Ovë online ma łeb na 10000 punktów ma łeb do weryfikacji

  • Ove
  • zalogowany(a) od 23:31
  • (Warszawa, Polska)
  • dodaj do ulubionych

    ""to ja wybiłem tą szybe, to nie wybiła dorota"

    wszyscy graliśmy w "skurwiela", padło na boga. i tak be. został skurwielem. no sorry.
punkty dod.: 0 (15294), wer.: 45 (28424)  jak zdobyć?
Pokaż cały wpis »
5 listopada 2009 18:58 // subiektywnie, hau, hau.
mru-mru
mru-mru
najlepsze filmy dekady, rok po roku. w temacie wypowiadać mogą się osoby mądre i ładne, czyli borsuk nie może, bo nie spełnia żadnego z warunków. 
1. 2000: 'Requiem dla snu', reż. Darren Aronofsky
2. 2001: 'Moulin Rouge!', reż. Baz Luhrman   // 'Amelia', reż. Jean-Pierre Jeunet
3. 2002: 'Godziny', reż. Stephen Daldry
4. 2003: 'Rekonstrukcja', reż. Christoffer Boe
5. 2004: '2046', reż. Kar Wai Wong  
6. 2005: 'Capote', reż. Bennett Miller
7. 2006: 'Źródło', reż. Darren Aronofsky
8. 2007: 'To nie jest kraj dla starych ludzi', reż. Joel Coen , Ethan Coen 
9. 2008: 'Slumdog. Milioner z ulicy', reż. Danny Boyle (możliwa zmiana)
10. 2009: ?
;
di trevi, magiczne miejsce, gdzie nie można jeść lodów (o czym przekonaliśm y się na własnej skórze) i gdzie nocą wraca się nietaktownie często.
di trevi, magiczne miejsce, gdzie nie można jeść lodów (o czym przekonaliśm y się na własnej skórze) i gdzie nocą wraca się nietaktownie często.
to z ogrodu pana władka, najbardziej niepokornego emeryta jakiego poznałem.
to z ogrodu pana władka, najbardziej niepokornego emeryta jakiego poznałem.
to chyba gdzieś na dachu bazyliki św. piotra. tam, gdzie bezczelnie piliśmy kawę i jedliśmy wafelki od mamy krzysia (obecnego na zdjęciu), podczas gdy kilkanaście metrów pod nami miała miejsce masza święta. bezczelni.
to chyba gdzieś na dachu bazyliki św. piotra. tam, gdzie bezczelnie piliśmy kawę i jedliśmy wafelki od mamy krzysia (obecnego na zdjęciu), podczas gdy kilkanaście metrów pod nami miała miejsce masza święta. bezczelni.
kawa! to był bardzo chłodny dzień i ścieżka domaiusowa. i bardzo wcześnie. i w ogóle.
kawa! to był bardzo chłodny dzień i ścieżka domaiusowa. i bardzo wcześnie. i w ogóle.
Zobacz więcej zdjęć [11] »

z dość prozaicznych powodów (problemy z moim superfantastycznym netem z play) otwieram nowy temat. obiecałem jaśkowi zdjęcia, więc będą. dodatkowo inni też mogą się pośmiać. można też komentować, bił nie będę, aczkolwiek znam wszystkie słabości moich prac, chyba nawet zbyt dobrze. sprzęt mam całkiem przyzwoity (canon 450d + kit 55mm i szkło 55-255mm), ale gdy umiejętności brak, cóż...
pojawiające się tu zdjęcia w całości zrobiłem sam. proszę nie spodziewać się zbyt częstych updates, bowiem aparat wyciągam z futerału raz na trzysta pięćdziesiąt lat.  
patronkami tematu czynię świętą Britney Bitch i błogosławioną Lady GaGę (chyba już czwarty miesiąc jako czasoumilacz mam ustawione jej papa – ‘paparazzi’). laseczki będą czyniły honory domu, tudzież tematu i alleluja!  
na chwilę
na chwilę
'na twoim pogrzebie tylko ja nie będę się śmiał. ja będę puszczał bańki'
'na twoim pogrzebie tylko ja nie będę się śmiał. ja będę puszczał bańki'
tu przecież nic pisać nie trzeba.
tu przecież nic pisać nie trzeba.
nawet oni muszą spać
nawet oni muszą spać
Zobacz więcej zdjęć [12] »

[bo przecież wcale nie powinienem tego pisać]

każda próba ujęcia tego w słowa wydaje mi się tak głupia i bezcelowa, że w zasadzie jedynym rozsądnym czynem w tej sytuacji byłoby strzelić sobie w łeb. potem mógłbym patrzeć sobie spokojnie z góry na to, jak ładne kwiaty dostałbym na pogrzebie. ciekaw jestem tylko, ilu z moich znajomych wie, że najbardziej ucieszyłbym się z magnolii i granatowych róż. gosia chyba pamiętałaby o tych magnoliach, w końcu wspólnie kontemplowaliśmy je przed maiusem. dominika-lachonem-zwana pewnie przyniosła by róże, różowe, w liczbie dokładnie szeznastu (nie, to nie błąd, przedniojęzykow-ozębowa głoska ‘z’ jest tu jak najbardziej na miejscu).

