Recenzja filmu Tajemnice Los Angeles (1997)
Curtis Hanson

Zaskakująco udana adaptacja Ellroya

Los Angeles z kart powieści Jamesa Ellroya wbrew swojej nazwie ma niewiele wspólnego z niebiańskimi stworzeniami. To raczej przedsionek piekła, aniżeli Miasto Aniołów. Niegdyś urokliwa, słoneczna ...
Filmweb sp. z o.o.
Los Angeles z kart powieści Jamesa Ellroya wbrew swojej nazwie ma niewiele wspólnego z niebiańskimi stworzeniami. To raczej przedsionek piekła, aniżeli Miasto Aniołów. Niegdyś urokliwa, słoneczna kraina, której czar uwiódł prekursorów kina zakładających tam swoje pierwsze wytwórnie filmowe, rozrosła się w ciągu kilku dziesięcioleci do monstrualnych rozmiarów. Możliwości, jakie stworzył dynamiczny rozwój branży rozrywkowej spowodował napływ całej rzeszy ludzi z niemal każdego szczebla drabinki społecznej, od ubogich imigrantów z Meksyku, po żydowskich bonzów ze wschodniego wybrzeża, którzy zwietrzyli szansę szybkiego pomnożenia swych fortun. Była to mieszanka nierokująca nadziei na spokojną koegzystencję, tak więc zdumiewająca rozbudowa światowej stolicy kina odbywała się na krwawych fundamentach zbrodni, gwałtu, rasizmu i wyniszczającej konkurencji. Na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych, a więc w okresie, kiedy rozgrywają się najsłynniejsze powieści Ellroya, L.A. było już metropolią totalnie zdeprawowaną, toczoną przez raka demoralizacji obejmującego zarówno dno społeczne, jak również sam szczyt władz sprawujących kontrolę nad miastem. Pozornie raj na ziemi z luksusowymi rezydencjami gwiazd filmowych, polami golfowymi, złocistymi plażami itp., dający złudne nadzieje na spełnienie najśmielszych marzeń, a w rzeczywistości siedlisko wszelkiej maści przestępców: gangsterów, skorumpowanych polityków i stróżów prawa, handlarzy narkotyków, seryjnych morderców i psychopatycznych zwyrodnialców, przy których Hannibal Lecter uchodziłby za człowieka o gołębim sercu. W tle dodatkowo napięcia związane z rozwarstwieniem społecznym i rasowym mieszkańców miasta oraz antykomunistyczna krucjata senatora McCarthy'ego. Istna Sodoma XX wieku, czyli Los Angeles według Jamesa Ellroya.

Ta przerażająca, ale zarazem fascynująca wizja upadłego miasta to z pewnością jeden z czynników decydujących o powodzeniu twórczości pisarza. Jak to zwykle bywa z klimatem świata wykreowanego w powieściach w sposób tak sugestywny jak u Ellroya, przeniesienie choćby jego cząstki na ekran kinowy wydaje się zadaniem karkołomnym, a nawet najsprawniej nakręcona adaptacja jest przegrana już na starcie konfrontacji z książkowym pierwowzorem. Przekonał się o tym sam Brian De Palma biorąc na warsztat "Czarną Dalię". Autor "Carrie" nakręcił swój  film z wielką dbałością o najmniejsze nawet detale z epoki powojennego Los Angeles, jednak gdzieś po drodze zatracił ową duszną atmosferę, która tak przeraża, ale zarazem wciąga czytelnika bez reszty. Na szczęście podobne niepowodzenia nie muszą być regułą, o czym możemy się przekonać w czasie seansu "Tajemnic Los Angeles" nakręconych kilka lat wcześniej przez Curtisa Hansona.

Intryga kryminalna filmu sama w sobie nie stanowi wielkiego novum w obrębie gatunku. Mamy tu do czynienia ze śledztwem młodego detektywa-żółtodzioba w sprawie strzelaniny w barze Nocna Sowa, podczas której zginął policjant. Ów świeżo mianowany detektyw musi zmierzyć się nie tylko ze skomplikowaną zagadką, ale również z jawnie okazywaną niechęcią kolegów policjantów, a zwłaszcza byłego partnera zamordowanego. Dość zawiła intryga nie nadaje się do dłuższego streszczania z uwagi na duże ryzyko zdradzenia istotnych szczegółów fabularnych. Napomknę jedynie, że sprawa która z pozoru wygląda na robotę czarnoskórych oprychów, prowadzi prosto na sam szczyt skorumpowanych elit Los Angeles, zahaczając po drodze o pewną luksusową i bardzo oryginalną agencję towarzyską.

