LastDay

nie podano imienia i nazwiska

RSS
Pewnie w tym blogu, będe zamieszczać swoje opo z tego fajnego serialu :D

Wpis został dodany do obserwowanych

Zarządzać obserwowanymi blogami i wpisami możesz na stronie Obserwuję > blogi

Obserwujesz ten wpis

Zarządzać obserwowanymi blogami i wpisami możesz na stronie Obserwuję > blogi

Przestałeś obserwować wpis

Blog został dodany do obserwowanych

Zarządzać obserwowanymi blogami i wpisami możesz na stronie Obserwuję > blogi

Obserwujesz tego bloga

Zarządzać obserwowanymi blogami i wpisami możesz na stronie Obserwuję > blogi

Przestałeś obserwować bloga

Pingwiny z Madagaskaru Odc.10 Halo! Cz.1
| 6 komentarzy |
Jakoś nie lubię tej notki. Uważam że nie zabardzo mi wyszła, no ale oceńcie :) Tak, wiem bardzo rzadko dodaję te notki, i wiem że trzeba coś z tym zrobić. Poprostu ten upał na polu i w ogóle sprawia że nie zabardzo chce mi się pisać. No, może się zmieni jak się rozpocznie rok szkolny. Zobaczymy! Ale narazie zapraszam do czytania.
 
Pingwiny z madagaskaru odc.10 Halo! cz.1
(baza, 2.00 w nocy, słychać ciche, powolne i ostrożne kroki, coraz szybsze i głośniejsze, zbliżające się do jednej, szczególnej rzeczy. Nagle ucichły, poczym niewidzialna dłoń uruchomiła mechanizm, na którego ekranie, wyświetlił się duży napis: TV. Tajemniczy KTOŚ zaczął wciskać czarne przyciski na urządzeniu z dużą precyzją i ostrożnością, co nie było łatwe, zwłaszcza że było całkowicie ciemno. Po chwili na ekranie pojawiło się białe tło i wyskoczył ogromny, różowy napis: „Słodkorożce”. Poczym z dzioba „ktosia” wydobyło się ciche westchnięcie ulgi. Cofnął się o parę kroków i już miał usiąść, gdy nagle wpadł na kogoś. Postać ta wzięła powoli latarkę i zaświeciła nią w kierunku jego)
Sol (trzyma latarkę): Szeregowy, można wiedzieć, co ty tu robisz?!
Sz: Co ja robię? Co ty tu robisz!
Sol: Nieee! Co TY tu robisz!
Sz: A co ty?
Sol: A ty?
Sz: Ty!
Sol: Nie ja! Właśnie że ty!
Sz: Ja? Chyba ty!
Sol: No właśnie raczej nie!  Mów co tu robiłeś o drugiej w nocy!
Sz: Mógłbym o to samo zapytać ciebie.
Sol: To ty pierwszy!
Sz: Ja? Czemu akurat ja? A nie ty?!
Sol: Bo tak! A pozatym czemu to miałabym być ja? Skoro możesz być ty!
Sz: A właśnie że ty!
Sol: Ty!
Sz: Ty!
Sol: Ty!
Sz: Ty!
Sol: Boszz…jakie to uparte.
Sz: Nie bardziej niż ty!
Sol: A chcesz dostać?
Sz: A może raczej ty!
Sol: Już raz cię pokonałam, domagasz się powtórki? Jeśli nie, to łaskawie przestań zasłaniać skrzydłami ekran telewizora i pokaż co robiłeś!
Sz (trzyma się z całych sił telewizora): Nieee!!
Sol (ciągnie go i wyrywa od telewizora) No zobaczmy… (widzi skaczące konie) To znów te chore psychicznie, optymistyczne i mistyczne konie. Ale że są transmitowane aż tak późno?
Sz: No tak, teraz są w innych godzinach podawane. Niestety tych nocnych, a szkoda bo serial jest naprawdę niesamowity, opowiada o...
Sol (razem ze Szeregowym): Miłości, przyjaźni, dobroci, szczęściu i o innych ważnych wartościach. (sama) … Tak wiem, mówiłeś to chyba już ze sto razy.  Słuchanie paranoi Skippera, to rozkosz, w porównaniu do twoich wykładów na temat przyjaźni. Skipper ma rację, że te chore psychicznie, głupio optymistycznie, i mistyczne konie mącą ci w głowie, pokazując ci nierealny świat. Na świecie nie istnieje tylko dobro, nie ma tylko happy Endów, są też sytuacje które kończą się źle. I zamiast oglądać te chore psychicznie, głupio optymistyczne i mistyczne konie, wziąłbyś podręcznik od chemii i byś się nauczył o metalach i niemetalach.
Sz: Ja nawet nie wiem co to jest.
Sol: Właśnie od tego jest nauka, by wyjaśniać różne zjawiska. By się czegoś dowiedzieć. Ona coś wnosi do twojego życia, a nie to co te chore psychicznie, głupio optymistyczne, mistyczne konie, pokazujące świat który nie istnieje. One w przyszłości nic ci nie dadzą, marnujesz tylko swój cenny czas siedząc przed telewizorem i oglądając jak jeden  różowy koń z rogiem, potocznie nazwany jednorożcem,  który nie istnieje, hasa sobie po łące i wesoło podskakuje. A pozatym zgaduję że Szef o tym nic nie wie, i że ci zakazał oglądania tych koni.
Sz: Nie powiesz mu, prawda?
Sol: Nie powiem, pod warunkiem, że ty nie powiesz mu że mnie widziałeś.
Sz: Dobrze. A tak w ogóle co ty tu robiłaś?
Sol: A co taki ciekawy?!
Sz: A nic, nic..
Sol: No. Więc ty sobie weź jakąś książkę, a ja dalej będę robić to co mam robić. Okey?  Jakbyśmy się w ogóle nie spotkali.
Sz: Okey.
Sol: Bay! (skrada się do laboratorium) Okey, gdzieś to powinno być tu. (rozgląda się i widzi na stole laboratoryjnym próbówkę, a w nim czerwoną substancję, substancję nalewa do osobnego flakoniku, a zaś w próbówkę nalewa podobną czerwoną ciecz) Okey, sprawa załatwiona! (idzie na pryczę)
(wybieg lemurów):
Ste (leży na hopsalni): Chmm… A to co? (biegnie w kierunku CZEGOŚ i podnosi to) To przecież komórka i to nowy model! Musiał ktoś zgubić. Cóż… każda porządna dziewczyna, powinna mieć własną komórkę by dzwonić do koleżanek, umawiać się z chłopakiem, pisać SMS-y. Każda! A ja nie jestem wyjątkiem. A skoro ją ktoś zgubił, to wątpię by tu po nią wracał. Okey, sprawdźmy. (próbuje włączyć) No, uruchom się. (5 minut później) No komórko włączysz się? (10 minut później) Ty durny złomie, jazda mi się włączyć (15 minut później, naciska przypadkowy przycisk) O! Włączyło się, ale heca! Jej! No i znów jakiś problem. Ale ten ludzik zyga, przestań zygać! Nie rób mi tego, rozumiesz? PRZESTAŃ!! Na prababkę i babkę, ale on się boczy na mnie. Już wiem skoro on się boczy, to mnie też nie zaskoczy. Patrz! Ja też się boczę na ciebie. (rano) Boczę się nadal i nieustannie, nie pobijesz mnie w tym!
(wybieg pingwinów)
Sz (patrzy się w stronę wybiegu lemurów): Emm… Co Stella robi?
Ski: Pewnie coś chorego, jak to lemury.
Kow(patrzy przez lornetkę): O! Wygląda na to że ma komórkę i coś do niej mówi?
Ski: Później się tą sprawą zajmiemy, skąd ma ten sprzęt i po co jej. Na razie odpoczywajmy i cieszmy się niedzielą.
(30 minut później, Rico jeździ na desce, Kowalski czyta książkę, Sol nurkuje, a Szeregowy rozmawia ze Skipperem o dzisiejszej akcji ze Słodkorożcami, gdyż zastano go śpiącym koło telewizora, co raczej nie było naturalnym miejscem spania pingwinów. Czas płynął szybko, a atmosfera była świetna, do czasu… do czasu gdy na całe zoo rozbrzmiało głośne DRRRRR i pingwiny aż sobie zatkały uszy, drugi raz i trzeci)
Ski: Co to na moją matkę jest?
Kow: Rozwiązania tej o to zagadki, powinniśmy szukać…
Sol: Na wybiegu lemurów, u osoby imieniem Stella.
Kow: Dokładnie, gdyż jako ona…
Sol: Może być sprawcą, naruszenia ciszy która dotychczas panowała. (uśmiecha się do Kowalskiego)
Ski: A zatem złóżmy jej wizytę. (Pingwiny jadą ślizgiem na wybieg lemurów) To ty zagłuszasz cisze!
Ste: Ale to nie ja! To Kryśka z Wielkopolski.
Ski: Mniejsza o to. Albo sobie zmień dzwonek, albo wycisz. Ale w każdym bądź razie… (nagle rozlega się znów głośne DRRR i Stella odbiera telefon)
Ste: Halo? A! Żebym mówiła głośniej? Okey. HALOO! HALOOOO! (pingwiny zatykają sobie uszy)  HALOOO! HALO! JESTEŚ TAM? HALOO!
Kow: Czy one nie mają bogatszego zasobu słownictwa?
Ste: HALOOO!! No przecież mówię że HALOOO!! HALO! HALO! TAK! HALO? Acha, jasne. Że co! Halo? Halo?
Sol: Wygląda na to że nie.
Ste: Muszę kończyć! Pa! Halo? Halo? Jeszcze tam jesteś? HALOOO! (odkłada komórkę) To była Aśka Wrzaska z Mazowsza.
Sol: Nazwisko w pełni oddaje jej charakter.
Ste: No, aż dziwne. Rzadko się to zdarza. A teraz możecie mówić dalej.
Kow: No więc ustaw sobie na tryb cichy, albo wysyłajcie sobie nawzajem SMS-y. Albo…
Ste: Czekaj! Jakaś wiadomość mi przyszła. Od Orange. O! Proponują mi zakupienie pakietu promocyjnego. Muszę koniecznie skorzystać z tej okazji i kupić go sobie. Kontynuujcie.
Kow: No więc jak już próbowałem ci powiedzieć…
Ste (dzwoni do niej telefon): HALOOOO?
Kow: Grr... no zlitujcie się! Ile ona ma tych kontaktów!
Ski (bierze jej komórkę): Słuchajcie  żołnierzu! Od teraz konfiskuję ten głośny sprzęt, zagrażający naszej planecie.
Ste (trzyma komórkę z całych sił): NIEEEEE!!!
Ski: A właśnie że tak!
Ste: Nie zabierzecie mi mojej komórki!! Ona jest moja!! Jak ja to przeżyję! No właśnie, nie przeżyję! Co ona wam takiego zrobiła!!
Kow: O to przykład uzależnienia od telefonu.
Sol: Hue Hue. Nom.
Ski: Głupi lemurze, puszczaj! (wyrywa komórkę, a Stella zaczyna się wić po ziemi, i ciągnąć za nogę Skippera)
Sol: To jakieś chyba anormalne dziecko jest!
Kow: Haha! W rzeczy samej.
Ste: Nie pozwolę wam na to!! Oddawać moją komórkę natychmiast! (wybucha płaczem, i nagle zdecydowana mina Skippera zaczyna się zmieniać, tak samo jak chłopaków. Jednak Sol szybko dostrzega że robi to celowo)
Sol: Stella, daj se spokój! I tak twoje ryki i fochy nic nie dadzą, więc z łaski swojej się opanuj.
Ste (gwałtownie zmienia nastrój): Ech…
Ski: Okey, oddamy ci komórkę pod warunkiem że zmienisz dzwonek na cichszy. Dobrze?
Ste: Tak jest!
Ski: A teraz chodźmy do bazy i cieszmy się cichą i spokojną niedzielą.
Pingwiny z madagaskaru odc. 9 Przyjęcie Powitalne cz.3
| 5 komentarzy |
Zanim zaczniecie czytać, chciałabym was przeprosić, że tak długo nie było nowej notki. Ale problemy z ręką, później brak weny, a kiedy zaś ją miałam (tą wenę) to zaś odcieli mi dostęp do internetu na 2 tygodnie. Żeby wam jakoś to wynagrodzić (to czekanie) dam dużo dłuższą notkę niż zwykle. (20 stron, czyli 5 886 wyrazów) Więc miłego czytania życzę, a następne notki już w dużo szybszym tempie pójdą.
 