ale wracając do sedna. przecież nie siedzę przy moim laptopie przed pierwsza w nocy by pisać o kwitach. poza tym, znając życie, mimo kłopotów ze zdrowiem, zapewne umrę jako ostatni i nie będzie nikogo, kto mógłby te kwiaty mi przynieść. siedzę tu i teraz po to, by napisać coś o tobie. i o mnie. ale wszak nie ‘o nas’.

ja naprawdę nie mam nic przeciwko tobie. nigdy nie miałem. lubię to, co dzięki tobie zbudowałem. przecież te wszystkie klocki lego, z których się składam, pochodzą od ciebie. nie zaprzeczaj. ta godzina nie pozwala zaprzeczać. rozumiesz chyba doskonale, że już trzeci rok cały mój świat zamyka się w tej wąskiej przestrzeni między twoimi wargami. nie mam nic więcej. a mimo to nie czuję się wcale mały czy ubogi. chyba nawet właśnie dlatego.

ty: plątanina uczuć i własnej niedosłowności. nie uciekasz, a ja cię nie gonię. nie krzyczysz, a ja cię nie uciszam. zostawiamy za sobą siedemset mil hańby tylko po to, by wspólnie napić się herbaty z motyli, które sami złapaliśmy. nie dziękujesz, gdy podaję ci filiżankę, nie mówię „proszę”. nie mamy żadnych rytuałów czy sposobów parzenia. robimy to tak zwyczajnie. tak po prostu. tylko ja później ukradkiem ścieram z owej filiżanki ciepło twoich dłoni.

nigdy nie mówiłem ci, jak bardzo lubię sposób, w jaki wypowiadasz moje imię. podejrzewam, jestem prawie pewien, że jesteś jedyną osobą na świecie, która robi to we właściwy sposób. twoje „czarek” zawsze jest wyjątkowe, bo nigdy nie mówisz tego dwa razy tak samo. ja natomiast przestawiam cię ciągle na półkach pod tytułem: „moje życie”, bo to wszystko między nami ciągle się zmienia, rekombinuje, lecz wciąż jest tak samo znane. nawet cisza między nami zawsze jest inna, bo zawsze mówimy nią sobie tyle różnych rzeczy. nie będę ukrywał, że wolę ciebie bardziej od gramatyki opisowej i cynamonu.

ciągle sobie powtarzam, że nie znasz się na filmach. to, co oglądasz, to istne barbarzyństwo. słuchamy różnej muzyki i chodzimy spać o różnych porach. ja kocham dzień, ty żyjesz tyko w nocy. ja nie wyobrażam sobie świata bez jesieni. żadne z nas nie lubi spać. to przecież taka strata czasu. pozbywamy się idealizacji świata, przecież my nie jesteśmy stąd. „bardzo państwa przepraszam, ja tu tylko na chwilę” zwykliśmy mówić, gdy pytają nas o pogodę lub ceny ropy na giełdzie. nie wzruszam się na pogrzebach, nie płaczę po katastrofach. moje łzy należna tylko o ciebie. i nie ważne czy mi się to podoba czy nie. tak po prostu jest. i mówię to z pełną świadomością: „ja nie zamierzam nic zmieniać”.

nigdy się przeciw tobie nie buntowałem. a przecież jestem takim indywidualistą. tak bardzo mnie zmieniasz. dzięki tobie przebijam skorupę głupoty i widzę światło. dzięki tobie doceniam ciemność. już się jej nie boję. i nie lękam się siebie samego. pomiędzy światłem i nicością jesteśmy jeszcze ja i ty. i to cholernie pocieszające. i gdyby świat miał się kiedyś skończyć, to my byśmy nigdy nie istnieli. stąd wiem, że istnieje wieczność.

myślę o tobie dokładnie 763 razy we wtorki, 813 w piątki. na pozostałe dni tygodnia nie starcza już cyferek. wybaczasz mi tylko 10 myśli, reszta to mój grzech. wiesz, że grzeszył będę ciągle. wiesz, że pójdę za tobą 77 mil (znaczy, że całą wieczność przejdę przy tobie. z tobą. nie dziw się, proszę. przejdziemy ją wspólnie; poprzez wszystkie hiperbolizacje).

