Koniec

Jak oceniacie Coca-colowe zakończenie? Już widziałem zdania, że nie tak miało być, zbyt pozytywnie, zbyt prosto. Ale mi się podobało. Przede wszystkim zostałem zaskoczony tym, że prawdopodobnie wszystko się ułożyło. 7 sezonów przyzwyczaiło nas do bolesnych stron życia: śmierci, nałogu, chorób, kłótni i rozwodów. Tymczasem otrzymujemy nadzieję na ,,nowe życie, nowy początek''. Wypatruję też w tym pewnego End of Era.
Ery pełnej alkoholu, uprzedzeń, nałogów, przygodnych romansów, rasizmu itd. itp. Reklama miała wyraźnie pozytywny akcent- w jednym rzędzie przedstawiciele wszystkich ras i kultur. Symbolizować może to także zmianę Dona, który zrozumiał swoje wady. Jednak jest to nadal reklama, co wskazuje na to, że został w tym biznesie, a to już nie wróży nic dobrego. Zakończenie pozostawia więc otwartą furtkę dla domysłów i spekulacji.
Co waszym zdaniem dokładnie stało się między medytacją Dona, a ową reklamą?

6
  • Jak dla mnie zakończenie ma wydźwięk ironiczny, w końcu Don niby osiąga jakiś duchowy spokój, znajduje coś na kształt bratniej duszy, ale już myśli jak ładnie zapakować i sprzedać dawanie i przyjmowanie miłości zamieniając je w sztuczny slogan. Ciekawe, że chyba jednak udaje mu się zostawić Dicka za sobą, mimo że wszystko w całym serialu wskazywało, że przed przeszłością jednak nie da się uciec.

    Jak interpretujecie sen mężczyzny na "terapii grupowej"? Wydaje się oczywisty, ale nie wiem czy dobrze myślę. Chodzi o to, że gość ma tak niską samoocenę, że uważa iż nie jest warty niczyjej miłości i dlaczego miałby ktoś właśnie go kochać ze wszystkich ludzi na świecie, skoro tyle jest osób bardziej tego wartych? Dlaczego to właśnie on ma być wybrany z całej lodówki? To by bardzo uzupełniało Dona, który jak wiadomo raczej oczekuje bezgranicznej, matczynej miłości od innych (ciągle tak na prawdę szukał zastępstwa dla Anny Draper), a nie jest jej w stanie dawać zbyt wiele od siebie.

    Ogólnie finału dla Dona lepszego być chyba nie mogło, przynajmniej ja bym takiego nie wymyślił. Reszta wątków skończyła się już bardziej konwencjonalnie, mam tu małe zastrzeżenia, szczególnie do dziwnie doklejonego związku Peggy-Stan (jak dla mnie nic nie wskazywało, że coś do niego czuła).

  • Mi to zakończenie bardzo się podoba. Chociaż uśmiech Dona podczas medytacji mnie zmartwił, myślałam przez chwilę, że to ostatnia scena serialu. Takie zakończenie oznaczałoby duchową przemianę Dona i dołączenie do tych wiecznie uśmiechniętych ludzi, jakiegoś rodzaju nawrócenie. I takie zakończenie by mnie rozczarowało. Po chwili zobaczyłam reklamę Coca-coli i się uspokoiłam. To miało sens. Uśmiech Dona miał oznaczać, że ma jakiś świetny pomysł, którym była właśnie ta reklama. Przeczytałam na imdb albo na fanpagu Mad Mena, że na tych rekolekcjach Don odnalazł siebie i narodził się od nowa, porzucając ostatecznie Dicka Whitmana i staje się Donam Draperem, facetem z reklamy. Zgadzam sie z tym w 100% i uważam, że to właśnie nastąpiło podczas medytacji Dona, a w efekcie powstaje reklama. Jego wcześniejsze reklamy też czasami były inspirowane jakimiś jego przeżyciami.

    • Jeszcze może uzupełnię swoją wypowiedź. Don podczas medytacji wymyślił reklamę i wrócił do McCann Erickson, bo to oni do dzisiaj tworzą kampanie reklamowe Coca-coli. Zresztą podczas rozmowy z Peggy była mowa o pracy dla Coca-coli i tym, żę powrót Dona nie będzie problemem.

    • Ja tylko mam taki problem z tym odrodzeniem i pozostawieniem za sobą Dicka, że nie widzę uzasadnienia, dlaczego tym razem miałoby się to Donowi udać. Już wcześniej miewał kryzysy, bywał na dnie, odwiedzał Kalifornię, ale potem przeszłość i tak go doganiała.

