Gerda
- ostatnio zalogował(a) się o 0:30, 21 marca 2010 dodaj do ulubionych
http://pl.youtube.com/user/lome81
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
gerda@poczta.onet.pl
Pokaż cały wpis »
21 kwietnia 2009
20:21 // Po drugiej stronie lustra czyli fantastyka
W środku moje komentarze dotyczące filmów/seriali:
Opowieści z Narnii: Lew, czarownica i stara szafa (3/6), Labirynt fauna (4,5/6), Wolf's Rain (5,5/6), Jin-Rô (5,5/6), Opowieści z Narnii: Książę Kaspian (4,5/6), Aquarion (3,5/6), Fruits Basket (4,5/6), Avatar (4/6)
Jak ci się zdaje, czym się zajmują rycerze, dziewczynko? Myślisz, że tylko przyjmują wstążki od dam i paradują w złotych zbrojach? Rycerze zabijają. - Dotknął ostrzem miecza jej szyi, tuż poniżej ucha...
G.R.R Martin "Starcie królów"
G.R.R Martin "Starcie królów"
komentarzy [8] dodaj komentarz »
Pokaż cały wpis »
24 maja 2008
01:10 // Refleksje vol. 2
"W każdym razie ja nie wierzę w pamięć absolutną. Wiem tylko, że po filmach, które się jakoś tam przeżyło, pozostają w głowie 'drobiazgi': ulotne wrażenia, pojedyncze obrazy, strzępy dialogów. Po filmach marnych i nijakich nie pozostaje nic" Lech Kurpiewski
W środku moje komentarze dotyczące filmów/seriali:
Hotel Ruanda (4,5/6), Zodiak (5/6), Aż poleje się krew (4/6), Ostrożnie, pożądanie (6/6), Romeo musi umrzeć (1/6), Chinka (4,5/6), Lektor (5/6), Skins (5,5/6), Walc z Baszirem (5,5/6), Kierowca dla Wiery (5/6)
komentarzy [18] dodaj komentarz »
Pokaż cały wpis »
27 stycznia 2008
02:46 // Rok 2009 - podsumowanie
Kino - the best of...
1. Droga do szczęścia
Nienawiść, która zadawała jej fizyczny ból, sprawiała, że wszelka radość płynąca z piękna, z przyjaźni, z dobrego samopoczucia, ze świadomości, że jest kochaną, że ma czarujący dom, zaczynała chwiać się, chylić, jak gdyby naprawdę był tam ów potwór podcinający korzenie, jak gdyby cały ten rynsztunek szczęścia był zwykłym egoizmem.
(Virginia Woolf "Pani Dalloway")
2. Walc z Baszirem
3. Wątpliwość
4. Lektor
5. Biała wstążka
Kino - rozczarowania
1. Slumdog. Milioner z ulicy
2. Przerwane objęcia
3. Oszukana
4. Spotkanie w Palermo
5. Serafina
ENH - nowe horyzonty
1. Tlen
2. Politechnika
3. Bez tchu
4. Głód
5. Odgłosy robaków - zapiski mumii
Odkrycia - klasyka
1. Hiroszima, moja miłość
2. Kotka na gorącym, blaszanym dachu
3. Ostatnie tango w Paryżu
Odkrycia - fantastyka
1. Nosferatu wampir
2. Czysta krew
3. Vampire Knight, Vampire Knight Guilty
Odkrycia - kino współczesne
1. Control
2. Kumple (plus Dzieciaki)
3. Kierowca dla Wiery
Serdeczne pozdrowienia dla wszystkich, którzy dzielili ze mną filmowe odkrycia i filmowe rozczarowania :)
Podsumowanie roku 2007 i 2008 w "komentarzach" poniżej.
1. Droga do szczęścia
Nienawiść, która zadawała jej fizyczny ból, sprawiała, że wszelka radość płynąca z piękna, z przyjaźni, z dobrego samopoczucia, ze świadomości, że jest kochaną, że ma czarujący dom, zaczynała chwiać się, chylić, jak gdyby naprawdę był tam ów potwór podcinający korzenie, jak gdyby cały ten rynsztunek szczęścia był zwykłym egoizmem.
