Necrownik
- Khaosth
- ostatnio zalogował(a) się o 12:53, 19 marca 2010 dodaj do ulubionych
Aktywność na portalu - przystopowana
Entuzjasta filmów SF, horrorów, no i może jeszcze kina akcji.
Zadziwiają mnie gnioty, zawodzą arcydzieła.
Ksionrzek nie czytam, polityki nie rozumiem.
Słuch mi niszczy rock/metal i inne pojedyncze przypadki.
Piękno może być demoniczne, technologiczne lub doskonałe, a jego ideałami są ksenomorf, Ferrari i kobiety.
Zenek, patrz! Sekta! www.filmweb.pl/user/Kaplan_sekty_FSM
I na koniec rzeczowniki pomocnicze:
Agnostyk/Ateista, EMO, Ignorant, Internetoholik, Leń, Melancholik, Mizantrop, Nihilista, Pacyfista, Piewca Chaosu, Sztywniak, Teoretyk
<--- jako avatar kadr z krótkometrażówki "Dronez"
Pokaż cały wpis »
3 lutego 2010
01:47 // Piąt... Szóstka Daremnych.
Są filmy ambitne, poważne, godne polecenia, takie o których mówią wszyscy. I słusznie! Tyle, że to nie będzie miejsce dla nich.
Oto lista pięciu sześciu filmów, pomysłów na filmy lub okołofilmowych czegoś tam, które zdumiały mnie ostatnimi czasy. Lista nie jest rankingiem - służy jedynie promocji głupoty i jako taka będzie co jakiś czas aktualizowana, a kolejne pozycje bezpowrotnie tracone. A zatem Krakenie - wynocha z klatki!
1. Kraby wracają!
Były już krokodyle, rekiny, ośmiornica, wilkołaki, mrówki i titanici, a zatem przyszła też pora na króla animal-attacków. A jak nie na króla to przynajmniej na królewskiego kraba. Rzeczony jegomość w liczbie sztuk mnogiej w zwiastunie superkrótkometrażowej produkcji (lub też na odwrót) się zwącej "King Crab attack!" ku przerażeniu mieszkańców, postanawiają poszukać jakiegoś miłego nadmorskiego kurortu na wakacje. Zwiastuny jak zwykle na mr Zakazanej.
2. Sequele są na fali.
Ilość kolejnych części znanych filmów stała się ostatnio tak duża, że można zaryzykować twierdzenie, jakoby sequele dumnie pruły szeroki przestwór oceanu, niczym ten piękny statek z plakatu. Czy finał tej fali będzie równie widowiskowy, co jego niesławnego poprzednika?
3. Subtelność i nowoczesność
O uroku subtelnych nawiązań do klasyki oraz o możliwościach jakie ze sobą niesie nowoczesne podejście do znanego tematu przypomina nam wysmakowana zapewne produkcja erotyczna zwana "Z archiwum Sexu: Portret duszy". Jak zapewnia opis jest to nowe spojrzenie na dzieło zatytułowane "Portret Doriana Graya". Sam nie wiem czemu zamiast tak oczywistego skojarzenia jak Dorian Gray, mi przypomniał się duet Mulder i Scully... To pewnie tylko taka moja obsesja.
4. Zwiastun "Armii Wilków".
Portal "Zakazana Planeta" jakiś czas temu pokazał dzieło pewnych nieznanych bliżej nikomu artystów. Pod tym linkiem ujrzycie zwiastun, który w poziomie epickości niemal zrównuje się ze zwiastunem "Mega Sharka ...". Istnieją pewne tropy sugerujące, że może to być coś więcej niż fake.
5. Nowy animal-attack od Asylum!
W oczekiwaniu na remake/sequel/spin-off wielkiego debiutu Jamesa "Avatarenko" Camerona jakim oczywiście była "Pirania 2", firma Asylum już oficjalnie na swej stronce pokazała pierwsze zdjęcia z planu oraz plakat swojej hiperprodukcji zwanej "Megapiranha" (kolejny przydatny przedrostek do odnotowania). Dzieło ukaże się w kwietniu.
6. "Dinocroc" i "Dinoshark"
W napływie kiczowatych animal-attacków, w których krokodyle skakały po ziemi i zjadały przyczepy kempingowe, ktoś nareszcie wpadł na genialny pomysł. Zamiast pokazywać absurdalne wyczyny dokonywane przez dobrze znanego zwierzaka, twórcy dodali zwierzu przedrostek 'dino' do nazwy otrzymując wybuchową mieszankę, z której aż kipi ukryta moc i przyczajone Zuo. Co jednak ważniejsze twórcy poszli dalej i postanowili stworzyć całą trylogię filmową, która zaowocowała jeszcze bardziej czadowym stworzeniem - dinorekinem! "Dinocroc" i "Supergator" gdzieś tam w dalekim świecie są dostępne na DVD, zaś "Dinoshark".zaliczył już pierwsze festiwalowe pokazy.
Oto lista pięciu sześciu filmów, pomysłów na filmy lub okołofilmowych czegoś tam, które zdumiały mnie ostatnimi czasy. Lista nie jest rankingiem - służy jedynie promocji głupoty i jako taka będzie co jakiś czas aktualizowana, a kolejne pozycje bezpowrotnie tracone. A zatem Krakenie - wynocha z klatki!
1. Kraby wracają!
Były już krokodyle, rekiny, ośmiornica, wilkołaki, mrówki i titanici, a zatem przyszła też pora na króla animal-attacków. A jak nie na króla to przynajmniej na królewskiego kraba. Rzeczony jegomość w liczbie sztuk mnogiej w zwiastunie superkrótkometrażowej produkcji (lub też na odwrót) się zwącej "King Crab attack!" ku przerażeniu mieszkańców, postanawiają poszukać jakiegoś miłego nadmorskiego kurortu na wakacje. Zwiastuny jak zwykle na mr Zakazanej.
2. Sequele są na fali.
Ilość kolejnych części znanych filmów stała się ostatnio tak duża, że można zaryzykować twierdzenie, jakoby sequele dumnie pruły szeroki przestwór oceanu, niczym ten piękny statek z plakatu. Czy finał tej fali będzie równie widowiskowy, co jego niesławnego poprzednika?
3. Subtelność i nowoczesność O uroku subtelnych nawiązań do klasyki oraz o możliwościach jakie ze sobą niesie nowoczesne podejście do znanego tematu przypomina nam wysmakowana zapewne produkcja erotyczna zwana "Z archiwum Sexu: Portret duszy". Jak zapewnia opis jest to nowe spojrzenie na dzieło zatytułowane "Portret Doriana Graya". Sam nie wiem czemu zamiast tak oczywistego skojarzenia jak Dorian Gray, mi przypomniał się duet Mulder i Scully... To pewnie tylko taka moja obsesja.
4. Zwiastun "Armii Wilków". Portal "Zakazana Planeta" jakiś czas temu pokazał dzieło pewnych nieznanych bliżej nikomu artystów. Pod tym linkiem ujrzycie zwiastun, który w poziomie epickości niemal zrównuje się ze zwiastunem "Mega Sharka ...". Istnieją pewne tropy sugerujące, że może to być coś więcej niż fake.
5. Nowy animal-attack od Asylum! W oczekiwaniu na remake/sequel/spin-off wielkiego debiutu Jamesa "Avatarenko" Camerona jakim oczywiście była "Pirania 2", firma Asylum już oficjalnie na swej stronce pokazała pierwsze zdjęcia z planu oraz plakat swojej hiperprodukcji zwanej "Megapiranha" (kolejny przydatny przedrostek do odnotowania). Dzieło ukaże się w kwietniu.