Pingwiny z madagaskaru odc.9 Przyjęcie powitalne cz.3
(baza, godzina 9.00)
Sol: Głupi lakier nie chce zejść! Ech!
Kow: Trzeba to będzie zmyć rozpuszczalnikiem. Poczekaj tu na mnie. (idzie do laboratorium)
Sol: Ostatni i pierwszy raz poszłam do tej baby. (Szeregowy i Rico zaczynają się cicho śmiać)
Sz: No, opowiadaj.
Sol: Stella urządziła nam pokaz mody. Podczas tego pokazu spruła jej się kiecka i wpadła w taką histerię, jakby ją obdzierano ze skóry. Dosłownie. Goniła po wybiegu jak szalona, i dopiero po godzinie udało nam się z Marlenką ją uspokoić. Jeszcze nigdy nie widziałam żeby ktoś tak się przejmował zwykłym ciuchem. Po sesji zdjęciowej puściła jakieś kiepskie romansidło i podekscytowała się nim. Każdą scenę głośno komentując płaczem albo słowami. Ech! Naprawdę, nie rozumiem jak można się zachwycać takim czymś.
Rico: Blee.
Sol: Świetnie ujęte Rico. Na zakończenie czekało nas tsunami plotek. Wiecie. Te najnowsze tematy o tych różnych gwiazdeczkach, calebrytach, aktorkach. Nuda do kwadratu.
Ski: I pomyśleć że jest taka dziewczyna która się tym nie interesuje.
Sol: Skipper. Tego się wytrzymać nie da, a co dopiero lubić. Nie rozumiem, jak można się takim czymś ekscytować. Tymi wszystkimi „wyciskaczami łez”  i tak dalej. Ech! Odpowiedź na to pytanie chyba zawsze zostanie dla nas tajemnicą. (znów Rico i Szeregowy się delikatnie uśmiechają, a Skipper marszczy tylko czoło) W każdym bądź razie, już się nie dam następny raz namówić na jakąś imprezę u niej. Koniec i kropka.
Kow (wychodzi z laboratorium): Proszę. (podaje jej buteleczkę)
Sol: Dzięki. (polewa sobie rozpuszczalnikiem watę i przykłada ją do skrzydła) No nareszcie, coś schodzi. Uff. Mamy na dzisiaj jakieś plany?
Kow: Egchm...(wysyła porozumiewawcze spojrzenie do Skippera)
Ski: Aaa...oficjalnie nie.
Sol: Czyli każdy zajmuje się swoimi sprawami. Tak?
Ski: Tak.
Sz: No ale szef przecież powiedział że dzisiaj mamy mieć.... (widzi groźnie spojrzenie Skippera) A...a...no ale szef mówił że tego się nie da przełożyć i...(czuje kopnięcie Kowalskiego pod stołem) Ale..ale... (Skipper daje mu plaskacza) No faktycznie, faktycznie. Nic dzisiaj szczególnego nie robimy.
Sol: Czy ja powinnam o czymś widzieć?
Ski: A nie! Skąd!! Chłopak jeszcze jest śpiący, więc coś mu się tam zdaje, coś przypomina.
Rico (macha skrzydłem): Kuku, kuku.
Sol: Aaa-cha. To spoko, pójdę jeszcze zmyć resztki tego kremu. (idzie do łazienki)
Ski: Zwariowaliście Szeregowy! Gdyby się dowiedziała, cała operacja wzięłaby w łeb.
Kow: Istotnie!! Cała ta misja ma być przeprowadzona w tajemnicy przed Solange!
Sz: Przepraszam. Jaka to misja?
Ski: Operacja „Zdmuchnij świeczki”. Prace wciąż trwają, i wszystkie szczegóły jej przebiegu są  jeszcze nie dopracowane. Jesteśmy w fazie drugiej.
Kow: Czyli dekoracji.
Ski: Trzeba skołować jakąś farbę i przemalować jedno pomieszczenie bazy. Następnie powiesić typowo urodzinowe dekoracje. Zanim się za to weźmiemy, pasuje wysłać gdzieś naszą jubilatkę. I ja już nawet wiem gdzie. (10 minut później) Sol!
Sol: Tak?
Ski: Otrzymaliśmy dzisiaj zlecenie od dowództwa. Każą nam niezwłocznie rozpocząć operację, której szczegóły nie są do końca nam znane. Abyśmy mogli podjąć jakiekolwiek działania, potrzebne nam są przedmioty z tej, o to listy. Żołnierzu, zostaliście właśnie szczęściarzem, który te wszystkie przedmioty zdobędzie. Gratulacje!
Sol (sarkazm): Normalnie szczęście niepojęte dla ludzkiego umysłu.
Ski: A jak! O to lista. (rozwija metrową kartkę ze spisem rzeczy)
Sol: To wszystko?! Zajmie mi to cały dzień! (patrzy na kartkę) Niby gdzie mam to wszystko znaleźć?!
Kow: W pospolitych sklepach. Takich jak apteka, cukiernia, supermarket…
Ski: Napewno wszystkie potrzebne nam artykuły, w tych budynkach będą.
Sol: Naprawdę? A reaktor atomowy waszym zdaniem znajdę w warzywniaku?!
Ski: Mniej przemyśleń, więcej działania. A teraz, wykonaj rozkaz żołnierzu.
Sol: Dobra, dobra. Już idę.
Ski: Nie! Teraz! (chwyta za skrzydło Sol, i wyciąga ją z bazy)
Sol (podnosi się z ziemi): Ej!
Ski: Miłych zakupów życzy firma „Pingwin”. Założyciel: Ja. Sponsorują: Kowalski, Szeregowy i Rico. Gwarancji: Żadnej. Dziękujemy że wybraliście nasze usługi, i polecamy się na przyszłość.
Sol: A ja już raczej nie. (reszta pingwinów wraca do bazy) Phi! Zwariowali ewidentnie. 
(w bazie):
Sz: O tak! Udało nam się .
Ski: Piąteczka, panowie! (przybijają sobie piątki)
Sz: Miejmy nadzieję że nie pójdzie jej to zbyt szybko.
Kow: Przy liście jaką jej zrobiłem, Szeregowy. Zajmie jej to minimum pół dnia.
Sz: Aaa…to nie ma się czym martwić.
Ski: Dokładnie żołnierzu. A teraz zabierajmy się do roboty.
(wybieg wydry):
Mar: Zapewne zastanawiacie się czemu wezwałam was dzisiaj wszystkie. Otóż dzisiaj są urodziny Sol, i pasowałoby zorganizować jej przyjęcie. Więc…
Ste: O tak! Będzie kolejna impreza! Rewelacyjnie! Będziemy mogły znowu zaszaleć i się rozerwać. Już sobie wszystko zaplanowałam. Kosmetyki, magazyny, czekolada, ciuchy, babeczki i ploteczki, ciasteczka i pierniczki, błyszczyki, szminki, maski, sukienki, spodenki, bluzeczki, chusteczki, filmy, komedie, romantycznie i namiętnie, słodko i pięknie.
Mar: Koniec?
Ste: Nie jestem nawet w połowie.
Mar: Ech! No cóż… impreza myślę że będzie u mnie. Trzeba tylko trochę odremontować. No wiecie: pomalować ściany, przybić gwoździami obrazki, urządzić itp.
Shelly: A może by tak poprosić o pomoc chłopaków?
Dar: Nie ma mowy! Z łatwością poradzimy sobie same.
Ste: No właśnie. A pozatym, na pewno zrobiliby to przyjęcie jakimś zebraniem znawców piłki nożnej. Wyobrażacie to sobie! Siedzimy sobie przy stole, zajadając popcorn i patrząc się na ekran jak jakiś gościu strzela innemu gościowi nadmuchanym balonem, w te kijki z drutem. To ma być rozrywka?! No błagam!
Mar: A pozatym. Prosić ich o pomoc?! Od razu zaczęliby serię „Kobieta nic nie umie” lub „Co byście bez nas zrobiły”.
Ste: Krótko mówiąc: Facetom na tą imprezkę –wstęp wzbroniony-.
Mar: I tego się trzymajmy!
Shelly: A jaki będzie motyw przewodni…
(baza):
Kow: …Tego przyjęcia?
Sz: Słodkorożce?
Rico: Ka-boom?
Ski: Urządzenia obezwładniające?
Kow: Nauki humanistyczne? No dobra. Ustalmy trzy fakty. Po pierwsze: So nie lubi tych latających, mistycznych koni, podobnie jak my.
Sz: Ou. (robi smutną minę)
Kow: Po drugie, nie ma potrzeby wysadzania wszystkiego co napotka, Rico.
Rico: Ou. (robi smutną minę)
Kow: Nie interesują ją też działania wojenne, Szefie. A więc mój pomysł wygrał! Urządzimy dla Solange przyjęcie o tematyce nauk lingwistyczno-humanistycznych.
Ski: Chyba nie będziemy robić tu kółka J. Angielskiego?!
Kow: Nie. Ale myślę że filmy o książkach, czy historii powinny ją zainteresować. Tak samo jak rozmowy o poezji.
Sz: Ale…ale ja nie wiem nic o poezji!
Rico: Ani ja.
Ski: Ja tak samo.
Sz: A co będzie jeśli zapyta się o odmianę czasowników przez tryby, czasy, przypadki?
Ski: Albo zacznie mówić coś naukowego. Będziemy siedzieć jak na tureckim kazaniu, i nic nie rozumieć.
Sz: Nie mówiąc o tym, że może się zacząć wypytywać o biografię jakiegoś autora…
Ski: No tego Szekspira, dajmy na ten przykład.
Sz: No właśnie. A co zrobimy jeśli każe nam wyjąć kartkę i długopis? Szefie! Przypominają mi się lata szkolne. Ratunku!
Ski: Bądźcie twardzi Szeregowy. Lata szkolne są wspomnieniami zawierającymi grozę i niesmak w dziobie przez długie miesiące. Ale już  się dawno skończyły. Wątpię, czy Solange będzie nam kazała napisać wypracowanie. Prawda?... Tak?
Sz: Szefie! Ja się lepiej wezmę za naukę. Gdzie są książki? Gdzie są te książki? (zaczyna biegać po bazie)
Kow: Ej Szefie! Szeregowy! Myślę że Sol nie będzie was z niczego odpytywać. I skończmy już tą do niczego nie prowadzącą konwersację, i zajmijmy się urodzinami naszej jubilatki.
(wybieg wydry)
Mar: Dobra. Jakieś pomysły?
Ste: Piżama Party! Piżama Party! Piżama Party!
Mar: Po ostatnim piżama party Sol nie mogła dojść do siebie przez dwie godziny.
Ste: To pewnie z tych wrażeń.
Mar: Taa... Jakieś inne pomysły?
Dar: Może tak taniec?
Mar: Nie wiem czy Solange lubi tańczyć. A jeśli tak, to zapewne jakieś wolne kawałki.
Dar: A jaki gatunek muzyki lubi słuchać?
Mar: Nie jestem tego pewna. Ale chyba symfoniczny metal, i czasami gotyk. Chociaż jak przeglądałam listę piosenek w jej IPhonie były też tam dużo spokojniejsze piosenki.
Dar: A co lubi robić w wolnym czasie?
Mar: Czy ja wiem. Lubi czytać książki, czasami coś porysuje, robi te swoje wynalazki, gra na laptopie lub siedzi przy swojej komórce, czasami się czegoś uczy.
Dar: To faktycznie nie jest typ tancerki.
Domi (pojawia się na wybiegu): Raczej typ naukowca.
Dar: Emm… jesteś tu nowa?
Domi: Tak. Mam na imię Domi.
Mar (biegnie do niej): Miło mi cię poznać Domi. Jestem Marlenka, a to Darla, Shelly, Stella. Jesteś tu na zawsze, czy chwilowo?
Domi: Tylko chwilowo. Może pół roku, rok. Ale moja bliźniaczka zostaje tu na zawsze.
Mar: Bliźniaczka?
Domi: Tak, ma na imię Demi. Ale teraz gdzieś poszła i nie wiem kiedy wróci.
Ste: Chcesz się do nas przyłączyć Domi?
Domi: Ale do czego?
Mar: Do zrobienia przyjęcia dla Sol.
Domi: Echmm… chyba jej nie znam.
Mar: To ją poznasz, chodź zaprowadzę cię. (biegną na wybieg pingwinów)
Domi: Sol jest pingwinem?
Mar: Tak. Ale nie jedynym w bazie.
Domi: Słucham? Jakiej bazie?
Mar: Przekonasz się.
(wybieg pingwinów):
Domi: Gdzie tu jest wejście?
Mar: Tu! (przesuwa miskę).
Domi: Wow.
Mar: Cześć chłopaki! Jest Solange?
Ski: Nie ma, musiała na chwilę wyjść. A co?
Mar: Bo właśnie chcę ją przedstawić Domi.
Kow: Nie przypominam sobie żeby w naszym zoo mieszkała jakaś Domi.
Mar: Bo dzisiaj przyjechała.
Domi (nieco zaskoczona): Emm… Hej.
Mar: Domi. Poznaj Skippera-lidera tej grupy. Kowalskiego-wynalazcę. Szeregowego-najsłodszego z nich wszystkich. Rico-Psychopatę. Czasami im odwala, ale w gruncie rzeczy są spoko. Chłopaki. To jest Domi.
Kow: Chmm… na oko dziki kot , długość: 59 cm, waga (…)
Domi: Hę?
Mar: Musisz się przyzwyczaić. Kowalski dosłownie wszystko analizuje. Ale szkoda że nie ma Solange. A no właśnie. Gdzie ona poszła?
Ski: Dostała pilne zlecenie.
Mar: Ją też pakujecie do tych wszystkich zadań, misji, operacji? Zaraziliście już ją swoją paranoją?
Ski: Nie, ale do tego się zmierzamy.
Mar: Ech! Chodź Domi.
Domi: Miło było mi was poznać.
Sz: Nawzajem!
Mar (wychodzi z bazy): Okey, chciałabyś jeszcze coś zobaczyć?
Domi: Chyba nie.
Mar: To chodź, będziemy planować przyjęcie urodzinowe.
Domi: Chyba muszę najpierw poznać tą Sol, by robić jej imprezy.
Mar: A opis wystarczy?
Domi: Bardziej wolę ją zobaczyć osobiście. Nie wiesz kiedy wróci?
Mar: Nie mam pojęcia.
Domi: Mogłaś się zapytać chłopaków.
Mar: Słuchaj! Lepiej o nic ich nie pytaj, jeśli chodzi o ich misje. Uzyskasz zawsze taką samą odpowiedź „To ściśle tajne”. Więc, nie ma co nawet próbować.
Domi: Okey, czyli zaczekam aż przyjdzie. A póki co, pomogę wam w dekoracjach.
Mar: To chodźmy!
(Cały dzień schodzi na robieniu urodzinowych dekoracji, malowaniu ścian, a także udoskonalanie wystroju wnętrza, tymczasem w parku):
Sol ( w myślach): Zostały jeszcze trzy artykuły do zdobycia. I to tych których się nie da zdobyć. Dynamit, reaktor atomowy i bombę… w proszku. Kurcze, nie wiadomo po co mnie na siłę wyciągali z bazy. Niby, mam uwierzyć w tą historyjkę z zleceniem od dowództwa. Ale jednak jestem ciekawa, jak wykorzystują moją nieobecność. W sumie mam tu robotę, ale na pewno nie jest konieczna. Założę się że jak przyjdę do bazy, z tymi przedmiotami, to każą mi gdzieś to położyć, a za godzinę nawet na to nie spojrzą. Takie to ich arcy-pilne zlecenia! No ale, w sumie, gdyby jakimś dziwnym trafem spojrzeli na tą kupę arsenału, i zobaczyli że brakuje tych trzech przedmiotów. Zaczęłaby się stara śpiewka Skippera, że mam go słuchać itp. Szkoda gadać! A zresztą… chrzanię to! Zobaczę, co oni takiego ciekawego tam robią. (zakrada się do bazy, tajnym przejściem) No więc, zobaczymy co penguins komando robią podczas mojej nieobecności. (patrzy przez dziurkę) Emm...balony? Książki? Confetti? Dzisiaj chyba nie jest jedno z tych ziemskich świąt. Chociaż zobaczę na kalendarz. (patrzy) Nie ma raczej. W takim razie, dla kogo jest to przyjęcie. I czemu utrzymują je w tajemnicy przede mną. To chyba nie jest jakiś sekret. Ej! A to co znowu! (patrzy przez inną dziurkę). Marlenka, i reszta dziewczyn, też urządzają jakieś przyjęcie? Dziwne. E! Tej jednej to nie znam. No nic, idę zabrać ten arsenał, a te trzy rzeczy wymarzę. Było tak dużo tych wszystkich przedmiotów, że nawet założę się, że nie pamiętają jakie były wymienione. O tak! Gotowe. (marze) Spoko. Sprawa załatwiona! (idzie głównym przejściem [na głos]): Hej! Zrobione.
Ski: Świetnie, połóż je gdzieś tam. Jak będę miał czas to zobaczę.
Sol (w myślach): A nie mówiłam! Arcy-pilne zlecenia, są tak u nich pilne, że szkoda gadać. W poczcie możnaby to nazwać list przymulenie polecony. Ot co! ( na głos): Emm… A po co wam są te wszystkie balony, i artykuły na przyjęcia?
Ski: Chwila, chwila…
Kow/Sz/Rico/Ski: Niespodzianka!
Sol (odjęło jej mowę): Niespodzianka? Dla kogo?
Kow: No dla ciebie.
Sol (lekko zakłopotana): Niespodzianka. Eee… dla mnie? Yyy… dzięki. To gdzie ona jest?
Sz: Echmm… Sol. Jesteś na niej.
Sol: A… a … acha.
Kow: Sol? Wszystko dobrze?
Sol: Spoko. Dziękuje za tą niespodziankę. A tak w skrócie. Co to jest ta niespodzianka?
Sz: Niespodzianka to jest taki typ urodzin.
Sol: A urodziny?
Sz/Ski/Rico/Kow: Nigdy nie miałaś urodzin?
Sol: No nie.
Kow: Urodziny to święto, które się obchodzi z okazji dnia twoich narodzin. Na serio nigdy ich nie obchodziłaś?
Sol: Nie przypominam sobie, bym świętowała swoje narodziny.
Sz: Trzeba to będzie zmienić.
Ski: Potwierdzam.
Sol: A na czym urodziny mają polegać?
Kow: Podczas tego święta, przyjaciele lub rodzina jubilata organizuje mu przyjęcie, kupuje mu prezenty, tort i wszyscy wspólnie spędzają czas.
Sol: Czyli ja jestem jubilatką?
Kow: Tak.
Rico: A może już czas na tort?
Ski: Zgadzam się Rico. Czas skosztować kulinarnego specjału.
Sz: Ale wpierw pomyśl życzenie i zdmuchnij świeczki.
Kow: Szeregowy! Sol na pewno nie będzie chciała marnować czasu na takie zabobony!
Sz (robi smutną minę): Ou. To przecież tradycja urodzin. Zawsze się myślało życzenie i zdmuchiwało świeczki. To była taka reguła. Myślałem że ona na każdych urodzinach obowiązywała, a pozatym to część tego święta. To tak jakby składanie życzeń, o spełnienie marzeń. A bez życzeń, urodziny nie są takie piękne.
Sol (patrzy na Szeregowego i się uśmiecha): No dobra. Trzeba zrobić mu tą przyjemność, bo przecież bez tego jak widać się udusi.
Kow (kręci głową): Nie wierzę!
Sol: Przecież to tylko zabawa! (uśmiecha się) No dobra. Chciałabym (myśli życzenie i zdmuchuje świeczki).
Sz: Hurra!
Sol: No i obeszło się bez smutnych min.
Kow: Kosztem nauki.
Sol: Kowalski! Wyluzuj. Nic się nie stanie jak raz czy dwa zlekceważymy zasady. I nawet, uwierz,  nawet takim naukowcom. Spójrz na mnie, ja zasady ciągle łamie, i jest w porzo.
Kow: Tak, wiem. U ciebie praktycznie wszystko jest do góry nogami.
Sol: No i widzisz. Raz trzeba sobie odpuścić regułki wpajane od zarania dziejów, i iść inną drogą.
Kow: Dobra, dobra. Zrozumiałem. Tylko mi tu nie filozofuj.
Sol: Spoko. A teraz zabieram się do kosztowania tego waszego tortu. (je) Mmm… Pysznościowy.
Ski: Cieszę się że ci smakuje. A teraz czas… (nie dokańcza, do bazy wchodzi Marlenka)
Mar: O już jesteś Sol! Chodź, szybko. Coś się tam dzieję.
Sz: Ale…
Sol: Co?? (biegnie jak najszybciej)
Mar: Szybciej Sol, musisz to zobaczyć. Koniecznie musisz!
Sol: To sprawa życia i śmierci?
Mar: Mniej więcej. Szybko, szybko! Bo odlecą.
Sol: CO odleci?? (już się wacha, czy by nie użyć swojej super-prędkości)
Mar: Później ci powiem.
Sol: Marlenka! Mów co tam jest!
Mar: Szybko! Sol! Bo teraz właśnie….
Sol: CO? (już się rozpędza by zmienić prędkość)
Mar: Balony odlatują.
Sol (całkowite rozczarowanie): What?
Ste/Mar/Dar/Shelly: Niespodzianka!
Sol: Kolejne urodzinowe święto. Zaraz… to ile ich w końcu jest?
Mar: Tylko jedno. Chciałabyś się czegoś napić?
Sol: Chętnie. Może soku.
Mar: Jasne. Mamy do dyspozycji pomarańczowy i jabłkowy . Który chcesz?
Sol: Jabłkowy.
Mar: Proszę, zaraz ci naleję. Shelly, podaj mi ten sok.
Shelly: Dobrze Marlenko. O…o...(traci równowagę stojąc na drabinie) Mam go! I… Aaa!! (spada z drabiny, a sok ląduje na głowie Sol) Przepraszam, zapomniałam zakręcić.
Sol (zdenerwowana): Grr…
Shelly: Ups.
Mar: No nic. A teraz może chcesz So iść pooglądać filmy?
Sol: Chętnie, a jakie?
Mar: Nie mamy zbyt dużego wyboru, ale mamy: Ostatni raz, Ostatni raz 2, Ostatni raz 3, Ostatni raz 4, Ostatni raz 5. Który wybierasz?
Sol: Chyba trzeba zacząć od jedynki.
Mar: Świetnie. (puszcza na DVD)
Sol: Emm… a o czym są te filmy?
Mar: Zobaczysz.
Sol (w myślach): Zaczął się seans. Film był o perypetiach dwóch dziewczyn. Że Nancy i Joly były odwiecznymi przyjaciółkami. Ta druga spotkała faceta <<Swojego życia>> jak to mówiła. No i okazało się że ten jej „Romeo” ma już dziewczynę. Edwardo, powiedział biednej Jolce, że nie ma u niego powodzenia. Bidulka miała załamanie nerwowe (tak przynajmniej mówiła). Wszyscy ją pocieszali, co mniej więcej trwało 20 minut, czasu lokalnego. Później okazało się że ten jej „książę” za dziewczynę ma Nancy. Dziewczyny się pokłóciły, i zapowiadał się koniec ich przyjaźni. Ale się pogodziły. Koniec historii! I chwała im za to! Tak naprawdę tego nie oglądałam, ale Stella opowiadała nam streszczenie tej historyjki przynajmniej x5 razy (dobrze że dziewczyny nie domagały się bis). Tak, że w końcu musiało nam to trafić do podświadomości. Wiało nudą, naprawdę. I to tak dosłownie, nie mówiąc to w przybliżeniu.  Już miałam iść do bazy, gdy nagle jak spod ziemi wyrosła przede mną Stella.  
Ste: Ale gdzie ty się wybierasz Solciu! Chodź. Obetnę ci pazurki.
Sol (w myślach): Kurde!! Jeszcze tego brakowało! Trzeba się stąd zmywać, za nim będzie miała do zaoferowania coś ze swoich usług kosmetycznych. (na głos): Nie mam ochoty Stella. Ej! Co to ma znaczyć! (nagle zostaje przywiązana do krzesła) Ale…. Jak?!
Ste: Normalnie. Biorę te nożyczki.
Sol: Nie!! To sekator!!
Ste (przejechała skrzydło Sol kilka razy sekatorem, po chwili na podłodze było mnóstwo czarnych piór): Ciachu, ciachu, ciach. Od razu lepiej.
Sol (wściekła): Dosyć!! Już nie żyjesz! (w myślach): Wiem, że powinnam panować nad gniewem, no ale to już było, silniejsze ode mnie. No bo co! Sok na głowie, i nudne filmy-mogłam wytrzymać. Ale to!! To już nie! Miałam ochotę w czymś w nią rzucić, ale nie miałam nic pod ręką. Więc została stara, tradycyjna ale skuteczna metoda. (patrzy na Stellę, której się uginają kolana)
Ste: Może powinnam się wybrać do lekarza? Strasznie mnie tu ucisk… Ała!
Sol: Faktycznie, może powinnaś i to specjalisty od psychologii. (idzie do bazy)
Mar: Ale Sol! Gdzie idziesz?
Sol: Do pingwinów! Są normalniejsi od niej.
Mar: Ale Sol,  co z twoim skrzydłem. Nie poradzisz sobie.
Sol: Poradzę. Jak już z nią wytrzymałam te piżama party, to ze wszystkim sobie poradzę.
Mar: Sol, zaczekaj! …Stella! Po coś to robiła?!
Dar: Właśnie.
Ste: Przecież chciałam jej tylko skrócić pazurki.
Mar/Dar/Shelly: Ona nie ma paznokci, ma pióra! Nie rozumiesz tego?!
Sol: Do zobaczenia! (idzie w kierunku bazy pingwinów, nagle widzi zbliżającą się do niej kocicę)
Domi: Co ci się stało w skrzydło?
Sol: Zostało uznane za paznokieć przez jednego lemura, i osobiście przez niego pozbawione z piór sekatorem.
Domi: Haha. Niech zgadnę ten lemur to Stella.
Sol: Zgadza się.
Domi: A ty pewnie jesteś Sol?
Sol: Yhym. Skąd wiesz jak mam na imię?
Domi: Marlenka mi powiedziała. Jest nawet fajna. Ale trochę za bardzo towarzyska.
Sol: Też tak uważam. A ty jak masz na imię?
Domi: Domi. (uśmiechnęła się)
Sol: Widzę, że dzisiaj przyjechałaś?
Domi: Tak.
Sol: I jak, podoba ci się w naszym zoo?
Domi: Chmmm… ogólnie jest w porządku. Ale jest bardzo mało dziewczyn.
Sol: Wiesz, wtedy kiedy ja tu przyjechałam, było jeszcze mniej.
Domi: Od ilu tu jesteś dni?
Sol: Czy ja wiem, chyba gdzieś tak od dwóch tygodni.
Domi: To też nie dużo.
Sol: No, nie dużo.
Domi: Ale ponoć dzisiaj masz urodziny. Byłaś już na imprezie?
Sol: Tak. A tu mam pamiątkę. (pokazuje skrzydło)
Domi: Haha. Cóż… Stella to taka pusta lalka. Darla myśli o tańcu. Marlenka jest nazbyt przyjacielska, a Shelly… no taka, dziwna. Według mnie są okey, no ale …. Sama wiesz.
Sol: Wiem, Domi. Nigdy nie obchodziłam urodzin, i kto wie, czy nie było lepiej gdy tak było. Przynajmniej wychodziłam w całości.
Domi: A co się stało?
Sol (pokazuje wylany sok na głowie, potem cienie pod oczami, i skrzydło)
Domi: A. To.
Sol: Niby wiem, że Shelly zrobiła to nie chcący. Ale no sama widzisz. Film był po prostu nudny. Przynajmniej dla mnie. Ale ze Stellą to nie mogłam wytrzymać.
Domi: I co, wybuchłaś?
Sol: No, a czy to dziwne?! Nie mam połowy piór na skrzydle! Do niej nic nie dociera! Ona nic nie wie! Ona uważa że ja mam usta! Rozumiesz? Że pingwin ma usta! Założę się że sama ma problemy z odgadnięciem jakiego jest gatunku. Więc po tym, jak popatrzyłam się na moje skrzydło, no ogarnęła mnie złość, i… dostało jej się. Ale i dobrze.
Domi: Rozumiem cię, też czasami nie panuję nad emocjami. Więc nie jesteś jedyna.
Sol: Więc wiesz jak to jest?
Domi: Tak. Ale jak się zezłoszczę, to zawsze liczę sobie do 10 i się uspokajam.
Sol: Warto wiedzieć na przyszłość.
Domi: Muszę już iść. Miło mi cię poznać Sol! Do zobaczenia!
Sol: Cześć! (w myślach): Ja też już pójdę do bazy.
(Baza):
Ski: No nareszcie jesteś! Gdzie byłyście?
Sol: Na przyjęciu niespodziance u dziewczyn.
Sz: Przyjęciu?
Ski: Przecież to my organizowaliśmy ci urodziny!
Sol: No, one myślą inaczej. Zorganizowały mi takie urodziny, o jakich długo nie za pomnę. Na pewno. Tym bardziej że te chwile przypominać mi będą nieprzespane noce, sok, i uciążliwy ból skrzydła.
Kow: Matko Boska! Coś ty zrobiła sobie w skrzydło.
Sol: Zostało obcięte sekatorem z piór i godności.
Kow: Żebyś ty dożyła następnego dnia.
Sol: Ale spoko, nic mi nie jest.
Ski: Nie jestem tego taki pewien.
Sol: E! To tylko pióra.
Kow: Jesteś pewna? Może mógłbym zbudować maszynę do szybkiego wzrostu piór. Żeby szybciej się zagoiło.
Sol: Nie trzeba, pójdę metodą naturalną.
Sz (z niecierpliwością): To zjemy ten tort, zanim się zepsuje?
Sol: Naturalnie. Dla mnie jeszcze jeden kawałek! (je)
Ski: A teraz czas na prezenty.
Sol: Prezenty?  
Kow: Tak, kolejna tradycja tego święta i nie wymaga złożenia ofiary z nauki.
Sol: Kowalski!!
Kow: Dobra, dobra. Szeregowy ty zaczynaj.
Sz: To dla ciebie. (daje jej prezent)
Sol: O! Album! Jaki śliczny! Dziękuję Szeregowy!
Sz: Nie ma za co! To ty masz dziś urodziny. Teraz kolej na ciebie Rico.
Rico: Masz. (daje jej Mp3)
Sol: Najnowszy model! Wow. Em… ale dziwię się że jest to urządzenia, które nie niesie ani trochę zagłady lub chaosu.
Rico: Niesie.
Sol (patrzy, na przycisk Wybuch na zawołanie) A…a…acha. Faktycznie.
Ski: Z kolei ode mnie dostaniesz laptop, ze skanerem odcisków palców.
Sol: Super! Dzięki Skipper. Dzisiaj te prezenty takie z technologią.
Kow: Chociaż mój trochę inny. (daje jej do skrzydła małą tubkę)
Sol: Co jest w niej?
Kow: Zobaczysz, jak otworzysz.
Sol: No dobrze, w takim razie zobaczę. (już ma wyciągać, gdy nagle do bazy wpada Marlenka)
Mar: Solange! A przyjęcie?
Ski: Przykro mi Marlenko, ale Sol ma już urodziny.
Mar: Że co?! Też zorganizowaliście urodziny dla So! To my zrobiliśmy dla niej przyjęcie!
Ski: Tak, ale my też. Co więcej wcześniej, więc nasze jest ważniejsze.
Mar: Ach tak?
Ski: Tak. A pozatym przynajmniej po naszym Solange nie odnosi większych obrażeń.
Mar: Rozumiem, Stella przegięła. Ale tak pozatym to było całkiem w porządku. Całkiem dobrze się bawiłyśmy!
Ski: Taa… robienie maseczek, i oglądanie romansideł, kontrolujących umysły. Gadanie o chłopakach, plotkowanie. Nie ma nic lepszego! Każda dziewczyna to uwielbia, to tu masz wyjątek.  (pokazuje Solange) My mówimy o t e j Solange, t a Solange nie robi typowo babskich ple ple. Co kolwiek to znaczy!
Mar (wściekła): Babskich ple ple Skipper? Ach tak? Babskich ple ple?!
Ski: Tak! Moja kadentka nie będzie jakąś tam paniusią. Każdy z moich żołnierzy musi przestrzegać zasad i reguł, i nie ma tu mowy o zgrywaniu strachliwej lali, z zawyżonym ego, w czasach zimnej wojny!
Mar: Zimnej wojny?!  No błagam! I że jak?! Moja kadentka? Nie wiedziałam, że ona jest czyjaś! Ma umysł, i sama zdecyduje u kogo chce być na imprezie.
Ski: Jestem pewny że zdecyduje być w towarzystwie swojego oddziału!
Mar: A nie swoich przyjaciółek?
Ski: Opamiętaj się Marleno! Kodeks 12: żołnierz zawsze ma trzymać ze swoimi.
Mar: Nie zawracaj mi tu głowy kodeksami!
Ski: Kodeks 24: Zawsze miej na uwadze kodeksy.
Mar: A daj mi spokój Skipper. To proszę, niech Sol powie. Gdzie woli  spędzić swoje urodziny. Jestem pewna że twoja rekrutka wybierze spędzenie imprezy u mnie, niż w otoczeniu czterech pancernych.
Ski: Solange, będzie mieć na uwadze na pewno kodeks 12.
Sz: Szefie! Jeśli chodzi o zasady, to lepiej na Sol nie polegać.
Ski: To trzeba dać łapówki.
Mar: Że co?! To się nie liczy.
Ski: A właśnie, że tak. Sol! Chodź tu. Zadecydujmy z kim chcesz spędzić swe urodziny.
Sol (lekko zaskoczona): Okey.
Ski: Powiedz więc zatem temu biednemu ssakowi, że wolisz swoje urodziny spędzić w towarzystwie swojego oddziału. Po prostu ,bądź szczera.
Mar: No powiedz, temu Skipperowi, że lepsze urodziny się spędza wspólnie z dziewczynami. No powiedz, i nie musisz się oszczędzać w słowach. Bądź sobą.
Sol: Eee…
Sz (cicho do ucha Sol): A za 5 dolców pójdziesz na to?
Sol: Yy?!
Ski: Szlag, nie dała się przekonać. Ale cóż zrobić, taki świat. Podbijamy stawkę, podbijamy! Ale nie za dużo.
Sz: A za 10?
Sol: Ale…
Mar: Sol, przecież wiesz, że ważni są przyjaciele. Wiesz, co należy robić. Przyjaźni nie da się sprzedać. Więc dam ci 12 dolców i będziemy kwita.
Ski:  15 dolców + 1 VAT dla społeczeństwa.
Sol: No ale…
Mar: 17!
Ski: Pas!  Nie liczy się! Nie liczy się! To było celowe!
Sz: Nie dajmy się Szefie!
Ski: Macie rację Szeregowy, walczmy!
Mar: Widać to ja wygrałam.
Ski: Szeregowy! Poszukajcie coś tam w oszczędnościach.
Sz: Ale to są pieniądze na krówki.
Ski: Żołnierz musi sobie czasem z czegoś zrezygnować.
Sz (ze smutną miną): Ou. (daje pieniążek Skipperowi)
Ski: Ha! 18, daję!
Sol: Zupełnie jak dzieci.
Kow (kręci głową): Popieram.
Ski: Wygrałem! I co powiesz, teraz Marleno!
Mar: Eee…. Niech Solange zadecyduje.
Ski: Jasne, jasne. Przegrałaś.
Mar: Ech! Nie musisz się tak tym chwalić.
Ski: No już, nie denerwuj się.
Mar: Okey.
Ski: A w takim razie zgoda, niech Solange rozstrzygnie.
Sol: 3 h spędzę u dziewczyn, a 3 h u nas. I wszyscy happy.
Sz: Ale do kogo pierwsze zamierzasz iść?
Mar: No oczywiście że do nas.
Ski: Moja rekrutka chce na pewno spędzić czas pierwsze ze swoim oddziałem, za nim uda się na tą szkołę przetrwania.
Mar: Szkołę przetrwania? Chyba ma u was. Szczególnie z tobą Skipper.
Kow: Szeregowy! Musiałeś wymyślić takie pytanie.
Sol: Oni tego nie skończą. Powiedz im żeby mnie zawołali jak już się dogadają. Jeżeli to w ogóle możliwe. Idę na dwór. 
Mar: Ja naiwna?! Ja naiwna?!
Ski: Tak, jesteś naiwna.
Mar: Niby czemu?!
Ski: Ze wszystkim próbujesz się zaprzyjaźnić. Nie zdając sobie sprawy że twój przyjaciel może być twoim wrogiem.
Mar: Przynajmniej mam przyjaciół.
Ski: Oho. A później okazuje się że są szpiegami, tak samo było z niejaką Rhondą. Później wszystko wypaplała Bulgotowi, tylko dlatego że pewna wydra postanowiła jej zaufać.
Sz: Błagam! Musimy do tego wracać. To było już jakieś pół roku temu!
Ski: I co z tego?! Bulgot i tak to wykorzystał. A swoją drogą, od dawna już nie zaatakował, i trochę mnie to niepokoi.
Kow: Pewnie już coś wymyśla z serii: Prawdziwa Zemsta zemst, tym razem na serio itp.
Mar: Wasz wymyślony kolega znów sobie postanowił rządzić światem?
Ski: To nie jest nasz kolega, to nasz wróg! A jego pierwszym celem, jest schwytanie takich naiwnych i ufnych wydr.
Mar: Phi! A daj mi spokój! (odwraca się)
Kow: No ale faktycznie, nie wydaje wam się to dziwne, że już od dłuższego czasu nie zaplanował żadnej zemsty.
Sz: Fakt, trochę to niepokojące.
Ski: Spokojnie, zawsze sobie z tą przerośniętą rybą, która jakimś cudem została nazwana ssakiem radziliśmy. Jest nas 4, a kiedy Solange ukończy szkolenie, i zda test, będzie nas 5.
Sz: Szef ma rację! Nie ma się czym przejmować.
(tymczasem na dworze):
Sol (patrzy na tubkę [w myślach]): Ciekawe, co Kowalski tam umieścił. Cóż… jestem ciekawa. Zobaczmy. To…. Wiersz? Co jak co, ale takiego prezentu to się nie spodziewałam.  No dobra, ciekawa jestem co tam pisze. (czyta) Wow. Jak on świetnie umie pisać wiersze. Ciekawe, czy zastanawiał się kiedyś nad karierą poety. Cóż za nietypowy prezent, ale to mi się właśnie podoba. A ten wiersz  tak jakby płynął od serca. No cóż…. Niesamowite. A to co. Jej! Jaka śliczna róża! No cóż. Postawię ją sobie na okienku, będzie przypominała mi o moich pierwszych urodzinach. Nie wiem czemu, ale najbardziej ten mi się prezent podoba. Taki od siebie, własnoręcznie zrobiony. Ale inne też były świetne. A no właśnie, mam wypróbować moją mp3 i laptop ze skanerem odcisków palców. Gdybym je jeszcze miała. 
( w bazie):
Ski: A więc postanowione Solange spędzi z nami te pierwsze 3h.
Mar: A właśnie że z nami.
Sz: Och, dajcie spokój! Ile można! Z kim chce, z tym będzie spędzała swoje urodziny.
Mar: Dobra, masz rację. Nie ma sensu się kłócić.
Ski: Okey, mimo to nadal uważam że powinnaś być ciut bardziej nie ufna. Ale jakoś mi to specjalnie nie przeszkadza. Nawet ci z tą twoją ufnością do twarzy, Marlenko.
Mar: Tak myślisz? Dziękuje.
Rico: O jaaciieee!!
Sz: Zaraz zaczną się komplemenciki i słodkie oczy. 
Rico: Bleee.
Sz: Czyli mam zawołać już Solange?
Ski: A tam możecie Szeregowy!
Sz (woła): Sol!!
Sol (wchodzi do bazy): Już, spokój. Kowalski?
Kow: Tak?
Sol: Dziękuje ci za ten wiersz co napisałeś dla mnie, jest bardzo ładny.
Kow: Naprawdę?
Sol: Tak. Powinieneś zostać poetą. Mówię ci.
Sz: Mam pomysł! A może dla zgody, połączymy nasze przyjęcia?
Kow: Chmm… to całkiem niezła myśl.
Rico: Zero sprzeczek.
Mar: Okey, współpraca. Świetnie. Zawołam dziewczyny.
Sol: A i zawołaj też Domi. Jestem pewna że też chce się rozerwać.
Mar: Wedle życzenia.
Sol: A zatem zaczynajmy imprezę. Rico, puść jakieś fajne piosenki.
Rico: Spoko.
Sol: Jak ja tylko ze Stellą wytrzymam. A co jeśli znów mnie poniesie?
Sz: Uspokój się i policz do 10.
Sol: A jak nie wytrzymam, i będę chciała jej przyłożyć?
Ski: To my cię powstrzymamy! A jak będzie trzeba, to ci pomożemy.
Sol: Haha. To zależy na jaką skalę przesadzi?
Ski: Oczywiście. Czasami nie można sobie odmówić odrobiny przemocy.
Sol: Szczególnie kiedy chodzi o Stellę.
Ski: O tak! O nią szczególnie. Ale dość! Macie się świetnie bawić żołnierzu!
Sol: A jak! To w końcu moje pierwsze urodziny.
Sz: Więc czas rozpocząć zabawę.
Rico: Jazda! (puszcza muzykę, i baza zaczyna dudnić)
Sol: Rico! Ale nie tak głośno. Ścisz trochę.
Rico: Jasne. Tylko…. Gdzie jest pilot?
Sol: Coo??
Ski: Żołnierzu, to nie czas na żarty!
Kow: Czuję że wysadzają mi uszy.
Rico: To nie żart. (szuka pilota)
Kow: Depresja…. Ból….
Sol: Szczególnie kiedy chodzi o muzykę puszczoną na cały regulator.
Ski: My nie lemury! Operacja „Przerwanie klonowania populacji lemurów” rozpoczęta. Poszukiwanie pilotu, START! (pingwiny wszędzie szukają, a do bazy wchodzi Król Julian)
Kr.J: Ale że wy gupie ptaki, wreszcie doceniacie czym jest muzyczka która wszystko za głusza, w pozytywnym sensie. Tego bym się nie spodziewał. Chlip. Nie wiedziałem, że doczekam się takiej pieknej chwili, dla moich uszów. Chlip. Maurice, dołączmy do nich, oni są tak pochłonięci tym tańcem, że aż widać że brakuje im uczestników imprezy. No, a patrz (biegnie Rico, z desperacją poszukuje pilota) jaki on jest zacięty, aż bucha z niego ten entuzjazm. Jaki jest pochłonięty tą czynnością, aż go całego telepie w środku. Co za zaciętość!! Maurice! Pomóżmy im! Zgłośnij jeszcze muzyczkę, by się lepiej rozkoszowali tą chwilą.
Mau: Dobrze, wasza wysokość. (klika na pilocie, po chwili pingwiny chwytają się za uszy)
Kr.J: No i widzisz, jak im się mordki przekrzywiły w drugą stronę. To dobry znak! A teraz tańczmy, i kibicujmy im, żeby dopięli swego. (zaczynają tańczyć) Dawaj, ptaku, dawaj! I się nie poddawaj! Ale oni są zacięci, ja nie mogę. Aż piórka im lecą! Szkoda że na końcu i tak zawsze lądują w torbie na mrożonki. Pingwinina, jest dobra, ale za dużo, strasznie szkodzi. Później próchnica się tworzy, pojawiają się halucynacje, i bardzo duże objawy wścieklizny. Arrr!!
Mau: A może powiemy im, że to my mamy pilot?
Kr.J: No, ale przecież widzisz. Oni są tak zajęci, że grzechem byłoby im przerywać. A patrz no tylko na tego małego, aż widać że chłopak ma wrodzony talent.
Mau: Mi się wydaje bardziej że oni czegoś szukają, i to bardzo szybko.
Kr.J: Nie dociera do mnie twoje Ple Ple. A przecież bez tego Ple Ple da się wytrzymać. Więc nie rozumiem czemu używasz Ple Ple. Ty PlePlepie, jeden, ty.
Mau: Grr… mówię tylko, że pingwiny raczej chcą odszukać pilot.
Sz (odwraca się i widzi): Szefie! Julian ma pilot!
Ski: Co???
Sz: SZEFIE!!! JULIAN MA PILOT!
Ski: Ogoniasty? (chwila ciszy) Natychmiast, mi tu oddawać pilot!!
Kr.J: Co mówisz?
Ski: Oddaj mi pilota i to na-ten-tych-miast!!
Kr.J: Eee… o co ci chodzi?
Ski: Głupie lemury, mają przymulony tok myślenia.
Kow: To pewnie wina ewolucji.
Ski: Tak! Matka Natura nie zna litości! Stworzyła taką jednostkę nie zdolną do samodzielnego życia lub gospodarowania, o nazwie lemur!! To był błąd!!
Sz: Szefie! Mam go!! (chwyta pilot) Już. Cała sytuacja opanowana. (klika i ścisza muzykę)
Ski: Och! Co za ulga!!
Kow: Istotnie.
Sol: O tak! A teraz delikatnie przełącz przycisk, i znajdź jakąś fajną piosenkę.
Sz: Nie ma sprawy.  (puszcza Evansence)
Sol: Uff!
Mar (wchodzi do bazy): Już jesteśmy!
Sol (lekko zdenerwowana widząc Stellę)
Kow: Spokojnie, jak coś to opanujemy sytuację.
Sol: To w takim razie, pora zacząć imprezę. (w myślach): Przyjęcie było przednie, a goście zadowoleni. Po oglądnięciu filmu przygodowego (fochy Stelli) i filmu historycznego, poszliśmy grać w różne gry planszowe i te inne. Np. Prawda czy Wyzwanie, Quiz ( jeśli chodzi o wynik to był 1:1 <Solange vs Kowalski> Hehe. Warcaby, Monopoly, Scruble i te inne. Później graliśmy w różne gierki na laptopie, i na konsolę.  Było naprawdę świetnie. Po rozmowach, pogawędkach i dowcipach, dostałam masę prezentów. Gdzie ja znajdę na to miejsce? Teraz właśnie puszczają piosenki, ale bardziej takie dyskotekowe. Niektórzy tańczyli na parkiecie, a ja jednak chciałam poczekać na te wolniejsze kawałki, tak samo jak Skipper. Nagle sobie zdałam sprawę, że ja przecież nigdy nie tańczyłam. Więc nie wiem czy będę umieć. Po chwili skończyła się jedna piosenka, i zaczęła dużo spokojniejsza. Skipper z Marlenką weszli na parkiet i zaczęli tańczyć. Widząc to pewien wysoki pingwin, podszedł do mnie i się spytał, czy bym z nim nie zatańczyła. Zgodziłam się niepewnie, od razu mówiąc że nie zbyt umiem tańczyć. No to on: Że mnie nauczy. No i się rozpoczęła nauka. Okazało się że to nie było takie trudne. Chwilę później już umiałam przynajmniej trochę tańczyć. Chociaż to, bo nie musiałam ryzykować upadku. Delikatnie go objęłam i zaczęliśmy poruszać się w wolny rytm muzyki. Nawet Julian (CUD!!!) nie robił tych swoich wygibasów na co dzień, tylko elegancko tańczył. Ale to nie mogło trwać długo, i po chwili wyjątkowa atmosfera zniknęła , i znów zrobiło się głośno. Stella skorzystała z okazji i nauczyła nas paru tanecznych kroków. Widać że uwielbia taniec, szczególnie ten dyskotekowy, na dodatek zna go dosyć dobrze, przez co najlepiej tańczyła na imprezie. No ale, mi niezbyt odpowiadały wygibasy i pląsy na środku sali. Bardziej wolałam spokojny taniec, więc poszłam do Rico (który robił za Didżeja) żeby przełączył na coś dużo wolniejszego. Nasz oddziałowy spec od demolki zrobił tak jak chciałam. No i skończył się wreszcie ten łomot. Ponownie zaczęliśmy tańczyć na parkiecie z Kowalskim, tym razem dużo lepiej mi szło, bo już wiedziałam co mniej więcej robić. Było naprawdę czarująco. Impreza trwała do 23.00 chociaż Julian upierał się że ma trwać do 1.00 w nocy minimum. Ale Skipper uparł się że ma być do 23.00 i koniec, i kropka. Nie przeszkadzało mi to, i tak się cudownie bawiłam. Czyli następne takie przyjęcie dopiero za rok. Om… nie wiem jak ja tyle wytrzymam. Ale trzeba przeczekać. Kiedy była 23.00 wszyscy poszli na swój wybieg, i został tylko podstawowy skład zamieszkujący bazę czyli: Ja, Skipper, Szeregowy, Kowalski i Rico. Jeszcze chwile rozmawialiśmy i sprzątaliśmy resztki jedzenia co zostało po moim przyjęciu, a potem w końcu położyliśmy się spać. Wszystkie prezenty musiałam gdzieś położyć w różne miejsca bazy, bo do schowka mi się one nie zmieściły. Zaś wiersz  i różę położyłam na półce. Moje pierwsze urodziny były niesamowite, i jestem na 100% pewna, że zapamiętam je na długo.
Pingwiny z madagaskaru odc.9 Przyjęcie powitalne cz.2
| 13 komentarzy |
Pingwiny z madagaskaru odc.9 Przyjęcie powitalne cz.2
(Baza, cztery dni później):
Sol (w myślach): Kolejny nowy dzień. Jestem tu od niecałych dwóch tygodni. A tyle się zmieniło. Naprzykład mamy nową sąsiadkę-Stellę. Och! Jaka ona potrafi być męcząca. Non stop imprezy, zakupy, a jeszcze dzisiaj Piżama Party, na które jesteśmy zaproszone my, to znaczy ja i Marlenka. Jeśli o mnie chodzi najchętniej spędziłabym ten dzień czytając jakąś książkę lub eksperymentując, a nie tańcząc na parkiecie. Ale zaproszenie jest nie do odmówienia. Tak powiedziała i tu cytuję „Macie przyjść bez warunkowo”. Ech! Czeka mnie „wspaniała” noc plotkowania, gadania o ciuchach i najnowszych trendach. Napewno będzie nas malować tymi różnymi kosmetykami, od stóp do głów. A raczej, od brody do czoła. Już nawet się boję pomyśleć jak będę wyglądać po tej „fantastycznej” imprezie. Mogę się jedynie pocieszyć że nie tylko ja.
Kow: Czyli dzisiaj idziesz do Stelli na noc?
Sol: Mhmm...
Kow: Udanej nocki życzę.
Sol (sarkazm): Tia, napewno się wyśpię.
Kow: Haha. Przetrwasz to, w sumie to tylko 10h.
Sol: Ale za to jakich. Mam nadzieję że nie zamierza nas tam dłużej przetrzymywać. (do bazy wchodzi Marlenka)
Mar: Gotowa?
Sol: Tak. W zasadzie już wszystko wzięłam. Szczotkę, poduszkę i IPhona.
Kow: Ty masz IPhona?
Sol: Yhym.
Ski: Co to IPhone?  
Kow: To Smartfon, mający pełnić funkcję telefonu komórkowego, platformy rozrywkowej i komunikatora internetowego. Posiada także przeglądarkę internetową. Jest bardzo nowocześnie wykonany, jak i dosyć drogi. 
Ski: A skąd takie urządzenie masz Sol?
Sol: Kiedyś sobie kupiłam.
Sz: A mógłbym na nim sobie pograć?
Sol: Pewnie, tutaj masz. Tylko proszę, bądź ostrożny.
Rico: A ja też mogę?
Sol: Tak, wszyscy możecie, ale uważajcie. Bo jest dosyć delikatny.
Rico: Okey.
Sol: A! I zaraz go zwróćcie. Okey. Jestem już gotowa.
Mar: A wzięłaś tabletki usypiające na wypadek bezsenności naszej koleżanki?
Sol: Pewnie! Nigdy nic nie wiadomo.
 