rozmawiałem dziś o tobie z borsukiem. tylko z nim o tobie rozmawiam. i chociaż za zwyczaj marnujemy czas gadając o seksie, religii i innych bzdurach, to warto to robić, dla dwudziestu minut rozmowy o tobie. zresztą, marnowanie z nim czasu jest bardziej budujące niż super wytężona praca wszystkich geniuszy zakładu literatury romantyzmu kolegium maius.o.
wiesz, jakiś czas temu doszedłem do wniosku, że ja nikogo nie kocham. absolutnie nikogo. rodzicom wdzięczny jestem za to, co dla mnie robią, zwłaszcza teraz. że starali się jak mogli, bym był „dobrym człowiekiem”, by „nikt przeze mnie nie płakał”. doceniam to. ale to nie jest miłość. chomik, mój własny osobisty brat. trochę razem przeszliśmy. mimo niesnasek (czytaj „wojen brutalnych”) całkiem udane mam te jednoosobowe rodzeństwo. chomika da się na swój sposób lubić. czasem. ale to, powtarzam, nie jest miłość. el., moja inwaLidka, to chyba najwspanialsza kobieta jaką znam. nie ma jeszcze osiemnastu lat, ale jeśli ktokolwiek zasługuje na miano „kobiety”, to właśnie ona. jest tak rozkosznie fajna, tak multi-przydatna, że codziennie dziękuję Bogu za to, że jest. za to, że tak mi pomaga. uczy, że dojrzałość niewiele ma wspólnego z cyferkami w metryce. anna, cesarzowa wszechrusi, zawsze jest na wyciągnięcie ręki. lubię ją wkurzać i lubię jej słuchać. lubię jej zaufanie, którym mnie obdarza. wspólnie planujemy wycieczki i wymyślamy plotki na temat każdego, od dody po królową anglii. marzena jako pierwsza mnie dojrzała. mnie jako mnie. bo było lato, jezioro i słabe reklamówki. tomek, gdy zobaczył mnie pierwszy raz, to myślał, że mnie kupiła na obiad. zawsze słuchała, zawsze pomagała. pokazała, jak różnorodny może być świat. szanowała moje lęki. pomogła wydobyć ze mnie tak zwanego „mężczyznę”, znaczy uczyła odpowiedzialności, wyrozumiałości, odwagi. jestem wdzięczny jej za to. ale to wszystko nie jest miłością. to coś innego. ja powtarzam z całą świadomością: nigdy nikogo nie kochałem. i nie martwi mnie to zupełnie. my jesteśmy zbyt „zwykli”, zbyt „prości” i zbyt „naiwni” na miłość. zbyt kiczowaci. i chyba za głupi. na nie czuję potrzeby nazywania moich uczuć w stosunku do ciebie w jakikolwiek sposób. nie muszę budować regułek i zamykać niczego w słowach. dlatego to wszystko, co piszę, nie ma najmniejszego sensu. ale ja z przyjemnością zrobię coś bez sensu, jeśli tylko ma to związek z tobą.

a przecież wg planu nr 4560 my nigdy nie powinniśmy się spotkać. czy ktoś zaspał i nas nie dopilnował? czy wystąpił nieznany błąd w programie? nie ważne. ja nie zapomnę tego dnia. chwili, gdy oglądałem pierwszy zachód słońca na twojej skórze. chyba właśnie wtedy po raz pierwszy dostrzegłem, że słońce istnieje. czytałem twoje wiersze (wciąż mam je na dysku) i zachwycałem się twoją szyją. sposobem, w jaki łączy się z resztą ciała. trzy dni później wiedziałem już kim dla mnie jesteś. nie pamiętam dokładnie momentu, kiedy zdałem sobie z tego sprawę. wiem, że było to trzeciego czerwca. ania uczyła mnie w tym czasie słuchać jamesa blunta. nie lubiłem go zupełnie, do czasu, aż odkrywałem, że z każdym dźwiękiem fortepianu jest ciebie we mnie coraz więcej. teraz nie potrafię nawet wskazać granicy między nami. i słucham jamesa notorycznie, nagannie wręcz często. ale tylko tej jednej płyty. tych kilu piosenek, dzięki którym w ukrywaniu moich kształtów jestem już lepszy od doriana.

wiem, wiem to dobrze, bowiem widzę to jasno, że dano mi wybór. wcale nie musiałem cię przyjmować. nie musiałem dawać ci moich rzęs, kości czy wcięcia w brodzie. nie musiałem akceptować twoich żył, uszu, długich palców u dłoni. ale to zrobiłem. nie powiem ci dlaczego. przecież ty znasz siebie najlepiej. swoją dobroć, bezinteresowność, swój szacunek dla każdej istoty. ale przecież nie o to w tym wszystkim chodzi. sprawiasz, że czuję się dobrze. spokojnie. regulujesz mój oddech. bicie serca. niedługo wybije druga, a ja cholernie się cieszę, że to będzie druga godzina wtorkowego dnia. bo czas i datę mamy wspólną. to w zasadzie wszystko, co nas łączy. zabawne jest to, że gdy umrzesz nikt nie złoży mi wyrazów współczucia. pewnie dowiem się o tym, jako trzydziesta siódma osoba w kolei. pewnie po miesiącu z nieba przyślesz mi kartkę: „jest zajebiście. z czułością i przewiązaniem”. wtedy diabeł przeprosi Boga za całe zło. jako pokutę będzie przeprowadzał dzieci na pasach i grał ze szczurami w szachy. zrobi to, będzie chciał bowiem przebywać tam, gdzie ty. jak wszyscy.

