Zemsta Tsufuru-jin

Po oszałamiającym sukcesie "Dragon Ball", a następnie "Dragon Ball Z" na podstawie mangi Akiry Toriyamy, szefowie studia Ghibli postanowili kontynuować ekspansję świata Toriyamy także poza telewizją. Na początku pojawiły się filmy kinowe "Dragon Ball", następnie odcinek specjalny dla japońskiej telewizji z serii "Z" pt. "Bardock - ojciec Goku". Wraz z rosnącą popularnością nowej serii także i ona doczekała się swoich filmów kinowych. Tutaj zaznaczyć jednak trzeba, że prezentują one co najwyżej przeciętny poziom i do świata "Dragon Ball" wprowadzają tylko chaos. Recenzowany przeze mnie tytuł to rodzynek, bo to jedyny film OAV, czyli produkt przeznaczony od razu na rynek wiedo.

"Dragon Ball Z - Plan zniszczenia Saiyan-jin" powstał w 1993 roku z myślą o rynku wideo. Dzieli się na dwie zasadnicze części, z której każda trwa ok. 31 minut. Czas akcji umiejscowiony jest podczas Cell Game Saga, czyli na dziesięć dni przed turniejem Cella. Mr Popo informuje Son Goku i przyjaciół, że ktoś rozłożył na Ziemi cztery generatory, które wydzielają śmiercionośny gaz. Goku i wojownicy Z mają teraz 24 godziny, aby je zniszczyć i dowiedzieć się, kto stoi za tym występkiem i dlaczego to robi.

Choć muszę przyznać, że początkowo przeciwnicy zwiastują raczej niski poziom walk, to kiedy na placu boju pojawiają się starzy-dobrzy antagoniści (choć nie zdradzę jacy), następuje zwrot o 180 stopni. Cała intryga zaporowadzi bohaterów oraz ostatniego przedstawicela rasy Tsufuru-jin, pałającego żądzą zemsty, na inną planetę. Dlaczego - tutaj również odsyłam do filmu.

Pod względem scenariusza seria OAV zdecydowanie przewyższa wszystkie wersje kinowe. Akcja osadzona jest w czasie typowym dla telewizyjnego anime, a sam motyw Tsufuru-jin wnosi bardzo dużo do świata "Dragon Ball". Dość powiedzieć, że będzie to główny punkt zaczepienia dla twórców "Dragon Ball GT".
Od strony technicznej anime prezentuje się bardzo dobrze. W porównaniu do serialu tv animacja stoi na znacznie wyższym poziomie. Zmieniono także muzykę ilustracyjną, w której liryczne motywy zastąpione zostały przez stosunkowo ubogą elektronikę.

Reasumując. "Dragon Ball Z - Plan zniszczenia Saiyan-jin" to jedna z najlepszych odsłon "dokrętek" do popularnej serii, ustępująca tylko takim tytułom jak "Bardock - ojciec Goku" i "Dragon Ball GT - Biografia Goku Jr.". Tak czy inaczej - zdecydowanie polecam.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 50% uznało tę recenzję za pomocną (6 głosów).

komentarze

pozostało 255 znaków
  • martabr

    Ta recenzja nie dość, że jest chaotyczna to równocześnie trochę spojleruje... P.S. 1) Jak się filmu nie widziało, to nie pisze się recenzji. P.S. 2) Jak się nie rozróżnia postaci, to lepiej wcale nie posługiwać się imionami w recenzji, bo to mylące dla fana.

Zgłoś nadużycie

Opisz, dlaczego uważasz, że ten wpis nie jest zgodny z regulaminem serwisu:
WTF:false,ads:true