(Wybieg lemurów)
Ste: Dokładnie za pięć minut powinny się tu zjawić. Wszystko już gotowe. A i jeszcze jedno nie przeszkadzajcie nam. To ma być wyłącznie babski wieczór.
Mau: Ma się rozumieć.
Kr.J: Ale jak to?! Muzyczka będzie grać, a nasze pupcie będą stać w miejscu? Podczas gdy impreza będzie całkowicie rozkręcona. Ale jakże to?!
Ste: Poprostu. Wytrzymajcie tylko jeden dzień bez tańca, a od jutra możecie tańczyć do woli. A narazie lulu.
Kr.J: Ale jakże to?!
Ste: Lulu.
Kr.J: No ale...
Ste: Czy ja się nie wyrażam jasno?!
Kr.J: Dobrze, dobrze. Już idziemy. (idą spać na hopsalnie)
Ste: Och! Już idą! (widzi zbliżającą się Marlenkę i Solange) Hej dziewczyny! Chodźcie tu!
Sol: Ech!
Mar: Nie przejmuj się. Może nie będzie tak źle.
Sol: Warto zachować optymizm.
Ste (podbiega do dziewczyn, i mówi słodkim głosem): Witajcie! Już wszystko gotowe. Na początek może zrobimy sobie sesje zdjęciową. Chodźcie! (Dziewczyny idą pod parasol, i widzą stertę ubrań)
Sol: Ale ty wiesz że pingwiny nie noszą ubrań?
Ste: Och! Trzeba to jak najszybciej zmienić. No więc tak, zaczynam pierwsza. Będę przymierzać ubrania, a wy będziecie mówić jak wyglądam. Zaczekajcie! Idę się przebrać (idzie do małej budki z bambusa)
Sol: Ech!
Mar: Spoko, może być nawet fajnie.
Sol: Taa. (w tym momencie wychodzi Stella ubrana w jaskrawą mini, i przechodzi przez wybieg zrobiony z liści, robiąc po drodze różne pozy) [szeptem]:Nie no, to jakieś żałosne jest.
Ste (zatrzymuje się i robi piruet): I jak wyglądam? Czy w tej czerwonej mini jest mi dobrze? A może mnie pogrubia?
Mar: Eee...nie. Jest całkiem, całkiem w porządku.
Ste: A ty jak myślisz Sol?
Sol: Może być.
Ste: Trochę jednak mnie uciska z tyłu. Ale to nic. Da się wytrzymać. Okey, no więc teraz czas na następny ciuch. (wchodzi do budki, za chwile pojawia się w czarnym obcisłym topie bez ramiączek i plisowaną spódnicą) A co myślicie o tej spódnicy? Nie za wąska w talii?
Sol: Jest w porządku.
Mar: Trochę za bardzo pomarańczowa ale może być.
Ste: Ale jak to za bardzo? W tym sezonie jest modny pomarańcz przecież. Patrzyłam na najnowszy katalog mody i właśnie tam tak pisało. Znaczy ja tylko przeglądałam obrazki, i nie wiedziałam co jest pod nimi, ale mogłam wywnioskować z ilustracji że jest modny pomarańcz.
Sol: Okey, faktycznie. Nie jest za pomarańczowa.
Ste: No.
Mar: Dobrze, więc idealnie na tobie leży.
Ste: Ej dziewczyny! A co lepsze ten purpurowy podkoszulek czy ten niebieski top?
Mar: Eee...ten niebieski top.
Ste: Wiedziałam. Dobrze, czyli czas na następny ciuch. (wchodzi do budki)
Sol (kładzie głowę na stoliku): Nie no, to jakaś tragedia jest. (Stella wychodzi znów z budki tym razem ma na sobie wściekle różową obcisłą sukienkę, robi kilka póz, a na końcu kładzie się na ziemi i robi szpagat który jej nie wychodzi i nie może wstać)
Ste: Ups! Pomóżcie!
Sol/Mar: Ech! (podnoszą z ziemi Stellę)
Ste: Czyli jak? Co myślicie o tej sukience?
Sol (patrzy z niesmakiem na ubranie): Eee...myślę że raczej nie pasuje do ciebie.
Mar (podobnie do Sol): Też tak sądzę.
Ste: Ale to jest najmodniejsza sukienka w tym sezonie! Każdy teraz takie nosi. A według mnie pasuje na mnie idealnie i jest bardzo wygodna. Ojć! (nagle materiał sukienki z tyłu się pruje) Ale tak nie może być! To była najpiękniejsza sukienka, musi być idealna! A teraz jest do wyrzucenia! Muszę ją ocalić! Każda dziewczyna miała mi zazdrościć! Miałam być najpiękniejsza, i najmodniej ubrana ze wszystkich! Ta sukienka powinna się nigdy nie zepsuć!! (dziewczyny patrzą zdziwione jak lemurzyca goni po całym wybiegu i panikuje)
Sol: Ona, ona, ona się tak przejmuje zwykłą sukienką?!
Mar: Dziwne.
Sol: No, przecież to tylko głupia kiecka, tak czy siak kiedyś by się zniszczyła. Taka rzecz nie jest wieczna.
Ste (staje koło dziewczyn): Ale ona jest najmodniejsza, i w dodatku drogiej marki!
Sol: I tak by się kiedyś zniszczyła.
Ste: Zawiodłam się na tej firmie. Myślałam że jak za coś płacę, to dostanę coś porządnego. (znów zaczyna biegać dookoła i krzyczeć)
Sol: Em. Jak można się przejmować tak zwykłą rzeczą? A swoją drogą spruła się tylko dlatego że była na nią nadzwyczajnie za mała, a ona na siłę chciała w niej chodzić. O to rezultat.
Mar: A swoją drogą, kto by tak się przejmował ciuchami?
Sol (wzrusza ramionami): Nie wiem. (Po godzinie Stella przestaje panikować i się uspokaja)
Ste: Okey, teraz czas na kurs makijażu i malowaniu paznokci. Siądźcie tutaj! (dziewczyny siadają na stołkach przy drink-barze który teraz jest stołem kosmetyczki) Okey. Zaczynajmy malowanie paznokci.
Sol: Jej, tu są praktycznie wszystkie kolory. Eee...Stella?
Ste: Tak?
Sol: Ja nie mam paznokci.
Ste: Oczywiście że masz (bierze pisaki i maluje rękę na skrzydle Solange) Już masz.
Sol: No ale...
Ste: Może nie są idealne, ale można je malować.
Sol: Wolę nie.
Ste: Och, jak wolisz sama nie próbować, to ja ci zrobię. W tym roku jest modny kolor jaskrawo czerwony. Masz czarne włosy więc będzie ci do twarzy w nim. (maluje jej skrzydło, zaś Marlenka maluje sobie paznokcie na kolor bezbarwny) A tobie Marlenko, jak ci idzie?
Mar: Świetnie (pokazuje dłoń)
Ste: Może być. Teraz zamocz je na pięć minut w zimnej wodzie będą trwalsze. A co do ciebie Sol, już masz pomalowane paznokcie, i wszystko zrobione.
Sol (patrzy na zeskrobany lakier na swoim skrzydle): Eee...jasne.
Ste: Co do nas, zrobię ci super-stylowy makijaż. Jedna modelka w katalogu miała super-modny makijaż, zamierzam ci też taki robić. Zacznijmy od podkładu, twoja cera jest jakaś taka blada, aż dziwne. Powinnaś zażywać więcej kąpieli słonecznych.
Sol: No ale ja jestem pingwinem, zawsze będę biała.
Ste: To trzeba zmienić (bierze pędzelek i pudruje twarz Sol, zajmuje jej to pół godziny) No wreszcie jest choć trochę ciemniejsza! Uff! Zużyłam cały ciemny podkład na twoją twarz, ale nic nie szkodzi. Strasznie ciężko zmienić ci cerę.
Sol: A czy mogę zaglądnąć do lusterka?
Ste: Nie! Wynik końcowy ma być niespodzianką. A teraz nałożę ci róż. (nakłada czerwony róż na policzki Sol) Okey. A teraz, będę nakładać kosmetyki w porządku alfabetycznym. Czyli tak. B jak błyszczyk.
Sol: Ale ja nie mam warg.
Ste: Oczywiście że masz, ta pomarańczowa warga trochę zniekształcona to też warga. A teraz masz (nakłada błyszczyk na dziób Solange) później jest jak E-eylier. (nakłada eylier, później cień do oczu, tusz do rzęs, i szminkę) Świetnie! Ale tego nie zmywaj! Mówię ci chłopaki padną na twój widok.
Sol (sarkazm): Z pewnością.
Ste: A teraz pogaduchy. Chodźcie. Przygotowałam kilkanaście filmów romantycznych. Nie będziecie się nudzić.
Sol: Eee...a masz jakiś film przygodowy?
Ste: Co ty! Przecież to nudy. A teraz chodźmy. (dziewczyny kładą się na leżakach i oglądają w  telewizorze jakiś kiepski romantyczny film, który ma przypominać komedie)
Ste (cała zapłakana): Czy to nie romantyczne? Jak on ją całuje.
Sol (zupełnie przynudzona): Tia...(przegląda sieć w Iphonie)
Ste: Ale ile to uczucia. Też marzę o takiej miłości.
Sol: Yhy.
Ste: Marlenko, prawda że to nie cudowne?
Mar (pochlipuje): Chlip, niesamowite. Chlip.
Ste: To takie wspaniałe. Hahahah! Patrzcie! Veronica idzie na randkę z Ryszardem w niebieskiej sukience do pasa. Przecież każdy wie, że te sukienki wyszły rok temu z mody. Nie ma teraz żadnej szansy na miłość.
Sol (przewraca oczami, i dalej przegląda IPhona): Yhy.
Ste: O patrzcie. Już jest w restauracji, teraz pewnie ją rzuci. Ha! Wiedziałam, rzucił ją. Och! Veronico, musisz się przeglądnąć jeszcze raz w lustrze zanim będziesz iść na spotkanie z boskim Ryszardem. A tam Esmeralda, już idzie. O! Tak! Ta ma szanse na miłość, dobrze wie że jak się ubierać. Ta mini ma powodzenie.
Mar: Eee...faktycznie.
Sol: Yhy.
Ste (patrzy w telewizor): Tak! Teraz albo nigdy, delikatnie, ale namiętnie. Tak romantycznie, to ma być pocałunek życia. No dalej! Pocałujcie się! Delikatnie i...TAK! Pocałowali się! Uch! Chyba zaraz zemdleje, a jednak nie. Jejuńciu! Esmeralda rozpuszcza włosy! Nie pozwólcie jej! Styl „Roszpunka” był modny miesiąc temu. Nie pozwólcie jej! Esmeraldo! Nie rób tego! Ryszard się załamie. Czemuż mnie nie posłuchałaś!! Rozpuściłaś swe włosy, a teraz cię...rzuci. Wiedziałam! A trzeba było mnie posłuchać. Czemu mnie nie posłuchałaś Esmeraldo!! (zasłania sobie usta rękoma i zaczyna płakać)
Sol (bez żadnych emocji, nadal przegląda IPhona): Yhy.
Ste: Och nie! Esmeralda w dołku! Ale czekajcie! Ryszard za nią biegnie. Może jeszcze ma szanse ją dogonić! Dawaj Ryszardzie, dawaj! Wytłumacz jej jak wielki błąd popełniła rozpuszczając swe włosy, ale daj jej drugą szansę. Napewno się poprawi i nigdy już tego nie zrobi! Ryszardzie dogoń ją!! Tak! Udało się! Wytłumacz jej! Wytłumacz jej to, i nie oszczędzaj w słowach! Tak! Esmeralda na nowo wiąże swe włosy gumką i już są parą. Niesamowicie. Mam nadzieję że już nigdy nie popełnisz tego błędu Esmeraldo. (w tym momencie film się kończy) To są emocje. Ale jaki z tego morał i przesłanie. Ja nie mogę. Chyba zaraz zemdleję, a jednak nie.
Sol: Yyy...co? (przez chwilę przestaje patrzeć w IPhona)
Ste: Skoro już sobie popłakałyśmy, to proponuję abyśmy sobie trochę pogadały. Zaczynamy! Ja już jestem gotowa. No więc zaczynamy. Wiecie że Victoria Newtons i Arthur McGreen. Są parą!! Jeej! Aż mnie ściska! Na początku upierali się że to tylko przyjaźń, ale to nie prawda. W końcu stali się parą, i się TAK pocałowali że szok. Tak namiętnie i romantycznie. Ale później okazało się że Arthur McGreen zdradza Victorię Newtons z Alicią Onfly. Wszyscy wpadli w szał, bo zbierali na bukiet weselny dla Arthura i Victorii, a tak to musieli przestać odkładać kasę do skarbonki. No niestety z bukietu nic nie wyszło, a tak się wszyscy starali. Victoria w końcu rzuciła Arthura i odeszła. I wszyscy byli zadowoleni bo nie musieli składać już na ten bukiet. Interesujące prawda?
Sol: Niet.
Mar: To zależy kim są te osoby.
Ste: To wy nie znacie Victorii, Arthura i Alicii? To bardzo sławne osoby!
Sol: Odkryły coś, lub dokonały czegoś?
Ste: Tak! Dały najwięcej autografów! Niesamowite.
Sol: Ta..faktycznie niesamowite.
Ste: Ej! Oni są najsławniejsi, wszyscy się nimi interesują.
Sol: To zależy jak rozumiemy słowo „sława”. Ludzie sławni to ci ,którzy dokonali wielkich odkryć, wynaleźli coś. A to. To nie jest sława.
Ste: Nie znasz się. Teraz wy, jakie macie gorące informacje.
Mar: Raczej nie mamy.
Ste: Jak to?! Nie kupowałyście najnowszych magazynów o gwiazdach.
Sol: Niezbyt nas to szczerze interesuje, więc nie. Nie kupowałyśmy.
Ste: No cóż. To wam jeszcze powiem że królowa dżinsów przeznaczyła połowę swojego majątku swojemu psu. Tak, nie żartuje! Swojemu psu! (i tak Stella zanudzała dziewczyny przez pięć godzin różnymi plotkami, Solange i Marlenka były już naprawdę wyczerpane, gdy już jest trzecia w nocy) A gdy...
Sol: Tak, już wiemy. Może poszłybyśmy spać?
Ste: Wykluczone! A wiecie że Prissy Anderson flirtuje potajemnie z...
Sol: S.P.A.Ć!!
Ste: Dobrze, tylko to do kończę (dwie godziny później, piąta w nocy)
Sol (ma już szare cienie pod oczami): Ja już tego nie wytrzymam dłużej!
Mar (tak samo jak Solange): Ja też. Masz te tabletki?
Sol: Jasne, zrobię jej koktajl i je wrzucę. Natychmiast uśnie!
Mar: Dobra myśl.
Sol: Ok. (robi koktajl a następnie podaje Stelli): Proszę.
Ste: Dzię...(nie zdążyła powiedzieć, bo w tym momencie zasypia, dziewczyny przybijają sobie piątkę)
Sol: Oki, a teraz czas spać. Co do jasnej ciasnej?
Ste: Już dzień! Nowy dzień! Dobrze się wyspałyście?
Sol: Nie no, to jakieś...
Mar: Jakieś jaja są.
Ste: Nowy piękny ranek. Cudowny piękny ranek. Wyspałam się jak nigdy przedtem.
Sol: Ona spała tylko kilka minut!!
Mar: Właśnie.
Sol: To jakiś robot czy kipierony!
Mar: Raczej nasz koszmar. A zresztą my też spałyśmy tylko kilka minut. Uaa! Jestem taka padnięta i zmęczona. Nie mogę już. Będę spać cały dzień.
Sol: Ja też. Muszę iść do bazy.
Ste: Papa! Dziewczyny! Zaglądnijcie do mnie jeszcze czasem. Jejciu! Wy śpicie na stojąco. (potrąca je i dziewczyny spadają z muru na ziemię) Papa! (odchodzi)
Sol (cała wściekła): Ste...Ste...
Mar: Stella!!
Sol (zaciska skrzydła): Jak ja ją jeszcze raz dorwę to normalnie, nie wiem co jej zrobię.
Mar: Być może. Ale chodźmy już do naszych domów. Mam ochotę się przespać.
Sol: Okey. (idzie do bazy)
(baza, rano):
Ski: Kowalski, tutaj pasowałoby dokręcić śrubkę. O tak i jeszcze...Eee...co tu się wyprawia?!
Kow: Na kwantową dystorsję! Solange! Jak ty wyglądasz!!
Rico: No nie.
Sz: O jej.
Kow: Co ci się stało? Przewróciłaś się?
Sol: Ale co?
Ski: Rico, podaj jej lustro.
Sol (patrzy się w swoje odbicie i widzi dziób kapiący od czerwonego błyszczyku, tusz ściekający po twarzy, oczy jak u sowy, policzki całe czerwone, niewątpliwie wyglądała jakby dopiero co ją potrąciło auto): Aaa!!
Ski: Gdzieś się tak dorobiła?
Sol (krzyczy na całe zoo): Ste! Ste! Stella! Ja cię jeszcze dopadnę!!
Pingwiny z madagaskaru odc.9 Przyjęcie powitalne cz.1
| 5 komentarzy |
Pingwiny z madagaskaru odc.9 Przyjęcie powitalne cz.1
(Baza, rano):
Kow: A-psiiik!
Sol: Brawo! Brawo! Normalnie Congratulations! W sumie wiedziałam że skończy się to zapaleniem, albo jeszcze gorzej.
Kow: Och So! Przecież nic mi nie jest... a-psiiik! 
Sol: Taa...a to kichnięcie to co? Oznaka zmęczenia?
Kow: Nie!! Nie jestem ani zmęczony, ani przeziębiony!
Sol: Powiedz to swojemu organizmowi. Jesteś pewny że nie powinniśmy cię zabrać do lekarza?
Kow: Tak! Jestem na 100% pewny!! I proszę, możesz już zdjąć ten szalik, przecież się tu niedługo uduszę! Wtedy dopiero będzie mi potrzebny pracownik obsługi medycznej.
Sol: A jasne! (ściąga Kowalskiemu ogromny wełniany szal)
Kow: Uff. Co za ulga!
Sol: Jest ci zimno?
Kow: Nie.
Sol: Naprawdę? Bo wiesz jak co, to mam zapasowe osiem kołder, trzy koce i dwie poduszki.
Kow (otwiera szeroko oczy): Nie jest mi zimno.
Sol: A za ciepło?
Kow: Też nie!
Sol: To co byś chciał?
Kow: Wstać i iść do laboratorium!
Sol: Odmawiam!!
Ski: Solange ma rację. Kowalski! Odpocznijcie sobie.
Kow: Ale...kiedy ja sobie w taki sposób odpoczywam. Tworząc wynalazki, eksperymentując. A- psik!
Sol: Taa...kichanie też się do tego zalicza?
Kow: Bardzo śmieszne. Jestem zdrów jak ryba! A-psik!
Sol: Na serio?
Kow: Tak serio!!
Sol: To masz! (wpycha mu do dzioba termometr) Szeregowy! Idź mu za pięć minut sprawdzić jaką ma temperaturę, tak jak cię uczyłam. A ja tym czasem zrobię mu herbatę.
Sz: Nie ma sprawy.
Kow: Aaa....to szą tortuszy.
Sz: Mógłbyś wyjąć Kowalski termometr, bo cię ciężko zrozumieć. (widzi złą minę Kowalskiego) Aaa...no tak.
Ski: No nic Kowalski, padliście ofiarą przeziębienia. Wydobrzejecie żołnierzu.
Kow: Ja jusz...się dobsze czuje.
Sol: Chcesz Kowalski zupę z łososia?
Kow: Niesz!
Sol: Dobrze, w takim razie zrobimy ci talerz pysznej łososiowej zupki. Rico! Zajmiesz się tym?
Rico: Robi się. (wyjmuje rybę i ją kroi, następnie pokolei ją przyrządza)
Kow: Nie chce żadnegosz wywaru, powstającego przez gotowaniesz różnych składnikósz.
Sz: Sol? A jeśli ofiara przeziębienia wyraźnie okazuje swój bunt?
Ski: Szeregowy! Trzeba ją obezwładnić przecież.
Kow: Czoooo??? ( i tak Kowalski zostaje uwięziony pod stosem grubych koców) Przeginaszcie!
Sz: Termometr poproszę (wyciąga z dzioba Kowalskiego) Aha. Tak jak Sol mówiła. Masz trzydzieści osiem stopni.
Kow: Nie mam żadnej eutermii!
Sol: Rico zrobiłeś już zupę?
Rico: O tak!
Sol: Świetnie. Chcesz Kowalski? Proszę! (wpycha mu ogromną chochlę do dzioba) I jak smakuje ci? (Kowalski z trudem połyka)
Sz: Chyba chce więcej?
Rico: Robi się! (wpycha mu kolejną chochlę)
Kow: Sadyści!! (uwalnia się i biegnie na zewnątrz)
Rico: Kolejna chochla?
Ski: Chyba dwie mu wystarczą.
Sz: Ale widzicie jak teraz śmiga, chyba odzyskał zdrowie. I to dzięki nam!
Ski: Możemy być z siebie dumni (przybijają sobie piątki)
Sz: Ale teraz biedny Kowalski, powinien się wygrzewać. Nie sądzicie? Znowu złapie katar, jak tak od razu zacznie uprawiać sprint.
Sol: Racja! Trzeba go złapać.
(Tymczasem, wybieg wydry):
Mar (odbija piłkę i widzi Kowalskiego biegnącego do niej): O, cześć Kowalski!
Kow: Marlenko! Ukryj mnie gdziekolwiek! Oni mogą przyjść tu po mnie w każdej chwili i mnie zniewolić.
Mar: Ale co?
Kow: Nie czas na wyjaśnienia!
Mar: Dobra, dobra. Chodź.
Kow: Och, dzięki Marlenko! (biegnie do jej jaskini)
Mar: Dziwna sprawa, e tam! O! Cześć Solange!
Sol: Hej! Widziałaś gdzieś Kowalskiego?
Mar: Eee...tak.
Sol: Gdzie jest? (nagle z kosza na śmieci wyłania się Skipper):
Ski: Czysto! (zza ławki pojawia się Szeregowy)
Sz: Tu też Szefie! (a zza latarni Rico)
Rico: Tu też, zbiega ani śladu.
Mar: Ej! Czy wy tak zawsze musicie się wygłupiać? O co chodzi?
Ski: To ściśle tajne Marlenko.
Sz: Ej! A jak mamy się od niej dowiedzieć potrzebnych nam informacji, skoro nie powiemy jej po co tu przybyliśmy?
Ski: A no faktycznie. Więc Marlenko, mam do ciebie takie pytanie. Widziałaś gdzieś takiego jednego pingwina, wysokiego?
Mar: Kowalskiego? Tak.
Sol: Powiesz nam w którym kierunku poszedł?
Mar: Eee...tędy, może tędy. (wskazuje na dwie przeciwne strony) Ale to było już dawno, a teraz już wybaczcie! Idźcie! (popycha pingwiny zza swój wybieg)
Ski: Czuję tu jakiś przekręt Marlenko.
Sol: Skoro nie widziałaś Kowalskiego i nic nie ukrywasz. Nie będziesz mieć pewnie nic przeciwko abyśmy na chwilę wpadli do ciebie. Dosłownie na minutkę. (pingwiny biegną do jaskini)
Mar: Już nic z tego nie rozumiem.
(W jaskini):
Kow: Uff! Tu mnie już nie znajdą! (nagle czuje jakieś skrzydło na ramieniu)
Sol: Hello! Are you Kowalski?
Kow: Aaaa!!! (wybiega z jaskini)
Ski: Łapać go, nie może nam uciec! (pingwiny za nim jadą ślizgiem)
Mar: Nic z tego już nie rozumiem. (tymczasem pingwiny zapędzają Kowalskiego w ślepą uliczkę i go chwytają)
Kow: Jestem zdrowy. A-psik!
Sz: Yhy. (idą do bazy, a Kowalskiego dają na pryczę i przykrywają pięcioma kołdrami i dwoma kocami)
Ski: Coś możemy dla ciebie jeszcze zrobić?
Kow: Już mówiłem! Chce być o lata świetlne od was!
Sz: Biedaczek, na nowo pojawia się mu gorączka.
Rico: No, niestety.
Ski: Trzeba się będzie przygotować na najgorsze.
Kow: Ale co?
Sol: No właśnie. Kowalski ma tylko przeziębienie. Od tego się nie umiera w dzisiejszych czasach. Są leki. A propos. Czy dałam ci syrop na przeziębienie?
Kow: Tak, dałaś, dałaś!
Sol: Ciekawe, pokaż język.
Kow: Nie wypada tak raczej.
Sol: Pokaż, pokaż.
Kow: O...o...okey. (pokazuje język)
Sol: Nie zażywałeś żadnego syropu, bo byś miał bardziej czerwony. Uwierz, po tym syropie nic ci się złego nie stanie.
Kow: Ech! Dobra. Rób to szybko.
Sol: Dobrze (wkłada mu łyżkę syropu do dzioba)
Kow: Czy ta czerwona ciecz chociaż jest bezpieczna?
Sol: Tak! Smak może ma taki dziwny, ale pomaga.
Kow: Co teraz zamierzacie uczynić?
Sol: A teraz włączymy sobie film.
Kow: Jak...jak...to film?
Sol: Normalnie, tylko nie mów że oglądanie filmu to też zło.
Kow: Nie, film może być. Tylko dziwi mnie to, że nie macie jeszcze nic do zaoferowania ze swoich usług medycznych.
Ski/Sz/Rico: A chcesz? (wyciągają nożyczki, taśmy, bandaże)
Kow: Eee...nie. Wolę film. (reszta pingwinów chowa te przedmioty)
Sol: No więc co chciałbyś sobie oglądnąć?
Kow: Cóż...możemy pooglądać sobie jakiś film o przedmiotach ścisłych?
Ski: Ponieważ jesteście chorzy Kowalski, zrobimy ten wyjątek.
Sz: Jak to mówią; chory nasz pan. (puszcza film o fizyce) 
Sol: No i ja ci zrobiłam ten kalkulator.
Kow: Dziękuje! Pokażesz?
Sol: Pewnie, proszę. (daje mu urządzenie)
Kow: Ile ma opcji! I jest zrobiony w stylu nowoczesnym.
Sol: Wiedziałam że tobie bardziej by pasował jakiś kalkulator któryby posiadał dużo więcej opcji, niż tylko podstawowe.
Sz: A my chcieliśmy cię przeprosić.
Ski: No trochę głupio się zachowaliśmy.
Rico: Fakt.
Ski: A jako prezent przeprosinowy, zrobiliśmy ci pyszną rybę w czterech smakach.
Rico: Ostry, słony, słodki, kwaśny. Bon Appetit! (podaje Kowalskiemu tacę z rybą)
Kow: Dziękuje. Wiecie co? Bycie chorym też ma swoje zalety, w szczególności kiedy ktoś ci towarzyszy w tej chorobie. A-psik!
Pingwiny z madagaskaru odc.8 Intelektualistka cz.3
| 2 komentarze |
Pingwiny z madagaskaru odc.8 Intelektualistka cz.3
(baza, rano):
Sol (wstaje z pryczy): Uaa!
Ski: Wreszcie się pani obudziła, panno Solange. Jest już jakaś 10.00.
Sol (zaspanym tonem): Która?
Ski: DZIESIĄTA!!
Sol: Aaa!!! (spada z pryczy)
Ski: Hello! Witamy na ziemi, a nie w krainie snów.
Sol: Jak mogłam tak długo spać?
Ski: Nie mamy pojęcia. Rico! Proszę przynieść tej o to pani jakąś dobrą sardynkę.
Rico: Masz. (podaje Solange rybę)
Sol: Dzięki. (je i nagle znów zasypia)
Ski: SOLANGE!!
Sol (od razu się prostuje): Tak?
Ski: Widać jeszcze jesteś w czasie snu. Rico! Proszę przynieść tu wiadro zimnej wody.
Rico: Spoko (przynosi i wylewa na głowę Sol)
Sol (cała mokra, otwiera szeroko oczy): Co do ciasnej...
Sz: Chyba się już obudziła.
Ski: Może lepiej jeszcze raz na wszelki wypadek sprawdzić? Rico!
Sol: Nie! Nie! Już się obudziłam! (przeciera skrzydłem twarz)
Sz: Chcesz ręcznik?
Sol: Dzięki. (wyciera się)
Ski: A teraz na misję. (Szeregowy i Rico idą na zewnątrz) A ty Solange?
Sol: Ale co ja?
Ski: No idziesz na misję!
Sol: Aaa...Aa?
Ski: Mam wylać na ciebie osobiście wodę czy może wrócisz do normalności?
Sol: Nie! Jedno wiadro mi wystarczyło. A jaka to misja?
Ski (przewraca oczami): Mamy na celowniku pewien pojazd wiozący świeżą makrelę.
Sol: Czyli to taka prawdziwa misja? A czemu niby tak nagle zdecydowałeś że będę z wami chodzić na misję? Myślałam że jesteś temu przeciwny.
Ski: Bo jestem. Ale potrzebny nam strateg.
Sol: Acha, więc to o to chodzi.
Ski: A o co.
Sol: A Kowalski?
Ski: Mamy wracać do tego samego tematu? Już wszystko ci powiedziałem. A pozatym chociaż raz mogłabyś coś zrobić dla oddziału. Jestem pewny że Kowalski nie miałby ci tego za złe, że przez chwilę byłaś jego zastępcą.
Sol: Napewno?
Ski: No pewnie.
Sol: Okey. To co najpierw mam zrobić?
Ski: Najpierw, droga Solange. Proponowałbym ci dołączenie do reszty, zamiast tu stanie i się przyglądanie.
Sol: Okey, za chwilkę już będę gotowa.
Ski: Nie za chwilę! TERAZ! (ciągnie Solange na górę za skrzydło) No więc operacja „Wóz ekstazy” rozpoczęta. A teraz migiem panowie...i panie. W kierunku miasta!
(Park):
Sol: Eee...Szeregowy?
Sz: Tak?
Sol: Mogłabym jakieś podpowiedzi w sensie tej posady stratega.
Sz: Dobrze, no więc, podam ci parę przykładów. Jeśli szef zapyta o sugestie, ty wyjmiesz swój notatnik i napiszesz dziwne znaczki i słowa których i tak nie zrozumiemy.
Sol: Ale ja nie mam notatnika!
Sz: Kowalski zawsze przy sobie go nosił. No ale trudno, to nam powiesz.
Sol: O...Okey. A jakie czynności mam wykonywać?
Sz: Będziesz grzebać w kabelkach, podłączać je, włamywać się do różnych urządzeń, odgadywać kody i zabezpieczenia. Czeka cię kupa zabawy, w jeden dzień. Mówię ci, wszystko jest wysokiego napięcia, także jakby coś ci się pomyliło to istnieje prawie 100% szansy że cię porazi prądem.
Sol (wystraszona): Eee...faktycznie. Czeka mnie kupa ... zabawy?
Sz: O tak! A na dodatek będziesz jeszcze planowała całą akcję. Będziesz doradzała nam jakie byłoby najlepsze rozwiązanie, albo co powinniśmy zrobić w danej chwili. Nie będziesz się nudzić.
Sol: A oprócz tego coś jeszcze?
Sz: No i jak przyjdzie taka potrzeba będziesz walczyć, ale chyba na takich misjach to raczej nie.
Sol: Aaa...czyli mam: -podawać sugestie w sposób niezrozumiały, -włamywać się do różnych urządzeń –przechodzić zabezpieczenia. Tak?
Sz: Tak.
Sol: Okey. Chyba to wszystko zapamiętam.
Ski: Ej! Idziecie czy nie? (patrzy przez lornetkę) Oho, pojazd z makrelami na trzeciej. Szeregowy! Rico i Szeregowy! Dostaniecie się do wozu poprzez kanały, wtedy kiedy to Kow...znaczy się Solange zmieni światło z zielonego na czerwone.
Sz/Rico: Tak jest!
Sol: No dobrze. (jedzie ślizgiem do panelu elektrycznego) [w myślach]Nie powinnam mieć z tym kłopotów, przecież władam prądem i energią. (wysuwa skrzydło do przodu, pojawia mały błysk, i po chwili światło zmienia się na czerwone, Szeregowy kiwa głową następnie wchodzi razem z Rico do pojazdu. Ale nagle samochód zaczyna jechać jak szalony) Co jest? Co się dzieje do licha? O nie! Szeregowy i Rico!
Ski (przez łoki-toki): Co się tam dzieje?
Sol (przez łoki-toki): Nie mam pojęcia! Coś ruszyło pojazd! Jedzie jak szalony, a kierowca zdążył wyskoczyć z wozu.
Ski: Szlag! Nie będzie makrel.
Sol: Egchm...
Ski: Znaczy musimy ratować Szeregowego i Rico! Nie możemy stracić dwóch z naszych. Co proponujesz?
Sol: Proponuję żeby któreś z nas wsiadło do niniejszego pojazdu i go zatrzymało.
Ski: Czyli jak zawsze wypada na mnie.
Sol: Wiesz...mogę ja.
Ski: O nie! Nie ma sensu abyś się za to wzięła. Kierowanie samochodu to typowo męska rzecz.
Sol: Ech! No dobra. Jak ci się nie uda...
Ski: Jak mi się nie uda, ty wykonuj plan awaryjny. Ale narazie nie opuszczaj stanowiska żołnierzu.
Sol: Noo...dobrze. (Skipper wskakuje do pojazdu i próbuje go prowadzić)
Ski: No dalej...dalej...to coś musi mieć własne sterowanie. Bo inaczej tego się wytłumaczyć nie da. (przytrzymuje płetwę nieumyślnie na gazie i nagle samochód natychmiastowo przyspieszył, i zaczął jechać w kierunku przepaści)
Sol: Och nie Skipper! Co robić? Co robić? Myśl, Sol myśl! Nie ma czasu obmyślać czy to będzie bezpieczne. (zaczyna biec 200km/h i dogania auto, i staje naprzeciw jego)
Ski (zamyka oczy): Już po nas! Solange! Jeśli masz jakiś plan to wykonuj go teraz!
Sol: Robi się (wysuwa prawe skrzydło do przodu, samochód ciągle szybko jedzie, już ma na nią wjechać, ale z trudem go Solange hamuje, gdy już stał na miejscu, dziewczyna była bardzo zmęczona)
Sz: Dziękujemy szefie za uratowanie.
Ski: Nie ma za co Szeregowy.
Sol: Ale..ale...
Sz: Szefie! Myślałem że już będzie po nas, dobrze że szef zjawił się w samą porę.
Sol: Ale przecież....
Ski: No i widzicie Szeregowy, z dowódcą nic wam nie grozi.
Sz: Czyli misja się udała?
Ski: Z całą pewnością mogę stwierdzić że tak. Mamy swoje makrele.
Sz: Ale że szef aż tak dobrze zna się na mechanice, tego bym się nie spodziewał.
Ski: No a widzicie Szeregowy. Uczcie się o de mnie.
Sol: Grrr. Poczekaj no tylko.
Sz: Ciekawy jestem jak to się stało że pojazd tak zaczął jechać jak szalony?