nie posiadasz przed nazwiskiem żadnego tytułu, śmiejesz się ze mnie, z siebie, z całego świata. nie nosisz ubrań. odziewasz się w ironię. przy tobie nawet mędrzec cieszy się z tego, że jest głupcem. przy tobie łatwiej jest wybaczyć, że znów nie trafiło się szóstki w totolotka. dzięki tobie rezygnuję nawet ze swojego pomysłu, by dzieci trzymać w gettach.

kiedyś marzena es., mądra pani psycholog, matka, żona i kochanka, gdy zmieniłem się tak nagle, tak jakby w jedną chwilkę, na poły spytała się mnie, na poły stwierdziła dokładnie tymi słowy: „czarku, ty się zakochałeś?!”, ja na to: „no chyba ocipiałaś do reszty. ja i miłość?! niby jak?!”, i wtedy ona odpowiedziała mi na to dialogiem z jednego z naszych ulubionych filmów: „nie wiem, to tajemnica”. ja potrafiłem się wtedy tylko uśmiechnąć i odpowiedzieć: „wiesz, od kilkunastu dni jestem już komplety. dokonałem się. i teraz już przez całe życie będę zbierał tego plony. będę najbardziej czarującym skurwysynem jakiego kiedykolwiek znałaś. i moje własne trzy pokoje melancholii nie są już tak całkiem „moje” i tak całkiem „własne”. tyle mogę ci powiedzieć”.
spośród wszystkich rzeczy wiecznych będę trwał najdłużej. obiecuję. ty nie musisz nic mówić. wiem, że zrobisz to samo. wiem, że uszyjemy ściegiem dowolnym kilkanaście wszechświatów. nibylandia jest dla nas za mało „niby”, za mało nasza. wciąż mamy czas i kilka szans do wykorzystania. dziś mogę powiedzieć słowo „spokojnie” i prawie nie skłamać.

ja wiem, wiem to dobrze chociaż dowodów żadnych mieć nie mogę, że Bóg stworzył ciebie dokładnie tym celu, by ze mnie zakpić. dziękuję mu za to. ratowanie świata zostawił batmanom i supermanom. w ogóle kiedy ciebie stworzył, zachwycał się tobą dłuższa, chyba, chwilę. ja nie jestem tak doskonały, więc będę to robił już do końca. kolumb odkrył amerykę, ja „odkryłem” ciebie. nie mam wątpliwości, kto zyskał więcej. słońce zdradziło mi natomiast ostatnio, przez esemesa, że co dzień wstaje tylko po to, by sobie na ciebie popatrzyć. lubi wkradać się przez okno i patrzyć, jak śpisz. pomyśleć, że czekało na ciebie kilka miliardów lat. teraz może się tobą („wreszcie!”) cieszyć, prawie tak samo, jak ja.

kiedyś doszedłem też do wniosku, że gdyby dano ci inaczej na imię, popełniono by grzech śmiertelny. nie umiem sobie wyobrazić ciebie pod inną imieniem. ograniczony jestem strasznie, to nie ulega wątpliwości. wiem jednak, że dzięki twojej obecności madonna ma piękny głos, maryśka carey jest skromna i mądra, a nawet i ja sam nie jestem taki głupi, na jakiego wyglądam.

jeden mejl czy esemes od ciebie pozwala przeżyć dokładnie 2000 lat. sprawdziłem. parowiec może płynąć dalej. titanic nie tonie, a leonardo nie ginie. nie ma oscarów. nie znam twoich rodziców, ty nie znasz moich. nie poznałem jeszcze twojej siostry, ale widziałem ją na zdjęciach. jest bardzo ładna, ale chyba nikogo nie zdziwi, jeśli powiem, że ty podobasz mi się bardziej. w kalendarzu dzieli nas zaledwie kilka dni. nigdy nie spędziliśmy wspólnych świąt i nie wyjechaliśmy na wakacje. nie czytasz książek, które ci polecam, ja nie potrafię słuchać muzyki, którą ty lubisz, chociaż się staram. rozmijamy się wszak niemal ze wszystkim. i chyba dlatego jestem w niewoli ciepła twoich dłoni, i tego dźwięku, gdy odrywasz język od podniebienia. liczę jego kroki nim uderzy w zęby.

