Recenzja filmu Jak we śnie (2006)
Michel Gondry

Znienawidzona jawa

"Jak we śnie" to trzeci i najlepszy film w niewielkim dorobku reżyserskim Michela Gondry. Tematyką i strukturą bardzo przypomina "Zakochanego bez pamięci", jednak jest inteligentniejszy i ...
Filmweb sp. z o.o.
"Jak we śnie" to trzeci i najlepszy film w niewielkim dorobku reżyserskim Michela Gondry. Tematyką i strukturą bardzo przypomina "Zakochanego bez pamięci", jednak jest inteligentniejszy i bardziej refleksyjny, a przede wszystkim ciekawszy jako wizja. Niestety najprawdopodobniej nie odniesie takiego sukcesu jak poprzednik, bowiem tym razem jest to produkcja francuska. Otóż podobnie jak w "Zakochanym..." mamy tu parę zakochanych, a połowa akcji rozgrywa się w umyśle bohatera. Podobne jest nawet tło - grupa pracowników jakiejś firmy, ich służbowe relacje i wygłupy jako dodatkowa atrakcja. Tylko tym razem postacie są bardziej absurdalne, ale dzięki temu bardziej prawdziwe. "Jak we śnie" to głęboka obserwacja pewnego typu człowieka i jego problemów w nawiązywaniu relacji z innymi.

Głównym bohaterem jest Stephane, młody artysta. Przyjeżdża do Paryża na prośbę dawno niewidzianej matki. Zamieszkuje w swym dziecinnym pokoju i podejmuje się nudnej pracy, przy składaniu kalendarzy. Rzeczywistość zupełnie nie sprzyja jego artystycznym wizjom i innym ambicjom. Na szczęście posiada on pewną wyjątkową umiejętność, może manipulować własnymi snami. W wyśnionym studiu filmowym "Stephane TV" przygotowuje sobie sny, tak jakby kręcił filmy. W snach odnosi zawrotne sukcesy i spełnia wszystkie swoje marzenia. Pewnego dnia poznaje sąsiadkę, Stephanie, również oryginalną i nieco ekscentryczną, jednak nie aż tak bardzo jak on. Jak łatwo przewidzieć Stephane zakochuje się w niej, a ona w nim. Niestety to nie wystarczy. Bowiem decydującą cechą charakteru Stephana jest tchórzostwo. O wiele łatwiej jest uciec w świat snów, tym bardziej jeżeli ma się nad nimi władzę i traktuje go na równi z rzeczywistym, gorzej, nawet się tych dwóch światów nie odróżnia.

Szczęście jest na wyciągnięcie ręki, jednak Stephane boi się. Chociaż Stephanie nie odtrąca go, wręcz podpowiada mu, co ma robić, on woli cały czas krążyć wokół, nigdy nie docierając do sedna, nawet jeżeli byłoby to spełnieniem jego marzeń.
Nie da się ukryć, to bardziej dramat niż komedia. Oprócz kilku zabawnych dialogów, zwykle w formie seksistowskich żartów, z niezbyt wielu rzeczy można się pośmiać. Sytuacja głównego bohatera jest przygnębiająca. Szczególnie w drugiej połowie filmu, kiedy wszystko zaczyna się plątać. Ani Stephane, ani widz nie wiedzą już, które obrazy są prawdziwe, a które wyśnione. Na przykład sceny, gdzie pojawiają się konstruowane przez bohatera nieprawdopodobne urządzenia, wydają się realne, ale takie nie są, cechuje je zbytnia doskonałość, poza tym to nie jest film science fiction. Rzeczywistość chyba najłatwiej rozpoznać po tym, że nie nosi żadnych oznak szczęścia, jest trudna i bezsensowna. Nieprzyjemny i niestety zawierający w sobie coś z prawdy, wniosek. Można również założyć, że niemal wszystko było snem, do którego czasem wdzierały się niechciane elementy (niebezpieczna maszynka do golenia, którą poprzedniego wieczora Stephane się skaleczył, albo Stephanie, która nie robi tego, czego by chciał), snem Gondry'ego, który twierdzi, że film jest w pewnym sensie autobiograficzny. Jest to więc echo czegoś, co się kiedyś samemu reżyserowi nie udało, powracające w takiej wizji na wpół sennej, groteskowej i nie do końca przyjemnej, za dużo bowiem wdarło się w nią tej rzeczywistości. Nie każdy potrafi tak jak Stephane...

Film zachwyca przede wszystkim tą nierealną stroną. Obrazy ze snów Stephane'a to czysta sztuka. Są piękne, trochę dziecinne, trochę apokaliptyczne. Czasami przypominają zabawę w teatrzyk kukiełkowy, czasami mają rozmach efektów specjalnych jak z pierwszych filmów o Godzilli. Symbolami odzwierciedlają pragnienia Stephane'a, na przykład kiedy jednym gestem zmiata Paryż z powierzchni Ziemi, stawiając na jego miejscu tekturowe miasto, nowy, lepszy świat, za co ludzie padają mu do nóg. Najlepsze jest to, że sny nie zostały wygenerowane komputerowo. Zrealizowano je tradycyjną techniką poklatkową, jak np. "Misia Uszatka". Imponujące, tym bardziej, że takich scen w filmie jest dużo, w dodatku w niesamowitym stylu: pluszowe zwierzaki ze szwami koniecznie na wierzchu, cuda z tektury falistej i woda z celofanu.

"Jak we śnie" to ciekawy, dobrze zrobiony film, na konkretny chociaż nieco wyświechtany temat "dlaczego im nie wyszło". Na szczęście ludzie przecież to lubią, a tu wszystko jest opowiedziane w inteligentny i przede wszystkim bardzo nietypowy sposób. Warto obejrzeć ten film już choćby dla wyśnionej rzeczywistości Stephane'a, ale nie tylko dla tej rzeczywistości.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 70% uznało tę recenzję za pomocną (10 głosów).
Ewa_Spala
ocenia ten film na:
1 10 8/10 bardzo dobry

przeczytaj również recenzje użytkowników (2)