Ski: Wiesz Szeregowy z niektórymi samochodami nigdy nic nie wiadomo.
Sol: A ja jestem jednak ciekawa czemu się tak stało. Otwórzmy maskę i zobaczmy.
Ski: Och! Jak tam chcesz. (otwiera maskę)
Sol: Jejciu! Ile tutaj różnych kabelków! Co tu mogłoby doprowadzić do takiej sytuacji? Nic z tego prawie nie rozumiem. Może ktoś mi tu wytłumaczy to, ktoś kto się zna na mechanice takich dziwnych pojazdów.
Ski (lekko zdziwiony): Skoro chcesz...no więc eee....to powinien być silnik.
Sol: Nie, to chyba paliwo. Sądząc oczywiście z kształtu.
Ski: To niech będzie paliwo, a to .... w takim razie powinien być układ napędowy.
Sol: Wątpię, obstawiałabym bardziej na układzie hamulcowym.
Ski: No więc to hamulcowy, ale tu powinno być zawieszenie.
Sol: Och nie Skipper! Wszystko ci się pomieszało! Tu powinien być układ hamulcowy, a tu zawieszenie.
Ski: A no tak. Czyli w takim razie tu powinien być kierowniczy.
Sol: Nie, tutaj nie powinien być kierowniczy, czekaj...a ten napędowy powinien być tutaj. Hamulcowy będzie tam, a zawieszenie tam. Albo hamulcowy raczej tam, a kierowniczy po środku.
Ski (zakłopotany): No więc...hamulcowy jest tam?
Sol: Sądzę raczej że to jest instalacja elektryczna. Hamulcowy przecież jest tam bardziej w prawo.
Ski: A to powinna być skrzynia biegów.
Sol: Nie Skipper, wskazujesz teraz na układ chłodzenia. Skrzynia biegów jest tam. Koło układu hamulcowego, albo i nie...czekaj...sądzę raczej że koło zawieszenia. Zawieszenie było gdzieś tam, koło układu chłodzenia.
Ski: Czyli tutaj?
Sol: Och Skipper! Teraz pokazujesz układ kierowniczy, przecież ci to pokazywałam już kilka razy. Układ kierowniczy znajduje się dokładnie za układem chłodzenia, naprzeciw skrzyni biegów.
Ski (niepewny siebie): Acha. Więc tutaj powinien być chyba akumulator?
Sol: Nie, akumulator znajduje się koło układu zapłonowego, który następnie znajduje się koło zawieszenia, a tam jest skrzynia biegów, za nią stoi układ hamulcowy. A tam jest silnik, za nim stoi zawieszenie, a dopiero później akumulator. Rozumiesz? Obok układu hamulcowego jest zawieszenie, później instalacja elektryczna, albo i nie...układ chłodzenia, później jest nitro. Naprzeciw nitra jest układ chłodzenia, który następnie jest obok skrzyni biegów.
Sz (zaczyna się cicho śmiać): Hihihi! (Rico i Skipper patrzą się zdziwieni na ich towarzysza, gdy ten zaczyna aż płakać ze śmiechu)
Sol: No więc przejdźmy teraz do dalszej części.
Ski: Eee...no więc to powinno być nitro, to układ. Czekaj nie, tam powinien być układ hamulcowy, czekaj...nie, układ elektryczny, instalacja zapłonowa? Akumulator biegów?(po chwili zaczyna się śmiać też Rico, w końcu Solange nie wytrzymuje i zaczyna się cicho śmiać) Ale co....co...?
Sz (śmieje się): Jeszcze się Szef nie domyśla? Heheheh.
Rico: No właśnie. Hhahahaha.
Sz: Niech się Szef zastanowi, czy to ma jakikolwiek sens?
Ski: Właściwie, nie ma...Solange!!
Sol: Co? (uśmiecha się)
Ski: Ale mnie nabrałaś.
Sol: Hehe. Wiem.
Sz: No muszę przyznać Solange, pomysł miałaś stulecia.
Sol: Dziękuje.
Ski: No dobra, a teraz chodźmy do bazy.
(W bazie):
Sol: Kowalski!! Już skończyłeś!
Kow: Tak. I jak minęła misja?
Ski: Bez zarzutu. Mamy zapas makreli na miesiąc.
(noc, wszystkie pingwiny śpią, oprócz):
Ski: Muszę ci powiedzieć Kowalski że Solange sobie świetnie poradziła zastępując ciebie.
Kow: To było do przewidzenia.
Ski: Jesteście naprawdę jakby z jednej gliny ulepieni. Myślicie tak samo, robicie tak samo. I woogóle.
Kow: Tak myśli Szef?
Ski: Ja nie myślę, ja to wiem. A teraz dobranoc. (pingwiny zasypiają)
Pingwiny z madagaskaru odc.8 Intelektualistka cz.2
| 2 komentarze |
Pingwiny z madagaskaru odc.8 Intelektualistka cz.2
(Baza):
Sol: To cześć Marlenko.
Mar: Do zobaczenia.
Sol (w myślach): Ciekawe czy coś się dzisiaj będzie działo? Sprawdzę czy są jakieś nowe wiadomości czy wydarzenia na...
Geo: Co ty tutaj robisz?
Sol: No to już mam plan. Punkt pierwszy: Wiać!! (jedzie ślizgiem do bazy)
Geo: Chwila moment. Nie uciekaj!
Sol: Punkt drugi: Ukryć się. (chowa się za pudełkiem)
Geo: Tutaj jesteś! (chwyta Solange)
Sol: Ech! Jeszcze tylko tego brakowało.
Geo: Nie bój się. Zabiorę cię na twój wybieg.
Sol: Sama bym sobie świetnie poradziła!
Geo: Wiesz. Spacerujący sobie pingwin samotnie po zoo, nie jest czymś normalnym. Szczególnie gdy za kilka minut otwierają. To trochę by zdziwiło zwiedzających. Nie uważasz?
Sol: Oczywiście że uważam. A teraz pozwól że sama pójdę.
Geo (odstawia ją na ziemię): Dobrze. Ale śpiesz się.
Sol: Chwila...ty rozumiesz co ja do ciebie mówię?
Geo (sarkazm): Spostrzegawcza jesteś.
Sol: Jak to możliwe? Myślałam że ludzie nie rozumieją naszej mowy!
Geo: Bo tak jest. Ale nie wszyscy, są tacy jak ja czy ty, którzy łamią wszelkie prawa.
Sol: Tacy jak ja? Ty? Chcesz powiedzieć że jesteś jednym z elementów?
Geo: Cóż...chyba nie. Nie mam szczególnych zdolności, ani podstawowej mocy. Jedyne co potrafię to telepatia. I dzięki temu cię rozumiem. Gdybym była jednym z elementów to bym mogła wykryć twoją moc i informacje o tobie. A tego nie potrafię. Nie działa na mnie nów i tak dalej.
Sol: Czyli masz takie jakby uzupełnienie. Tak?
Geo: Tak. A ty, jaką podstawową  mocą władasz? Słyszałam o różnych podaniach o was. Ale pierwszy raz widzę jakiś element na żywo.
Sol: No cóż. Energią i światłem.
Geo: Nieźle. Ponoć na świecie istnieje tylko jeden element. Tworzy się taki jakby ciąg. Gdyby umarły...
Sol: Cały świat opanowałaby pustka i nicość. To chyba tylko mity.
Geo: Słyszałam że jesteście też niesamowici i trudno was pokonać.
Sol: Może i trudno, ale nie jesteśmy też wieczni. Czasami nawet i te nasze zdolności nam nie wystarczają. Może i są niesamowite i się napewno przydają, ale... czasami lepiej sobie cenić bardziej inteligencję i spryt.
Geo: Pokażesz co potrafisz? Zawsze chciałam obserwować jak jeden z elementów używa swoich zdolności.
Sol: Dobrze. Chodź za mną. (biegną razem do gabinetu)
Geo: Zaczynaj.
Sol: Okey. No więc potrafię robić różne rzeczy z prądem i energią. Zaświeć światło. Tak, dobrze. I teraz patrz (wyciąga skrzydła, i pomiędzy nimi tworzy się świetlista kula) Zebrałam całe światło z tego pomieszczenia.
Geo: To jest światło?
Sol: Tak.
Geo: A skoro władasz energią. To potrafisz również rzucać błyskawicami. Pokażesz mi?
Sol: No...okey. Spójrz. (podbiega i nagle pojawia się piorun, który trafia w kawałek papieru, i go zmienia w popiół)
Geo: Jejciu! To możesz zrobić z każdym? Nawet żywym organizmem?
Sol: Yhym. Ale używam to tylko w ostateczności. Umiem też razić prądem. Jeśli chcesz to ci pokażę jak to jest, ale tylko na własną odpowiedzialność.
Geo: Nie ma sprawy. (podaje jej rękę, nagle zaciska zęby, uginają się jej kolana, i pada na ziemię z piskiem)
Sol: Ups! Trochę może przesadziłam. No tak to wszystko wygląda.
Geo (podnosi się): Umiesz coś jeszcze? Oprócz władania nad elektrycznością?
Sol: No umiem też latać i poruszać się z ogromną prędkością.
Geo: Pokażesz mi? Jest to naprawdę ciekawe. Niby jesteś nielotem a umiesz latać. W jaki sposób to robisz?
Sol: Normalnie. Unoszę się nad ziemią, bez machania skrzydłami. O tak! (leci w górę)
Geo: A potrafisz sprawić by i mnie unieść w powietrze?
Sol: Niestety, tego moja umiejętność mi nie zapewnia. Te wszystkie zdolności są jakby tylko dla ich właściciela. Mogę jedynie cię wziąć za rękę. Ale w sumie to też nie. Nie mam tak dużo siły.
Geo: Wielka szkoda. Tak bardzo chciałam zobaczyć jak to jest. Ale pokaż mi coś jeszcze.
Sol: No więc została mi prędkość. Jakby ci to wytłumaczyć. Poprostu mogę się ruszać w każdej, dosłownie każdej prędkości.
Geo: Nie rozerwie cię?
Sol: Nie. Znaczy tylko mnie. Bo jak już ci mówiłam te umiejętności są dostosowane tylko do mnie, i są jakby przeznaczone tylko do użytku dla mnie. Jak biegnę np. z prędkością dźwiękową. To ja tworzę ten tunel światła, i mi się nic nie dzieje, bo jestem jakby po za nim. Ale gdybym już wzięła kogoś i zaczęła biec w takiej prędkości, najprawdopodobniej by go rozerwało na strzępy.
Geo: No ale co widzisz? Jak tak szybko biegniesz? Przecież możesz wpaść na drzewo  czy coś.
Sol: Gdy biegnę, wszystko się dzieje wokół mnie w zwolnionym tempie. Wy tego nie widzicie. Bo moje przebiegnięcie w takiej prędkości to dla was tylko błysk.
Geo: Pokażesz?
Sol: No dobrze. (stoi na biurku po przeciwnej stronie, i za pół sekundy jest już koło Georgii)
Geo: Niesamowite. Nie widziałam cię wcale. Takie jakby było mignięcie. Przydaje ci się to w walce, prawda?
Sol: O tak. Wszystkie umiejętności. Ale muszę już iść.
Geo: Dobrze, nie trzymam cię. Tylko proszę. Idź szybko.
Sol: Już zoo jest otwarte. Muszę chyba użyć tej swojej prędkości. Ale nikomu o tym nie powiesz, o moich zdolnościach?
Geo: Możesz na mnie liczyć. Będę milczeć jak grób.
Sol: Okey. To cześć. (nagle znika za rogiem, za dwie sekundy jest już w bazie):
Kow: Nareszcie jesteś.
Sol: Nie było mnie raptem piętnaście minut. Ale okey. Czyli co mamy zrobić?
Ski: Cokolwiek, byleby nie doprowadziło do zagłady wszechświata.
Rico: Ani dalej.
Sz: Jeśli o mnie chodzi, to moglibyście zrobić jakiś wynalazek. Który zapewniałby dobro na świecie, tęcze, żebyśmy żyli w zgodzie, wszyscy w przyjaźni, i żeby... (Skipper daje mu plaskacza)
Ski: E tam! Jeśli wam się nudzi. To proponuję wynaleźć coś dzięki czemu możnaby się teleportować.
Kow: Ciekawy pomysł.
Sol: Mi tam pasuje.
Sz: O fajnie! Teleportuję się na planetę, gdzie żyje dobro, wiara, przyjaźń, koniki. (Skipper znów daje mu plaskacza) Znaczy mógłbym się teleportować.
Sol: Czyli zabieramy się do roboty.
Kow: Pewnie, to chodźmy.
(W laboratorium, 3 h później):
Kow: A teraz mi podaj ten kwas.
Sol: Pewnie, ej tu coś jest źle. Równania są źle obliczone. O teraz (liczy) dobrze. Czyli co teraz nam będzie potrzebne?
Kow: Pewnie jakiś pierwiastek chemiczny charakteryzujący się obecnością w sieci krystalicznej elektronów swobodnych.
Sol: Masz na myśli metal?
Kow: Zgadza się. Powinien być gdzieś tam. (pokazuje skrzydłem na pudełka)
Sol: Oki. Przyniosę (podaje mu) Zostało nam jeszcze coś?
Kow: Tak, trzeba to zamontować i dokładnie wszystko obliczyć czy się zgadza. A ja się zajmę jonizacją.
Sol: Spoko.
Kow: Jesteś pewna że sobie z tym poradzisz? Bo jakby coś...
Sol: Myślę że mi się uda.
Kow: Dobrze, jakby co to mnie zawołaj.
Sol: Ok. (pół godziny później) Już skończyłam.
Kow: Zaraz zobaczę. No więc muszę przyznać że świetnie sobie poradziłaś.
Sol: Dziękuje. A jak tam z twoim zajęciem?
Kow: A jakoś tam idzie, już kończę.
Sol: Czyli jeśli chodzi o naszą maszynę do teleportacji to chyba wszystko?
Kow: Chyba tak. Tylko to jeszcze włożę. I... już.
Sol: Jesteś pewny że wszystko w porządku?
Kow: Naturalnie. Na 100%.
Sol: Eee...bo chyba jest trzęsienie ziemi. I z tego co widzę...4 stopień w skali Mercallego. Jesteś napewno pewny że wszystko jest dobrze?
Kow: Teraz to tak na 80,392%.
Sol: Wszystko drga!! Jest już jakieś przyspieszenie 3 cm/s2.
Kow: Dokładnie 3,5 cm/s2.
Sol: To nie poprawia naszej sytuacji. Coś nie jest w porządku! Gdzieś musiał być błąd!
Kow: Ale gdzie? Przecież wszystkie obliczenia były prawidłowe. To nie możliwe. Szanse że coś było źle zrobione i jesteśmy narażeni na niebezpieczeństwo są naprawdę małe.
Sol: (spada na ziemię flakonik z substancją): A teraz? Jakie są?
Kow: Duże!
Sol: Co się wylało?
Kow: Kwas!
Sol: Mam nadzieję że nieszkodliwy.
Kow: Niestety to tylko nadzieja. Wylał się właśnie kwas fluorosiarkowy.
Sol: What? Szansa na wybuch?
Kow: Wybuch to rarytas w porównaniu z tym co może się z nami stać. Proponuję ewakuację.
Sol: Świetny pomysł. Pasowałoby go tak zrealizować od razu. Prawda?
Kow: Całkowicie się z tobą zgadzam. Należy natychmiastowo opuścić bazę.
Sol: Co za zgodność. (biegną na zewnątrz, cały teren zoo drży i nagle powstaje gigantyczny wybuch, który niszczy połowę zoo)
Ski: Brawo! Brawo! Czego innego by się tutaj spodziewać niż wybuchu.
Rico: Właśnie.
Ski: Tylko jak to teraz przywrócić do porządku?
Sol: Eee...napewno jakoś się to da.
Ski: Ty to masz optymizm. Poczekaj chwilkę.
Burt: Połowa mojego wybiegu jest zniszczona! Wszędzie jest czarno.
Mar: U mnie tak samo!
Roy: I u mnie też!
Bolo: Mam wielką ochotę przyłożyć jednemu takiemu pingwinowi który jest za to odpowiedzialny.
Lolo: Ja zresztą też.
Kow: Ale co mogło spowodować takie trzęsienie?
Sol: Nie mam pojęcia, może źle zostało coś obliczone.
Kow: Tak. Przypomniało mi się, musiałem się pomylić w jonizacji.
Mar: Czyli to twoja sprawka?
Roy: A jakżeby inaczej.
Bolo: Czas dorwać pingwinka i przerobić na miazgę.
Sol: Ej! Ej! Spokojnie. Przecież nie zrobił tego celowo. Każdy może się pomylić.
Mar: Oczywiście, ale zazwyczaj te jego pomyłki się ciągle powtarzają!
Burt: Wiesz ile trzeba będzie to naprawiać, sprzątać?
Roy: Ej! Już wiem! Niech on to zrobi, niech wszystko przywróci do porządku, jaki był tutaj 5 minut temu! Niech sprzątnie to co narobił. Sam.
Sol: Sam? Połowę zoo? To przecież istna harówka! Zajmie mu to co najmniej tydzień.
Bolo: A właśnie że to dla niego będzie dobra kara. I niech nie waży się nikt mu pomagać, bo gdy kogoś zobaczymy to jak matkę kocham złoimy.
Lolo: Nawet się zrymowało.
Sol: Rozumiem że kara, ale taka surowa? Przecież on to zrobił niechcący. Każdy mógł się pomylić. Przecież jonizacja to nie jest nic łatwego. Ciekawe czy wy jesteście lepsi?!
Bolo: Odsuń się laleczko. Nie próbuj go nawet bronić. Zasłużył na swój los.
Ski: W tym wypadku goryle mają rację Sol.
Sol: Teraz i wy? Przecież jesteście jego przyjaciółmi, znacie się już tyle czasu. Powinniście go bronić!
Sz: Chodzi o to Solange że cała nasza baza jest w gruzach. Miną tygodnie zanim się uda ją doprowadzić do porządku. Jest bardzo dużo roboty. A my też mamy dosyć wybuchów.
Sol: A próbowaliście być chociaż na miejscu jego? Wiecie jaki to stres, siedzenie w tym laboratorium, obliczanie czy wszystko jest w porządku. Jeden mały błąd a już coś wybuchnie.
Ski: Może masz rację Solange. Że zajęcie Kowalskiego nie należy do łatwiejszych. Ale sama się zastanów, ścieranie tych wszystkich kurzów, popiołów, i innych takich. Też nie należy do najprzyjemniejszych. A my też chcieliśmy mieć wolne popołudnie.
Rico: Właśnie.
Sz: A tak to Kowalski zafundował nam niezły dzień. Ba! Tydzień. Ogólnie rzecz biorąc te jego wynalazki tylko niszczą.
Sol: Chwilunia. A czy wy kiedykolwiek go wspieraliście? Docenialiście? Wątpię. Cały czas to samo „Napewno coś wybuchnie” albo „Zaraz nastąpi koniec świata”. A wiele razy jego wynalazki przydawały się wam w misjach. Co?! Wiele razy uratowały coś lub kogoś. Na akcję jakąś to zawsze jego inteligencja wam się przydawała, a jak przyjdzie co do czego, to nikt za nim nie stanie. Owszem, zdarzają się pomyłki. Ale nikt nie jest idealny!
Burt: Może i nie jest. Ale jak ma co chwila coś wybuchać, to proponuję żeby przestał tworzyć te swoje wynalazki. Ot co!
Mar: Właśnie. Więcej z tego szkód i nieszczęść. Rozumiem jeden błąd, ale on wkółko je popełnia. Niech się lepiej nauczy ich nie robić, albo niech przestanie tworzyć te swoje wynalazki.
Roy: Swoją drogą, to pewnie nic trudnego, jak się tego nauczy.
Sol: Ach tak? To proszę! W jaki sposób można otrzymać kwas solny?
Mort: Kupić w sklepie?
Kr.J: Nie mądryś Mort. Sól jest w kopalniach. Trzeba iść do kopalni! Wnioskuję że do kamieniołomu!
Sol: Taa...tylko wiecie po pierwsze: Sól się nie wydobywa w kamieniołomie. Po drugie: Mi chodzi o kwas solny a nie przyprawę.
Kr.J: To nie wiem.
Sol: A widzisz. Czyli nie jest tak łatwo się w tym wszystkim połapać. To nie jest tak łatwe jak 2x2. To już są dużo trudniejsze rzeczy.
Kr.J: Wnioskuję że wynik będzie się równać sześć.
Sol: Mam takie małe pytanie. Czy ty masz mózg?
Kr.J: A kto to taki i gdzie on jest?
Sol: W twojej głowie, znaczy się chyba.
Kr.J: Można go widzieć gałkami ocznymi? Jak go nie widzę! Maurice! Ty go widzisz? Sprawdź przez tą dziurkę od ucha. Tą na prawo.
Sol: Ech! No i sami widzicie. Jeśli koniecznie musicie dać mu jakąś karę, to niech będzie przynajmniej lżejsza.
Burt: Słuchaj. Ja napewno nie będę harował cały dzień sprzątając. Co naśmiecił, musi sobie posprzątać. I tyle.
Lolo: Właśnie. Zrobimy tak. On ma wszystko posprzątać co narobił. My napewno nie będziemy sprzątać pozostałości z wynalazków jakiegoś chorego naukowca.
Kow: Phi! Wypraszam to sobie.
Bolo: Po drugie. Niech mu się nikt nie waży pomagać, ani z nim rozmawiać. Bo jak kogoś złapiemy, to ten ktoś będzie miał ogromne kłopoty i też mu każemy sprzątać. Jasne?
Wszyscy (oprócz Kowalskiego, Solange): Jasne.
Roy: Zaczynamy.
Kow: Ech! Pójdę po miotłę.
Sol: Idę z tobą.
Bolo (chwyta ją i popycha na podłogę): Nie!
Sol (podnosi się z ziemi):Aj! Jeszcze raz tak mi zrobisz, to ty będziesz miał kłopoty.
Bolo: Nie zaczynaj laleczko. Bo może zaboleć.
Sol: Ino mnie tknij, a pożałujesz.
Lolo: No patrzcie państwo. Solange w akcji. Hehe. (chwyta ją za włosy i podnosi do góry)
Sol: Puszczaj mnie!!
Lolo: A co jeśli nie?!
Sol: Powiedziałam puszczaj! (atakuje go ciosem w prawo, i skacze na ziemię)
Kow: Solange. To nie ma sensu. Trudno. Ja to zrobiłem, i ja muszę to odkręcić.
Sol: Ale...ale...
Kow: E tam. Poradzę sobie.
Sol: Okey. Dobrze.
Sz: Solange! Chodź. (pingwiny idą do bazy, oprócz Kowalskiego)
Ski: No i czemu jesteś taka ponura?
Sol (patrzy w okienko): Wcale nie jestem ponura!
Ski: Tak? Od półgodziny się do nas nie odezwałaś, a to jeszcze nie miało miejsca. Więc coś musi być na rzeczy. Powiesz nam co?
Sol: A to! Na zewnątrz leje, my siedzimy spokojnie w bazie. Podczas gdy Kowalski będzie cały mokry, i może się przeziębić. Co wtedy? Czy chociaż mogę wyjść na zewnątrz i zobaczyć jak mu idzie?
Ski: Stanowczo odmawiam!! Kowalski ma mieć swoją karę! Ma radzić sobie sam.
Rico: Właśnie.
Sol: Ha! A jak coś mu się stanie, to co?
Ski: Uwierz, żołnierze z mojego oddziału są przygotowani na wszystko.
Sol: Ale nie są na wszystko odporni! Ech. Ale chyba mu pozwolicie wejść na noc do bazy?
Ski: Nie.
Sol: What? To gdzie on ma spać? Na ulicy? Postrzeliło was całkiem?
Rico: Możliwe.
Sol: A jak go ktoś wykryje? Lub zabierze? Czy coś! Co wtedy zrobicie?! Hmmm? No co! A kto będzie tworzył wynalazki, podawał sugestie?
Ski: Ty.
Sol: Ja?
Sz: Wszystko pasuje. Jesteś inteligentna, rozumiesz naukę, i potrafisz coś wynaleźć. Będziesz takim jakby zastępcą stratega.
Sol: A kto będzie moim zastępcą!! Jakby mi coś poszło nie tak, by coś wybuchło. To co! Nikt nie jest idealny. Załóżmy że pomyliłabym sobie pierwiastki, i baza by się rozleciała, to też będę skazana na waszą obojętność!! Kiedy będę potrzebowała was, to mnie wystawicie? Czy jak to ma wyglądać według was?! Też będą teksty w stylu „Zaraz coś wybuchnie”? Sory. Za taką posadę to ja dziękuje.
Ski: Jak tam chcesz. Ale jakby ci się nudziło, to możesz coś tam wynaleźć.
Sol: Ach tak? Nie skorzystam z propozycji.
Ski: A i nawet się nie waż wyjść na zewnątrz.
Sol: Co?!
Ski: To co słyszałaś! A teraz panowie, każdy do swoich obowiązków. (2 h później)
Sz: Ej Solange! Idzie fajny film o Afryce. Chcesz pooglądać?
Sol (czyta książkę): Nie mam ochoty.
Sz: Jak tam chcesz. Co robisz Rico?
Rico: Puzzle.
Sz: Eee...to dosyć niepodobne do ciebie.
Rico: Wiem, też się temu dziwię.
Sz: Eee...no dobrze. A wy Szefie, co robicie?
Ski (odkłada szybko od szuflady maskę): A tak sobie tak...przeglądałem.
Sz: A ty Solange?
Sol: Nic ciekawego.
Sz: Przecież widzę że czytasz.
Sol: Tak sobie tylko przeglądałam.
Ski: Mam już tego dość!! Nic nie mówisz, nic nie robisz i unikasz nas jak ognia. Co ci się dzieje?! To  do ciebie niepodobne!
Sol: Naprawdę? No co ty nie powiesz.
Ski: Dość!! Masz natychmiast przestać się nie odzywać. Ta cisza u ciebie mnie przeraża. Siedzisz już tak od dwóch godzin i udajesz że nas nie ma. Cały czas jesteś jakaś taka ponura i cicha. Raczej to można zaliczyć do wad! Wcale taka nie jesteś i nie mam pojęcia co ci się stało!
Sol: To mi się stało. Dokładnie od dwóch godzin i trzydziestu minut pewien wysoki pingwin jeśli jego imię jeszcze pamiętacie. Stoi na dworze, cały przemoczony. Jeśli nie przeziębiony.
Ski: Dziewczyno! Przywołuję was do porządku na-ten-tych-miast! Ponieważ mieszkasz tu z nami, masz obowiązek mnie słuchać.
Sol: A tu się mylisz! Nie jesteś moim ojcem, nie masz prawa mi rozkazywać. Już w dzieciństwie się dość nasłuchałam rozkazów! Nie potrzebuję w kolejnym etapie mojego życia tego powtarzać! To jest po ONE! A po TWO jest to że mieszkam tu tylko z wami dlatego że Dave mnie o to prosił. To że mnie o to prosił, nie znaczy że ja muszę się do tego dostosować.
Ski: Nawet się nie waż!
Sol: A właśnie że tak! Nie macie prawa mną rządzić! Jak chcę być cicho, to będę bo widocznie mam do tego powód! Jak będę chciała wyjść na dwór, to wyjdę! Jak będę chciała iść, to pójdę!! Koniec kropka, ukośnik, małpa!!
Rico: Wow.
Sz: Jeju! 
Ski: Niestety tutaj jest taki mały problem Sol. Tutaj nikt nie robi co mu się żywnie podoba. Jesteś w naszym oddziale, mieszkasz z nami. Więc masz obowiązek mnie się słuchać!! Bez dyskusji!
Sol: Wiecie co?! Mam tego dosyć!! (idzie do laboratorium)
Sz: Jejku. Ale wybuchła.
Ski: Poprostu odzywa się jej buntownicza natura i tyle.
Sz: Coś mi się zdaje, że ona obstawi na swoim.
Ski: Szeregowy. Niech ino spróbuje!
(Laboratorium:)
Sol: Będą mi rozkazywać. Jeszcze czego! Już jest późno, a Kowalski napewno jest już pewnie cały mokry. Muszę mu jakoś pomóc. W końcu i ja robiłam ten wynalazek. Ech! No nic, posprzątam chociaż to laboratorium, żeby miał mniej do roboty. (sprząta, godzinę później:)
Sz: Solange! Nie obrażaj się tak! No wyjdź już! Szefa tu nie ma!
Rico: Właśnie! Wyjdź!
Sz: Wiem że się zdenerwowałaś, ale nie przesadzaj. Przecież w sumie nic takiego się nie stało.
Rico: Popieram.
Sol: Dajcie mi spokój!
Sz: Och Sol! Przestań się gniewać. Nikt ci wcale niczego nie narzuca!
Sol: Ach tak? To co to było. Cytuję „Więc masz obowiązek mnie słuchać”? Aż tu czuć zdaniem rozkazującym!
Sz: Och daj spokój! Wychodź!
Sol: No dobra. (wychodzi) O co chodzi?
Sz: Chcemy żebyś coś do nas powiedziała. Coś porozmawiała. Wiemy że to potrafisz. Och Sol! Nie możesz tak długo się nie odzywać. Bez twoich słów jest bardzo tutaj pusto i cicho. Szef chce abyś zaczęła gadać.
Sol: Dobrze, ale stawiam jeden warunek.
Rico/Sz (z nadzieją w głosie): Jaki?
Sol: Wybaczycie Kowalskiemu.
Ski: ODMAWIAM!
Sol: W takim razie nie mamy o czym rozmawiać.
Ski: Dziewczyno! Masz zakaz wychodzenia na dwór!
Sol: Nie lubię się powtarzać, ale chyba teraz muszę: NIE BĘDZIESZ MI ROZKAZYWAŁ! DOTARŁO?
Sz: Jest jakaś poprawa, coś powiedziała, ale raczej...
Rico: Wrzasnęła! Dobre i to na początek.
Ski: Tutaj nie robimy co się komu żywnie podoba! Jak ci każę mówić, to ty masz mówić. Jak każę ci coś wynaleźć to ty masz wynaleźć. Jak ci każę byś zastępowała Kowalskiego, to ty masz to zrobić!! A teraz marsz na pryczę i całą tą sytuację przemyśleć.
Sol: Nie!
Ski: Powiedziałem, jeśli się do tego nie dostosujesz. To będziesz mieć karę i tyle.
Sol (w myślach): Mówił do mnie, jak do jakiegoś dzieciaka, który coś zrobił nie tak. Całej sytuacji by nie było. Gdyby Kowalskiemu wybaczyli i pozwolili mu chociaż zostać na noc. A tak to....brak słów. Za kogo Skipper się uważa? Za jakiegoś dowódcę! Odpowiedź już miałam.
Ski: Jestem twoim dowódcą! I masz mnie słuchać! A teraz na pryczę i przemyśleć to wszystko.
Sol: Nawet nie...
Ski: Już!! (Solange odwraca się i idzie na prycze, reszta pingwinów idzie na dwór)
Sz: Och! Teraz to się obraziła dożywotnie.
Rico: Właśnie.
Sz: Aż kipiała ze złości. Ale wybuchła...
Ski: Zaraz zobaczycie co się stanie, jej wybuch to nic, teraz zobaczycie buntowniczkę po kłótni, a raczej usłyszycie. (nagle z bazy słychać dźwięk pękającego szkła, pingwiny idą zobaczyć co się dzieje) No ale błagam...tylko nie wazon od ciotki Lutecji.
Sz: Ciociulka będzie miała zawał.
Rico: Jeju.
Ski: No i właśnie o tym wam mówiłem. Sol! Rozumiem że jesteś wściekła, ale żeby tak od razu wazony rozbijać, pomedytuj sobie, policz to dziewięciu i się uspokój.
Rico: Om...Om....Om....(pokazuje medytacje)
Ski: (nagle pęka inny dzban) No nie! Stryjek Józek będzie miał kiepski dzień.
Sz: Stryjaszek będzie mieć atak.
Ski: A jeszcze tyle mógł przeżyć. Wracając do ciebie Solange, pomyśl o czymś miłym.
Sol: W tej chwili?
Ski: A tak! Mów co czujesz no.
Sol: Żądze mordu?
Ski: A tak, może i to być. Morda i żądza, na pierwszy raz może być.  A teraz się uspokój.
Sz: Myśl o jednorożcach, tęczach i białych stokrotkach.
Ski: No błagam Szeregowy! Tym mi nie pomagacie.
Sol: Ech!
Ski: Już sobie to wszystko poukładałaś? Świetnie! A teraz idziemy spać!
Rico: Lulu.
Sz: Karaluchy, pod poduchy, a jednorożce...
Ski: Na manowce! Spać!! Na-ten-ty-chmiast! (pingwiny zasypiają)
Sol (w myślach): Dobra! Teraz śpią. Nie wiedzą że ja łamię wszystkie zasady. No więc tak, wezmę sardynki, przyda się również jakiś koc, skoro nie pozwolą mu tu przyjść i się przespać, i ścierkę. No więc. Karaluchy pod poduchy, a pingwinki śpią im minki. (wychodzi z bazy, i widzi Kowalskiego całego mokrego i przeziębionego) (na głos): Wiedziałam że tak się to skończy!
Kow: Sol? Co ty tu robisz? Pozwolili ci wyjść?
Sol: A jak myślisz? Musiałam się wymknąć! Sory, że wcześniej nie przyszłam, ale widzisz nie pozwalali. A ty jak się czujesz?
Kow: Ech! Bywało lepiej. Zostało mi jeszcze 200m2 sprzątania.
Sol: To nie brzmi zbyt optymistycznie. Nie wyglądasz najlepiej, jesteś przeziębiony. Powinieneś odpocząć. Przyniosłam koc, a jak jesteś głodny to tam masz sardynki.
Kow: Stokrotnie ci dziękuje.
Sol: E tam! Nie ma sprawy! Ty sobie odpocznij, a ja zabieram się do sprzątania.
Kow: Wiesz, jak nie chcesz to nie musisz tego robić.
Sol: Ja też robiłam ten nieszczęsny wynalazek. Więc po części to też moja robota.
Kow: Ale to ja się pomyliłem w obliczeniach i ja spowodowałem wylanie tego kwasu fluorosiarkowego.
Sol: Każdemu mogło się to zdarzyć. Napewno nie jesteś pierwszą osobą której to się zdarzyło. Ale dobra, dość już sobie przypominania tego. Ty sobie odpocznij, a ja zabieram się do porządków.
Pingwiny z madagaskaru odc.8 Intelektualistka cz.1
| 0 komentarzy |
Pingwiny z madagaskaru odc.8 Intelektualistka cz.1
 