pamiętam całkiem dobrze >ten< dzień, to znaczy dziewiąty czerwca. było chmurnie, ale nie deszczowo. ja zaś byłem u anny; chyba nie za bardzo mogłem się skupić nad tym, co ona do mnie mówiła. piliśmy kawę z mlekiem i słuchaliśmy jamesa. ja niebawem, za dni sześć bodajże, wyjechać miałem na prawie trzy miesiące. wydaje mi się, że poruszyliśmy ten temat i ona całkiem nieźle udawała, że beze mnie nie będzie już tak fajnie. potem wróciłem do domu i znów oglądałem „godziny”. chyba po raz trzeci czy czwarty. już wszystko wiedziałem. pod sam koniec, gdy padają te słowa: „między nami lata, zawsze lata. zawsze ... miłość. zawsze... godziny”, a muzyka glassa łączy te wszystkie emocje w jedno, ja po prostu płakałem jak dziecko. nie pamiętam dokładnie jak długo, ale chyba co najmniej pół godziny. nikogo nie było w domu, mogłem sobie na to pozwolić. to wszystko nie było wcale przez ciebie. to było twoje i dla ciebie. więcej ci ofiarować nie mogłem. ale to jeszcze nie koniec. jakieś dwa lata później (czyli całkiem niedawno) borsuk opowiedział mi bardzo podobną historię z tym filmem. chyba lepszego rozmówcy nie mogłem sobie znaleźć. i filmu bardziej „no przecież wiesz”.

i teraz, już zupełnie na sam koniec, póki to całe pisanie jeszcze jestem w stanie zakończyć, kiedyś coś ci obiecałem. sam nie zdawałem sobie sprawy, co to wszystko będzie oznaczać. teraz już wiem. niedługo coś ode mnie dostaniesz, i możesz obiecać mi to samo, jeśli zechcesz. bo fajnie teraz jest otwierać oczy i nawet je zamykać. absurdalne to jest zupełnie, jak wszystko, co związane z tobą. obłęd może być błogosławieństwem.

i nigdy nie czułem potrzeby zatrzymywania ciebie tylko dla siebie, przeciwnie, rozdaje cię wszystkim wokół. w słowach niestosownych, gestach, rzeczach, uśmiechach. ta pandemia twoich brwi pochłonie przecież wszystkich. w tym nie ma żadnych ograniczeń. ty nie jesteś moim ograniczeniem. poszerzasz mnie nieustannie. nietaktownie.

miałem 17 lat. nie potrafiłem się przed tobą bronić. nadal nie potrafię. i naprawdę nie wiem kogo mam przeprosić za szczęście, które mu ukradłem.

[bo przecież wcale nie powinnaś/powinieneś tego czytać. żałuj za grzechy i nie czyń tego więcej]



bezczelne grafomaństwo dedykuję:
bezczelne grafomaństwo dedykuję:
Paulinie Es za esemesowe myśli wymienianie, także w czasach bardzo trudnych
Paulinie Es za esemesowe myśli wymienianie, także w czasach bardzo trudnych
Agnieszce Ka za skrzypiące podłogi i pewne bardzo specyficzne miejsce (że o związku nie wspomnę:-)
Agnieszce Ka za skrzypiące podłogi i pewne bardzo specyficzne miejsce (że o związku nie wspomnę:-)
Marcinowi Pe za permamentne pobudzanie resztek mego mózgu do pracy
Marcinowi Pe za permamentne pobudzanie resztek mego mózgu do pracy
Zobacz więcej zdjęć [8] »

It's Ovë bitch! Czyli wewnątrz 10 000 słów o rżnięciu, Johnnie Walkerze i wysokościach (ponoć zajebistych).

A muzycznie to:

Na początek: http://www.youtube.com/watch?v=0rJTbJOeFMA

Gdy biegli: http://www.youtube.com/watch?v=uSNJFX3HC1E

Siedząc na morzu: http://www.youtube.com/watch?v=MYaMNWp2T34

Czasem słowo 'iskrzące' żal zastępować synonimami: http://www.youtube.com/watch?v=RdTBml4oOZ8

W pokoju o (ich) zmierzchu: http://www.youtube.com/watch?v=7gVimoAUiXE

Save me, czyli trochę zapachu magnolii (nikt nie prosi tak ładnie jak Aimee Mann): http://www.youtube.com/watch?v=bNbTC6xLVg0

Na zakończenie, celem podsumowania (wszak tej pani wolno pojawić się dwa razy): http://www.youtube.com/watch?v=Vc8hD3BGe9A
Pokaż cały wpis »
18 października 2007 21:30 // No chodź!
Zobacz więcej zdjęć [14] »

Czyli cynamonowe życie kulturalne w Toruniu. Teatr, kino, etc.