      • Jestem w stanie to zrozumieć, do mnie po prostu jakoś to trafia. Chociaż mi się wydaję, że w Donie coś pękło na tym seminarium, gesty takie jak przytulenie tego kolesia, który mówił o lodówce, raczej nie są w stylu Dona. Poza tym chyba też to jego załamanie tym razem było trochę inne, najczęściej odreagowywał alkoholem albo kolejną kochanką. A tu po rozmowie z Peggy, siedział pod ścianą i nic innego nie robił.

        Przyznam się, że jak były w poniedziałek polskie napisy to obejrzałam finałowy odcinek jeszcze raz. Tak już bez stresu (nie musiałam się martwić, że zakończenie mnie rozczaruje) i zauważyłam coś ciekawego. W momencie, w którym Don medytuje na końcu odcinka i się uśmiecha pojawia się takie "ding" taki charakterystyczny dźwięk z kreskówek albo filmów, gdy bohaterowi wpadnie do głowy jakiś świetny pomysł. Po tym "ding" pojawia się reklama Coca-coli.

  • Zakończenie z jednej strony przewidywalne, bo z jednej strony zgodnie z przewidywaniami Dick/Don skończył w Big Sur, gdzie faktycznie funkcjonowały w tamtym okresie takie ośrodki New Age, medytacji itp. Idealne miejsce dla osoby, która tak jak Don próbuje odnaleźć samego siebie.

    Z drugiej strony ta reklama Coca-Coli na koniec to niezła gra z widzem. Swoją drogą oglądałem tę reklamę wcześniej bo linkowano ją na forach anglojęzycznych i oczekiwano, że Don/Peggy będzie nad nią pracować w McCann, bo właśnie ta firma ją nakręciła we Włoszech w rzeczywistości (po tym jak Hobart wymienił tę markę na spotkaniu). Zakończenie nie rozstrzyga wątpliwości czy ta reklama była dziełem Dona, który wrócił do agencji czy może Peggy, a może jeszcze ktoś inny?

  • Przestał być Mad Menem ;) Zniknął jego gniew, a zastąpił go spokój...

  • https://scontent-fra.xx.fbcdn.net/hphotos-xpf1/v/t34.0-12/p7...

    Ciekawa inspiracja przemawiająca za teorią, że "it's a real thing".

  • Polecam wszystkim zapoznać się z opinią aktora grającego główną rolę co do zakończenia:
    http://artsbeat.blogs.nytimes.com/2015/05/18/mad-men-finale-...

  • A tu słynny Esalen Institute czyli miejsce, w którym Don medytował i brał udział w terapii.
    http://www.sfgate.com/tv/article/Hippies-nudity-and-Don-Drap...

  • Jestem zadowolona z takiego obrotu spraw, najważniejsze, że Don po prostu przeżył. Ten wspaniały commercial jest wynikiem medytacji, pracy nad sobą i tej myśli, która zaświtała Donowi w głowie na samym końcu i jest to świetne przejście między starym a nowym, przeszłością a przyszłością, ciemną stroną a jasną ;) ciągle nucę "I'd like to buy the world a home/coke..." i podejrzewam, że Draper po tych swoistych rekolekcjach nie dość, że odnalazł siebie, to jeszcze pokochał swoją pracę na nowo.
    Pozostałe wątki myślę, że zostały poprawnie domknięte, o ile wybuch namiętności między Peggy a Stanem wywołał uśmiech (coś się kroiło od dawna), o tyle smutno było żegnać się z Betty, nie tyle w wymiarze serialu, co przez sposób zakończenia jej losów. O Joan się nie martwię, nie wyobrażam jej sobie jako ładnego dodatku u boku podstarzałego bogacza więc możliwe, że teraz na prawdę osiągnie sukces jako niezależna kobieta biznesu. A co do Rogera i Pete'a - no cóż, o ile ten pierwszy przez cały czas robił co chciał, o tyle ten drugi musiał na to zapracować i coś stracić, by móc się zrehabilitować i wybić, na szczęście w ich przypadku obyło się bez dramatów.
    Trochę zajmie nim zorientuję się, że nie mam co czekać na napisy do następnego epizodu, a Matthew Weiner chyba już nic lepszego od MM nie stworzy.

    • Ja zaś obejrzałam wczoraj po zakończeniu jeszcze raz pierwszy odcinek i mam wrażenie ze wszystkie sezony tworzą spójną całość, a każdy szczegół jest dokładnie przemyślany. MISTRZOSTWO - będę wracać do tego serialu. I ta dyskusja w pierwszym odcinku, że palenie nie szkodzi, a tu na końcu biedna Betty. Zakończenie idealne, watki zamknięte i też sądzę, że Don wrócił do pracy i stworzył reklamę dla Coca Coli ;)

      • Tam jest więcej analogii, bo jest coś w rodzaju freudowskiej klamry. W pierwszym odcinku pojawia się Freud w kontekście reklamy dla Lucky Strike (teoria death drive). A w końcowej fazie serialu Betty czyta Freuda w ramach jej studiów psychologicznych.