6. "Dinocroc" i "Dinoshark" W napływie kiczowatych animal-attacków, w których krokodyle skakały po ziemi i zjadały przyczepy kempingowe, ktoś nareszcie wpadł na genialny pomysł. Zamiast pokazywać absurdalne wyczyny dokonywane przez dobrze znanego zwierzaka, twórcy dodali zwierzu przedrostek 'dino' do nazwy otrzymując wybuchową mieszankę, z której aż kipi ukryta moc i przyczajone Zuo. Co jednak ważniejsze twórcy poszli dalej i postanowili stworzyć całą trylogię filmową, która zaowocowała jeszcze bardziej czadowym stworzeniem - dinorekinem! "Dinocroc" i "Supergator" gdzieś tam w dalekim świecie są dostępne na DVD, zaś "Dinoshark".zaliczył już pierwsze festiwalowe pokazy.
komentarzy [2] dodaj komentarz »
Pokaż cały wpis »
2 kwietnia 2009
17:38 // Wpis 4 - Szokery, czyli przedstawimy to Państwu dobitnie
Szok jest to wstrząs psychiczny, osłupienie wywołane przez jakieś wstrząsające, niespodziewane zdarzenie. Towarzyszy często widokom, których nie chcieliśmy zobaczyć i których naszym zdaniem nie powinniśmy byli widzieć. Szczęśliwsi nie mają z nimi kontaktu w życiu, toteż z pomocną dłonią przychodzą im filmowcy, którzy z przyjemnością ich uświadamiają w różnych, obcych wesołkom kwestiach. Czy powinniśmy filmowcom być za te doświadczenia wdzięczni i docenić ich starania, czy też te działania potępiać, a jeśli to drugie to czy w każdym przypadku?
Podkreślimy wagę głównej myśli
Pretekstem do zaprezentowania właśnie takiego tematu było "Requiem dla snu" Darrena Aronofsky'ego. Jest to ciekawy obraz podejmujący temat uzależnienia przede wszystkim narkotykowego - jeden z istotniejszych problemów społecznych. Nie był to pierwszy tytuł ukazujący niebezpieczne dla narkomanów skutki uzależnienia, dlatego autorzy nie mogli liczyć na podziw przez sam tylko fakt podejmowania ambitnego tematu, ani tym bardziej nie mogli liczyć na większy rozgłos wśród osób najbardziej narażonych na kontakt z narkotykami. Dlatego też film przyciągał też innymi aspektami: ciekawymi zdjęciami, udaną ścieżką dźwiękową z bardzo dziś rozpowszechnionym motywem przewodnim oraz dość nietypową dla problemu fabułą, która uciekała od prostego skojarzenia narkomana jedynie z osobą młodą i niedojrzałą.
Aby jednak podkreślić druzgocące konsekwencje zażywania narkotyków, twórcy w finale posunęli się do dość dosadnej sekwencji ujęć, która w dynamicznym, a zarazem agresywnym montażu łączyła upadek głównych bohaterów filmu. Takie zakończenie mnie osobiście zszokowało i raczej odrzuciło od filmu, chociaż spodziewałem się podobnego rozwiązania dla części z tych wątków. Największy mój niesmak wzbudził w finale "Requiem ..." właśnie montaż, który te sceny dodatkowo podkreślał, a przy takim ich nagromadzeniu także zwiększał ich drastyczność.
Jednak tak dobitne przedstawienie tematu może lepiej przemówić do osób narkotykami zainteresowanymi, niż nie jedna rzeczowa dyskusja na ten sam temat. To chyba z kolei jest ważniejsze od zachwytu krytyków, czy widzów z tematem trochę obeznanych i nim nie zafascynowanych. Zresztą - jak już napisałem - film ma jeszcze inne zalety, które i im mogą przypaść do gustu.
Obrzydzimy Ci to w imię idei
Inaczej widzę jednak przedstawienie tematu bezsensowności wojny w filmie "Full metal jacket" Stanley'a Kubricka. Obraz ten rozprawiał się z obecną jeszcze w świadomości mieszkańców USA wojną w Wietnamie. Była to pierwsza wojna przegrana przez Stany Zjednoczone, które przystąpiły do niej w celu udaremnienia dalszej ekspansji komunistycznych idei na małe kraje trzeciego świata. Dramat tej wojny film przedstawia z perspektywy rekrutów - pokazuje ich szkolenie i jedną z rutynowych misji.
Szokujący jest w filmie wątek szkolenia wojskowych i jego wpływ na zwyczajnych, spokojnych obywateli. Tym bardziej był on wstrząsający, że został bardzo realistycznie, wręcz naturalistycznie przedstawiony. Nie ma w tym obrazie pięknych obrazków, ciekawych dialogów i intrygujących, wielowymiarowych postaci - jest jedynie dramat pewnego rekruta, a w późniejszej części filmu (bardziej typowej, mniej wstrząsającej i też niezbyt efektownej) obraz nędznego, przejrzystego, czarno-białego spojrzenia żołnierzy na otaczające ich realia. Dialogi są tu najczęściej wulgarne i dotyczą pieprzenia lub zabijania i frajdy jakie te rzeczy sprawiają. Szkolenie ma w żołnierzach obudzić ich wściekłość i najgorsze żądze, ma zatrzeć ich relatywistyczne spojrzenie - liczy się tylko przetrwanie.
Tego filmu właściwie nie sposób traktować inaczej niż jako głosu w sprawie bezsensownych wojen. Gdyby nie to, obraz Kubricka wiele by stracił, gdyż przynajmniej w moim odczuciu, jako film jest kiepski. Po seansie zadawałem sobie pytanie, czy ten film jest naprawdę tak dobry, czy też przez swoją wymowę zyskał poklask krytyków i przeciwników interwencji w Wietnamie. Czy sztuką jest poruszyć widza ostrym językiem i dosłownością w ukazywaniu przemocy w imię pewnych idei, czy też jeszcze nie. A może wszyscy doceniają w tym filmie prawdę, której nikt nie chciał poznać? Prawdę, którą obecnie można znaleźć w zapewne wielu dokumentalnych pozycjach na ten temat.
Przyciągniemy Twoją uwagę
Szok może również wzbudzić dawka brutalności, jaką serwuje w swym ostatnim jak na razie filmie Darren Aronofsky, podczas pojedynku tytułowego "Zapaśnika" z zawodnikiem nazywanym przez tłum "Necro". Film jest reklamowany jako dzieło rewelacyjne, które przyczyni się do powrotu na ekrany Mickey Rourke'a - znanego aktora, którego kariera w połowie lat dziewięćdziesiątych przechodziła kryzys. Dodatkowym smaczkiem jego roli w "Zapaśniku" jest fakt trenowania przez aktora w młodości boksu. Historia jego filmowego bohatera jest podobna - znany wrestler, którego kariera przemija i który próbuje się podnieść z dołka, w którym siedzi.
Podczas wspomnianego starcia 'Rama' oraz 'Necro Butchera' zostają zastosowane chwyty, na które ciężko było mi patrzeć i przez które nie potrafię docenić rozrywki (?) jaką oferuje wrestling. Wrestlerzy traktują się w niej drabiną, drutem kolczastym, upadają na kawałki szkła oraz obrywają z pistoletu na gwoździe (wymieniłem chyba wszystkie ostre chwyty tam zastosowane). Scena ta na szczęście jest przeplatana ujęciami z szatni przedstawiającymi zawodników po walce, dzięki czemu pojedynek ten nie jest drastyczniejszą nawalanką, a raczej drastyczną groteską. Jest to też najostrzejsza z bodajże trzech walk przedstawionych w filmie, która bardzo kontrastuje ze spokojną narracją filmu i znanymi wątkami dramatycznymi, które dominują w obrazie.