(Virginia Woolf "Pani Dalloway")
2. Walc z Baszirem
3. Wątpliwość
4. Lektor
5. Biała wstążka
Kino - rozczarowania
1. Slumdog. Milioner z ulicy
2. Przerwane objęcia
3. Oszukana
4. Spotkanie w Palermo
5. Serafina
ENH - nowe horyzonty
1. Tlen
2. Politechnika
3. Bez tchu
4. Głód
5. Odgłosy robaków - zapiski mumii
Odkrycia - klasyka
1. Hiroszima, moja miłość
2. Kotka na gorącym, blaszanym dachu
3. Ostatnie tango w Paryżu
Odkrycia - fantastyka
1. Nosferatu wampir
2. Czysta krew
3. Vampire Knight, Vampire Knight Guilty
Odkrycia - kino współczesne
1. Control
2. Kumple (plus Dzieciaki)
3. Kierowca dla Wiery
Serdeczne pozdrowienia dla wszystkich, którzy dzielili ze mną filmowe odkrycia i filmowe rozczarowania :)
Podsumowanie roku 2007 i 2008 w "komentarzach" poniżej.
komentarzy [3] dodaj komentarz »
Pokaż cały wpis »
5 lutego 2007
14:33 // ANAΓKH czyli ANANKE
Zobacz więcej zdjęć [6] »
"Ananke" to gr. odpowiednik łac. "fatum" czyli "przeznaczenia", kiedyś słowo to wyrył na murze katedry Notre-Dame w Paryżu pewien zdesperowany ksiądz nieszczęśliwie zakochany w cygance tańczącej na katedralnym placu (kto jeszcze nie czytał powieści Hugo, niech żałuje ;). Tym razem chodzi mi jednak o tę jaśniejszą stronę losu, który uśmiecha się nagle do szczęśliwca (bliskiego już, być może, zwątpienia we własne siły) przynosząc mu nieoczekiwany sukces. Taki Wentworth Miller na przykład; kiedyś zainteresowałam się nim (jako aktorem oczywiście ;) po obejrzeniu "Piętna" (dobry film z dobrą rolą Wentwortha) i zdziwiłam się, że jego filmografia jest tak skromna, to wręcz niewiarygodne, że przystojnego, inteligentnego i, co najważniejsze, utalentowanego aktora nie umiano właściwie obsadzić, a jednak... W końcu przyszedł serial "Prison Break", Miller dostał rolę, dosłownie, w ostatniej chwili, ale szansę wykorzystał dowodząc przy okazji, że i po trzydziestce można stać się idolem piszczących z zachwytu nastolatek (choć nie jestem pewna, czy o taki efekt mu chodziło ;). Trudno mi jednak wyobrazić sobie ten serial bez charyzmy i chłopięcego uroku Wentwortha, podobnie jak nie potrafię uwierzyć, że moglibyśmy mieć "Ojca chrzestnego" bez Ala Pacino, "Władcę Pierścieni" bez Viggo Mortensena czy "Dziewczynę z perłą" bez Scarlett Johansson, etc.
Dorastający na osławionym Bronksie Al Pacino nie podobał się producentom "Ojca chrzestnego", którzy domagali się zwolnienia go, choć rozpoczęły się już zdjęcia do filmu, w końcu gdy nakręcono scenę, w której Michael zabija Sollozza (scenę, co warto podkreślić, odegraną mistrzowsko) producenci "zmiękli"; trudno w ogóle teraz brać pod uwagę możliwość, że to reżyser ustępuje pod presją żądań, a przecież było to całkiem realne. Ostatecznie Al czując się, przynajmniej początkowo, niechciany na planie wpadł w melancholię doskonale pasującą do odgrywanej postaci. Czyli nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło ;). W odwrotnej sytuacji znalazł się Viggo Mortensen, który dołączył do obsady "Władcy Pierścieni" jako ostatni zastępując Stuarta Townsenda (po czterech dniach zdjęciowych wydał się on reżyserowi zbyt młody do roli). Mortensen zgodził się podobno za namową syna, bo sam nie znał ani powieści Tolkiena ani scenariusza, za to potem bardzo zaangażował się w rolę - właściwie obywał się bez statysty i, nawet poza planem, nie rozstawał z mieczem, dodatkowo uczestniczył w projektowaniu kostiumów Aragorna i zasypywał reżysera uwagami odnośnie zmian w scenariuszu. Dla mnie już zawsze tolkienowski Aragorn będzie miał wyrazistą twarz Viggo.
