Recenzja filmu Ostatnia klątwa (2016)
Simon Rumley

Zemsta zza grobu

Szkoda, że pod efektowną zasłoną kryje się wątła i niezbyt angażująca fabuła, żerująca w dodatku na autentycznej tragedii. Jeśli mimo to po seansie "Klątwy" będziecie nadal zainteresowani ...
Filmweb sp. z o.o.
Zdarzyło się naprawdę: w 1981 roku zaledwie 17-letni Johnny Frank Garrett został skazany na śmierć za gwałt i uduszenie zakonnicy. Choć więzień do samego końca zarzekał się, że jest niewinny, a o złagodzenie jego kary apelował sam Jan Paweł II, sędziowie byli niewzruszeni. Wyrok wykonano 11 lutego 1992 roku. Niedługo potem w tajemniczych okolicznościach z ziemskiego padołu zaczęły wymeldowywać się osoby, które w mniejszym lub większym stopniu przyczyniły się do stracenia Garretta. Przypadek? Karma? A może ingerencja sił nieczystych? Domyślcie się, którą wersję zdarzeń przedstawili twórcy filmu zatytułowanego po polsku "Ostatnia klątwa".


Przez moment wydaje się, że reżyser Simon Rumley nie pójdzie po linii najmniejszego oporu. Zamiast rozpocząć swój horror od standardowej sceny-straszaka, Brytyjczyk poświęca aż kwadrans na zrelacjonowanie procesu i śmierci Garretta. Prolog budzi skojarzenia z kaźnią Chrystusa. Najpierw obserwujemy koczującą pod gmachem sądu tłuszczę, która domaga się krwi niewinnie wyglądającego, przerażonego nastolatka. Potem w trakcie egzekucji Johnn zostaje skrępowany w pozycji przypominającej ukrzyżowanie. Biblijne konotacje wydają się o tyle istotne, że akcja "Klątwy" rozgrywa się w Teksasie – bodaj najbardziej konserwatywnym amerykańskim stanie, którego mieszkańcy na każdym kroku podkreślają przywiązanie do chrześcijańskich wartości. Widząc malującą się na twarzach oskarżyciela oraz większości przysięgłych mściwą satysfakcję, trudno jednak uwierzyć w ich gołębie serca oraz twarde moralne kręgosłupy. Nietrudno za to kibicować Johnny'emu, który tuż przed spotkaniem z katem poprzysięga odpłacić ciemiężycielom pięknym za nadobne.

Z chwilą, gdy skazany wydaje ostatnie tchnienie, kończy się piętnowanie małomiasteczkowej hipokryzji i sądowych patologii, a zaczyna schematyczny spektakl niesamowitości. Ludzie tracą zmysły, elektryka niespodziewanie odmawia posłuszeństwa, a telewizory nadają program z zaświatów. Osobą, która próbuje przerwać zabójczy łańcuszek, jest Adam (Mike Doyle). Mężczyzna należał do ławy przysięgłych w procesie Garretta i – niczym grany przez Henry'ego Fondę ławnik numer 8 z "12 gniewnych ludzi" – jako jedyny nie wierzył w winę oskarżonego. Zamiast jednak do upadłego walczyć o sprawiedliwość, szybko ugiął się pod presją otoczenia. To mogła być ciekawa, nieoczywista postać - napędzana bezgraniczną rodzicielską miłością, desperacją i wyrzutami sumienia. Z piasku nie ukręci się jednak pejcza - scenariusz jest psychologicznie płaski, a Doyle ma charyzmę  betonowego słupa.


Co ciekawe, choć budżet "Ostatniej klątwy" wyniósł pewnie tyle co koszty cateringu na planie średniej hollywoodzkiej produkcji, dzieło Rumleya prezentuje się zaskakująco przyzwoicie pod względem wizualnym. Żółty filtr kolorystyczny jak z "Krótkiego filmu o zabijaniu", mastershot a la De Palma, koszmarne wizje rodem z "Drabiny jakubowej" – reżyser do spółki z operatorem Miltonem Kamem odwalili pod tym względem kawał dobrej roboty. Szkoda więc, że pod efektowną zasłoną kryje się wątła i niezbyt angażująca fabuła, żerująca w dodatku na autentycznej tragedii. Jeśli mimo to po seansie "Klątwy" będziecie nadal zainteresowani historią Garretta, sięgnijcie po dokument Jesse'a Quackenbusha "The Last Word". Przedstawione w nim nadużycia wymiaru sprawiedliwości wydają bardziej przerażające niż wszystkie strachy na lachy z filmu Rumleya.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 58% uznało tę recenzję za pomocną (31 głosów).
Łukasz Muszyński
ocenia ten film na:
1 10 4/10 ujdzie