Recenzja filmu Posejdon (2006)
Wolfgang Petersen

Zostawcie Posejdona

Remake to wbrew pozorom nie lada wyzwanie dla twórców. Szczególnie gdy nowa wersja przedstawia dobrze znaną widzom historię, a na dodatek jest to klasyk kina katastroficznego. Oczywiście twórca ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja TV Posejdon (2006)
Remake to wbrew pozorom nie lada wyzwanie dla twórców. Szczególnie gdy nowa wersja przedstawia dobrze znaną widzom historię, a na dodatek jest to klasyk kina katastroficznego. Oczywiście twórca może wyjść z wyznaczonego sobie zadania obronną ręką, lecz musi się mocno postarać. Niestety Wolfgang Petersen poniósł klęskę, choć trzeba przyznać, że momentami próbuje się bronić, szkoda, że nieudolnie.

Zamknijmy oczy i wyobraźmy sobie następujący obrazek: jest sylwester, my ubrani w idealnie skrojone, wytworne stroje, skropieni drogimi perfumami, udajemy się w rejs luksusowym statkiem po przygodę życia. Zapowiada się sielanka i przednia zabawa. Ale dalej z zamkniętymi oczyma wyobraźmy sobie, że po wielkim szale i uniesieniach związanych z wybiciem upragnionej godziny 0:00, gdy jesteśmy już lekko odurzeni szampanem, staje się coś tak bardzo niewiarygodnego, że wydaje nam się, że to wina czarnego kota, który przed wejściem na pokład przeszedł nam drogę. Tsunami powala stalową konstrukcję niczym trzcinę na wietrze, siejąc ogólne spustoszenie na pokładzie i pod nim. Udaje ci się przeżyć pierwsze chwile katastrofy, jesteś wdzięczny losowi za danie drugiego życia. Po chwili pojawia się ciche, ale jakże ważne pytanie: co dalej?

Taką mniej więcej fabułę nakreślił dość niedoświadczony scenarzysta Mark Protosevich. Z żalem trzeba stwierdzić, że ówczesny nowicjusz nie ustrzegł się szablonowych konstrukcji postaci. Na statku dostrzeżemy więc kochającego ojca (Kurt Russell), który sylwestra spędza wraz z córką (Emmy Rossum) i jej chłopakiem mającym problem z akceptacją podejrzliwego, przyszłego teścia; piękną matkę z synem, której urokiem zachwycony jest pewien dość tajemniczy jegomość (Josh Lucas); mężczyzna wyznający maksymę "Carpe diem" oraz dosyć gburowaty jegomość o wdzięcznej ksywce Larry Szczęściarz (Kevin Dillon). Z takimi postaciami scenariusz w ogóle nie zaskakuje.

Kino katastroficzne stoi efektami specjalnymi. W tym jednak przypadku są one raczej marne i mało zachęcające, co jest o tyle dziwne, że film Petersena był wysokobudżetową produkcją. Jak na rok 2006 były nieprzystosowane do faktycznych możliwości i wyglądały raczej na efekty kina B.

Aktorstwo również nie powala. Poprawnie zagrał Russell, ale dla niego taka rola to nie pierwszyzna. Z kolei dla Rossum to kolejny po "Pojutrze" film katastroficzny. W obu przypadkach zagrała dosyć słabo.

Szkoda, że dość dobry reżyser, jakim niewątpliwie jest Wolfgang Petersen, musi sygnować swoim nazwiskiem taką produkcję. Morał jest taki, i niektórym dobrze już znany, że wysoki budżet i z pozoru ciekawa historia nie zawsze wróżą powodzenie i aby film mógł zapisać się w chlubnej historii kina, musi po prostu mieć to "coś".
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 57% uznało tę recenzję za pomocną (7 głosów).
marchewcia
ocenia ten film na:
1 10 4/10 ujdzie

przeczytaj również recenzje użytkowników (4)

o