*Ostatni raz w kinie na: 'Odlot'
*Ostatni pokaz filmowy: '8 i 1/2'
*Ostatni raz w teatrze na: 'Plaża', reż. Iwona Kempa, teatr Horzycy, 09.09.2009 r.


"KinOko to cykl comiesięcznych projekcji filmowych w toruńskim Domu Muz mających przybliżyć twórczość reżyserów uznanych na świecie, często wielokrotnie nagradzanych na prestiżowych festiwalach, których filmy są w Polsce mało znane lub niemal niedostępne. Prezentujemy obrazy twórców współczesnych, głównie europejskich. Tak szeroki zakresowo klucz doboru repertuaru pozwala nam sięgać po utwory bardzo zróżnicowane. Staramy się zapoznawać widzów zarówno z dziełami oryginalnymi pod względem formalnym, interesującymi przede wszystkim ze względu na swoją poetykę, jak i takimi, które operują (często też w sposób nowatorski) tradycyjnymi środkami filmowego obrazowania i pozwalają odbiorcy rozkoszować się prowadzonym w sposób wzorowy, a przez to ciekawy, klasycznym sposobem opowiadania. Pokazujemy filmy, które powstawały w niezwykłych okolicznościach, jak i takie, które niezwykłe wydarzenia opisują. Przedstawiamy utwory, poprzez które reżyserzy tworzą swoje wizje niezwykłych światów, jak i takie, które opowiadają o rzeczywistości nam znanej, jednak sposób, w jaki dobrane i ukonstytuowane zostają elementy filmowego świata, czyni je niezwykłymi i interesującymi, często wręcz genialnymi.

Aby ułatwić widzom umiejscowienie prezentowanych filmów w dorobku światowej kinematografii, każdy seans poprzedzony jest prelekcją mającą scharakteryzować pokrótce twórczość danego reżysera, wskazać jej cechy wyróżniające oraz przybliżyć elementy charakterystyczne filmu, czasem też kulisy jego powstania."


Tego, co będę umieszczał w tym temacie, proszę nie traktować w kategoriach recenzji, analiz czy interpretacji filmów, które w ramach spotkań dane mi było zobaczyć. Nie mam czasu na tworzenie takowych. Są to bardzo luźne komentarze, zawierające moje odczucia
?na gorąco?, bez szczególnego zagłębiania się w treść, rozszyfrowywania symboli, dbania o styl, etc. Nie mniej skoro jest to portal filmowy, a na moim blogu o filmach tematów jak na lekarstwo, więc pozwoliłem sobie na założenie tego. Może ktoś na tym skorzysta i zainteresuje się kinem troszkę innym, aniżeli tym, które gości w naszym codziennym repertuarze.
Moja nie-winna czarodziejka
Moja nie-winna czarodziejka
Grzeszne miasto
Grzeszne miasto
I to krople
I to krople
Na spacer, teraz i właśnie koniecznie
Na spacer, teraz i właśnie koniecznie
Zobacz więcej zdjęć [16] »

Deszcz, deszcz, deszcz. Lekko, (nie)nachalnie, odchyliłeś okno, z sobie tylko znanego powodu.Dziś, właśnie w tej chwili, w której to piszesz (zważ jednak, że nie w tej, w której jakaś zbłąkana osoba to czyta), trzymając komputer na kolanach, owe krople, co do jednej, noszą me imię. Patrzysz na mnie niby tylko przez wąską szczelinę, widząc w rogu pajęczą sieć i niekoniecznie czyste framugi. Twój świat zamyka się w kilkunastocentymetrowej przestrzeni z plastiku. Ja natomiast, tak naprawdę, to leżę sobie gdzieś tam na dole. Tak właśnie tam, pomiędzy tą wielką dziurą w chodniku a samochodem miejscowej nauki jazdy. Inni ludzie mnie nie dostrzegają, zbyt zajęci są strachem przed tym, że mogą zmoknąć. Oni biegną, obawiają się. A przecież człowiek uciekający przed deszczem jest taki śmieszny. Ale wróćmy do mnie. Bądź, co bądź, widzisz tą historię z mojego punktu widzenia. Z ulicy podrzędnego osiedla, które w strugach deszczu wygląda mimowolnie szaro. Właśnie tak.

