Hair

1979
7,8 64 tys. ocen
7,8 10 1 63878
7,6 45 krytyków
Hair
powrót do forum filmu Hair

użytkownik usunięty

Z przesłaniem, ale wielce ukrytym, film traci na uniwersalności poprzez swoistą "amerykanizację". Jako musical nienaganny, aczkolwiek czegoś mi zabrakło. Druga połowa zdecydowanie ciekawsza niż pierwsza. Ogólnie, ciężko było przebrnąć przez ten film. Ale niech każdy rozsądzi po swojemu. Ja daję 6/10, bo na więcej nie zasługuje.

Filmweb A. Gortych Spółka komandytowa

Dokładnie film do momentu aż zaczęła śpiewać ta czarna dziewczyna z dzieckiem był męczący i całkowicie zniekształcony w porównaniu z tą oryginalną wersją teatralną. Ja też dałem 6, ale jak dla mnie jeden z najbardziej przecenianych klasyków. O wiele lepsze było "Zabriskie Point" o podobnej tematyce, ale stylistycznie tak diametralnie inny od tego, że niewielu osobom się spodoba. Brak śpiewu, ale końcówka fantastyczna.

ocenił(a) film na 5
6hojrak

Uhh, muszę się zgodzić. Dla mnie ten film to spore rozczarowanie (nie spodziewałam się aż tak wiele). Przebrnąłem przez niego z grzeczności dla moich gospodarzy, którzy się nim fascynują ;)
Rzeczywiście ta piosenka murzynki z dzieckiem zdecydowanie się wyróżniła, poza tym dobry smak ma zakręcona końcówka z soczystą pointą.
Ponieważ "bawiłem się" na opak, czyli niemal umarłem, a najniżej oceniam filmy na 3/10 (powody w profilu, poza tym niemal nie tworzy się filmów `godnych` 1/10, oceniłem tak zdaje się dwie produkcje, w tym jedną ze względów politycznych), to Hair daję 3+1(murzynka)+1(udana, słodko-gorzka końcówka). Czyli 5/10 i obym już nie trafiał na taką klasykę ;)

ocenił(a) film na 10

wielce ukryte przesłanie? chyba jesteście ślepi.

a co do rzekomej nudy w I połowie filmu, to jest MUSICAL, więc ogromną, jeżeli nie przodującą rolę odgrywa w nim muzyka, a przez nią w tym filmie nie ma miejsca na nudę, bo jest genialna!

Większość treści jest zawarta w tekstach piosenek, nie w dialogach między bohaterami, jak zwykły obserwator by sobie chciał. Właśnie kończę pisać esej na studia o hipisach, i przeplatam go z tekstami z hair, które są kwintesencją ich (dzieci kwiatów) ideologii i stylu..

pozdrawiam ignorancję.

szyszor

Zawsze gdy czytam to co napisał mandelinho myślę o popełnieniu samobójstwa, ale w tym jednym temacie się z nim zgodziłem. Musical jak musical, ale bez przesady. Oceniasz film patrząc na niego chyba z perspektywy własnej ideologi a nie w jaki sposób film został zrobiony. Właśnie co do tego przesłania to każdy je zauważy, chyba oprócz pewnych osób, których palcem wskazywać nie będę.

6hojrak

Ode mnie Hair z czystym sumieniem dostaje dziesiątkę. Może i jest ona trochę zbyt subiektywna, bo jestem fanką musicali, ale to nie jest słaba klasyka. Taki film jak Hair już nigdy nie powstanie, bo tamte czasy minęły. Moja mama opowiadała mi o pierwszym wrażeniu. O tym, jak zachwycona była muzyką, jak niesamowity wydał jej się świat z filmu i jakim szokiem była śmierć Bergera.
"Amerykanizacja', też coś. Faktycznie, zbrodnią jest amerykanizowanie Ameryki. Błagam Was, przecież wtedy tak było. Tamtej Ameryki już po prostu nie ma. Ludzie się znieczulili, dokładnie na tej samej zasadzie działają dzisiejsze horrory. Ludzie bali się ptaków, straszących domów i gościa w swetrze w paski, a te filmy są kultowe. Teraz patrzymy na flaki owijane wokół słupa bez mrugnięcia okiem.
Dokładnie tacy byli hipisi. Stworzyli sobie bajkę, w której nie mogli żyć wiecznie, następnie zwyczajnie przesadzili i wszystko się posypało.
Samo przesłanie- Jezu, naprawdę, jeśli ktoś nie widzi, to coś z nim nie halo.
I w ogóle, porównywanie Hair, czy tam, polecanie innego filmu, który nie jest musicalem, to dla mnie zupełnie niezrozumiała instytucja. O to chodzi. Dokładnie o to chodzi. O kontrast między częścią pierwszą a drugą, o sielankowym życiu hipisów i o to, jak to życie się skończyło przez pomyłkę, może przez przyjaźń, przez nierozwagę, każdy sobie może dopowiedzieć swoją wersję tak naprawdę.
Co do zrobienia filmu- nie da się go lepiej zrobić. Po prostu się nie da, dokładnie taki miał być.
Pokazanie tego, jak ślepi na swoje niedoskonałości są Amerykanie, jaką wodę z mózgu robią swoim ludziom na przykładzie hipisa. I tego, jaką głupotą był Wietnam.