Może i w przypadku Wentwortha osobiste doświadczenia, przede wszystkim początkowe trudności w odnalezieniu się w zawodzie aktora, wpłynęły na jego interpretację roli Michaela Scofielda, który wyznacza sobie cel i dąży do niego z ogromną determinacją. Ciekawe, czy wyżej wymienieni aktorzy faktycznie zawdzięczają swój sukces "uśmiechowi losu", czy to raczej efekt ich walki z przeznaczeniem.
"Ananke" to gr. odpowiednik łac. "fatum" czyli "przeznaczenia", kiedyś słowo to wyrył na murze katedry Notre-Dame w Paryżu pewien zdesperowany ksiądz nieszczęśliwie zakochany w cygance tańczącej na katedralnym placu (kto jeszcze nie czytał powieści Hugo, niech żałuje ;). Tym razem chodzi mi jednak o tę jaśniejszą stronę losu, który uśmiecha się nagle do szczęśliwca (bliskiego już, być może, zwątpienia we własne siły) przynosząc mu nieoczekiwany sukces. Taki Wentworth Miller na przykład; kiedyś zainteresowałam się nim (jako aktorem oczywiście ;) po obejrzeniu "Piętna" (dobry film z dobrą rolą Wentwortha) i zdziwiłam się, że jego filmografia jest tak skromna, to wręcz niewiarygodne, że przystojnego, inteligentnego i, co najważniejsze, utalentowanego aktora nie umiano właściwie obsadzić, a jednak... W końcu przyszedł serial "Prison Break", Miller dostał rolę, dosłownie, w ostatniej chwili, ale szansę wykorzystał dowodząc przy okazji, że i po trzydziestce można stać się idolem piszczących z zachwytu nastolatek (choć nie jestem pewna, czy o taki efekt mu chodziło ;). Trudno mi jednak wyobrazić sobie ten serial bez charyzmy i chłopięcego uroku Wentwortha, podobnie jak nie potrafię uwierzyć, że moglibyśmy mieć "Ojca chrzestnego" bez Ala Pacino, "Władcę Pierścieni" bez Viggo Mortensena czy "Dziewczynę z perłą" bez Scarlett Johansson, etc.
Dorastający na osławionym Bronksie Al Pacino nie podobał się producentom "Ojca chrzestnego", którzy domagali się zwolnienia go, choć rozpoczęły się już zdjęcia do filmu, w końcu gdy nakręcono scenę, w której Michael zabija Sollozza (scenę, co warto podkreślić, odegraną mistrzowsko) producenci "zmiękli"; trudno w ogóle teraz brać pod uwagę możliwość, że to reżyser ustępuje pod presją żądań, a przecież było to całkiem realne. Ostatecznie Al czując się, przynajmniej początkowo, niechciany na planie wpadł w melancholię doskonale pasującą do odgrywanej postaci. Czyli nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło ;). W odwrotnej sytuacji znalazł się Viggo Mortensen, który dołączył do obsady "Władcy Pierścieni" jako ostatni zastępując Stuarta Townsenda (po czterech dniach zdjęciowych wydał się on reżyserowi zbyt młody do roli). Mortensen zgodził się podobno za namową syna, bo sam nie znał ani powieści Tolkiena ani scenariusza, za to potem bardzo zaangażował się w rolę - właściwie obywał się bez statysty i, nawet poza planem, nie rozstawał z mieczem, dodatkowo uczestniczył w projektowaniu kostiumów Aragorna i zasypywał reżysera uwagami odnośnie zmian w scenariuszu. Dla mnie już zawsze tolkienowski Aragorn będzie miał wyrazistą twarz Viggo.
Może i w przypadku Wentwortha osobiste doświadczenia, przede wszystkim początkowe trudności w odnalezieniu się w zawodzie aktora, wpłynęły na jego interpretację roli Michaela Scofielda, który wyznacza sobie cel i dąży do niego z ogromną determinacją. Ciekawe, czy wyżej wymienieni aktorzy faktycznie zawdzięczają swój sukces "uśmiechowi losu", czy to raczej efekt ich walki z przeznaczeniem.
komentarzy [36] dodaj komentarz »
Pokaż cały wpis »
12 grudnia 2006
22:27 // Niech nas zobaczą...