Obok mnie dokładnie przed chwilą przejechał samochód, czerwony. Dziś mijają mnie same czerwone samochody. I dlaczego ludzie uważają, że to kurwi kolor? No, dlaczego? A z resztą. Pomówmy o drzewach. W zasadzie to nawet mi nie przeszkadzają. Wody starczy dla nas wszystkich. Może trochę im zazdroszczę, bo są duże i zielone, ale później do tego wrócę. Prawie mogę to obiecać. Ale muszę zadać Tobie pytanie: czy i tak uwierzyłbyś mi wiedząc, że leżę sobie na ulicy i pozwalam by krople naznaczyły każdy fragment mojego ciała? Nie będzie przesadą, gdy zaryzykujesz stwierdzenie, że jestem dosyć naiwny i niepoważny. Jednak w chwili takiej jak ta (patrz pierwszy nawias) zwracam na to niewielką uwagę. Bardziej interesuje mnie to, ile jeszcze kropel zawita w to miejsce, gdzie kończy się moja szyja. Do tej pory naliczyłem ich 459. W pewnym sensie znów czuje się przegrany. I to wcale nie z tego powodu, że dziurę w owej ulicy, na której przecież leżę, wypełnia więcej wody, aniżeli jestem w stanie policzyć. Nie, to coś zupełnie innego. Wciąż tylu rzeczy muszę się nauczyć. Czy prawdę można mierzyć w hektolitrach, albo decymetrach sześciennych? I jeszcze ci ludzie... tacy śmieszni. Zbyt zajęci, by zdać sobie sprawę, ile przyjemności może sprawić jedna mała kropla na powiece. Przyjemności poszukają później w łóżku, może nawet wodnym. Śmieszni są jednak, to już chyba zrozumiałeś(?). Nawet ich płaszcze przeciwdeszczowe się z nich śmieją. Ja chyba też mogę?

Zaraz? zaraz? Widzę jakieś dziecko, gdzie jego rodzice? Aaa, to ta dziewczynka z dziewiątki. Widziałem ją już kilka razy.. Jest bez parasolki i płaszcza. Mądre stworzenie. Nie boi się wody. Chyba mi się zdawało? nie teraz widzę to wyraźnie. Ona też się uśmiecha na widok niewolników. A w ręku trzyma to takie śmieszne ?coś? z płynem. Nie raz już widziałem jak wypuszcza z tego 'czegoś' (naprawdę nie mam pamięci do nazw) takie kolorowe bańki. Teraz nie ma nikogo, kto mógłby je zniszczyć. Dlatego dziewczynka, rozglądając się dokoła uśmiecha się jeszcze bardziej i zaczyna czarować. Jedna, druga, trzecia? jakie to piękne. Leżąc widzę je od dołu. Widzę, jak przelatują nade mną, są tu tylko dla mnie i dla niej. Prawie nie ma wiatru, suną więc leniwie dostrzegane tylko przez nas - wspólników w tym handlu nierównym. Jest ich całe mnóstwo, (znaczy baniek). Niektóre dążą ku drzewom, by zniknąć, inne unoszą się wypełniając całą przestrzeń, która mogę objąć wzrokiem. Naglę słyszę śmiech. Dla kogoś takiego jak ja, stworzenia, które nie potrafi się śmiać, to coś równie fascynującego, jak te bańki i ten deszcz. Co skłoniło ją do śmiechu. Zastanawiam się przez chwilę, aż ta, jakże oczywista, myśl objawia mi powód. To ja! Zobaczyła mnie! Tak, w podskokach zjawia się przy mojej skromnej osobie, pochyla się i prosto w moją twarz wypuszcza całą masę baniek! Patrzy na mnie bez wyniosłości. Jest równie naiwna jak ja sam. Lecz boginią mi jest, nie człowiekiem. Kilkuletnia bogini i jej (nie)śmiertelne bańki. Potem zaczyna skakać wokół mnie, sama otoczona przez te cuda. ?Ostrożnie, nie podepcz mnie!? chcę krzyknąć, ale ona nie jest jak te samochody o kolorze kurwowym (przymiotniki, jaki i przysłówki od słowa 'kurwa' tworzy się tak banalnie). Uważa by mnie nie skrzywdzić. Jesteśmy tylko my: ja, ona, bańki i deszcz? Oj! Tak zajęty byłem małą mą czarodziejką, że nie spostrzegłem jak krople zaczęły padać coraz rzadziej. Tak, czuję już tylko pojedyncze muśnięcia po powierzchni mojego ciała. A ciało mam mówiące. To smutne, wiem, że zaraz znów wyjrzy słońce. Nie zrozum mnie źle, ja je nawet lubię, ale gdybyś spytał mnie, co kocham najbardziej, powiedziałbym ?wodę?. Słyszę, jak jakaś kobieta wychodzi z pobliskiej klatki. Nie chcę na nią spojrzeć, wolę poobserwować ostatnie bańki, jakie dziewczynka właśnie wypuściła, nieświadoma, że ktoś ją obserwuje. Kobieta szła szybko i pewnie. Widocznie odzyskała już odwagę, inni zaraz też zaczną wychodzić. Uzyskają pewność, że niebezpieczeństwo minęło. Będą używali takich dziwnych słów na ?ch? i, co gorsze, tych obrzydliwych na 'm'. Będą krzyczeć i uważać się za najwyższych władców wszechświata. A przed chwilą bali się deszczu. Brawurowa to odwaga.

Naprawdę.