Co mnie jeszcze urzekło - to, że z piosenki o banalnym temacie, jak np. włosy zrobili świetny kawałek. Taki, że serce mi się raduje jak go slucham.

ocenił(a) film na 9
szyszor

Ja też uważam, że to wybitny film - i jako z musical (jeden z nielicznych - oprócz "West Side Story" - autentycznie prowokujący i nie obrażający inteligencji widza), i jako (jak pewnie będzie/jest/było w Twojej pracy) wcale niejednoznaczna opowieść o pokoleniu hipisów, których obraz mamy jakiś taki zmitologizowany, cukierkowy, a ostatecznie lekceważący.

Myślę na przykład o scenie, w której żona Huda oskarża go o to, że w imię jakiejś utopii społecznej nieskończenie lekkiego życia odwraca się od swojej rodziny. To niby jeden moment, a jak strasznie uwieloznacznia on cały film!

Dalej, sprowadzenie filozofii hipisowskiej do jakichś absolutnych uniwersaliów - na przykład apologia ciała i oskarżenie systemu przede wszystkim o to, że gwałci on ludzką wolność, której właśnie ciało jest najbardziej intymnym siedliskiem. Albo bardzo otwarte mówienie o wolnej miłości nie w kontekście jakiejś ideologii, abstrakcji, a właśnie jako o bardzo ważnym elemencie w pełni świadomego hedonizmu. Albo też poruszająca, bynajmniej nie naiwna, wizja wolności jako czegoś uwalniającego właściwie od wszystkiego (mój ulubiony fragment: piosenka "I'm Black/I Got No").

No i ostatnia sprawa: mamy taką wizję rewolty hipisowskiej, że owszem, było to coś ważnego, ale jednak nie aż tak, jak choćby w polskich wydarzeniach marcowych. No bo u nas i represje były większe, i sprawa poważniejsza, bo naród, bo komuna... Ale jak popatrzeć na hipisów w ten sposób jak w "Hair", czyli że to był jednak w pierwszym rzędzie protest przeciwko wymordowaniu przez państwo sześćdziesięciu tysięcy obywateli w najlepszym z punktu widzenia żywotności narodu wieku, to nagle - wstyd powiedzieć - polski marzec jakoś się tak umniejsza...

ocenił(a) film na 9
Ras_Democritus

To było - nie tylko, ale przede wszystkim - do szyszora...

Ras_Democritus

Tak naprawdę Hair nie jest filmem o samych Hipisach. Oczywiście, ze to główny wątek, ale trafia on raczej na ich świetlane lata. A na pewno naszej grupki. Ich życia na pewno nie skończyły się dobrze, przesadzili z ćpaniem, wolną miłością.
Do mnie przesłanie trafia raczej w postaci tego, że zagorzały Hipis poświęcił swoją wolność, swoje włosy, całe swoje życie dla przyjaciela i jak na ironię pojechał zabijać kobiety, dzieci i żołnierzy wietnamskich bombami napalmowymi, a był ogromnym przeciwnikiem.
I o największej postaci przesady amerykańskiego samouwielbienia.

ocenił(a) film na 9
nevadastartrek

Nie zgadzam się, że "Hair" pokazuje hipisów tylko od ich dobrej, utrwalonej w mitologii, bezproblemowo-sielankowej strony (tak podobno, dość naiwnie, wyglądał ten musical w wersji scenicznej z 1968) - Forman jednak wiele rzeczy problematyzuje. Powiedziałbym nawet, że patrzy na ruch hipisowski znacznie bardziej krytycznie niż choćby Antonioni we wspomnianym tu, świetnym skądinąd "Zabriskie Point".