"Zapaśnik" w gruncie rzeczy jest kolejnym dramatem o upadłej gwieździe, tylko że z kilkoma ciekawiej, mniej typowo rozwiązanymi wątkami. Film obyłby się bez tej sceny. Broniłby się równie dobrze także wtedy, gdyby boater uprawiał jakiś sport kontaktowy ograniczony pewnymi zasadami. Szok jaki wywołuje ta walka nie służy chyba niczemu, prócz przyciągnięciu przed ekran większej rzeszy fanów wrestlingu, promocji filmu lub jego uniwersalnych, lekceważonych treści w targecie nimi raczej nie zainteresowanym.
Czasem zaś pozostawimy z niczym
Ostatnim zastosowaniem eskalacji ciężko przyswajalnych treści jest eskalacja dla samej tylko eskalacji. Dobrym przykładem takiego tytułu jest według mnie "Grindhouse: Planet terror". Jest to swoisty hołd dla tanich filmów klasy B, które przyciągały do siebie widzów szukających tego, czego pierwszoligowe produkcje obecne w innych kinach im nie dawały - seksu, przemocy i fabuł opiewających najprostsze wartości bliskie zwłaszcza stereotypowym mężczyznom. Tych elementów nie brakuje również w filmie Rodrigueza. "Planet terror" jest pastiszem kina klasy B i chyba zawiera wszystkie elementy w nim obecne, dodając do nich dobrych aktorów i wysoki budżet, na który pierwowzory nie mogły sobie pozwolić. Niestety, pastisze często mają problem z umiarem. Jest zatem sporo niepotrzebnej przemocy, jest scenka z Tarantino i sporo odniesień do męskiego narządu płciowego (jego nazwy chyba nie muszę przytaczać ;)). Moje obrzydzenie (szoku udało mi się uniknąć) spowodowane kilkoma zdjęciami tego ostatniego strasznie raziło w tym filmie, jednak inne jego aspekty (m.in. seks, przemoc i aktorzy) mnie osobiście do niego przyciągały. Ostatecznie sensu w tym filmie żadnego nie odnalazłem i jestem przekonany, że niczemu konstruktywnemu te elementy fabuły nie służyły.
Wpis ten zakończym słowami:
Jak widać, szokować można w różnych celach. Najważniejsze jednak, aby robić to z głową i w jakimś celu, żeby nie mieszać tam, gdzie jest to nikomu niepotrzebne. Głównym celem tego wywodu jest zwrócenie uwagi na siłę oddziaływania na widza jaką mogą mieć filmy i na to jak różnie można ją spożytkować.
Szokują sceny zarówno w cenionych obrazach, jak i w tych które są często mieszane z błotem (np. drastyczne produkcje gore). Wytyczenie sobie granic, które szokowanie widza usprawiedliwiają, jest kwestią bardzo indywidualną (i dość naturalną). Uważam jednak, że warto je sobie dość konkretnie ustalić i zadać sobie kolejne pytanie - które filmy powinny być bardziej promowane - czy te oszczędne w formie i przedstawiające temat w sposób dość wyważony, czym zyskują sobie przychylność osób tematem zainteresowanych, czy też te trochę drastyczniejsze w formie, które mogą łatwiej trafić do osób których poruszany problem dotyczy? Dodatkowe pytanie brzmi jak bardzo można być wyrozumiałym na drastyczne lub kontrowersyjne sceny w filmach, które nic nam nie chcą nimi przekazać - z każdą taką sceną coraz mniejsze wrażenie robią na nas szokery z przekazem, a przecież nie da się ciągle podnosić poziomu brutalności/dosadności/drastyczności obrazu. Tym bardziej, że może się to odbijać na wrażliwości najmłodszych pokoleń.
Filmy, które podałem są oczywiście jedynie przykładami dla ukazania poszczególnych zastosowań scen szokujących widza. Dla każdego przypadku można znaleźć inne produkcje go obrazujące. Te były dla mnie, przy mojej wrażliwości na dane elementy, najoczywistsze. Nie oznacza to też jednak, że każdemu filmowi można z góry ustalić jedną konkretną kategorię - a może można?
Podkreślimy wagę głównej myśli
Pretekstem do zaprezentowania właśnie takiego tematu było "Requiem dla snu" Darrena Aronofsky'ego. Jest to ciekawy obraz podejmujący temat uzależnienia przede wszystkim narkotykowego - jeden z istotniejszych problemów społecznych. Nie był to pierwszy tytuł ukazujący niebezpieczne dla narkomanów skutki uzależnienia, dlatego autorzy nie mogli liczyć na podziw przez sam tylko fakt podejmowania ambitnego tematu, ani tym bardziej nie mogli liczyć na większy rozgłos wśród osób najbardziej narażonych na kontakt z narkotykami. Dlatego też film przyciągał też innymi aspektami: ciekawymi zdjęciami, udaną ścieżką dźwiękową z bardzo dziś rozpowszechnionym motywem przewodnim oraz dość nietypową dla problemu fabułą, która uciekała od prostego skojarzenia narkomana jedynie z osobą młodą i niedojrzałą.
Aby jednak podkreślić druzgocące konsekwencje zażywania narkotyków, twórcy w finale posunęli się do dość dosadnej sekwencji ujęć, która w dynamicznym, a zarazem agresywnym montażu łączyła upadek głównych bohaterów filmu. Takie zakończenie mnie osobiście zszokowało i raczej odrzuciło od filmu, chociaż spodziewałem się podobnego rozwiązania dla części z tych wątków. Największy mój niesmak wzbudził w finale "Requiem ..." właśnie montaż, który te sceny dodatkowo podkreślał, a przy takim ich nagromadzeniu także zwiększał ich drastyczność.
Jednak tak dobitne przedstawienie tematu może lepiej przemówić do osób narkotykami zainteresowanymi, niż nie jedna rzeczowa dyskusja na ten sam temat. To chyba z kolei jest ważniejsze od zachwytu krytyków, czy widzów z tematem trochę obeznanych i nim nie zafascynowanych. Zresztą - jak już napisałem - film ma jeszcze inne zalety, które i im mogą przypaść do gustu.
Obrzydzimy Ci to w imię idei
Inaczej widzę jednak przedstawienie tematu bezsensowności wojny w filmie "Full metal jacket" Stanley'a Kubricka. Obraz ten rozprawiał się z obecną jeszcze w świadomości mieszkańców USA wojną w Wietnamie. Była to pierwsza wojna przegrana przez Stany Zjednoczone, które przystąpiły do niej w celu udaremnienia dalszej ekspansji komunistycznych idei na małe kraje trzeciego świata. Dramat tej wojny film przedstawia z perspektywy rekrutów - pokazuje ich szkolenie i jedną z rutynowych misji.