komentarzy [17] dodaj komentarz »
Pokaż cały wpis »
8 sierpnia 2006
13:57 // "a my razem jak miecz i dłoń"*
Na obraz Fredericka Burtona trafiłam przypadkiem szukając w zasobach sieci innego przedstawienia kochanków ze średniowiecznego mitu - "Tristana i Izoldy" Johna Duncana. Akwarela "The Meeting on the Turret Stairs" ("Spotkanie na schodach wieży", tłum. wł.) zwróciła moją uwagę nietypowym - dynamicznym, ekspresyjnym i bardzo emocjonalnym - ujęciem tematu. Artyści z kręgu prerafaelitów często sięgali do motywów ze średniowiecznych legend, ale przedstawiali najczęściej najbardziej charakterystyczne, łatwo rozpoznawalne sceny. Dla Burtona ważniejsza od symboliki okazała się psychologiczna wiarygodność bohaterów, dlatego w mniejszym stopniu są to postacie archetypowe, a w większym - ludzie z prawdziwego, niemitycznego świata.
Był jeszcze inny powód, dla którego "zatrzymałam się" przy tym obrazie na dłużej. Krótko wcześniej oglądałam w kinie "Tristana i Izoldę" Kevina Reynoldsa, a dzieło Burtona wydaje mi się zatrzymanym w czasie kadrem, który idealnie pasuje do tegoż filmu, co więcej - oddaje jego najważniejszą ideę. Na płótnie uwiecznił bowiem artysta moment, który świadczy o wewnętrznym rozdarciu bohaterów. Oto schodzący po spiralnie skręconych schodach wieży rycerz mija damę w błękitnej sukni; powodowany impulsem gwałtownie chwyta jej rękę przyciskając ją jednocześnie do swojej piersi i składa pocałunek na jej przedramieniu. Ona reaguje dość nietypowo - odwraca wzrok, ale jednocześnie nie próbuje wyrwać ręki z jego uścisku; jej dłoń opada bezwładnie. Drugą rękę natomiast unosi, jakby - silnie wzruszona - szukała oparcia na kamiennej ścianie. Zachowanie zdradza oboje - przede wszystkim świadczy o tym, że ich wzajemne uczucie jest silniejsze niż samodyscyplina, która sobie narzucili. Wystarcza jedno, najprawdopodobniej przypadkowe, spotkanie w wąskiej przestrzeni, która implikuje wzajemną bliskość i postanowienia ich woli rozpryskują się jak stłuczone szkło. Kto z nas nie pragnąłby takiej właśnie miłości! Nawet jeśli publicznie śmiejemy się z sentymentalizmu romantyków. To głównie dlatego opowieść o Tristanie i Izoldzie jest wciąż żywa.
Jest jednak i druga strona medalu... W jednej ze scen filmu Reynoldsa Izolda, w czasie któregoś z sekretnych spotkań z kochankiem, patrząc na rzymskie freski przedstawiające parę małżeńską, daje wyraz swojej tęsknocie za życiem bez ciągłego strachu przed dekonspiracją, bez nieustannych wyrzutów sumienia. Bo tak naprawdę jesteśmy dziwnymi stworzeniami - pragniemy zazwyczaj tego, czego w danej chwili nie możemy mieć... Bartosz Żurawiecki w recenzji obrazu "Tajemnica Brokeback Mountain" (filmu, który jest ilustracją uczucia przebiegającego według niemal identycznego schematu, co historia Tristana i Izoldy) napisał: "Gdzieś w tle kołacze się pytanie: gdyby związek Ennisa i Jacka miał szansę zaistnieć jawnie, to czy nie stałby się czymś równie banalnym i rozczarowującym jak ich małżeństwa? Odpowiedzi nigdy nie poznamy". Może to dobrze, że odpowiedzi nigdy nie poznamy...
"Jeśli się do mnie
uśmiechasz, innym tego nie rób widocznym;
ci winni nic nie dostrzec
prócz chmur nad wzgórz zielenią!"