(Baza, rano, laboratorium:)
Sol: Czyli ile to będzie trwać?
Kow: Pewnie jakąś godzinę, trzydzieści minut.
Sol: A dożyję chociaż tej godziny?
Kow: Chyba tak.
Sol: Jak to chyba?
Kow: A tak to! Nie ruszaj się, muszę pobrać twoją ślinę.
Sol: Ech! Dobra, dobra. Ej! A ta strzykawka to co?
Kow: Muszę pobrać trochę twojego płynu ustrojowego z organizmu.
Sol: Czyli moją krew?
Kow: Zgadza się.
Sol: Będziesz coś jeszcze robił?
Kow: Naturalnie. Będę sprawdzać twój Kwas deoksyrybonukleinowy, robić różne badania, eksperymenty i takie tam.
Sol: Ale nic mi się nie stanie?
Kow: Tak w 90,45% raczej nie.
Sol: A te pozostałe 9,55% to co?
Kow: To prawdopodobieństwo że coś wybuchnie i wylecisz w powietrze. Ale nie martw, się będę uważać.
Sol: Uff!
Kow: To kontynuujemy badania?
Sol: Możesz, a tak woogóle po co to robisz?
Kow: Te badania? Przecież to oczywiste. By coś wnieść do nauki, by się czegoś dowiedzieć, coś odkryć. A pozatym to bardzo fajne zajęcie.
Sol: Jak dla kogo. (uśmiecha się) Ty jesteś naukowcem, a ja obiektem testów. Więc wiesz...
Kow: Jak skończymy, to możemy coś razem zrobić, czy poeksperymentować. Ale narazie.
Sol: Tak wiem, wiem. Bierz tą moją krew. A ja będę cicho.
Kow: Dobrze. (półtorej godziny później:) Jesteś wolna.
Sol: Nie było tak źle.
Kow: No widzisz. Dokładnie co pięć minut i czterdzieści trzy sekundy zaczynałaś coś mówić. Dopiero po ośmiu minutach i dwudziestu dwóch sekundach przestawałaś.
Sol: Taka moja natura. Czyli już wszystko zrobiłeś, to co miałeś wykonać?
Kow: Z całą pewnością mogę stwierdzić że tak.
Sol: To ja na chwilę pójdę na zewnątrz, się przejść.
Kow: Ale chyba mieliśmy razem robić wynalazki.
Sol: Pewnie! Ale od zapachu tych substancji robi mi się słabo. Muszę się przewietrzyć. Za jakieś pół godzinki powinnam już to być.
Kow: Dobrze, dobrze.
Sol: No więc cześć. (główne pomieszczenie)
Sz: Sol?! Żyjesz?
Ski: Nie wystrzeliło cię w kosmos?
Rico: Nie Ka-boom?
Sol: Całe szczęście nie.
Ski: Jakie tam narzędzia istnej zagłady spotkałaś?
Sol: No, w sumie...nie było tak źle. Nawet fajnie.
Sz: Eee... Sol? Może by pasowałoby się tak zabrać jednak do lekarza.
Sol: Co wy! Czuję się świetnie. Idę się przejść. To na razie! (wychodzi)
Rico: Nara.
(Na zewnątrz:)
Mar: O! Widzę że masz dziś świetny humor Sol.
Sol: Yhym.
Mar: Opowiadaj!
Sol: No więc tak, nie wiedziałam że pobyt w laboratorium jako obiekt do testów ma swoje zalety.
Mar: Przepraszam. Możesz powtórzyć? Jedyny pingwin który na tych się miksturkach zna jest taki wysoki.
Sol: Yhym.
Mar: Byłaś tam z nim? Jako obiekt do testów? Współczucie. Rozumiem że chcesz zachować optymizm, ale uwierz w wielu przypadkach został tylko toster, po osobach na których testował te swoje wynalazki. Jak nie toster to grzanka.
Sol: E tam! Może samo badanie nie było zbytnio jakieś przyjemne. Ale były też plusy, naprzykład mogliśmy sobie pogadać.
Mar: Zniosłaś ten jego niezrozumiały bełkot? Dziewczyno. Jesteś pierwszą osobą która wytrzymała te jego dziwne wyrazy, i w dodatku nie wyszłaś jako grzanka.
Sol: Wątpię czy to by były jakieś niezrozumiałe wyrazy. Mówi normalnie, tylko poprostu innych słów używa, bardziej zaawansowanych. Ale można go zrozumieć.
Mar: Jeszcze go rozumiesz? Żeby go zrozumieć trzeba być taka sama jak i on.
Sol: Cóż...może taka jestem. Ale i tak go bardzo polubiłam.
Mar: Będziesz go lubiła, dopóki nie wylądujesz jako toster.
Sol: Przesadzasz. Ale skończmy ten temat.
Mar: Jak tam chcesz. No więc co dzisiaj będziesz robić?
Sol: Czy ja wiem. Może pójdziemy na misję.
Mar: Egchm...Sol! Oni cię nigdy nie zabiorą na taką prawdziwą misję z ich wrogami. Takie misje co ty teraz robisz to są takie niby misje. Ty nawet nie wiesz jakich oni mają wrogów.
Sol: Wróg w śmietniku jako Pan Szydełko?
Mar: Nie.
Sol: Bo według Skippera on się na nas tam czai.
Mar: Słuchaj, po Skipperze wszystkiego się spodziewaj. On znajdzie ci niebezpieczeństwo i wroga jak na zawołanie. Nie masz wroga? Poproś go o pomoc, a ci go znajdzie. Ale jaki on będzie, to już nie wiadomo.
Sol: Czyli taka randka w ciemno z wrogiem?
Mar: Można tak powiedzieć. Według mnie oni wszyscy są stuknięci. A ty jak uważasz?
Sol: Eee...no fakt. Czasami potrafią doprowadzić do złości. Ale mają też zalety.
Mar: Pomieszkasz z nimi trochę to się przekonasz.
Sol: Okey, zobaczy się co z tego wyniknie. Ale teraz muszę iść.
Mar: Gdzie?
Sol: Do laboratorium?
Mar: Że co proszę!! Nadal chcesz żeby robił na tobie testy?!
Sol: Nie, będziemy razem tworzyć wynalazki.
Mar: A ja się dziwię czemu ty z nim możesz wytrzymać. Sama jesteś taka jak on!!
Pingwiny z madagaskaru odc.7 Magia Księżyca cz.3
| 2 komentarze |
Pingwiny z madagaskaru odc.7 Magia księżyca cz.3
 