Szokujący jest w filmie wątek szkolenia wojskowych i jego wpływ na zwyczajnych, spokojnych obywateli. Tym bardziej był on wstrząsający, że został bardzo realistycznie, wręcz naturalistycznie przedstawiony. Nie ma w tym obrazie pięknych obrazków, ciekawych dialogów i intrygujących, wielowymiarowych postaci - jest jedynie dramat pewnego rekruta, a w późniejszej części filmu (bardziej typowej, mniej wstrząsającej i też niezbyt efektownej) obraz nędznego, przejrzystego, czarno-białego spojrzenia żołnierzy na otaczające ich realia. Dialogi są tu najczęściej wulgarne i dotyczą pieprzenia lub zabijania i frajdy jakie te rzeczy sprawiają. Szkolenie ma w żołnierzach obudzić ich wściekłość i najgorsze żądze, ma zatrzeć ich relatywistyczne spojrzenie - liczy się tylko przetrwanie.
Tego filmu właściwie nie sposób traktować inaczej niż jako głosu w sprawie bezsensownych wojen. Gdyby nie to, obraz Kubricka wiele by stracił, gdyż przynajmniej w moim odczuciu, jako film jest kiepski. Po seansie zadawałem sobie pytanie, czy ten film jest naprawdę tak dobry, czy też przez swoją wymowę zyskał poklask krytyków i przeciwników interwencji w Wietnamie. Czy sztuką jest poruszyć widza ostrym językiem i dosłownością w ukazywaniu przemocy w imię pewnych idei, czy też jeszcze nie. A może wszyscy doceniają w tym filmie prawdę, której nikt nie chciał poznać? Prawdę, którą obecnie można znaleźć w zapewne wielu dokumentalnych pozycjach na ten temat.
Przyciągniemy Twoją uwagę
Szok może również wzbudzić dawka brutalności, jaką serwuje w swym ostatnim jak na razie filmie Darren Aronofsky, podczas pojedynku tytułowego "Zapaśnika" z zawodnikiem nazywanym przez tłum "Necro". Film jest reklamowany jako dzieło rewelacyjne, które przyczyni się do powrotu na ekrany Mickey Rourke'a - znanego aktora, którego kariera w połowie lat dziewięćdziesiątych przechodziła kryzys. Dodatkowym smaczkiem jego roli w "Zapaśniku" jest fakt trenowania przez aktora w młodości boksu. Historia jego filmowego bohatera jest podobna - znany wrestler, którego kariera przemija i który próbuje się podnieść z dołka, w którym siedzi.
Podczas wspomnianego starcia 'Rama' oraz 'Necro Butchera' zostają zastosowane chwyty, na które ciężko było mi patrzeć i przez które nie potrafię docenić rozrywki (?) jaką oferuje wrestling. Wrestlerzy traktują się w niej drabiną, drutem kolczastym, upadają na kawałki szkła oraz obrywają z pistoletu na gwoździe (wymieniłem chyba wszystkie ostre chwyty tam zastosowane). Scena ta na szczęście jest przeplatana ujęciami z szatni przedstawiającymi zawodników po walce, dzięki czemu pojedynek ten nie jest drastyczniejszą nawalanką, a raczej drastyczną groteską. Jest to też najostrzejsza z bodajże trzech walk przedstawionych w filmie, która bardzo kontrastuje ze spokojną narracją filmu i znanymi wątkami dramatycznymi, które dominują w obrazie.
"Zapaśnik" w gruncie rzeczy jest kolejnym dramatem o upadłej gwieździe, tylko że z kilkoma ciekawiej, mniej typowo rozwiązanymi wątkami. Film obyłby się bez tej sceny. Broniłby się równie dobrze także wtedy, gdyby boater uprawiał jakiś sport kontaktowy ograniczony pewnymi zasadami. Szok jaki wywołuje ta walka nie służy chyba niczemu, prócz przyciągnięciu przed ekran większej rzeszy fanów wrestlingu, promocji filmu lub jego uniwersalnych, lekceważonych treści w targecie nimi raczej nie zainteresowanym.
Czasem zaś pozostawimy z niczym
Ostatnim zastosowaniem eskalacji ciężko przyswajalnych treści jest eskalacja dla samej tylko eskalacji. Dobrym przykładem takiego tytułu jest według mnie "Grindhouse: Planet terror". Jest to swoisty hołd dla tanich filmów klasy B, które przyciągały do siebie widzów szukających tego, czego pierwszoligowe produkcje obecne w innych kinach im nie dawały - seksu, przemocy i fabuł opiewających najprostsze wartości bliskie zwłaszcza stereotypowym mężczyznom. Tych elementów nie brakuje również w filmie Rodrigueza. "Planet terror" jest pastiszem kina klasy B i chyba zawiera wszystkie elementy w nim obecne, dodając do nich dobrych aktorów i wysoki budżet, na który pierwowzory nie mogły sobie pozwolić. Niestety, pastisze często mają problem z umiarem. Jest zatem sporo niepotrzebnej przemocy, jest scenka z Tarantino i sporo odniesień do męskiego narządu płciowego (jego nazwy chyba nie muszę przytaczać ;)). Moje obrzydzenie (szoku udało mi się uniknąć) spowodowane kilkoma zdjęciami tego ostatniego strasznie raziło w tym filmie, jednak inne jego aspekty (m.in. seks, przemoc i aktorzy) mnie osobiście do niego przyciągały. Ostatecznie sensu w tym filmie żadnego nie odnalazłem i jestem przekonany, że niczemu konstruktywnemu te elementy fabuły nie służyły.
Wpis ten zakończym słowami:
Jak widać, szokować można w różnych celach. Najważniejsze jednak, aby robić to z głową i w jakimś celu, żeby nie mieszać tam, gdzie jest to nikomu niepotrzebne. Głównym celem tego wywodu jest zwrócenie uwagi na siłę oddziaływania na widza jaką mogą mieć filmy i na to jak różnie można ją spożytkować.
Szokują sceny zarówno w cenionych obrazach, jak i w tych które są często mieszane z błotem (np. drastyczne produkcje gore). Wytyczenie sobie granic, które szokowanie widza usprawiedliwiają, jest kwestią bardzo indywidualną (i dość naturalną). Uważam jednak, że warto je sobie dość konkretnie ustalić i zadać sobie kolejne pytanie - które filmy powinny być bardziej promowane - czy te oszczędne w formie i przedstawiające temat w sposób dość wyważony, czym zyskują sobie przychylność osób tematem zainteresowanych, czy też te trochę drastyczniejsze w formie, które mogą łatwiej trafić do osób których poruszany problem dotyczy? Dodatkowe pytanie brzmi jak bardzo można być wyrozumiałym na drastyczne lub kontrowersyjne sceny w filmach, które nic nam nie chcą nimi przekazać - z każdą taką sceną coraz mniejsze wrażenie robią na nas szokery z przekazem, a przecież nie da się ciągle podnosić poziomu brutalności/dosadności/drastyczności obrazu. Tym bardziej, że może się to odbijać na wrażliwości najmłodszych pokoleń.
Filmy, które podałem są oczywiście jedynie przykładami dla ukazania poszczególnych zastosowań scen szokujących widza. Dla każdego przypadku można znaleźć inne produkcje go obrazujące. Te były dla mnie, przy mojej wrażliwości na dane elementy, najoczywistsze. Nie oznacza to też jednak, że każdemu filmowi można z góry ustalić jedną konkretną kategorię - a może można?
komentarzy [20] dodaj komentarz »
Pokaż cały wpis »
6 stycznia 2009
13:23 // Wolna Amerykanka
Chodziłem po forach i trochę bluzgałem, a miejsca na wolne komentarze nikomu nie zostawiałem. Jeżeli komuś się naraziłem swoimi wypowiedziami, swoimi głosami, bądź też swoimi ulubionymi, czy czym tam jeszcze mogłem, lub ma jakąś sprawę albo jakiś ciekawy lub też nie temat do przedstawienie/przedyskutowania niezwiązany z tematami wpisów - oto miejsce na Wasze komentarze.