Co do tego, że ta epoka bezpowrotnie odeszła w przeszłość (a czasem się skompromitowała: skokowy wzrost popularności narkotyków, towarzysko-seksualne ekscesy środowisk artystycznych wyrosłych z kontrkultury, choćby Polańskiego i Nicholsona, gang Aniołów Piekła, sekty Mansona i LaVeya to też takie bardziej mroczne pamiątki po hipisach), to do pewnego stopnia prawda - ale też bym nie przesadzał, że "ich życia na pewno nie skończyły się dobrze, przesadzili z ćpaniem, wolną miłością"; to znaczy, nie powiedziałbym, że "na pewno" - do dziś wielu z nich dalej bawi się w hipisiarstwo, a poza tym popatrz, że właściwie każde pokolenie od tamtego czasu jednak jakoś odkrywa dla siebie etos tamtych lat.

Berger jednak niczego nie poświęcił: on po prostu chciał zrobić głupi żart, który skończył się tragicznie - i dlatego jego postać nie jest sztuczna ani zadęta, ale staje się raczej symbolem trochę tragicznych właśnie, ale też trochę groteskowych losów jemu podobnych.

I nie bardzo wiem, o co chodzi z tą "największą postacią amerykańskiego samouwielbienia"...

Ras_Democritus

Fakt, dobre w Hair jest to, że nie jest naiwny i sztuczny. Wiele musicali ma to do siebie, że zwyczajnie niemożliwym jest, aby wydarzyły się naprawdę (oczywiście bez przyśpiewkowych wstawek).

Epoka jako epoka w przeszłość odeszła, prawdą jest, że pojawiają się podstarzali Hipisi, bawiący się świetnie ze swoją ideologią. Podejrzewam, ze znalazłoby się także gronko tych młodych, zwerbowanych lub zafascynowanych zwyczajnie symbolem lat 70.
Mówiąc, że ich życia nie skończyły się dobrze, miałam na myśli część bohaterów filmu, niekoniecznie całą hipisowską społeczność. Raczej 100% Hipisów się nie uchowało;) Film pozostawia otwartą kompozycję, wiemy tylko jak skończył Berger, reszta zależy od interpretacji widza.

A Berger hmm, powiedziałabym, że poświęcił swoje ideologie z głupoty, a może raczej nie miał innego wyjścia, bo albo zostałby rozstrzelany, a tak istniała szansa, ze nie zginie na wojnie (niezależnie od tego jak marne są szanse żołnierza bez szkolenia, w ogóle jakiegokolwiek żołnierza). Ze strony bardziej filmowej, a nie filozoficznej, jest dla mnie idealnie wykreowaną postacią, nie wyobrazam sobie w tej roli innego aktora, a także innego sposobu jej odtworzenia.

Nie do końca zgodzę się, że chciał zrobić głupi żart, raczej chciał pożegnać przyjaciela, niezależnie od tego, jak głupi znalazł sobie na to sposób.

A jeśli chodzi o amerykańskie samouwielbienie - zawsze, gdy mam okazję oglądać filmy, w których Wietnam pojawia się jako temat przewodni lub poboczny, nie mogę się wyzbyć wrażenia, że bandzie młodych facetów zwyczajnie robi się wodę z mózgu, wciskając masę kolorowych bajek o tym, jak wspaniałym krajem jest Ameryka, jak doskonale wszystko jest przemyślane i jak bardzo naród będzie ich kochał za ich poświęcenie. Niemal tak bardzo, jak oni kochają swój kraj. I można tak dosłownie w nieskończoność. Bóg, honor, ojczyzna.

ocenił(a) film na 9
nevadastartrek

"Podejrzewam, ze znalazłoby się także gronko tych młodych, zwerbowanych lub zafascynowanych zwyczajnie symbolem lat 70."

Nie ma co podejrzewać i chyba nie gronko... są takie subkultury (czy też kontrkultury), które zanikają raczej bezpowrotnie, albo dlatego, że są wykreowane przez media (tak będzie, moim zdaniem, choćby z tym koszmarnym emo), albo z jakichś innych powodów (jak stało się - nad czym ubolewam, bo sam w swoim czasie biegałem w bojówkach, starych trampkach, wystrzępionej na kołnierzu i mankietach koszuli flanelowej i w płaszczu ze szmateksu - choćby z grungowcami, bardzo niegdyś licznymi). Ale są też takie, które charakteryzują się zdumiewającą żywotnością - choćby punkowcy czy właśnie hipisi. Przecież od przełomu lat 60 i 70 minie niedługo pół wieku! Zdumiewa mnie to, choć jednocześnie budzi sympatię.

