Po trzy miesięcznym opóźnieniu nareszcie na ekrany naszych kin wyszedł długo oczekiwany przeze mnie remake klasyki horroru lat osiemdziesiątych "
Koszmar z ulicy Wiązów". Przed premierą miałem wielkie obawy co do jakości na nowo opowiedzianej historii o mordercy nastolatków Freddym Kreugerze, głównie ze względu na straszną krytykę w USA, jaka spadła na tą produkcję i dlatego że jestem wielkim fanem tego cyklu. Jednak z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że nie zawiodłem się, bo to, co nam zaprezentowało studio New Line Cinema, zarówno jako horror-slasher oraz jako remake klasyka, sprawdza się naprawdę dobrze i nie dziwi mnie sukces kasowy tej produkcji.
Właściwie to podczas nagrywania filmu, postawiłem dwa warunki, jakie ten musi spełniać, aby wypaść w moich oczach pozytywnie. Pierwszym z nich była postać głównego antybohatera tej opowieści, czyli Freda Kreugera. Ze zdjęć i zwiastunów, wiedziałem, że nowy Freddy nie będzie już tym samym poczciwym dziwolągiem z pizzą zamiast twarzy. Jego charakteryzacja została urealniona, ale także pozbawiona jakiegoś fajniejszego wyrazu, przez co z wyglądu dużo mu brakowało do postaci, którą wcześniej wykreował
Robert Englund. Jednak
Jackie Earle Haley stworzył coś, co niemal dorównało pierwowzorowi. Jest zdecydowanie największym plusem nowego "
Koszmaru", a jego rola zasługuje na oklaski. Nowy Freddy ma świetny głos, mroczne poczucie humoru i cudowny charakter mordercy cieszącego się z zabijania nastolatków. Horrory z reguły są słabo zagrane, obsada "
Koszmaru z ulicy Wiązów" także nie spisała się jakoś nadzwyczajnie, ale
Haley wybija się ponad wszystkich, zasługując na wielkie brawa. Drugim warunkiem było to, aby film nie powtarzał stereotypu typowych amerykańskich nastolatków, którzy tylko ćpają, palą, piją, imprezują i uprawiają seks gdzie popadnie (jak to było w najnowszym "
Piątku 13-go", któremu bliżej do erotyka, lub filmu typu "
American Pie" niż do horroru). Chyba twórcy usłyszeli moje skargi na podobne produkcje bo tutaj nie ma wypalonego nawet jednego papierosa, nie ma żadnej imprezy, a nagość jest bardzo ograniczona (gdy główna bohaterka Nancy wchodzi do wanny robi to w tak dziwny sposób, aby w kamerze nie pokazać nawet kawałka piersi, tak jak robiła to w 1984 roku przebierając się przy szafie jej odpowiedniczka). Nastolatki nie są supermodelkami tylko wyglądają w miarę normalnie, a to dla mnie kolejny plus.
Jak można było się spodziewać, klimatu w nim praktycznie brak. O ile reżyser jeszcze jakoś sobie poradził, o tyle scenariusz trochę zawiódł (wszyscy bez mrugnięcia okiem wierzą jak im się powie, że zabija ich coś we śnie), a niektóre postacie były kompletnie niepotrzebne (matka Nancy jest ledwo widoczna, a jej pierwowzór był przecież tak dobrze zagraną alkoholiczką). Jednak kilka rzeczy, jak np. nowy motyw, dlaczego Freddy powrócił zza grobu, został wymyślony całkiem fajnie (choć nie wyjaśniono skąd wzięła się ta kotłownia w jego świecie). Można się czepiać, że film był troszeczkę nudny i miejscami przewidywalny, ale to przecież remake, w którym bardzo dużo rzeczy zaczerpnięto z oryginału i troszkę z dalszych części (ale niektóre sceny, jak ta w wannie, lub wyjście Kruegera ze ściany wypadają blado podług tych z lat 80-tych). Przynajmniej nie jest to komedia, jaką był epizod szósty, lecz prawdziwy trzymający w napięciu slasher z ładnie wykonaną scenografią i innymi elementami technicznymi (poza mało ciekawą muzyką). Mam nadzieję, że powstanie jego kontynuacja, bo przy oryginalniejszym scenariuszu oraz bardziej innowacyjnych morderstwach w wykonaniu pana noszącego pasiasty sweter, można by się pokusić o film, który nawet dorównałby dziełu
Wesa Cravena.