Proszę również o pewną kulturę wypowiedzi - wszak nikt chyba nie chce zniesmaczyć patronującej tematowi dziewczyny. Tematycznie wolną amerykankę można uprawiać, ale samej amerykanki proszę tekstami nie zrażać. W liberalnym państwie żyła, więc na wiele rzeczy oczko przymknie, ale jej granic tolerancji nie testować. :)
komentarzy [43] dodaj komentarz »
Pokaż cały wpis »
31 grudnia 2008
10:24 // Wpis 3 - dobór stabilizujący pośród gatunków filmowych
Tak jak środowisko zawsze stawiało różne przeszkody na drodze rozwoju gatunków, tak i różne przeszkody wpływają na ewolucję gatunków filmowych. Gdy dawno, dawno temu zaistniał w literaturze gatunek zwany science-fiction, chyba nikt nie podejrzewał, że wykształci się z niego piękna i rozgałęziona linia rozwojowa. To zapewnia jej ogromną różnorodność tematyczną, która może powodować powstawanie kolejnych podtypów tej gromady. Ale czy będą się rozwijać dalej obecnie już dobrze wszystkim znani jej przedstawiciele?
Informacje płynące z zakresu ekologii każą sądzić, że populacja dobrze rozwinięta, która zawładnęła świadomością wielu istnień, będzie obecnie dążyła do stabilizacji swojego gatunku. Prawdopodobnie więc czeka nas to, co w ekologii nazywa się doborem stabilizującym.
Dobór stabilizujący polega na uśrednianiu cechy populacji (trochę już się zdążyła nomenklatura pomieszać, więc przejdę do tej zwierzęcej) danego organizmu, poprzez niską przeżywalność osobników obdarzonych tą cechą w jednej z ekstremalnych jej wartości. W szkołach podaje się prosty przykład hipotetycznej populacji jakiegoś drobnego zwierzątka, które żywi się dosyć wysoko rosnącymi owocami. Duże osobniki, które z łatwością dostają się do pokarmu stanowią łatwiejszy cel dla drapieżników. Mniejsze, które mogą łatwiej uciec napastnikom, mają duże problemy ze zdobyciem niezbędnego im pokarmu. Największą szansę przeżycia w takim środowisku mają więc osobniki obdarzone średnim wzrostem, które będą łączyły zalety obu wcześniejszych przypadków, lecz nigdy nie będą w tych dziedzinach mistrzami - ani nie ogołocą najwyższych drzew, ani też nie będą najszybsze w stadzie.
Lecz jak mają się ekologiczne zależności do niematerialnej przecież sztuki? Całkiem dobrze, ponieważ do stworzenia dzieła, same chęci nie wystarczą - potrzebne są pieniądze. Jakimi drogami zdobywają je autorzy filmów?
Mogą je zdobywać oczywiście poprzez wykonywanie innych zawodów. Z tej drogi na ogół korzystają pasjonaci, którzy pragną stworzyć dzieło z samej jedynie przyjemności jego tworzenia. Jednak zważywszy na to, że kino SF z samej swej definicji ma ukazywać przyszłość rozwoju techniki i nauki, jest to na ogół jeden z najdroższych w realizacji gatunków filmowych. Osobiście nie słyszałem, aby tą drogą powstał jakiś ciekawy film, który zostałby dobrze przyjęty przez miłośników gatunku (a nie fanów, którzy często tworzą kolejne wariacje na ten sam temat wokół dobrze znanych fabuł).
Mogą też szukać wśród inwestorów prywatnych. Ci jednak nie muszą być chętni dla projektów nowatorskich. Wszak oznaczają one spore ryzyko dla zainwestowanego kapitału. A przecież nikt nie lubi tracić własnych pieniędzy. Poza tym inwestorzy ryzykując swe środki, nie byliby raczej skłonni do takiego ryzyka, jakim byłoby pozostawienie twórców samym sobie. Historia zna trochę przypadków, w których ingerencje producentów niszczyły obraz w oczach wyczekujących go widzów.
Niestety nieufność producentów nie jest całkiem nieuzasadniona. Tak samo jak oni nie lubią ryzykować w tworzenie kosztownych projektów, tak i widzowie nie są skłonni wydawać swych pieniędzy na niepewne produkcje. Połączenie horroru i komedii? Kameralne SF bez efektów? Jeśli scenariusz filmu nie zakłada cech typowych dla gatunku, w którym powstaje, nie zyska sobie miłośników wśród nałogowych widzów, którzy oczekują tej samej fabuły, bądź też tych samych wartości w wymowie obrazu. Czy taki widz będzie umiał docenić nietypową treść, bądź też polemikę z konwencją gatunku? Jest ryzyko...
Obraz znowu dość posępny narysowałem, a jak jest z rzeczywistością? Bodźcem do napisania tej notki była przeczytana na gronie dyskusja na temat pojemności zbiorów fantasy w księgarniach polskich i zagranicznych (w U.S.A. lub Anglii, nie pamiętam). Ci, którzy narzekali na nasze zasoby pisali o wielkich ilościach książek w sklepach zagranicznych. Wtedy pewna użytkowniczka napisała, że owszem jest ich dużo, ale różnorodność ich treści jest niezwykle mała. Jak więc widać dobór już działa, jak też i działał zawsze. Nie zdoła zabić innowacyjności w człowieku, a zwłaszcza wśród artystów. Ktoś znów się pojawi dodając coś od siebie. Tylko czy przez to klienci i sponsorzy będą skłonni częściej ryzykować?...
Informacje płynące z zakresu ekologii każą sądzić, że populacja dobrze rozwinięta, która zawładnęła świadomością wielu istnień, będzie obecnie dążyła do stabilizacji swojego gatunku. Prawdopodobnie więc czeka nas to, co w ekologii nazywa się doborem stabilizującym.
Dobór stabilizujący polega na uśrednianiu cechy populacji (trochę już się zdążyła nomenklatura pomieszać, więc przejdę do tej zwierzęcej) danego organizmu, poprzez niską przeżywalność osobników obdarzonych tą cechą w jednej z ekstremalnych jej wartości. W szkołach podaje się prosty przykład hipotetycznej populacji jakiegoś drobnego zwierzątka, które żywi się dosyć wysoko rosnącymi owocami. Duże osobniki, które z łatwością dostają się do pokarmu stanowią łatwiejszy cel dla drapieżników. Mniejsze, które mogą łatwiej uciec napastnikom, mają duże problemy ze zdobyciem niezbędnego im pokarmu. Największą szansę przeżycia w takim środowisku mają więc osobniki obdarzone średnim wzrostem, które będą łączyły zalety obu wcześniejszych przypadków, lecz nigdy nie będą w tych dziedzinach mistrzami - ani nie ogołocą najwyższych drzew, ani też nie będą najszybsze w stadzie.
Lecz jak mają się ekologiczne zależności do niematerialnej przecież sztuki? Całkiem dobrze, ponieważ do stworzenia dzieła, same chęci nie wystarczą - potrzebne są pieniądze. Jakimi drogami zdobywają je autorzy filmów?