Ski: Więc co mamy zrobić?
Sz: Proponuję wpierw iść do Solange, może jej to przejdzie.
Kow: Szanse są nikłe, ale warto spróbować.
Ski: Kowalski! Zostajecie, próbujecie wynaleźć antidotum na tą substancję.
Kow: Wielce nieprawdopodobne że mi się to powiedzie. Ale spróbuję.
Ski: Reszta! Idziecie ze mną!
(W parku:)
Ski: Weźmiemy ją do bazy i... (patrzy w stronę porażającej piękności Solange, i staje oniemiały, podobnie jak reszta)
Sz: Zasłońcie oczy! Oślepi was! Nie możecie jej także dotykać bo porazi prądem, wiem bo próbowałem.
Ski: W takim razie, dobrze! (zasłaniają oczy)
Sz: Czy wy też czujecie ten podmuch fali energii?
Rico: Tak!
Ski: To wszystko jest dziwne. Trzeba od razu działać.
Sz: Solange?! Idź z nami do bazy. Proszę cię.
Sol: ...Nie.
Sz: Idź proszę do bazy, może ci się coś stać.
Sol: ...Nie! Powiedziałam!
Ski: To jest rozkaz dziewczyno!
Sol: Ha! Nie przymusicie mnie!
Ski: Tak myślisz?! Chłopcy, schwytajmy ją.
Sol (leci trzy metry wyżej): Ja umiem latać, wy nie.
Sz: Jak ona to robi?
Ski: To przeczy wszystkim prawom.
Rico: Ale to robi!
Ski: Nie złapiemy jej tak. Gdy podskoczymy ona jeszcze wyżej poleci.
Sz: Więc co mamy robić?
Ski: Idziemy do bazy weźmiemy nasze sprzęty do lotu, i polecimy.
Sol: Jest jeden problem, ja wam nigdzie nie pozwolę iść.
Ski: Dość! (rzuca się na Solange, i atakuje, tym samym przewraca ją na ziemię) I co teraz powiesz?
Sol: To! (Pomiędzy jej dłoni robi się ogromna kula magiczna i rośnie, rośnie)
Sz: Co to jest?
Ski: Cokolwiek to jest, napewno nie jest to bezpieczne. Ugh! (Solange rzuca w niego kulą, trafia go, i Skipper ląduje koło drzewa)
Sz: Dość już tego!
Sol: Ja chcę patrzyć na księżyc, i nikt mi tego nie zabroni.
Ski: To się jeszcze okaże. (rzuca się drugi raz na nią, ale trafia w wytworzoną przez Solange tarczę elektryczną, i razi go prądem)
Sz: Solange! Przestań!
Rico: Sprawiasz mu ból.
Sz: Ty nie jesteś sobą! Ktoś jakby przez ciebie mówił!
Rico: Zostaw szefa!
Sol: A kto mi zabroni?! Sam chciał mnie zaatakować.
Sz/Rico: A ja!
Sol: No proszę, proszę. Mam tu przeciwników. Przeciwników, którzy nie wiedzą z kim chcą walczyć! (robi coraz większą barierę elektryczną, i wszystkich obecnych ona odpycha na drzewa)
Sz: Chcesz walczyć? Proszę bardzo!
Rico (wymiotuje dynamit): Ka-boom?
Sol: Myślicie że uda wam się mnie pokonać?
Ski: Oczywiście! (atakuje Solange lewym sierpowym i ją przewraca)
Sol: Ach! (uderza głową o posadzkę)
Sz: Może i jesteś piękna, ale zmieniłaś nie na gorszą.
Sol: Jeszcze wam pokażę! (wyciąga rękę do góry, i pojawia się światło łączące ją i księżyc, kieruje ją na resztę pingwinów, ale nie trafia, wszędzie gdzie pada owe światło wszystko znika)
Ski: Wycofujemy się! Nie zdziałamy w ten sposób! Migiem do bazy! Zanim nas trafi!
Sz: Tak jest! (jadą ślizgiem do bazy)
(baza 5.30)
Kow: Udało wam się?
Sz: Nie! Jej się nie da pokonać!
Kow: Ale jak to?
Ski: Tak to! Czerpie siłę z księżyca, założę się że stamtąd ma tą moc.
Kow: Ale przecież magia nie istnieje!
Ski: To wersja oficjalna, czy nieoficjalna? Bo nieoficjalna jest taka że jak ona nadal będzie strzelać tym swoim promieniem, za dosłownie pięć minut zniknie cały Nowy York.
Sz: Tylko jak ją pokonać?
Kow: Już wiem! Mówiliście że czerpie siłę z księżyca, tak? Ale nie, bo wczoraj się tak dziwnie nie zachowywała, a był księżyc. Czekajcie! Może to działa tylko na określone fazy księżyca. Którego dzisiaj mamy?
Ski: Szesnastego!
Kow: Nów! Dziś jest nów księżyca. Jaki z tego wniosek?
Ski: Tak! Teraz wszystko jasne! Przypominam sobie. Pamiętacie jak ona liczyła tutaj te dni, wyglądało to wtedy bardzo dziwnie. Ona liczyła dni do nowiu! To znaczy wiedziała co się stanie.
Sz: Skoro...księżyc tak na nią działa, to może słońce odwróci działanie.
Kow: No jasne!  Przeciwieństwa! Istnieje teoria że skoro coś się zaczęło dziać z nią z pojawieniem księżyca.  To znaczy że nad ranem powinna być już taka jak zawsze. Problem w tym że to teoria!
Ski: I jak Kowalski wynaleźliście to antidotum?
Kow: Awykonalne tymczasowo. W skrócie: Nie!
Sz: No ładnie.
(Wybieg lemurów:)
Kr.J: Czekam...czekam...czekam...są jakieś rezultaty? Machaj! Tą różdżką Mort, machaj!
Mort: Ale królu ja już nie mogę!
Kr.J: Szybko Mort, chyba nie chcesz żebym cię kopnął? Chociaż jak ja cię kopię, to czuję taką adrenalinę! Jak jakiś zwierz! Maurice! Teraz ty pomachaj różdżką!
Mau: Ech (macha)
Kr.J: Jest jakiś efekt? No oczywiście że nie ma. Pradawni bogowie potrzebują ofiary. Mort!! Pozwolisz się złożyć w ofierze? Pewnie że tak, po co ja nie mądry pytam.
Mort: A co mam robić?
Kr.J: To! (kopie go do wulkanu) Już! A teraz machaj różdżką, machaj!
Mau: Ech!
(Baza 6.00)
Kow: Już słońce wschodzi. Teraz do parku!
Ski: W takim razie chodźmy.
(W parku, cały zniszczony):
Sz: Jeju! Jak tu pusto!
Rico: Tutaj jest! (wskazuje skrzydłem na Solange)
Ski: Łapać ją! (Rico i Skipper rzucają się na pingwinicę, ale ona szybko odskakuje, podnosi rękę, już ma zamiar użyć swojej umiejętności, ale już świeciło słońce, chwilę później uwalnia się gigantyczna energia i Solange spada na ziemię)
Sz: Co...Co my tutaj robimy?
Ski: Pamiętacie coś z tego?
Sz: Pamiętam tylko że byliśmy na wystawie, później piliśmy jakiś napój, i tyle. Reszte, nie pamiętam.
Rico: Ja też!
Ski: Czemu cały park wygląda tak jakby nawiedziła go grupa mutantów?
Rico: A bo ja wiem.
Sz: Ej! Pomóżmy jej! (Pingwiny ruszają na pomoc Solange leżącej na ziemi, chwilę później)
(Baza rano):
Sol (budzi się): Gdzie...Gdzie ja jestem?
Ski: W bazie. Chociaż ty pamiętasz co się stało na wystawie?
Sol: Wy...wystawie? Pamiętam ty...tylko że wypiłam jakiś napój. Miał taki słodki, że aż mdły smak, i ...tyle. Dalej nic kompletnie nie pamiętam!
Ski: To tak jak my. No cóż...
Kow: Nic ci nie jest?
Sol: Nie, czuję się w porządku. Tylko jakoś tak dziwnie.
Kow: Może wyślemy cię do lekarza?
Sol: Nie ma potrzeby! Czuję się świetnie!
Kow: Napewno?
Sol: Z całą pewnością mogę stwierdzić że tak. (patrzy na kalendarz) Którego dzisiaj mieliśmy?
Ski: Siedemnastego. A co?
Sol: Si...Sie...Siedemnastego? To znaczy że wczoraj był szesnasty. O nie! (biegnie do parku) To był nów. Cały park jest zniszczony, zniszczony prze ze mnie. Katastrofa! Musiałam użyć swoich umiejętności kiedy był księżyc. I dlatego nic nie pamiętam. Czekaj...to był ten napój. Tak, pijąc go straciłam zmysły i pamięć. Trzeba to posprzątać. Natychmiast! (sprząta, po trzech godzinach, w bazie):
Ski: No i gdzie ona zaś poszła?
Sz: Nie wiem. (do bazy wchodzi Solange)
Sol: Już jestem!
Ski: O widzę że już doszłaś do siebie.
Sol: O tak!
Sz: Szefie! Czemu ja mam siniaki?
Ski: Pokażcie mi tu żołnierzu.
Sol (w myślach): Musiałam z nimi walczyć. Ale głupia sytuacja, nie wiem co robiłam ani co mówiłam, pewnie musiałam im nieźle dołożyć. Kurczę! Dostało im się- moim przyjaciołom za nic. Lepiej unikać tej rozmowy.
Kow: Dziwne...ta blizna jest świeża.
Sz: E tam! Pewnie o coś się potknąłem.
Kow: Możliwe. Idę do swojego laboratorium. (w środku, zauważa buteleczkę po napoju) Dziwna sprawa, nie pamiętam abym miał taką substancję. Ale dziwny zapach, taki mdły. Chwila...przecież ta substancja nie jest stara, i na dodatek otwarta. Jakbym już kiedyś ją badał. To dziwne. Musiałem na niej robić teksty. Ale przecież nic takiego nie pamiętam, albo wydaje mi się że nic takiego nie pamiętam. Solange!
Sol (wchodzi): Tak?
Kow: Spróbuj sobie przypomnieć tamten wieczór.
Sol: Nic nie pamiętam, choć próbuję sobie przypomnieć te wydarzenia.
Kow: Jesteś pewna? Bo to dziwne. Bo widzisz znalazłem tu taką substancję, którą napewno nie posiadałem przed naszym pójściem na wystawę. Wygląda na to że ją badałem, i nie dokończyłem. I nawet teraz nie mogę stwierdzić co to jest.
Sz: Pamiętam ten zapach! Pamiętam...że Solange...coś takiego piła. Że się zaczęła...e co to dalej było?
Kow: Wiesz może co piłaś?
Sol: Nie wiem! Pamiętam że to było słodkie i mdłe.
Sz: Tak! Zaczęłaś się dziwnie zachowywać, i mówić jakbyś była w transie.
Rico: Upiorne.
Ski: Ale my też to piliśmy i nic nam nie było.
Kow: Może...to coś działa tylko na nią. Mógłbym ustalić więcej faktów tylko potrzebny jest mi obiekt testów.
Sol: Ja?
Kow: Tak, w końcu tylko ty to przeżyłaś.
Sol: O nie! Wybij to sobie z głowy! Nie będę siebie na to narażać!
Kow: To będą raczej badania bezbolesne, i nic ci się przy nich nie stanie.
Sol: Jesteś pewny?
Kow: Jakieś 80,67%.
Sol: To przynajmniej tyle. Dobra, rób se na mnie te badania.
Ski: Odważny wybór Sol.
Rico: Szacun!
Sol: Czemu?
Ski: Co druga osoba przy testach Kowalskiego nie wytrzymała. Dostała ataku szału i padaczki, a nawet epilepsji. A później wybuchała jak bomba atomowa i leciała w kosmos.
Sol: Co?!
Kow: No to zaczynamy badania!
Sol: Chwila, chwila. Moment! Nie przemyślałam dokładnie całej sytuacji.
Sz: To nic nowego.
Ski: Ale i tak zostaniesz w naszej pamięci, jak coś już przyszykowaliśmy ci nagrobek, może jest mały ale się napewno tam zmieścisz, jak cię tam wepchamy. Oczywiście to co z ciebie zostanie, po teście.
Sol: Chwila, moment. Stop!
Sz: Do zobaczenia Sol!
Sol: Ale...ale...
Kow: No więc jak?
Sol: Aa...aa...
Kow: Przyjmuję to jako odpowiedź twierdzącą. Zaczynajmy badania.
Sol: O mój Boże. O mój Boże. O mój Boże.
Rico: Bay! Bay! (Skipper, Szeregowy i Rico wychodzą z laboratorium)
Sol (leży na stole laboratoryjnym, cała drży) Jeeju!
Kow: Przestań się tak ruszać. Bo mi niedokładne wyniki wyjdą.
Sol: Ja ci dam niedokładne wyniki! Co...Co to ma być do cholery?! (widzi wielki pręt przybliżający się do niej) Mam nadzieję że mi nie chcesz to wbijać?
Kow: Eee...
Sol: Wiedziałam że to była próżna nadzieja! O masakra! O masakra! O masakra!
Kow: Nie będę ci nic wbijać, ten pręt nie służy do tego. A pozatym skąd ci takie absurdalne pomysły przychodzą?
Sol: Pewne pingwiny powiedziały mi że przed popełnieniem samobójstwa powinnam sobie wyobrażać najgorsze rzeczy, żeby później się nie zdziwić że się one pojawią.
Kow: Ech! No więc kontynuujmy.
Sol (cała się zaczyna trząść): Pozostaje tylko jedno...zmówić pacierz.
 