*Tytuł zaczerpnęłam z wiersza Józefa Czechowicza "eros i psyche", utwór ten można przeczytać w komentarzu poniżej. Dodam jeszcze, że zapoznać się z nim naprawdę warto :)
Był jeszcze inny powód, dla którego "zatrzymałam się" przy tym obrazie na dłużej. Krótko wcześniej oglądałam w kinie "Tristana i Izoldę" Kevina Reynoldsa, a dzieło Burtona wydaje mi się zatrzymanym w czasie kadrem, który idealnie pasuje do tegoż filmu, co więcej - oddaje jego najważniejszą ideę. Na płótnie uwiecznił bowiem artysta moment, który świadczy o wewnętrznym rozdarciu bohaterów. Oto schodzący po spiralnie skręconych schodach wieży rycerz mija damę w błękitnej sukni; powodowany impulsem gwałtownie chwyta jej rękę przyciskając ją jednocześnie do swojej piersi i składa pocałunek na jej przedramieniu. Ona reaguje dość nietypowo - odwraca wzrok, ale jednocześnie nie próbuje wyrwać ręki z jego uścisku; jej dłoń opada bezwładnie. Drugą rękę natomiast unosi, jakby - silnie wzruszona - szukała oparcia na kamiennej ścianie. Zachowanie zdradza oboje - przede wszystkim świadczy o tym, że ich wzajemne uczucie jest silniejsze niż samodyscyplina, która sobie narzucili. Wystarcza jedno, najprawdopodobniej przypadkowe, spotkanie w wąskiej przestrzeni, która implikuje wzajemną bliskość i postanowienia ich woli rozpryskują się jak stłuczone szkło. Kto z nas nie pragnąłby takiej właśnie miłości! Nawet jeśli publicznie śmiejemy się z sentymentalizmu romantyków. To głównie dlatego opowieść o Tristanie i Izoldzie jest wciąż żywa.
Jest jednak i druga strona medalu... W jednej ze scen filmu Reynoldsa Izolda, w czasie któregoś z sekretnych spotkań z kochankiem, patrząc na rzymskie freski przedstawiające parę małżeńską, daje wyraz swojej tęsknocie za życiem bez ciągłego strachu przed dekonspiracją, bez nieustannych wyrzutów sumienia. Bo tak naprawdę jesteśmy dziwnymi stworzeniami - pragniemy zazwyczaj tego, czego w danej chwili nie możemy mieć... Bartosz Żurawiecki w recenzji obrazu "Tajemnica Brokeback Mountain" (filmu, który jest ilustracją uczucia przebiegającego według niemal identycznego schematu, co historia Tristana i Izoldy) napisał: "Gdzieś w tle kołacze się pytanie: gdyby związek Ennisa i Jacka miał szansę zaistnieć jawnie, to czy nie stałby się czymś równie banalnym i rozczarowującym jak ich małżeństwa? Odpowiedzi nigdy nie poznamy". Może to dobrze, że odpowiedzi nigdy nie poznamy...
"Jeśli się do mnie
uśmiechasz, innym tego nie rób widocznym;
ci winni nic nie dostrzec
prócz chmur nad wzgórz zielenią!"
*Tytuł zaczerpnęłam z wiersza Józefa Czechowicza "eros i psyche", utwór ten można przeczytać w komentarzu poniżej. Dodam jeszcze, że zapoznać się z nim naprawdę warto :)
komentarzy [7] dodaj komentarz »
Pokaż cały wpis »
6 kwietnia 2006
15:13 // Great expectations
~Life in mono~ Mono
The stranger sang a theme,
From someone else's dream
The leaves began to fall
And no one spoke at all
But I can't seem to recall
When you came along
Ingenue,
Ingenue,
I just don't know what to do
The tree-lined avenue
Begins to fade from view
Drowning past regrets
In tea and cigarettes
But I can't seem to forget
When you came along
Ingenue,
Ingenue,
I just don't know what to do
Ingenue, I just don't know what to do X5
(W komentarzach do tematu - moje tłumaczenie utworu "Life in mono", link do stronki, gdzie można piosenkę usłyszeć oraz moja recenzja filmu "Wielkie nadzieje", w którym utwór ten został wykorzystany :)
The stranger sang a theme,
From someone else's dream
The leaves began to fall
And no one spoke at all
But I can't seem to recall
When you came along
Ingenue,
Ingenue,
I just don't know what to do
The tree-lined avenue
Begins to fade from view
Drowning past regrets
In tea and cigarettes
But I can't seem to forget
When you came along
Ingenue,
Ingenue,
I just don't know what to do
Ingenue, I just don't know what to do X5
(W komentarzach do tematu - moje tłumaczenie utworu "Life in mono", link do stronki, gdzie można piosenkę usłyszeć oraz moja recenzja filmu "Wielkie nadzieje", w którym utwór ten został wykorzystany :)
komentarzy [34] dodaj komentarz »
Pokaż cały wpis »
6 listopada 2005
15:20 // ~Upadłe anioły~
za całą moją miłość - bracie Aniele
dałeś mi złoto w tle i błękitną sukienkę
i przypiąłeś mi parę skrzydeł
i uniosłeś w niebo
a ja nie jestem gwiazdą
żaden z moich promieni nie rozdarł ciemności
w ciemności umiem tylko kochać
i o kolorach nie wiem nic
w moich zaciśniętych dłoniach złoto zachodzi czernią
i krew pochłania błękit
i nisko do ziemi
- jak ciało moje do twego -
przywiera moje niebo
(Halina Poświatowska)
'Upadłe anioły' Kar Wai Wonga polecam, podobnie jak pozostałe dzieła tego niezwykłego reżysera.