Mogą je zdobywać oczywiście poprzez wykonywanie innych zawodów. Z tej drogi na ogół korzystają pasjonaci, którzy pragną stworzyć dzieło z samej jedynie przyjemności jego tworzenia. Jednak zważywszy na to, że kino SF z samej swej definicji ma ukazywać przyszłość rozwoju techniki i nauki, jest to na ogół jeden z najdroższych w realizacji gatunków filmowych. Osobiście nie słyszałem, aby tą drogą powstał jakiś ciekawy film, który zostałby dobrze przyjęty przez miłośników gatunku (a nie fanów, którzy często tworzą kolejne wariacje na ten sam temat wokół dobrze znanych fabuł).
Mogą też szukać wśród inwestorów prywatnych. Ci jednak nie muszą być chętni dla projektów nowatorskich. Wszak oznaczają one spore ryzyko dla zainwestowanego kapitału. A przecież nikt nie lubi tracić własnych pieniędzy. Poza tym inwestorzy ryzykując swe środki, nie byliby raczej skłonni do takiego ryzyka, jakim byłoby pozostawienie twórców samym sobie. Historia zna trochę przypadków, w których ingerencje producentów niszczyły obraz w oczach wyczekujących go widzów.
Niestety nieufność producentów nie jest całkiem nieuzasadniona. Tak samo jak oni nie lubią ryzykować w tworzenie kosztownych projektów, tak i widzowie nie są skłonni wydawać swych pieniędzy na niepewne produkcje. Połączenie horroru i komedii? Kameralne SF bez efektów? Jeśli scenariusz filmu nie zakłada cech typowych dla gatunku, w którym powstaje, nie zyska sobie miłośników wśród nałogowych widzów, którzy oczekują tej samej fabuły, bądź też tych samych wartości w wymowie obrazu. Czy taki widz będzie umiał docenić nietypową treść, bądź też polemikę z konwencją gatunku? Jest ryzyko...
Obraz znowu dość posępny narysowałem, a jak jest z rzeczywistością? Bodźcem do napisania tej notki była przeczytana na gronie dyskusja na temat pojemności zbiorów fantasy w księgarniach polskich i zagranicznych (w U.S.A. lub Anglii, nie pamiętam). Ci, którzy narzekali na nasze zasoby pisali o wielkich ilościach książek w sklepach zagranicznych. Wtedy pewna użytkowniczka napisała, że owszem jest ich dużo, ale różnorodność ich treści jest niezwykle mała. Jak więc widać dobór już działa, jak też i działał zawsze. Nie zdoła zabić innowacyjności w człowieku, a zwłaszcza wśród artystów. Ktoś znów się pojawi dodając coś od siebie. Tylko czy przez to klienci i sponsorzy będą skłonni częściej ryzykować?...
komentarzy [2] dodaj komentarz »
Pokaż cały wpis »
25 maja 2008
05:34 // Wpis 2 - Najazd realizmu.
W ostatnich latach zarysowuje się dosyć ciekawy trend w kinematografii światowej. Mianowicie w jakimkolwiek gatunku nie powstawałby film musi on być realistyczny. Nie jest to nic dziwnego jeśli chodzi o dramaty, czy inne filmy obyczajowe, ale trend ten nie dość że rozszerzył się na kino sensacyjne, to jeszcze i na fantastykę!
Jeśli chodzi o pozytywne skutki tego trendu, to widać je szczególnie w nowych serialach. "Zagubieni", "4400", czy nawet w "Herosach". Serial o grupie ludzi obdarzonych niewiarygodnymi zdolnościami nie skupia się na pokazywaniu efektownych pojedynków, ale na przedstawieniu kłopotów jakie im dzięki mocom towarzyszą oraz na tym jak to się odbija na ich życiu. Serial o ludziach, którzy walczą o przetrwanie na wyspie, na której dzieje się coś dziwnego, nie skupia się na przedstawieniu ich heroicznej walki z mieszkańcami wyspy, ale na psychologicznym podłożu podejmowanych przez nich decyzji. A serial o ludziach porwanych przez UFO, którzy wracają na ziemię nie staje się kalejdoskopem inwencji twórczej autorów, ale historią dochodzenia mniejszości do swoich praw. Te smaczki akurat wiele tym serialom dają, dzięki czemu stary, dobry "Star trek" zostaje pozycją, którą ciężko jest kogokolwiek zainteresować.
Ambiwalentne uczucia ten zabieg wzbudza w przypadku odświeżania starych klasyków. Nie było mi dane jeszcze widzieć "Casino Royale", więc o Bondzie tylko w tym zdaniu napomknę. Nowy Batman (który też stał się inspiracją do stworzenia notki) Nolana przedstawia nam Batmana jako człowieka opętanego wizją walki ze złem. Film pokazuje nam człowieka z krwi i kości, który wszystko zawdzięcza własnej ciężkiej pracy. Możnaby napisać, że Nolan odmitologizowuje mit. I tu właśnie pojawia się zgrzyt. "Batman: początek" Nolana jest filmem świetnym, któremu nie można nic zarzucić, ale w przeciwieństwie do wizji Burtona ,nie ma tutaj nic z tego pięknego, bajkowego klimatu jakim były obdarzone pierwsze filmy. Najlepiej pokazuje to Batmobil, który nie jest olśniewająco klimatyczny, lecz piekielnie funkcjonalny...
Wada procesu urealniania filmów widoczna jest natomiast w horrorach. Ponieważ o ile uwiarygadnianie filmów innych gatunków polega na przywiązywaniu większej wagi do psychologii bohaterów i ich zależności między sobą, a w przypadku SF na pokazaniu wpływu nowego czynnika na świat kompleksowo, o tyle w tym gatunku trend ten bywa sprowadzany do zwykłego epatowania brutalnością. W opozycji do klimatycznego kina azjatyckiego, krwisto amerykańskie produkcje odznaczają się wzbudzaniem grozy poprzez coraz ciekawsze tortury bohaterów. Na szczęście nie widziałem jeszcze ani "Sadysty", ani "Hostela", ale dzięki internetowym reklamom i 'cudownym' teledyskom fanów dowiedziałem się, że nie mam ochoty ich poznawać.
Konkluzja - Dzięki urealnianiu fabuł filmy SF stają się coraz ciekawsze, jednak nie każdy chce poczuć trochę magii tylko przy bajkach i komediach. Drodzy filmowcy - Nie zapominajcie o tych, którym niektóre schematy i zasady odpowiadały i czasem stwórzcie dla nich coś w dawnym, nie oglądającym się na twarde realia, stylu. Nie trzeba pokazywać ćwiartowania, aby widz wiedział że z tym szwarccharakterem nie ma żartów, ani tłumaczyć budowy zabawki, aby widzowie zechcieli się nią zabawić.
P.S. Choć w sumie czy to taki nowy trend? Gdy porównywałem ostatnio kreskówki o Spider-manie z lat 90-tych i tę z 60-tych, wyraźnie było widać dokładniejszą kreskę. A i same postacie bardziej prawdziwe się wydawały.
EDIT 02.04.2009:
rozdzielenie akapitów, pochylenie tytułów filmów i seriali oraz podlinkowanie osób oraz filmów
"Casino Royale" trafił na listę moich ulubionych filmów i okazał się mieć więcej wspólnych elementów z serią, niż sądziłem. Z "Quantum of Solace" jest już ponoć inaczej, ale na dzień dzisiejszy filmu jeszcze nie miałem przyjemności obejrzeć.
Wspomniany "Sadysta" okazał się filmem naprawdę ciężkostrawnym - kiepsko przedstawiona fabuła, którą miały ratować wymyślne tortury (jedna prawie taka jest, reszta raczej typowa, ale atrakcyjna jest żadna).