Pingwiny z madagaskaru odc.7 Magia Księżyca cz.2
| 2 komentarze |
Pingwiny z madagaskaru odc.7 Magia księżyca cz.2

 
(Baza, wieczór:)
Sol: Już możemy iść?
Ski: Jasne, zawsze mamy ful wyposażenie, prawda Rico?
Rico: Tak!
Sz: No więc w drogę.
(W parku:)
Sol: Jejciu! Już zaraz się zacznie.
P. Komisarz: Zaraz odbędzie się wystawa corocznej wystawy antyków. Chciałbym pogratulować organizatorowi tej imprezy, pani Hellen August.
Hel: Dziękuje, dziękuje! No więc zacznijmy pokaz!
Sol: Chodźmy pooglądać. (już chce wyjść, ale Skipper ją chwyta za skrzydło)
Ski: Nie tak prędko! Możemy obserwować to z boku, nie możemy się ujawniać.
Sol: Yhym...dobrze no więc pooglądajmy sobie tak. Widzicie ta waza ma chyba XXV w! Należała pewnie do bardzo bogatej rodziny z Grecji.
Kow: Konkretnie druga połowa IV w. p.n.e. I raczej sądzę że pochodzi ze Sparty.
Sol: No cóż...rozmawiasz z osobą która się na takich sprawach zna. Więc myślę że to powinna być Grecja, i pierwsza połowa IV w. W końcu wygląda na starszą!
Kow: Po dokładnym zanalizowaniu tego podmiotu. Mogę z całą pewnością stwierdzić że to była Sparta i druga połowa!
Sol: Co za nonsens! Przecież tu aż widać że jest pochodzenia Greckiego. Spójrz na kolor, i wykonanie.
Kow: Ten wzór jest charakterystyczny dla Sparty!
Sol: Dla Grecji! Nie widzisz jak są namalowane postacie?
Kow: Widzę właśnie, i mogę z całą pewnością stwierdzić, że ten styl napewno nie jest Grecki. Gdyby tak było głównymi barwami byłyby: czerń, czerwień i złoto. A tu tego jak widać nie ma!
Sol: Ależ oczywiście że jest! Tylko te cienie są wyblakłe!
Ski: Obaj nie macie racji!
Sz: Tu pisze, że ta waza pochodziła z Mezopotamii.
Sol: Ach! Każdy może się pomylić.
Kow: No właśnie.
Sol: A pozatym nie trzeba wszystkiego wiedzieć i znać.
Kow: Szukasz usprawiedliwienia?
Sol: Wcale nie szukam, w przeciwieństwie do niektórych obecnych.
Kow: No cóż... poprostu...
Sz: Dajcie spokój już! Oglądnijmy lepiej wystawę. Chyba po to tu przyszliśmy. Co nie?
Kow: Masz rację, nie ma sensu się kłócić.
Sol: Okey. Ej patrzcie, tam jest dział poświęcony historii. Zobaczę to. (idzie i ogląda oszczepy i tarcze jakimi posługiwali się Grecy)
Rico: Ryybaa! Ryybaa!
Ski: Oho, szósty zmysł Rico zaczął działać! Zatem panowie chodźmy, chodźmy. Upolować jakiegoś dorsza.
Sz (patrzy na stół pełny przekąsek): Szefie! Co tam jeden mały dorsz, tu się je prawdziwe śledzie w śmietanie, tuńczyk z sosem, ostrygi i różne inne takie.
Ski: W takim razie panowie czas ... na ucztę! (pingwiny zabierają się do jedzenia)
Sol: Jejciu! Ale tego tutaj jest. Te wszystkie rzeczy, stroje wojenne, i tak dalej. Są bardzo ciekawe. (podchodzi do niej Julian)
Kr.J: Przepraszam, czy gdzieś tu jest kompleks wypoczynkowy dający soczek z rurką?
Sol: Julian! Zaczął się koszmar nocy letniej!
Kr.J: Jakiej pięknej? Piękny to jestem ja. (patrzy na Solange) Toż to ty. Czarodziejka! Przepełnia mnie to zgrozą, oraz czuję respekt. Szybko! Szybko! Maurice! Włącz tarczę przeciw działaniom czarnej magii.
Mau: Jasne (wyciąga Morta i rzuca nim w Sol)
Sol (próbuje go zdjąć): Co to ma być do diaska?!
Mort: Mam tasiemca.
Kr.J: Konkretniej ma tendencje do zarażenia kogoś pasożytami!
Sol: Wy jesteście chorzy!
Kr.J: Co pastorzy?
Sol: A dajcie se...
Kr.J: Nie rozumiem cię. Mam zatyczki w uszach! Wyjmij mi je, żebym mógł ją zrozumieć.
Mau (wyjmuje): Robi się.
Kr.J: No więc, czarodziejko! Naucz mnie podstaw swych czarów, a ja powiem Mortowi żeby przestał wysiadywać pasożytnicze jajka na tobie.
Sol: Ty jesteś świrnięty! Każdy wie że tasiemcami nie można się w ten sposób zarazić.
Kr.J: Ja tego nie wiem, ja to czuję.
Sol: Ech!
Kr.J: No więc jak będzie. Nauczysz mnie podstaw twej tajemnej wiedzy?
Sol: To się posiada od urodzenia, nie można się ot tak tego nauczyć jak matematyki czy biologii. To trzeba posiadać szczególny dar by go rozwijać, na zawołanie nic nie przyjdzie.
Kr.J: Ja już sam w sobie jestem szczególny, więc trzeba mnie rozwijać!
Sol: Z poziomu intelektualnego, czy psychicznego?
Kr.J: A co mi jest potrzebne?
Sol: Oba!!
Kr.J: Jasne, więc zacznijmy.
Sol: Dobrze...Chmm...na początku idź do swojego królestwa, siedź tam przez najbliższą dobę i nie przychodź póki nie skończysz czekać.
Kr.J: Łatwizna (biegnie na wybieg)
Sol: Pozbyłam się natręta. Nareszcie! No więc pójdę zobaczyć co mają tam do jedzenia.
(Przy stole:)
Kow (patrzy przez lornetkę): Szefie! Widzę tutaj łososia w śmietanie i śledzia w oleju. Co zamawiamy?
Ski: Oba! Rico, wyciągnij wędkę.
Rico (łapie rybę): Hehe...uczta!
Sol: Och, jakie pyszności. Rico! Ja zamawiam filet w sosie pomidorowym. Da się załatwić?
Rico: Pewnie! (podaje rybę Solange)
Sol: Dziękuje! (patrzy na stół) Ale dziwny napój, muszę go spróbować.
Ski: Chwila! Nie wiemy co to jest.
Sz (pije): Nie wiem szefie. Ale jest poprostu pyszne!
Kow: Pokaż mi to (bierze napój od Szeregowego) Faktycznie! Pyszne!
Sol (próbuje): Świetny smak! Taki orzeźwiający. Rico! Poproszę drugi kubek!
Rico: Robi się (nalewa jej)
Sol (pije): Pychotka! Takiego czegoś jeszcze w życiu nie piłam. Dolej mi jeszcze Rico.
Kow: Może za dużo? Już wypiłaś 800 ml tego soku!
Sz: No właśnie.
Sol: Ciekawe z czego oni to robią? Ma niesamowity smak, taki delikatny i słodki. Taki...echmm...eee...
Ski: Sol? Dobrze się czujesz?
Sol: Sama nie wiem, tak jakoś dziwnie. Ale mam ochotę na kolejny kubek!
Ski: Ja nie wiem czy to dobry pomysł.
Rico: A bo ja wiem (nalewa jej)
Sol (pije): Na serio, ten sok jest bombowy. Nie chcecie więcej?
Sz: Eee....dziękujemy. Ale nie mamy ochoty.
Sol: No trudno, ale ten smak jest poprostu rewelacyjny. Czuje się jakbym frunęła, i .... mam wielką ochotę to zrobić!
Ski: Co zrobić?
Sol: No...eee...ym...latać!
Kow: Awykonalne, zważywszy że jesteśmy nielotami, a one nie są przystosowane do lotu.
Sz: Jejciu! Ten napój jej poważnie zaszkodził.
Sol: A gdzież by! Czuje się rewelacyjnie, acz kolwiek mam wielką ochotę polatać. Czuję wtedy wiatr we włosach, to takie niezwykłe. Takie piękne uczucie, które teraz chcę ponownie doświadczyć! Tak jak na Kerlampago, w moim pokoju, w którym byłam więźniem.
Sz: O czym ona mówi?
Kow: Nie mam bladego pojęcia.
Sz: Ten napój, naprawdę źle na nią podziałał.
Sol: Siedziałam na tarasie, i liczyłam upływające dni. Myśleli ONI że się nie wydostanę, że nigdy nie poznam prawdy, ale nie wiedzieli że ją wcześniej odkryję. Gdy poraz pierwszy ujrzałam światło i świat który był za kratami. Od razu chciałam wyjść z tego miejsca w którym byłam przetrzymywana, i tak w końcu mi się to udało.
Sz: Czuję że coś się dzieje niedobrego z Solange. Zachowuje się tak jakoś...
Rico: Dziwniej.
Sz: Mówi jakby była w jakimś transie. Może lepiej iść już do bazy?
Ski: Zgadzam się z wami żołnierzu.
Sol: Mogę jeszcze więcej tego napoju?
Sz/Kow/Ski: Nie!!
Rico: Napój. Nie!
Sol: Och, proszę!
Kow: Nie! Co ci się stało tak nagle? Wyglądasz jakbyś nie spała dwa dni. Czy mi się wydaje, czy ty jesteś coraz bardziej ciepła? (dotyka czoła Solange) To za mało powiedziane! Ty dosłownie parzysz!
Ski: Co jej się dzieje?
Kow: Nie wiem. To naprawdę dziwne. Przedtem nie była taka gorąca.
Sz: Przecież wypiła tylko jakiś napój.
Kow: Ale nie znamy jego składu! Co jeśli to była jakaś silna substancja powodująca dziwne objawy, albo coś gorszego? Trzeba to natychmiast zbadać!
Ski: Więc to zbadajcie Kowalski!
Kow: Zobaczę co da się zrobić (idzie do laboratorium)
Ski: Ja idę z tobą, i Rico też. Szeregowy! Pilnujcie jej, i nie pozwólcie jej na choć jeden łyk tego napoju.
Sz: Tak jest! (Reszta pingwinów idzie do zoo) Solange? (odwraca się i widzi pingwinicę całą dosłownie promieniującą blaskiem- białym blaskiem księżyca) Co ci jest?
Sol: Muszę latać!
Sz: Solange! Pingwiny nie latają! Bowiem, jak ci Kowalski próbował po...( nie dokończył zdania, bo w tym momencie Sol uniosła się na jeden metr w górę) Co? Co? Jak...(nie mógł nic powiedzieć, bo w tym momencie spadło na nią światło księżyca, Solange zaczęła promieniować niemal oślepiająco) O co tutaj chodzi? (dotknął skrzydła pingwinicy, i natychmiast kopnęło go prądem, dziewczyna cała iskrzyła, a gdy się odwróciła, była tak piękna że aż Szeregowemu zaparło dech w piersiach, zawsze uważał że Solange jest wyjątkowo ładna, ale tutaj była nadludzko piękna, z dziewczyną działo się coś dziwnego, Szeregowy szybko pobiegł do bazy oznajmić to reszcie)
(baza:)
Sz: Słuchajcie! Z Solange się dzieje coś dziwnego!
Ski: Kowalski szybciej! I jak tam, dało się wykryć co to jest?
Kow: Nie mam pojęcia, nigdy się z czymś takim nie spotkałem. Ta substancja nie jest znana jeszcze przez naukę. Ona poprostu pochodzi z innego świata!
Pingwiny z madagaskaru odc.7 Magia Księżyca cz.1
| 1 komentarz |
Pingwiny z madagaskaru odc.7 Magia księżyca cz.1
(baza, rano:)
Ski: Kolejny piękny dzień! Zapowiada się...
Sol: Wystawa antyków!
Ski: Co?
Sol: A tak! U nas w parku odbędzie się dzisiaj, wieczorem, wystawa! Będzie można pooglądać różne relikty. Głównie pochodzące ze starożytnej Grecji. To musi być bardzo ciekawe!
Sz: A co konkretnie prezentują na tej wystawie?
Sol: Ogólnie przedmioty pochodzące ze Starożytności. Dawne naczynia, wazy, ubiór, artykuły dziennego użytku i tak dalej.
Sz: O, może być ciekawie.
Sol: No więc moglibyśmy się wybrać.
Ski: Jest tylko jedno pytanie. Jak się tam zamierzamy wybrać, nie ujawniając tam swojej obecności.
Sol: Myślałam, że zawsze macie jakiś plan!
Ski: Bo tak jest.
Sol: Więc w czym problem?
Ski: Bo na dziś mamy zaplanowany przegląd techniczny bazy.
Sol: Aa... to sama pójdę.
Ski: Odmawiam, może ci się coś stać.
Sol: Czyli jednak pójdziecie ze mną?
Ski (przewraca oczami): Aaa...zgoda. Ale to dopiero wieczorem. Więc teraz posprzątamy i zrobimy przegląd. Tym pierwszym, ty się zajmiesz. A my tym drugim. Jasne?
Sol: Taa...czeka mnie „świetne” popołudnie z miotłą w ręku.
Ski: Ale dziewczyny raczej lubią sprzątanie.
Rico: Właśnie.
Sol: No to spotkaliście się z wyjątkiem. Nie zbyt lubię sprzątać. Mogę coś innego robić?
Ski: Odmawiam! Nie możesz z nami sprawdzać stan rur, ciśnienia i dopływu do wody pitnej.
Kow: Mogłoby ci się coś stać.
Ski: To nie jest zadanie dla strachliwych dziewczynek. To zadanie dla prawdziwych macho. Dziewczyna nie mogłaby sobie poradzić z obowiązkami prawdziwego faceta. Dla niej są takie prace za ciężkie, ona nadaje się tylko do lekkich i banalnych.
Sol (zdenerwowana): Ach tak? To skoro uważacie że dziewczyna ma takie lekkie życie. To zróbmy zamianę.
Kow: A na czym ona miałaby polegać?
Sol: Poprostu, wy będziecie wykonywać obowiązki dziewczyny, a ja będę wykonywać obowiązki chłopaka. Sory, macho. (uśmiecha się) Zobaczymy kto ma cięższe życie.
Ski: Zgadzamy się.
Sol: No więc zacznijmy!
Ski: Proszę bardzo, ty sprawdź temperaturę bazy, ciśnienie i stan.
Kow: Szefie! Ja nie wiem czy to jest dobry pomysł.
Sz: Ychm...Sol czy ty się choć trochę na tym znasz?
Sol: Co trzeba to wiem. A gary już czekają. (wskazuje skrzydłem gigantyczną stertę naczyń, pingwinom opadają dzioby) Powodzenia!
Ski: Nawzajem. (Solange odchodzi)
Kow: E...Szefie! Ile tego jest!
Sz: No właśnie! Nie skończymy tego choćby za godzinę.
Rico: Właśnie.
Ski: Damy se radę! Pokażemy jej, prawda chłopcy?
Kow: Skipper, przecież dobrze wiesz. Że jak ona się na coś uprze, to choćby zaraz świat miałby zostać zalany kwasem siarkowym to, to co sobie zaplanowała będzie i tak wykonane!
Sz: Właśnie, walczenie z nią nie ma jakiegokolwiek sensu i tak się przegra.
Kow: No właśnie. Istnieje jakieś 89,92 % szansy że jej się powiedzie. A pozostałe 10,08% że jej się jednak nie uda.
Ski: Nie pozwolimy na to panowie. Zabieramy się do roboty! I to już! (pingwiny zaczynają myć naczynia)
(Na niższych piętrach bazy:)
Sol (w myślach): A więc to tutaj, ok. Sprawdźmy pierwsze ciśnienie, jest w normie. Temperatura w normie, ale...coś tu przecieka z tej rury. Jakiś płyn czy coś. Może warto powiedzieć o tym chłopakom. Albo nie, sama to zrobię. W końcu oni mają co innego do roboty. (bierze narzędzia i zaczyna naprawiać, nagle wytryska z drugiej strony jeszcze więcej dziwnej substancji): Oj! To chyba nie był dobry pomysł. (biegnie i zaczyna tam naprawiać, po chwili z lewej rury wytryska woda i ją oblewa) Kurczę! Jestem cała mokra. Jak ja się teraz pokażę! Trzeba się wytrzeć (bierze ręcznik, gdy jest już sucha, kolejny strumień się pojawia) No nie! Co robić? Co robić? Zatkam czymś te rury. (bierze szmatkę i zatyka) Uff! Nareszcie (nagle woda się uwalnia i tryska na wszystkie strony, tym samym strumień ją trafia i się przewraca) Ja się poddaję. Ale nie mogę, przecież, poddając udowodnię że nadaję się tylko do banalnych zadań. Już wiem, zrobię taką tarczę elektryczną, dzięki której woda się nie uwolni (wysuwa oba skrzydła do przodu, i robi się powłoka, którą umieszcza w otworze) Ok! Już. Jej! Ale tu mokro, trzeba to szybko wysprzątać zanim chłopaki przyjdą. Pójdę po mopa i ścierkę. (idzie)
(tymczasem w głównym pomieszczeniu bazy, pingwiny są zmęczone:)
Kow: Jeszcze tylko. Ech! Dwadzieścia siedem naczyń do umycia.
Sz: Ojć! (talerz mu spada na ziemię i się rozbija)
Kow: No to teraz 26,5.
Ski: Kowalski! Wymyślcie jakiś plan! My tu jutra nie dożyjemy! Jak moglibyśmy to zrobić szybciej?
Kow: Zmywarką.
Ski: Więc macie mi tu natychmiast to skonstruować. Musimy wygrać za wszelką cenę.
Kow: No dobrze (idzie do laboratorium, za chwilę coś wybucha, i niedługo potem wychodzi cały osmalony)
Ski: No jasne! Czego się można było spodziewać, niż wybuchu. Mamy kogoś innego kto by nam to mógł zrobić?
Sz: Eee....może Solange?
Ski: Taak! Jest jeden problem Szeregowy. Ona jest przeciwko nam!!
Sz: A...no tak.
(tymczasem na poziomie -5:)
Sol: Ech! (wyciera podłogę) Mogło być gorzej, dobrze że chociaż coś zrobiłam. Czyli wyciek wody i tej dziwnej cieczy mamy z głowy. No nic...skoro już wytarłam, teraz czeka mnie przegląd techniczny. (sprawdza)Ściany w porządku, urządzenie w porządku, a podłoga...jakaś taka niestabilna? (nagle dół zaczyna się ruszać, a ze wszystkich rur wylewa się woda) Nie! To jakiś koszmar! Nigdy tego nie skończę. Gdybym tylko miała umiejętność wody, zamiast elektryczności, napewno bym takich problemów nie miała! Co za pech! No nic trzeba to naprawić narzędziami. (idzie po klucz, śrubki i młotek) No, to teraz wystarczy delikatnie. Ałaa! Moje...biedne skrzydło. W zły punkt uderzyłam młotkiem. Jej! Ale boli! Jeszcze krwawi. Trzeba teraz skoczyć po apteczkę. (idzie i wraca za chwilę z lekarstwami) No nic. Muszę to zrobić, inaczej nas tu zaleje w najbliższych dwudziestu minutach. Jeszcze raz spróbuję. (bierze klucz i wkręca śrubki) No, nareszcie, ale to dopiero...jedna rura! Zostały jeszcze cztery. Masakra!
(Wybieg lemurów:)
Kr.J: Ale nudy, nudniejszej nudy od tej o to nudy, nie ma! Cały świat jest taki ponury, nudny, jakbym miał Deja Vu.
Mau: Przepraszam królu, ale już kończą nam się pomysły. Mort już trzeci raz skacze ze spadochronu.
Kr.J: No przecież wiem, bo to już trzeci raz byłem przymuszony go kopnąć. Za każdym razem gdy lądował, zawsze zjawiał się na mojej królewskiej stopie. Dziwny zbieg okoliczności.
Mau: To co w takim razie król chce robić?
Kr.J: Ja chcę...to! (wskazuje na plakat, na którym jest napisane „Wystawa Antyków”)
Mau: Przecież to najprawdopodobniej jakaś reklama muzeum. Wątpię by króla to mogło interesować.
Kr.J: Nie podważaj królewskiego słowa Maurice, wypowiedzianego przez królewskie usta. Te o tu!
Mau: Królu! Nawet nie wiemy co tu pisze!
Kr.J: To poproś kogoś wreszcie żeby nam przeczytał.
Mort: Słyszałem że Solange nauczyła  pingwiny czytać.
Kr.J: Solange? A kto to taki?
Mort: To ta pingwinica.
Kr.J: Przepełnia mnie to grozą! Ta czarodziejka w czarnym kubraczku, nie dość że posiada jakieś niezwykłe zdolności, to jeszcze rozumie czarne znaczki koślawe!
Mau: Czyli mam po nią iść? Tak?
Kr.J: Czyś ty zgłupiał Maurice do reszty? Będziesz tutaj sprowadzał nią, by nas jeszcze może w coś zmieniła? Sprowadź jakiegoś innego gupiego ptaka!
Mort: Słyszałem też jak Solange uczyła Szeregowego liczenia i czytania.
Kr.J: Tak, tak! Więc...przyprowadź mi tu tego najmłodszego! I to migiem.
Mau: Ech! Dobrze. (idzie do bazy pingwinów)
(baza pingwinów:)
 