        Poza tym w trakcie serialu Betty chodzi na sesje psychoanalityczne, ale to Don jest osobą, która tak naprawdę ich potrzebuje, bo to on zmaga się z traumą z dzieciństwa, która go prześladuje w dorosłym życiu, ale zamiast na kozetce ląduje w łóżku z różnymi kobietami.

        Dopiero na końcu w ośrodku Esalen poddaje się swoistej terapii i obejmując Leonarda obejmuje tak naprawdę niekochanego i niechcianego Dicka Whitmana.

    • Koniec Betty smutny, ale za to mistrzowsko spuentowany. Jak już pisałam w innym wątku koniec końców przy Betty została tylko Sally, z którą łączyło ją tyle niezrozumienia, kłótni, wyrzutów, z którą przez tyle lat nie mogła się porozumieć.

  • Weiner rozwiewa wątpliwości to Don stworzył reklamę Coli.

    Wciąż nie mogę uwierzyć, że to już koniec, to chyba jedyny serial za bohaterami którego będę tęsknił i ich wspominał. Prawdziwe arcydzieło.

    http://www.hollywoodreporter.com/news/mad-men-series-finale-...

  • Zawsze mam obawy przed tym jak zakończony zostanie serial, który lubię. A tu bardzo pozytywne zaskoczenie - super zakończenie.

  • Nie podoba mi sie wersja weinera (don osiąga spokój ducha, akceptuje siebie, otwiera się na ludzi i wymyśla najlepszą reklame ever , która na tym bazuje). Pokonuje kryzys i osiąga największy sukces w karierze. Choć przyznaje jest bardzo amerykańska .
    Z tego co weiner mówił wywiadzie wielu ludzi odczytała ostatnia scenę ironicznie.
    Ja zgodnie ze swoimi oczekiwaniami co do końca Dona (tego jak historia powinna się dla mnie skończyć) widzę to tak : Don zdziera maskę, mierzy się ze swoimi słabościami , akceptuje siebie, staje się autentyczny pokazuje środkowy palec reklamie jako branży bazującej na kłamstwie. I tu wjeżdza reklama coca coli , która jest esencją wciskania ludziom gówna gdzie słodzony napój, zlepia się z tolerancja, wspólnota, miłością.
    Don pokonuje kryzys i staję się wolny, przestaje budować wielkie historie służące sprzedaży małych rzeczy. To mi bardziej pasuje, chodz na poziomie american dream zalatuje przegrywem.

  • Od początku drugiej części finalnego sezonu miałem wrażenie, że wszystko idzie nie tak. Bohaterowie przecież ci sami, ale ich zachowania jakże inne. Nawet pokazywane kłopoty (w jakie cały czas popadają) dzieją się jakby obok nich. Nowa agencja, nowa fuzja, utrata prestiżu, "bujanie się Dona po Stanach", czy smutny koniec Betty - wszystko dzieje się, tj. zostało stworzone jakby na siłę. Nie odczuwałem tej płynności zdarzeń. Mało wciągająca fabuła (naszpikowana ciągłymi katastrofami). Brak też nieodzownego związku z tamtymi czasami, co było sztandarowym elementem fabuły (bo trudno uznać zmianę fryzur, czy ubioru za relewantny wskaźnik epoki).
    Poza tym nieodparcie czuło się, że wszystko zaczyna się walić. Firma, pracownicy, miejsce... słowem świat Mad Men'a sypał się coraz bardziej z każdym odcinkiem. A co gorsze to wszystko działo się w złym guście. Bez oczekiwanej klasy i stylu. Siódmy sezon to jakaś nie do końca racjonalna papka, misz-masz dziwnych sytuacji i zachowań. Dryfowanie w niewiadomym kierunku. I choć z góry wiadome było, że wszystko ma się zakończyć, to dla mnie przykre jest, że stało się to tak "nieodwracalnie"?
    Na szczęście sam koniec-końców daje duże zaskoczenie i jest jakby zaprzeczeniem wcześniejszych epizodów. Najważniejsze, że Don (choć tego nie wiemy na pewno) wróci na właściwe tory. Stworzy reklamę na miarę nowych czasów i swoich nowych możliwości. Slogan "End of the Era" należy więc odczytywać jako koniec epoki lat 60-tych, czyli koniec punktu wyjścia z jakiego serial startował. Zapewne chciano w ten sposób zakończyć coś, co było dobre i miało takim już pozostać. Lepsze to niż niekończące się tasiemce, bez oglądalności i poczucia rzeczywistości.
    I choć pewnie można byłoby Mad Men kontynuować, powstaje pytanie po co?