"A Berger hmm, powiedziałabym, że poświęcił swoje ideologie z głupoty, a może raczej nie miał innego wyjścia, bo albo zostałby rozstrzelany, a tak istniała szansa, ze nie zginie na wojnie (niezależnie od tego jak marne są szanse żołnierza bez szkolenia, w ogóle jakiegokolwiek żołnierza). Ze strony bardziej filmowej, a nie filozoficznej, jest dla mnie idealnie wykreowaną postacią, nie wyobrazam sobie w tej roli innego aktora, a także innego sposobu jej odtworzenia.

Nie do końca zgodzę się, że chciał zrobić głupi żart, raczej chciał pożegnać przyjaciela, niezależnie od tego, jak głupi znalazł sobie na to sposób."

Oczywiście, nie ma dla mnie dyskusji, że Treat Williams w roli Bergera spisał się brawurowo, stworzył postać wyrazistą, zapadającą w pamięć, może nawet kultową. Ale też moim zdaniem niepotrzebnie interpretujesz go tak realistycznie - przecież cała ta perypetia na końcu filmu jest tak mało prawdopodobna, że aż się prosi o odczytanie wyłącznie symboliczne. Przecież - gdyby użyć tu kategorii naprawdę realistycznych - to wyobrażasz sobie, że nikt nie poznałby, że szeregowy Bukowski to nie szeregowy Bukowski? A Berger - w zależności od humoru dowództwa jednostki - albo dostałby kopa z tyłek na pożegnanie z bazą, albo zostałby pociągnięty do odpowiedzialności, choć oczywiście nie rozstrzelany (bo prawnie nie wszedł w szeregi armii - pamiętasz tę ważną scenę z początku filmu, znany z tamtych lat i wcale popularny gest protestu, jakim było spalenie karty powołania? Berger mógłby co najwyżej dostać wyrok więzienia za uchylanie się od obowiązku służby wojskowej).
Ale - raz jeszcze - w jego zachowaniu jest coś głęboko symbolicznego, znacznie bardziej poruszającego niż gdyby w pełni świadomie poświęcił się za przyjaciela (to byłoby zadęte i naiwne). Ja to widzę tak, że oto Berger próbuje, czy da się nadgryźć system taką typowo hipisowską zgrywą, anarchicznym żartem. I przegrywa - hipisowska lekkość bytu zostaje zeżarta przez opresyjny mechanizm państwa i armii, dla której nie liczy się żaden Berger ani Bukowski, tylko żołnierz numer ileś tam. Zwróć uwagę na tę wstrząsającą scenę z samego finału, kiedy poborowi idą do samolotu (ważne jest też to, co wówczas wyśpiewują: to właśnie taki krzyk protestu jednostki sprowadzonej jedynie do anonimowej roli liczby w stadzie) - jako masa poświęcana na ofiarę Molochowi (niemal identyczny obrazek pojawia się już w "Metropolis" Langa z 1927, kiedy zautomatyzowana rzesza robotników włazi do maszyny, zamienionej właśnie w ofiarny piec Molocha - jestem przekonany, że to świadome nawiązanie Formana).

"A jeśli chodzi o amerykańskie samouwielbienie - zawsze, gdy mam okazję oglądać filmy, w których Wietnam pojawia się jako temat przewodni lub poboczny, nie mogę się wyzbyć wrażenia, że bandzie młodych facetów zwyczajnie robi się wodę z mózgu, wciskając masę kolorowych bajek o tym, jak wspaniałym krajem jest Ameryka, jak doskonale wszystko jest przemyślane i jak bardzo naród będzie ich kochał za ich poświęcenie. Niemal tak bardzo, jak oni kochają swój kraj. I można tak dosłownie w nieskończoność. Bóg, honor, ojczyzna."