Jeśli chodzi o pozytywne skutki tego trendu, to widać je szczególnie w nowych serialach. "Zagubieni", "4400", czy nawet w "Herosach". Serial o grupie ludzi obdarzonych niewiarygodnymi zdolnościami nie skupia się na pokazywaniu efektownych pojedynków, ale na przedstawieniu kłopotów jakie im dzięki mocom towarzyszą oraz na tym jak to się odbija na ich życiu. Serial o ludziach, którzy walczą o przetrwanie na wyspie, na której dzieje się coś dziwnego, nie skupia się na przedstawieniu ich heroicznej walki z mieszkańcami wyspy, ale na psychologicznym podłożu podejmowanych przez nich decyzji. A serial o ludziach porwanych przez UFO, którzy wracają na ziemię nie staje się kalejdoskopem inwencji twórczej autorów, ale historią dochodzenia mniejszości do swoich praw. Te smaczki akurat wiele tym serialom dają, dzięki czemu stary, dobry "Star trek" zostaje pozycją, którą ciężko jest kogokolwiek zainteresować.
Ambiwalentne uczucia ten zabieg wzbudza w przypadku odświeżania starych klasyków. Nie było mi dane jeszcze widzieć "Casino Royale", więc o Bondzie tylko w tym zdaniu napomknę. Nowy Batman (który też stał się inspiracją do stworzenia notki) Nolana przedstawia nam Batmana jako człowieka opętanego wizją walki ze złem. Film pokazuje nam człowieka z krwi i kości, który wszystko zawdzięcza własnej ciężkiej pracy. Możnaby napisać, że Nolan odmitologizowuje mit. I tu właśnie pojawia się zgrzyt. "Batman: początek" Nolana jest filmem świetnym, któremu nie można nic zarzucić, ale w przeciwieństwie do wizji Burtona ,nie ma tutaj nic z tego pięknego, bajkowego klimatu jakim były obdarzone pierwsze filmy. Najlepiej pokazuje to Batmobil, który nie jest olśniewająco klimatyczny, lecz piekielnie funkcjonalny...
Wada procesu urealniania filmów widoczna jest natomiast w horrorach. Ponieważ o ile uwiarygadnianie filmów innych gatunków polega na przywiązywaniu większej wagi do psychologii bohaterów i ich zależności między sobą, a w przypadku SF na pokazaniu wpływu nowego czynnika na świat kompleksowo, o tyle w tym gatunku trend ten bywa sprowadzany do zwykłego epatowania brutalnością. W opozycji do klimatycznego kina azjatyckiego, krwisto amerykańskie produkcje odznaczają się wzbudzaniem grozy poprzez coraz ciekawsze tortury bohaterów. Na szczęście nie widziałem jeszcze ani "Sadysty", ani "Hostela", ale dzięki internetowym reklamom i 'cudownym' teledyskom fanów dowiedziałem się, że nie mam ochoty ich poznawać.
Konkluzja - Dzięki urealnianiu fabuł filmy SF stają się coraz ciekawsze, jednak nie każdy chce poczuć trochę magii tylko przy bajkach i komediach. Drodzy filmowcy - Nie zapominajcie o tych, którym niektóre schematy i zasady odpowiadały i czasem stwórzcie dla nich coś w dawnym, nie oglądającym się na twarde realia, stylu. Nie trzeba pokazywać ćwiartowania, aby widz wiedział że z tym szwarccharakterem nie ma żartów, ani tłumaczyć budowy zabawki, aby widzowie zechcieli się nią zabawić.
P.S. Choć w sumie czy to taki nowy trend? Gdy porównywałem ostatnio kreskówki o Spider-manie z lat 90-tych i tę z 60-tych, wyraźnie było widać dokładniejszą kreskę. A i same postacie bardziej prawdziwe się wydawały.
EDIT 02.04.2009:
rozdzielenie akapitów, pochylenie tytułów filmów i seriali oraz podlinkowanie osób oraz filmów
"Casino Royale" trafił na listę moich ulubionych filmów i okazał się mieć więcej wspólnych elementów z serią, niż sądziłem. Z "Quantum of Solace" jest już ponoć inaczej, ale na dzień dzisiejszy filmu jeszcze nie miałem przyjemności obejrzeć.
Wspomniany "Sadysta" okazał się filmem naprawdę ciężkostrawnym - kiepsko przedstawiona fabuła, którą miały ratować wymyślne tortury (jedna prawie taka jest, reszta raczej typowa, ale atrakcyjna jest żadna).
komentarzy [14] dodaj komentarz »
Pokaż cały wpis »
25 maja 2008
04:29 // Wpis 1 - Gdyż blog czasem ma sens
Po co istnieje blog?
A no w sumie nie wiadomo.
Na temat istnienia większości typowych blogów wypowiadałem się wcześniej i zdanie na ich temat podtrzymuję. Choć w tytule wpisu remake*, to treści powtarzać jednak nie będę. Swoje zdanie podtrzymuję.
Pozwolę jednak sobie na mały aneks, który od biedy sequelem można nazwać. Jak słusznie zauważyła użytkowniczka Paulina-ghost tworząc bloga nie trzeba się przecież wpisywać w jego normy tak ściśle. Wszak jest to jedynie forma, którą można się bawić w dowolny sposób. Możemy równie dobrze pisać o pier#@łach i chwalić się swoimi najnowszymi fotkami spod galerii handlowych (nie popieram), jak i też zająć się czymś konkretniejszym. Możemy w nim przedstawiać ciekawe zagadnienia natury filozoficznej i dyskutować na temat kolejnych hipotez. Możemy opisywać nasze uwagi i spostrzeżenia na temat kultury. Możemy przecież także opisywać ciekawe zagadnienia z różnych dziedzin nauki, np. z fizyki. Nawet jeśli ich nie rozumiemy, to możemy liczyć na poprawienie naszych błędów dzięki zbłąkanym komentującym duszyczkom, które chętnie nas oświecą. Tym bardziej, że blog, to obecnie najłatwiejszy sposób na stworzenie strony internetowej.
Chociaż blog nadal będzie najmniej pewnym i najmniej funkcjonalnym źródłem przekazywania i przechowywania informacji, to jednak nadal pozostanie ciekawą formą prezentowania opinii jego autora, a dzięki możliwości komentowania także miejscem jego rozwoju (choć te same opcje daje forum, ale tam jednak przy większej ilości użytkowników trochę ciężej jest się samemu wypowiedzieć).
Tak więc po dwóch latach od pierwszej notki podchodzę do tematu na nowo z trochę bardziej otwartą postawą. Wciąż wątpię (wszak zmiennie od nastroju ateista/agnostyk jestem ^^) aby ten blog zaczął żyć (w sensie nowych wpisów - ewentualne komentarze przychodzą później) ale przecież zawsze można spróbować.
To co prawdopodobnie odróżnia blogi negowane przeze mnie w oryginale Wpisu1 od tych które w nowej wersji pochwalam jest prawdopodobnie brak jakiegokolwiek celu ich istnienia. Takiego celu nie było także u mnie dwa lata temu. Teraz przy nowym wpisie pojawia się także i cel - wyrażenie swoich opinii i odczuć związanych z filmami ogólnie. Nic odkrywczego, ale zawsze coś. :)
Wszystkich odwiedzających mój profil witam i zapraszam do komentowania kolejnych wpisów.