  • Moim zdaniem tutaj prawie nie ma miejsca na jakieś udziwnione interpretacje. Donald Draper za radą Peggy wrócił do domu, czyli do reklamy. Donald Draper przez siedem sezonów ciężko pracował, żeby nie mieć nikogo bliskiego. Z drugiej strony takie czasy i taki los, współczuję mu. Naprawdę przejmująca i złożona historia bycia samotnym człowiekiem.

  • Zakończenie było, jak ciepła szklanka coli w upał ;)

    Zakończenie można postrzegać, według mnie, na trzy sposoby: 1) Don zakończył ekspresowe oczyszczanie jaźni, a reklama jest wyrazem jego nowego, pozytywnego nastawienia do życia, coś na kształt, zagubione dusze wszystkich nacji łączcie się, teraz my, proletariat coca-colowy zwyciężymy wszelkie przeciwności losu.
    2) Don, nawet w tak tragicznym momencie swego życia, pozostaje facetem od wciskania ludziom kitu, tylko teraz wszedł na wyższy poziom i będzie to robił typowo w duchu New Age.
    3) Don jest w reklamowym niebie;)

    I pomyśleć, że jeszcze w 6 sezonie twórcy śmieli cytować Dantego:
    Midway through the journey of our life
    I found myself within a dark forest,
    For the straight path had been lost.
    I co? Gdzie dramatyczna podróż Dona ku światłu, lub na dno, ano jest, a jakże, coca-cola dodała mu skrzydeł i dostał się do reklamowego nieba.

    Nie starczyło twórcom odwagi, żeby zakończyć historię Dona w sposób zgodny z tym, co nam kładli do głowy przez wszystkie sezony, bo niewątpliwie, obraz samotnego faceta, w pustym mieszkaniu, wpatrującego się sufit, faceta, który roztrwonił wszystko i nigdy, z konsekwencją nie zaczął budować sobie fundamentów pod nowe życie, byłby mniej widowiskowy niż to co nam pokazano. No cóż, w końcu twórcy poznali tajniki reklamy i sprzedali widzom finał Mad Mena zgodnie z jej zasadami.
    Już nie wspomnę o pośpiesznym zakończeniu historii Peggy, wyglądało to , jakby oni się w ostatniej chwili dowiedzieli, że nie dostaną następnego sezonu i sklecili wymuszony happy end.

    • Może Don robił finałową reklamę Coca-Coli, może nie. W każdym razie odnowa duchowa i spokój, jaki odnalazł w tej kalifornijskiej komunie, koniec końców sam stał się popkulturowym produktem. Don wymyślał dla produktów reklamy, które pozwoliły by je sprzedać konsumentom. Końcowa reklama Coli (nawet, jeżeli nie Dona) była skierowana do pokolenia początku lat 70', do ludzi podobnych do Dona i innych bohaterów seriali, którzy doszli do pewnego momentu w swoim życiu, w tym wyścigu szczurów, wyścigu po stastus, luksus, dobra, przyjemności, po którym kończą się perspektywy, zostaje się na szczycie samemu i ... i dobrze jest wtedy napić się Coli.

  • No ja podczas ostatniego odcinka na zmianę płakałem i się śmiałem. Miałem nadzieję, że Peggy znajdzie miłość, bo w tym sezonie dobitnie pokazali jak jest samotna - stało się. Do tego stało się to, co przewidziałem już dawno i jestem z takiego obrotu spraw w 100% zadowolony. Poza tym postaci Stana i Peggy od jakiegoś czasu ewoluowały w tym samym kierunku, nie wiem czy tylko ja to zauważyłem. Wątek Dona od 6 sezonu trochę mnie już męczył i miałem nadzieję, że nie skończy się to tak jak zawsze czyli tym, że spadnie na cztery łapy. To był pierwszy serial w którym szczerze nie byłem fanem głównego bohatera. Mimo iż życzyłem mu jak najlepiej, to jednak swoim zachowaniem często mnie wkurzał. Co do reszty bohaterów - Roger, był chyba najbardziej obojętną mi osobą. Stało się to co stać się miało. Pete na koniec trochę przytemperował swoje zachowanie i zyskał moją sympatię - powinno się to stać już dawno temu. Betty - największa poszkodwana, strasznie mi było przykro gdy pokazali tę ostatnią scenę, jak pali papierosa totalnie zrezygnowana, poddała się. Joan - zawsze wiedziałem, że dopnie swego - zaraz po Peggy moja ulubiona postać. Smutno teraz będzie, ale cóż trzeba czekać na kolejny świetny serial :)

  • Cały serial jest reklamą. Promocją amerykańskich marek.

    Sponsorem puenty jest Coca Cola
    ;)

Zgłoś nadużycie

Opisz, dlaczego uważasz, że ten wpis nie jest zgodny z regulaminem serwisu:
o