Tak myślisz?... A mnie się wydaje, że film Formana - dość, umówmy się, dosadny i grubiański jeśli chodzi o poczucie humoru - szydzi z amerykańskiego patriotyzmu jak mało który inny. Hipisi ukazani są jako element wolny przede wszystkim dlatego, że nie są obciążeni śladowym nawet instynktem państwowym, a z kolei aparat państwa sprowadza się dosłownie do tego, żeby ich wyruchać (dosłownie, powtarzam: zwróć uwagę na piosenki "Black Boys" i "White Boys"). I nie ma tu na dnie czegoś, co jest nawet w świetnych skądinąd filmach Stone'a (zwłaszcza w "Urodzonym czwartego lipca, a nawet w "Plutonie"), czyli jakiejś czasem irytującej krytyki systemu amerykańskiego przez apologię mitycznej wielkości czystego ducha Ameryki - choć takie myślenie oczywiście jest mocno zakorzenione w kulturze amerykańskiej od początku, od filozofii Waldo Emersona i Thoreau czy od poezji Whitmana. A w "Hair" nie ma nic, oprócz świadomie balansującego na krawędzi dobrego smaku, politycznie bardzo niepoprawnego wyszydzenia.

A tak już na koniec: fajnie, że można z kimś na forum FilmWebu tak rozwijająco podyskutować, nie ograniczając się do inwektyw typu troll/sam jesteś troll. Pozdrawiam!


Ras_Democritus

'Nie ma co podejrzewać i chyba nie gronko... są takie subkultury (czy też kontrkultury), które zanikają raczej bezpowrotnie, albo dlatego, że są wykreowane przez media (tak będzie, moim zdaniem, choćby z tym koszmarnym emo), albo z jakichś innych powodów (jak stało się - nad czym ubolewam, bo sam w swoim czasie biegałem w bojówkach, starych trampkach, wystrzępionej na kołnierzu i mankietach koszuli flanelowej i w płaszczu ze szmateksu - choćby z grungowcami, bardzo niegdyś licznymi). Ale są też takie, które charakteryzują się zdumiewającą żywotnością - choćby punkowcy czy właśnie hipisi. Przecież od przełomu lat 60 i 70 minie niedługo pół wieku! Zdumiewa mnie to, choć jednocześnie budzi sympatię.'

Sama nigdy nie miałam okazji spotkać hipisa, ale nie wątpię w ogóle w ich istnienie;) Wręcz niedawno oglądałam dokument o hipisowskich obozikach, gdzie czas zatrzymał się dla tych ludzi i dalej żyją według swoich starych, oblubionych zasad.
Fantastyczne dla tamtych czasów jest to, że nigdy już nie powstaną takie filmy i muzyka, które porwą miliony, bo są zupełnie nowe, świeże i tak fantastyczne, że nikt nawet nie pomyśli o podważeniu tego. Nie mam pojęcia jaki film lub zespół moich czasów będę mogła przedstawić moim dzieciom (o ile się takich dorobię) jako kultowy, taki, z którym nie mogłam się rozstać, który był dla mnie absolutnie niepodważalnym majstersztykiem. Bo na razie zapożyczam wszystkie rzeczy tego typu z czasów moich rodziców, kiedy wszystko było nowe i na wszystko był 'szał'.

'Oczywiście, nie ma dla mnie dyskusji, że Treat Williams w roli Bergera spisał się brawurowo, stworzył postać wyrazistą, zapadającą w pamięć, może nawet kultową. Ale też moim zdaniem niepotrzebnie interpretujesz go tak realistycznie - przecież cała ta perypetia na końcu filmu jest tak mało prawdopodobna, że aż się prosi o odczytanie wyłącznie symboliczne(...)'

Myślę, że całokształt roli Bergera traktuję raczej jako pojedyncze zwycięstwo ogłupiałego amerykańskiego systemu nad pojedynczym ideałem. Śmierć Bergera nie odciska się jakoś na losach świata, jedynie na losach jego przyjaciół, więc zgadzam się, ze jest jak nabardziej symboliczny. Jednak jestem pewna, że nie tylko Bergera spotkał taki los i, że wielu innych młodych, pięknych, zdolnych, musiało isć na wojnę i zginąć.
Ach i fakt, Berger nie zostałby rozstrzelany, ale Bukowski już tak, za dezercję. Przynajmniej tak mi się wydaje (oczywiście, o ile by go znaleźli). Chociaż w sumie, po chwili namysłu, raczej zostawiliby sprawę w spokoju. Sama już nie wiem. Na pewno Claude'owi groziłaby kara, ale tylko gdyby był pod ręką.
Zgadzam się całkowicie z tym, że to dobrze, że to całe 'poświęcanie się za przyjaciela' wyszło tak naprawdę przez pomyłkę, bo inaczej film prezentowałby nadęte ideały, które można zobaczyć w co drugiej amerykańskiej produkcji, bo co drugi Amerykanin się poświęca dla kraju jak wiadomo.