Kow: Już ostatni...kubek i ...
Mau: Mógłbym prosić Szeregowego na moment?
Sz: Jasne, mów o co chodzi.
Mau: No więc król chce żebyś odczytał litery na reklamie.
Ski: Hello! My też umiemy czytać!
Mau: Ale Mort słyszał jak Szeregowy czyta, i powiedział że on najlepiej czyta z całej waszej czwórki.
Ski: To kłamstwo! Niby gdzie go widział?
Mau: Jak Solange go uczyła, na zewnątrz.
Rico: Powiedziałeś czwórki?
Mau: Tak! Bo Solange woli raczej nie wzywać. Bo nie mają zbyt dobrych kontaktów.
Sz: No więc. Co mam przeczytać?
(Niższe piętro bazy:)
Sol: Tylko...ostatnia...śrubka! Tak, jest! Wreszcie! Zadanie wykonane. Baza naprawiona i sprawdzona. A teraz tylko pójdę na górę, zdaje mi się że już jest około siedemnastej. Za godzinkę się zacznie. (idzie do głównego pomieszczenia)
(Wybieg lemurów:)
Sz: A więc tu pisze że jest to Wystawa Antyków, i że odbędzie się o osiemnastej. Będzie dotyczyła Starożytnej Grecji. Ej! To tam gdzie Solange chce iść. Zapowiada się ciekawie.
Kr.J: Tak! Pójdziemy tam.
Sz: Ojć! Chyba warto powiedzieć to reszcie, trzeba się przygotować.
(Baza:)
Sol: Świetnie! Umyliście wszystkie naczynia.
Ski: A jak tam przegląd bazy?
Sol: Udał się, wszystko dokładnie sprawdzone.
Sz: Ej! Słuchajcie, lemury idą na Wystawę Antyków.
Sol: Coo?! Jeszcze tego nam brakowało.
Ski: Głupich wydzierających się wniebogłosy lemurów.
Sol: Yhym.

gorące wpisy

blogi moich znajomych