Recenzja filmu Klezmer (2015)
Piotr Chrzan

Znalezisko

Tym, co od razu zwraca uwagę w "Klezmerze", są dialogi. Chrzan, który scenopisarskie rzemiosło szlifował na planie "Na dobre i na złe", ma talent do soczystych, "z życia wziętych" fraz. Banalne z ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Klezmer (2015)
Reżyserski debiut Piotra Chrzana potwierdza, że dobry scenariusz i właściwa obsada gwarantują więcej niż połowę sukcesu. Zrealizowany bez wsparcia PISF-u, nakręcony za symboliczną kwotę film zaczyna się niczym etnograficzny obrazek z życia wiejskiej młodzieży, a kończy jak dobry dreszczowiec. To kameralna opowieść o wojnie bez wojny, która niepostrzeżenie chwyta za twarz i nie pozwala wyrwać się z bolesnego uścisku.

Choć przez cały film bohaterowie przemierzają leśne ostępy, "Klezmer" nie jest bynajmniej snujem spod znaku festiwalu Nowe Horyzonty. I choć opowiada o skomplikowanych polsko-żydowskich relacjach z czasów II wojny światowej, różni się od zrealizowanych w ostatnich latach rodzimych filmów z wątkiem Holokaustu. W przeciwieństwie do twórców "Idy", "Pokłosia" czy "Ziarna prawdy" reżyser nie opowiada o tajemnicy z przeszłości, którą próbują rozwikłać bohaterowie, najczęściej krewni uczestników tragicznych zdarzeń sprzed lat. "Klezmer" skraca dystans. Rozgrywający się w 1943 roku obraz relacjonuje kilka godzin z życia Polaków, którzy znajdują w kniei rannego Żyda zbiegłego z transportu. Rozpoczyna się dyskusja: czy uciekiniera należy wydać, ocalić, a może zostawić na pastwę na losu? Jeśli wydać, to komu: Niemcom, polskim policjantom czy sołtysowi? Jak podzielić ewentualną nagrodę? Komu przypadnie but, a komu marynarka mężczyzny?

Tym, co od razu zwraca uwagę w "Klezmerze", są dialogi. Chrzan, który scenopisarskie rzemiosło szlifował na planie "Na dobre i na złe", ma talent do soczystych, "z życia wziętych" fraz. Banalne z pozoru rozmowy bohaterów skrywają bogactwo szczegółów. Na wierzch wychodzą stopniowo wzajemne animozje, a spod grubej warstwy stereotypowych osądów i antysemickiego bełkotu zaczerpniętego z nazistowskiej propagandy przebijają się niekiedy odruchy współczucia. Wszystko to jest świetnie zagrane przez młodą, w większości nieopatrzoną obsadę (zwłaszcza Dorotę Kuduk i Kamila Przystała).  Do tego dochodzi minimalistyczny, rozpisany na klarnet i obój soundtrack, który uwydatnia gęstniejącą z minuty na minutę ekranową atmosferę. Miłośnicy muzyki Mikołaja Trzaski z filmów Smarzowskiego znajdą tu coś dla siebie.

Cytaty z poezji Heinricha Heinego oraz anielskie chóry, który rozsadzają w finale kinowe głośniki, nie pasują do reszty filmu. Dodają mu niepotrzebnego patosu, są próbą zbudowania jakiejś większej metafory. "Klezmer" jest tymczasem najlepszy w tych niepozornych momentach, gdy bohaterowie przypominają sobie o czającej się niedaleko grozie wojny. Kiedy zdają sobie sprawę, że wycieczka do lasu w każdej chwili może zamienić się w walkę o przetrwanie.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 46% uznało tę recenzję za pomocną (28 głosów).
Łukasz Muszyński
ocenia ten film na:
1 10 7/10 dobry