'Tak myślisz?... A mnie się wydaje, że film Formana - dość, umówmy się, dosadny i grubiański jeśli chodzi o poczucie humoru - szydzi z amerykańskiego patriotyzmu jak mało który inny. Hipisi ukazani są jako element wolny przede wszystkim dlatego, że nie są obciążeni śladowym nawet instynktem państwowym, a z kolei aparat państwa sprowadza się dosłownie do tego, żeby ich wyruchać (dosłownie, powtarzam: zwróć uwagę na piosenki "Black Boys" i "White Boys"). I nie ma tu na dnie czegoś, co jest nawet w świetnych skądinąd filmach Stone'a (zwłaszcza w "Urodzonym czwartego lipca, a nawet w "Plutonie"), czyli jakiejś czasem irytującej krytyki systemu amerykańskiego przez apologię mitycznej wielkości czystego ducha Ameryki - choć takie myślenie oczywiście jest mocno zakorzenione w kulturze amerykańskiej od początku, od filozofii Waldo Emersona i Thoreau czy od poezji Whitmana. A w "Hair" nie ma nic, oprócz świadomie balansującego na krawędzi dobrego smaku, politycznie bardzo niepoprawnego wyszydzenia.'

Poczucie humoru Formana faktycznie grubiańskie, wręcz wyszydza system amerykański - ale właśnie to jest świetne w 'Hair'. Właściwie, może trochę niejasno się wypowiedziałam, chodziło mi raczej o filmy, które prezentują ten system z dobrej strony (chociażby 'Taking chance', który uważam, jest jakimś zupełnym żartem i wygląda, jakby sfinansował go rząd^). Forman idealnie przekazał swój pogląd na temat Wietnamu, w sumie taki jak większości ludzi, których przyjaciele/rodzina zostali powołani.
'White boys' i 'Black boys' - mistrzostwo świata. Chyba nie dało się pokazać komisji poborowej w gorszym świetle. Każdy się śmieje oglądając ten fragment (w sumie to zrozumiałe), ale w sumie nie wiem czy to do końca takie zabawne.

I na mój koniec: Mi również jest miło, bo zauważyłam, ze wątki ograniczają się do skupisk ludzi, którzy sądzą tak samo i najwyżej dwóch oportunistów, którzy są trollami^ Tudzież a)nie rozumieją geniuszu filmu, b)są degeneratami, bezguściami i nie znają się na kinie, bo mają w ulubionych film taki i taki, a to przecież zupełne dno.
Pozdrawiam;)

ocenił(a) film na 9
nevadastartrek

Taki mały offtop:

"Nie mam pojęcia jaki film lub zespół moich czasów będę mogła przedstawić moim dzieciom (o ile się takich dorobię) jako kultowy, taki, z którym nie mogłam się rozstać, który był dla mnie absolutnie niepodważalnym majstersztykiem. Bo na razie zapożyczam wszystkie rzeczy tego typu z czasów moich rodziców, kiedy wszystko było nowe i na wszystko był 'szał'."

Bądź spokojna. Ja na przykład jakoś na etapie liceum też przede wszystkim jarałem się Hendrixem, Joplin, Doorsami, pacyfizmem i takimi tam rzeczami... A obok mnie działy się historie takie jak "Ten" Pearl Jamu, czy - chwilę wcześniej, w jakiejś wczesnej podstawówce, kiedy w ogóle zaczynałem się interesować rockiem - "The Number of the Beast" Iron Maiden albo "Master of Puppets" Metaliki. I myślałem - no fajnie, ładne to, ale jednak nie to samo, co Pink Floyd na ten przykład... Minęło kilka latek, jestem sobie Ci ja nauczycielem licealnym z paroletnim już stażem i widzę, że wchodzą do klasy dzieciaki w koszulkach właśnie z Ironami czy z Metallicą. I niby nic w tym niezwykłego, ale kiedyś tak sobie policzyłem, że różnica między ich datą urodzenia, a rokiem wydaniem jakiejś płyty, która dla nich teraz jest kultowa (a dla mnie nie była, bo jakaś taka podejrzanie świeża mi się wydawała) jest plus minus taka, jak między moim przyjściem na ten padół, a wydaniem "Wish You Were Here" Floydów. The times they are-a changin, moja droga, jak to łaskaw był śpiewać Bob Dylan...