Główni bohaterowie filmu oraz ci przewijający się na drugim planie i w epizodach tworzą łącznie niezwykle frapująca galerię postaci doskonale przedstawiającą wielopiętrowość świata przestępczego L.A. oraz ich wzajemne powiązania z policją i polityką. Jeśli chodzi o obraz samych stróżów prawa, to mamy okazję przyjrzeć się mu bliżej za pośrednictwem trzech bohaterów reprezentujących różne style i odmienne podejście do wykonywania swojej profesji. Bud (Russell Crowe) to wybuchowy twardziel, wykorzystywany przez przełożonych do tzw. "zmiękczania podejrzanych". Uczulony na przemoc wobec kobiet bez ostrzeżenia opróżnia magazynek celując w bandziora znęcającego się nad dziewczyną, a następnie pozoruje całą sytuację tak, aby wyglądała na wymianę strzałów. Jack Vincennes (Kevin Spacey) z wydziału obyczajowego jest popularny z powodu serialu kryminalnego, przy którym pracuje w charakterze konsultanta. Jednak jego sława nie jest bynajmniej efektem pracy na planie; styczność z zepsutym do szpiku kości światem show biznesu nauczył się sprytnie wykorzystywać. Działając wspólnie z Sidem (Danny DeVito), znajomym dziennikarzem z plotkarskiego magazynu, za odpowiednią opłatą przekazuje mu informacje o dokładnym czasie i miejscu pobytu gwiazd w sytuacjach kompromitujących, takich jak nieobyczajne zachowanie lub palenie marihuany. Jack ma wówczas okazję do popisowej akcji w blasku fleszy, a Sid materiał do kolejnego artykułu w swym szmatławcu. Bardzo ważną postacią jest Ed Exley (Guy Pearce), młody gliniarz z doskonałymi wynikami z akademii i wzorową opinią z dotychczasowej służby. Swoim uporem i ambicją zdołał wymóc na komendancie policji (James Cromwell) przydział do sprawy masakry w barze. Problemem Eda jest jednak zbytnie, wręcz obsesyjne, przywiązanie do przepisów prawa; uważa się za policjanta z powołania, a dla misji którą ma do wykonania jest w stanie poświęcić nawet solidarność z kolegami. W czasie wewnątrzwydziałowego śledztwa  tyczącego skandalicznych zamieszek wywołanych przez pijanych policjantów, bez żadnych zahamowań donosi na kolegów; co więcej, zuchwale sugeruje swoim przełożonym jakie kary powinny być nałożone na krnąbrnych stróżów prawa. Nieco idealistyczne podejście do swojej pracy i przesadne przywiązanie do formalizmu to cechy stanowiące rzadkość wśród pozbawionych złudzeń gliniarzy z Los Angeles. Pewne jest, że prędzej czy później Exley musi pójść w ślady Buda lub Jacka. Bardzo znamienna jest również postać byłego, zrujnowanego gliniarza Buzza Meeksa (Darrell Sandeen), którego poznajemy w początkowej scenie jako spasionego goryla ochraniającego interesy właściciela szemranej agencji towarzyskiej. Podsumowując tę krótką charakterystykę trzech głównych bohaterów-gliniarzy, można stwierdzić z całą pewnością, że pomimo wielu różnic łączy ich jedno: żadnego z nich nie sposób zakwalifikować jako bohatera jednoznacznie pozytywnego lub negatywnego. To właśnie ta złożoność charakterologiczna nadaje postaciom pewien rys nie tyle prawdopodobieństwa psychologicznego, co raczej charakterystycznej wyrazistości doskonale sprawdzającej się w posępnych opowieściach kryminalnych.

Oczywiście, aby potencjał po mistrzowsku scharakteryzowanych w scenariuszu postaci nie został zmarnowany, należało zatrudnić aktorów o ponadprzeciętnych umiejętnościach. Tak też się stało, a efektowny wianuszek gwiazd robi dziś spore wrażenie. Świetnie wypada Russell Crowe, wówczas bez statusu megagwiazdy, jak również Kevin Spacey (już po Oscarze za "Podejrzanych", ale przed "American Beauty), niezły jest także Guy Pearce w roli Eda Exleya. Główna rola żeńska przypadła w udziale Kim Basinger, która grając rolę ekskluzywnej prostytutki wzniosła się na wyżyny swoich, nie tak znowu wybitnych, umiejętności aktorskich, zbierając przy okazji kilka nagród z Oscarem za rolę drugoplanową na czele. Mamy tu jeszcze dwóch popularnych aktorów obsadzonych zgodnie ze swoim emploi: Danny DeVito, czyli aktor grający właściwie w każdym filmie tę sama rolę, również tym razem nie zawodzi pod tym względem. No i James Cromwell, który jeśli akurat nie tresuje świnki na psa pasterskiego, najchętniej wciela się w role naczelników, komendantów, dyrektorów i innych wysoko postawionych ważniaków wykorzystujących w nieuczciwy sposób swoje stanowisko. Rzecz jasna, nie inaczej jest w omawianym filmie. Poza nagrodą dla Basinger, Oscara zdobyli również, jak najbardziej zasłużenie, scenarzyści: Brian Helgeland oraz Curtis Hanson. Ten ostatni został wyróżniony nominacją także jako reżyser filmu. Akademia doceniła i nominowała jeszcze między innymi muzykę Jerry'ego Goldsmitha oraz zdjęcia Dante Spinottiego i doskonałą scenografię.

Pomijając wszelkie uproszczenia i skróty związane z adaptacją wielowątkowej i dość skomplikowanej powieści kryminalnej, należy uczciwie przyznać, że twórcom filmu udało się udźwignąć ciężar cenionej przez krytyków prozy Jamesa Ellroya, i choćby z tego powodu "Tajemnice Los Angeles"  zaliczać należy do najlepszych dramatów sensacyjnych końca XX wieku. Powstał film nasiąknięty mroczną atmosferą powieści z zawiłą intrygą, a jednocześnie z doskonałym tempem rozwoju fabuły. Choć z drugiej strony, pewnie znajdą się malkontenci narzekający na dramaturgię finałowych partii filmu, kiedy na dobre pół godziny przed końcem znamy już ostateczne rozwiązanie. Tak czy inaczej film nie traci napięcia i suspensu do ostatnich scen. Jest to pozycja obowiązkowa dla każdego szanującego się fana filmów sensacyjnych. Niewykluczone jednak, że widzom zachwycającym się perypetiami "Człowieka z blizną", dzieło Hansona może  w ogóle nie przypaść do gustu. Filmowe  "Tajemnice Los Angeles" wyróżniają się bowiem na tle całej masy sensacyjnych szmir podobnie jak powieści Ellroya wśród tandetnych, kieszonkowych wydań marnych kryminałów z przydrożnych kiosków. Po prostu pierwszorzędne kino sensacyjne.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 82% uznało tę recenzję za pomocną (77 głosów).