystej, traktującej widza z powagą klasyki, a nie do przezroczystej fabułki.

Trochę fabuły dla tych, którzy książki nie czytali. Kosmonauta Kris Kelvin (George Clooney) jako psycholog solarysta wyrusza z Ziemi na stację kosmiczną Prometeusz z misją wyjaśnienia tajemniczych zjawisk zachodzących na jej pokładzie. Wszyscy mieszkańcy stacji są odwiedzani przez gości przybierających postać bliskich im ludzi. Replikantów przysyła planeta-ocean Solaris. Clooney mniej uwagi poświęca zagadkowej inteligencji, która produkuje ludzkie podobizny, zdecydowanie bardziej natomiast przeżywa kontakt z wysłanniczką zaświatów (Natascha McElhone), do złudzenia przypominającą jego ukochaną żonę, która popełniła samobójstwo.

Co do gry aktorskiej nie trzeba się tutaj rozpisywać, bo i nie ma o czym. Wystarczy tylko to, że dla Soderbergha było najważniejsze wewnętrzne przeżywanie Kelvina. Dlatego Clooney zdał egzamin, bez względu na to, czy zwracamy uwagę na jego (słynne już) pośladki czy też nie. Film koncentruje się na bohaterach
i problemach. Dzięki temu jego przesłanie stało się bliższe trudnej epice Lema. Reszta aktorów nie wyróżnia się, ich gra nie przeszkadza, ale też nie wzbudza większych emocji, nic dodać, nic ująć.

Zgodność obrazu z literackim pierwowzorem polega tu nie na sfilmowanej akcji, lecz na przełożeniu pozornie nieprzekładalnych sekwencji prozy na język samych obrazów i dźwięków. Obserwujemy szereg doskonałych, długich sekwencji bez jednego słowa, czasem są to obrazy, czasem złożone sceny. Moim zdaniem film zaskoczy nawet tych, którzy dobrze znają książkę. I nie tylko układem fabuły, co przede wszystkim formą. Opowieść ma eliptyczną konstrukcję i wraca w pewnym sensie do punktu wyjścia. Lem w swojej książce wyszedł od idei kontaktu z nieludzkim - Soderbergh pokazał brak kontaktu między samymi ludźmi. To właśnie ten brak kontaktu definiuje charakter montażu. Dlatego historia jest fragmentaryczna, rwana, miejscami niejasna. Stąd też wszystkie głosy krytyczne o braku spójności i beznadziejnym montażu.

Dopiero w zakończeniu, podobnie jak u Tarkowskiego, przeżyjemy długo oczekiwany fantastyczny szok. Ocean i tu, i tam obdarowuje oboje Kelvinów tym, na czym im najbardziej zależało, a czego nie potrafiły wybrać ich dusze znękane dylematem wyboru między 'czuję' i 'wiem'. Czyli i Tarkowski, i Soderbergh sprawiają, że lądujemy w przytulnej baśni. Pisarz zobaczył to bardziej dramatycznie, ostatnie zdanie powieści: Nie wiedziałem nic trwając w niewzruszonej wierze, że nie minął czas okrutnych cudów - wydaje się z przeróżnych względów w kinie nie do odtworzenia.

Film Soderbergha pozostaje wierny książce, lub raczej - pozostaje z nią w zgodzie. Co prawda, w filmie nie ma "dokładnej" zgodności, ale pamiętajmy, iż zmienia on jedynie formę, lecz sens pozostaje ten sam.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 81% uznało tę recenzję za pomocną (64 głosy).

przeczytaj również recenzje użytkowników (2)