dałeś mi złoto w tle i błękitną sukienkę
i przypiąłeś mi parę skrzydeł
i uniosłeś w niebo
a ja nie jestem gwiazdą
żaden z moich promieni nie rozdarł ciemności
w ciemności umiem tylko kochać
i o kolorach nie wiem nic
w moich zaciśniętych dłoniach złoto zachodzi czernią
i krew pochłania błękit
i nisko do ziemi
- jak ciało moje do twego -
przywiera moje niebo
(Halina Poświatowska)
'Upadłe anioły' Kar Wai Wonga polecam, podobnie jak pozostałe dzieła tego niezwykłego reżysera.
komentarzy [37] dodaj komentarz »
Pokaż cały wpis »
17 sierpnia 2005
17:21 // Ryszard, Rysiek, Richat, Ricardo...
~Jak malowny ptak~ Dżem
Za oknem żywi ludzie, inny wymiar, inne życie.
Czy wiesz, jak ciężko jest walczyć z każdym nowym dniem,
Każdej nocy modlić się o bezpieczny, spokojny sen.
Bez nadziei i bez szans spojrzeć w karty mówiąc pas.
Czy przyjmiesz mnie mój Boże, kiedy odejść przyjdzie czas?
Czy podasz mi swą rękę?
A może będziesz się bał, będziesz się bał...
Za oknem wrzeszczą ludzie, szybę stłukł rzucony kamień.
Czy wiesz jak czuję się, gdy w objęciach trzymam śmierć?
Gdy wyrok napisany w lekarza oczach szklanych.
Gdy lecę, lecę tak, jak ten malowany ptak.
Czy przyjmiesz mnie mój Boże...
Moja ulubiona piosenka "Dżemu" od niedawna zresztą, a dokładniej od kiedy obejrzałam film "Skazany na bluesa" i sięgnęłam po płyty tego znakomitego zespołu. Już dawno żaden film mnie tak nie zachęcił do sięgnięcia po konkretne utwory, chyba ostatnio "Billy Elliot" i... "Amadeusz" :P. Zresztą z "Billy'm Elliotem" "Skazany na bluesa" ma całkiem sporo punktów wspólnych, choć może niedostrzegalnych na pierwszy rzut oka.
Za oknem żywi ludzie, inny wymiar, inne życie.
Czy wiesz, jak ciężko jest walczyć z każdym nowym dniem,
Każdej nocy modlić się o bezpieczny, spokojny sen.
Bez nadziei i bez szans spojrzeć w karty mówiąc pas.
Czy przyjmiesz mnie mój Boże, kiedy odejść przyjdzie czas?
Czy podasz mi swą rękę?
A może będziesz się bał, będziesz się bał...
Za oknem wrzeszczą ludzie, szybę stłukł rzucony kamień.
Czy wiesz jak czuję się, gdy w objęciach trzymam śmierć?
Gdy wyrok napisany w lekarza oczach szklanych.
Gdy lecę, lecę tak, jak ten malowany ptak.
Czy przyjmiesz mnie mój Boże...
Moja ulubiona piosenka "Dżemu" od niedawna zresztą, a dokładniej od kiedy obejrzałam film "Skazany na bluesa" i sięgnęłam po płyty tego znakomitego zespołu. Już dawno żaden film mnie tak nie zachęcił do sięgnięcia po konkretne utwory, chyba ostatnio "Billy Elliot" i... "Amadeusz" :P. Zresztą z "Billy'm Elliotem" "Skazany na bluesa" ma całkiem sporo punktów wspólnych, choć może niedostrzegalnych na pierwszy rzut oka.
komentarzy [14] dodaj komentarz »
Pokaż cały wpis »
3 lipca 2005
17:03 // Nie mogę się otrząsnąć...
