Ojciec Chrzestny

"Wierzę w Amerykę". Tak zaczyna się jedno z najważniejszych dzieł kinematografii, film wielokrotnie nagradzany, dziś już kultowy i stanowiący podmiot analizy wielu kinomaniaków. Kopalnia cytatów, lekcja aktorstwa... "Ojca chrzestnego" można opisywać takimi superlatywami bez końca. Ale zacznijmy tak, jak się powinno zaczynać, czyli od początku.

Francis Ford Coppola - w 1972 młody reżyser z niedużym bagażem doświadczeń - postanowił podjąć się reżyserii projektu Paramount Pictures. Film w zamyśle miał opowiadać o ówczesnej mafii, być czymś lekkim i niezobowiązującym. Plany się nie powiodły i powstał dobrze nam znany dramat gangsterski...

Scenariusz, który Coppola napisał wespół z Mario Puzo (autorem literackiego pierwowzoru), opowiada o mafijnej rodzinie Corleone. Słowo "rodzina" nie oznacza tu bynajmniej znanej z lekcji WOS-u "najmniejszej komórki społecznej". To coś więcej. Członków mafii wiążą stosunki dożywotnie, dochowują oni sobie lojalności, są honorowi i mają jasno określone zasady. Ojcem Chrzestnym, czyli głową rodziny, jest don Vito Corleone, emigrant z Sycylii. Ma 4 synów - Sonny'ego, Frederica, najmłodszego Michaela oraz przygarniętego Toma Hagena. Ma także córkę - Connie. Zawiązaniem akcji jest odmowa dystrybucji narkotyków przez Vita, co pociąga za sobą lawinę wydarzeń, z wielką wojną gangów na czele.

Aż trzech aktorów grających dzieci Vita zostało nominowanych do Oscara w kategorii najlepszy aktor drugoplanowy. Mimo, że dla każdego z nich - Ala Pacino, Roberta Duvalla i Jamesa Caana - były to dopiero początkowe etapy ich karier, to role te na długo zapisały się w pamięci widzów. Spokojny i opanowany, lecz gdy trzeba spontaniczny Michael; stonowany Tom oraz agresywny, wręcz "narwany" Santino... Nie ma się co dziwić, w końcu towarzyszyli genialnemu Marlonowi Brando, który swą brawurową kreacją zdobył serca krytyków i widzów.

Mamy więc znakomite aktorstwo, ciekawą fabułę i dochodzimy go gwoździa programu - reżyserii. Powolny, budujący napięcie styl kręcenia, idealne zsynchronizowanie muzyki z obrazem, mnogość postaci i wątków przy jednoczesnym zachowaniu spójności - po prostu geniusz wylewa się z ekranu... W tym wszystkim nie ma ani chwili na nudę, mimo iż obraz nie zaskakuje nas jakimiś nagłymi zwrotami akcji czy efektami.

Wspomniałem już o muzyce. Żałuję, że "Kabaret" wszedł do kin w tym samym roku co "Ojciec chrzestny". Oscar dla Nino Roty byłby murowany, a tak musiał się zadowolić tylko nominacją. Muzyka idealnie współgra z tym, co się dzieje na ekranie. Jest wyniosła - podczas marszu Michaela w Syrakuzach; frywolna i wesoła - podczas wesela; spokojna, cicha - przy scenach w szpitalu.

Jednak mimo znakomitej muzyki, aktorstwa, reżyserii i scenariusza inny czynnik decyduje o potędze filmu. Jest nim klimat - ludziom odpowiedzialnym za dekoracje, scenografie i stroje wręcz udało się przenieść widza w lata 40. ubiegłego wieku. Szare kapelusze, długie płaszcze, eleganckie, czarne wozy, Tommy Gun i alkohol - obraz zachwyca bogactwem szczegółów i detali. Nie ma najmniejszych niedopatrzeń, wszystko dopięto na ostatnio guzik. Naprawdę, taką atmosferę udało się stworzyć w niewielu filmach. A szkoda, gdyż naprawdę potrafi ona urzec.

Podsumowując - "Ojciec chrzestny" to rewelacyjny film. Wszystkie czynniki składają się na jego wielkość, a dopracowane i dopieszczone do granic możliwości szczegóły wzbudzają niekłamany podziw dla całego zespołu twórców tego arcydzieła.

"Wierzyłem w Amerykę". Wierzyłem, kiedy kręcono w Hollywood filmy na takim poziomie. Króluj nam długo i szczęśliwie, Ojcze Chrzestny!
71% uznało tę recenzję za pomocną (17 głosów).
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?

zobacz też:

pozostałe recenzje redakcji (1)

pozostałe recenzje użytkowników (8):

komentarze

dodaj komentarz
  • Ten film jest nudny.

Zgłoś nadużycie

Opisz, dlaczego uważasz, że ten wpis nie jest zgodny z regulaminem serwisu:
WTF:false,ads:true