P.S. Jak można coś napisać w tym białym polu między nazwą ekranową, a zdobytymi punktami? <Już wiem. Chociaż parę miesięcy mi dojście do tego zajęło :)>
* - Poprzedni tytuł notatki brzmiał "Wpis 1 - a little sequel remakem zwany ;)"
EDIT 02.04.2009
nowy tytuł notatki i odstępy między akapitami
A no w sumie nie wiadomo.
Na temat istnienia większości typowych blogów wypowiadałem się wcześniej i zdanie na ich temat podtrzymuję. Choć w tytule wpisu remake*, to treści powtarzać jednak nie będę. Swoje zdanie podtrzymuję.
Pozwolę jednak sobie na mały aneks, który od biedy sequelem można nazwać. Jak słusznie zauważyła użytkowniczka Paulina-ghost tworząc bloga nie trzeba się przecież wpisywać w jego normy tak ściśle. Wszak jest to jedynie forma, którą można się bawić w dowolny sposób. Możemy równie dobrze pisać o pier#@łach i chwalić się swoimi najnowszymi fotkami spod galerii handlowych (nie popieram), jak i też zająć się czymś konkretniejszym. Możemy w nim przedstawiać ciekawe zagadnienia natury filozoficznej i dyskutować na temat kolejnych hipotez. Możemy opisywać nasze uwagi i spostrzeżenia na temat kultury. Możemy przecież także opisywać ciekawe zagadnienia z różnych dziedzin nauki, np. z fizyki. Nawet jeśli ich nie rozumiemy, to możemy liczyć na poprawienie naszych błędów dzięki zbłąkanym komentującym duszyczkom, które chętnie nas oświecą. Tym bardziej, że blog, to obecnie najłatwiejszy sposób na stworzenie strony internetowej.
Chociaż blog nadal będzie najmniej pewnym i najmniej funkcjonalnym źródłem przekazywania i przechowywania informacji, to jednak nadal pozostanie ciekawą formą prezentowania opinii jego autora, a dzięki możliwości komentowania także miejscem jego rozwoju (choć te same opcje daje forum, ale tam jednak przy większej ilości użytkowników trochę ciężej jest się samemu wypowiedzieć).
Tak więc po dwóch latach od pierwszej notki podchodzę do tematu na nowo z trochę bardziej otwartą postawą. Wciąż wątpię (wszak zmiennie od nastroju ateista/agnostyk jestem ^^) aby ten blog zaczął żyć (w sensie nowych wpisów - ewentualne komentarze przychodzą później) ale przecież zawsze można spróbować.
To co prawdopodobnie odróżnia blogi negowane przeze mnie w oryginale Wpisu1 od tych które w nowej wersji pochwalam jest prawdopodobnie brak jakiegokolwiek celu ich istnienia. Takiego celu nie było także u mnie dwa lata temu. Teraz przy nowym wpisie pojawia się także i cel - wyrażenie swoich opinii i odczuć związanych z filmami ogólnie. Nic odkrywczego, ale zawsze coś. :)
Wszystkich odwiedzających mój profil witam i zapraszam do komentowania kolejnych wpisów.
P.S. Jak można coś napisać w tym białym polu między nazwą ekranową, a zdobytymi punktami? <Już wiem. Chociaż parę miesięcy mi dojście do tego zajęło :)>
* - Poprzedni tytuł notatki brzmiał "Wpis 1 - a little sequel remakem zwany ;)"
EDIT 02.04.2009
nowy tytuł notatki i odstępy między akapitami
komentarzy [8] dodaj komentarz »
Pokaż cały wpis »
1 maja 2006
23:34 // Wpis 1
Witam się, czyli jedyną osobę czytającą ten wpis. Jeżeli oprócz mnie ktoś jeszcze znajduje się na tej stronie, to to nie moja wina i jest mi bardzo przykro.W pierwszym wpisie w tym blogu chciałem stwierdzić, że właściwie nie widzę sensu istnienia czegoś takiego jak blog (toteż nie wiem po jaką cho-lerę go piszę).
Po pierwsze mówi się, że blog ma to być niby taki internetowy pamiętnik. Pamiętnik z tego co się orientuję ma służyć do przechowywania najskrytszych tajemnic. Blog ma dodatkową funkcję udostępnienia tych tajemnic całemu światu....
Po drugie blog zaśmieca internet. Internet ma ograniczoną pamięć. Blogi się mnożą, a fajne stronki z treścią mają być tępione?
Po trzecie co kogo mają obchodzić me myśli? (zwłaszcza, że ich nie mam) Jak ja kogoś nie znam, to mnie nie interesuje co on sobie myśli, a jak znam to pewne wyobrażenia na ten temat mieć powinienem.
Tak oto, choć nie wiem po co, na co oraz gdzie (chociaż właściwie to ostatnie to raczej wiem) zacząłem pisanie swego blogu. Jeżeli na coś komuś się przysłuży, polepszy świat, rozwiąże komuś jakiś wielki problem- to fajnie. Jak nie, to trudno.
A więc blogu mój, rośnij w siłę, rozwijaj się i rozszerz na cały świat siatkę mego uwielbienia, albo - co bardziej prawdopodobne i oczekiwane - przepadnij na wieki.
I tyle.
EDIT 2.04.2009:
Pretensjonalne, nie? :]
Z perspektywy czasu przyznaję, że już pierwsze zdanie zniechęca do czytania całości. Dawniej taki styl preferowałem.
Nie będę jednak edytował treści tego wpisu, ponieważ już trochę na to za późno. Długo tu te słowa widniały i parę osób już je przeczytało. Jeśli na czyjąś czarną listę blogów trafił przez tą notkę także i mój blog, to niech ta notka zostanie i stanowi dowód na to, że były ku temu powody.
Zachęcam do lektury następnych wpisów.
Po pierwsze mówi się, że blog ma to być niby taki internetowy pamiętnik. Pamiętnik z tego co się orientuję ma służyć do przechowywania najskrytszych tajemnic. Blog ma dodatkową funkcję udostępnienia tych tajemnic całemu światu....
Po drugie blog zaśmieca internet. Internet ma ograniczoną pamięć. Blogi się mnożą, a fajne stronki z treścią mają być tępione?
Po trzecie co kogo mają obchodzić me myśli? (zwłaszcza, że ich nie mam) Jak ja kogoś nie znam, to mnie nie interesuje co on sobie myśli, a jak znam to pewne wyobrażenia na ten temat mieć powinienem.
Tak oto, choć nie wiem po co, na co oraz gdzie (chociaż właściwie to ostatnie to raczej wiem) zacząłem pisanie swego blogu. Jeżeli na coś komuś się przysłuży, polepszy świat, rozwiąże komuś jakiś wielki problem- to fajnie. Jak nie, to trudno.
A więc blogu mój, rośnij w siłę, rozwijaj się i rozszerz na cały świat siatkę mego uwielbienia, albo - co bardziej prawdopodobne i oczekiwane - przepadnij na wieki.
I tyle.
EDIT 2.04.2009:
Pretensjonalne, nie? :]
Z perspektywy czasu przyznaję, że już pierwsze zdanie zniechęca do czytania całości. Dawniej taki styl preferowałem.
Nie będę jednak edytował treści tego wpisu, ponieważ już trochę na to za późno. Długo tu te słowa widniały i parę osób już je przeczytało. Jeśli na czyjąś czarną listę blogów trafił przez tą notkę także i mój blog, to niech ta notka zostanie i stanowi dowód na to, że były ku temu powody.
Zachęcam do lektury następnych wpisów.
komentarzy [15] dodaj komentarz »