"Dawno temu w Ameryce" (uwaga spoiler)
Wydawało mi się, że okrucieństwo w filmie nie robi już na mnie wrażenia, bo brutalność jest w kinie wszechobecna i w pewnym momencie reagujemy obojętnością nawet na widok zmasakrowanych ciał czy wymyślnych tortur - to w końcu tylko fikcja, efekty specjalne. Jednak w obrazie Sergio Leone znalazła się scena, która, jak sądzę, jeszcze na długo pozostanie w mojej pamięci, jak obrazy z tych najgorszych sennych koszmarów, kiedy budzimy się z krzykiem i wpatrujemy w ciemność, gdzie czai się nienazwane zło. Nie jest to jednak obraz któregoś z licznych morderstw, choć film Leone jest pełen rozlewu krwi, i paradoksalnie jest to scena, którą poprzedza niemal idealistyczna wizja kochanków i czystej, platonicznej miłości - właśnie dlatego szokuje; dzięki sile kontrastu. Najpierw mamy więc romantyczną kolację, subtelne wyznania, delikatność uczuć; potem scenę brutalnego gwałtu, przy którym zabójstwo można uznać za akt zgoła humanitarny. Wydaje się, że krzyki i błagania gwałconej Deborah mogłyby skruszyć kamienie, lecz bohater grany przez Roberta De Niro pozostaje na nie głuchy. Czy można skrzywdzić tak bardzo kogoś, kogo się jednocześnie tak bardzo kocha? Nie przerażają mnie horrory z ich groteskowymi postaciami, za to Robert De Niro ze swoja sympatyczna twarzą i pociągającą osobowością wzbudził mój autentyczny lęk, bo zobaczyłam, jak z człowieka wychodzi potwór żywiący się instynktami i pożądaniem; potwór, którego nie można zatrzymać. Biała, delikatna sukienka Deborah staje się symbolem niewinności, a jej rozpaczliwe gesty, rozpaczliwa obrona są niezwykle wymowne, ale żeby obraz został dopełniony reżyser pokazuje nam jeszcze stojącego przed samochodem De Niro, jego wystudiowany spokój i rozpacz w oczach, gdy jest już 'po wszystkim'.
Być może w tym temacie napiszę jeszcze o innych niezapomnianych scenach.
Wydawało mi się, że okrucieństwo w filmie nie robi już na mnie wrażenia, bo brutalność jest w kinie wszechobecna i w pewnym momencie reagujemy obojętnością nawet na widok zmasakrowanych ciał czy wymyślnych tortur - to w końcu tylko fikcja, efekty specjalne. Jednak w obrazie Sergio Leone znalazła się scena, która, jak sądzę, jeszcze na długo pozostanie w mojej pamięci, jak obrazy z tych najgorszych sennych koszmarów, kiedy budzimy się z krzykiem i wpatrujemy w ciemność, gdzie czai się nienazwane zło. Nie jest to jednak obraz któregoś z licznych morderstw, choć film Leone jest pełen rozlewu krwi, i paradoksalnie jest to scena, którą poprzedza niemal idealistyczna wizja kochanków i czystej, platonicznej miłości - właśnie dlatego szokuje; dzięki sile kontrastu. Najpierw mamy więc romantyczną kolację, subtelne wyznania, delikatność uczuć; potem scenę brutalnego gwałtu, przy którym zabójstwo można uznać za akt zgoła humanitarny. Wydaje się, że krzyki i błagania gwałconej Deborah mogłyby skruszyć kamienie, lecz bohater grany przez Roberta De Niro pozostaje na nie głuchy. Czy można skrzywdzić tak bardzo kogoś, kogo się jednocześnie tak bardzo kocha? Nie przerażają mnie horrory z ich groteskowymi postaciami, za to Robert De Niro ze swoja sympatyczna twarzą i pociągającą osobowością wzbudził mój autentyczny lęk, bo zobaczyłam, jak z człowieka wychodzi potwór żywiący się instynktami i pożądaniem; potwór, którego nie można zatrzymać. Biała, delikatna sukienka Deborah staje się symbolem niewinności, a jej rozpaczliwe gesty, rozpaczliwa obrona są niezwykle wymowne, ale żeby obraz został dopełniony reżyser pokazuje nam jeszcze stojącego przed samochodem De Niro, jego wystudiowany spokój i rozpacz w oczach, gdy jest już 'po wszystkim'.
Być może w tym temacie napiszę jeszcze o innych niezapomnianych scenach.
komentarzy [13] dodaj komentarz »



















