W 80 dni dookoła świata

Juliusz Verne napisał swoją powieść o podróży dookoła świata w roku 1873, do tej pory przenoszono ją na ekran kilkanaście razy - po raz pierwszy w 1956 roku (reż. Michael Anderson), realizując, zdaniem wielu, od razu wersję doskonałą. Wprawdzie od czasu premiery literackiej i tamtej premiery filmowej czas potrzebny na okrążenie kuli ziemskiej wyraźnie się skrócił (bodaj do niepełnej godziny, jeśli korzystać z rakiety kosmicznej), powieść Verne'a ciągle jednak pobudza wyobraźnię. Nic dziwnego, skoro "W 80 dni dookoła świata" to powieść nie tyle fantastyczna, ile podróżniczo-awanturnicza, naszpikowana przygodami i okraszona specyficznym humorem. Materiał na scenariusz wręcz wymarzony, o ile oczywiście dysponuje się odpowiednim środkami na jego realizację.

W przypadku filmu Franka Coraciego zalecana jest pewna ostrożność. Podpowiada ją choćby nazwisko Jackie Chana, otwierające napisy czołowe. Czyżby rolę Phileasa Fogga powierzono chińskiemu gwiazdorowi? Na szczęście, inwencja hollywoodzkich producentów nie poszła aż tak daleko: Chan gra Passepartout, kamerdynera Fogga. A ponieważ wśród innych aktorów z napisów czołowych nie ma postaci o podobnej randze, należy oczekiwać znaczącego przesunięcia akcentów - właśnie w stronę Passepartout. I rzeczywiście, kamerdyner i jego sprawność w kung-fu są w tej historii najważniejsze. On oraz pokazujące się na chwilę zaproszone gwiazdy - Kathy Bates, Arnold Schwarzenegger (to prawdopodobnie jego ostatnia rola filmowa), John Cleese i inni. Cała reszta to cocktail złożony z ingrediencji wysnutych z powieści Verne'a i pomysłów własnych trójki scenarzystów: Fogg jest londyńczykiem, ale nie tyle ekscentrycznym dżentelmenem, ile ekscentrycznym wynalazcą, domniemane w powieści włamanie do Banku Anglii w filmie ma miejsce, towarzyszką podróży Fogga i jego przyszłą żoną zostaje nie hinduska księżniczka, ale francuska malarka, do arsenału środków transportu dołącza samolot braci Wright - aby stało się to możliwe, akcję utworu przesuwa się w czasie o jakieś 30 lat. Sama podróż dookoła świata schodzi na plan dalszy, ważne natomiast stają się zmagania Passepartout z gangiem Czarnych Skorpionów, próbującym wykraść mu cenną figurkę Buddy. A gdy ta kwestia zostanie rozwiązana, do głosu dochodzi inny dodany wątek - konflikt między Foggiem i prezesem Królewskiej Akademii Nauk.

Pozostaje postawić pytanie, skoro literacki pierwowzór wydaje się na tyle anachroniczny, że potrzebne są aż tak głębokie zmiany w fabule, to po co po niego sięgać? Otóż dlatego, że mimo całej swej anachroniczności Jules Verne ma w sobie coś, co kazało i każe wznawiać jego powieść w Polsce ponad 30 razy. Szkoda więc, że styl, dystynkcję i specyficzne poczucie humoru pierwowzoru zastąpiły efekty specjalne i błazenada.
80% uznało tę recenzję za pomocną (5 głosów).
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?

zobacz też:

pozostałe recenzje redakcji (2)

  • Wielka wyprawa

    recenzja dvd

    autor: Dominik Kubacki
  • Wielka wyprawa

    recenzja kinowa

    autor: Marcin Kamiński
  • zobacz więcej

komentarze

dodaj komentarz
    WTF:false,ads:true