Kobieta staje w połowie drogi pomiędzy klatką a mną i nagle słyszę jej chrapliwy głos ?Chodź do domu, w tej chwili! Cała mokra. Niech to tylko ojciec zobaczy?. Dziewczynka właśnie chciała znów wypuścić bańki, ale słysząc wezwanie tamtej kobiety schowała przedmiot od baniek do kieszonki i również w podskokach podążyła ku kobiecie. Mijając mnie odgarnęła do tyłu mokre włoski, a krople z nich spadły na mnie dając ostatnie tchnienie deszczu tego dnia. Tylko dla mnie. Nie dla dziury w ulicy, ani przestrzeni pomiędzy płytami w chodniku. Drzewa po raz pierwszy spojrzały na mnie z zazdrością. Szepnąłem ?dziękuję?, jednak dziewczynka już była przy matce, której słowa ?nowa sukienka! marsz do domu? zagłuszyły mnie całkowicie. Gdyby tylko mogła wiedzieć, ile dla mnie zrobiła. Bańki mydlane i deszcz! To więcej niż ocalić cały świat od ognia i głodu. Ostatnie odgłosy jej kroków niknęły w pojawiających się właśnie głosach jakiś ludzi. Tak, tych odważnych.

Czas się rozstać, chyba nie obrazisz się na mnie. Już widzę ptaki, które zniżają swój lot w poszukiwaniu pokarmu. Już trzeci dzień leżę w tym samym miejscu i pewnie dziś mnie odnajdą. Wczoraj jeden o mały włos mnie nie zauważył. Na szczęście pies go spłoszył. Poczciwy Burek. I chyba zapomniałem się przedstawić na początku, gdzie moje maniery?! Jestem ziarnem i gdyby łaskawy wiatr raczył mnie rzucić kilka metrów dalej, mógłby być pięknym drzewem. Ale nie będę. Słyszałeś? Ktoś zamknął to okno na drugim piętrze. To chyba byłeś Ty. Było mi cholernie miło Cię poznać i poleżeć tu z Tobą, w tym deszczu.
Pokaż cały wpis »
27 listopada 2006 10:49 // Zion
Zobacz więcej zdjęć [8] »

Poszukuję osób, które chciałyby pomóc w tworzeniu i rozbudowie Serwisu Filmowo. Jego ambicją jest wbicie się wkrótce do grona najlepszych i najchętniej odwiedzanych filmowych stron internetowym. By jednak ambicje stały się czymś więcej potrzebni są ludzie z pomysłami, zapełem i chęciami do pracy, a przede wszystkim przepełnieni miłością do kina - właśnie takich osób poszukuję.

Obowiązkiem redaktora jest przede wszystkim systematyczne pisanie do serwisu. Za minimum uważa się dwa teksty miesięcznie. Każdy kto spełnia trzy warunki ma bardzo duże szanse zaistnieć na naszych łamach: po pierwsze liczy się wiedza, po drugie przeniesienie jej do swoich prac, po trzecie zaś, co powinno być dość oczywiste, zrobienie tego w odpowiednim stylu, trzeba wykazać się umiejętnościami. Chcemy utrzymać wysoki poziom merytoryczny, tak aby móc konkurować z portalami/serwisami wiodącymi prym w tym biznesie. Oczywiście nie oceniaj się zbyt krytycznie. Zawsze warto spróbować, a jeśli będę miał jakieś zastrzeżenia do Twoich prac to możesz liczyć na opinię, a także rady odnośnie tego nad czym musisz jeszcze popracować.

Możesz też być wolnym strzelcem - osobą, która nie angażuje się na stałe we współpracę z serwisem, wspomaga go swoimi tekstami wedle uznania - nie ma limitów czasowych i ilościowych.

Więcej informacji: http://www.wspolpraca.filmowo.net
Kontakt: dusqmad@filmowo.net / http://www.forum.filmowo.net

***UWAGA***
Temat, w którym możecie mnie zaprosić na głosowania, ankiety, ślub córki lub wakacyjne kontemplacje na Ibizie:
http://www.filmweb.pl/blog/entry/268830/+My+Immortal.html
Montgomery Clift
Montgomery Clift
innymi słowy Monciak:-)
innymi słowy Monciak:-)
w zepsutym Hollywoodzie narodziła się przyjaźń, która przetrwała wszystko. Ze wspaniałą aktorką i kobietą Liz Taylor.
w zepsutym Hollywoodzie narodziła się przyjaźń, która przetrwała wszystko. Ze wspaniałą aktorką i kobietą Liz Taylor.
zdobywca 4 nominacji do Oscara
zdobywca 4 nominacji do Oscara
Zobacz więcej zdjęć [8] »

Biografię Montgomery?ego mojego autorstwa możecie przeczytać tutaj:
http://www.filmweb.pl/o45093/Montgomery+Clift/opisy


oraz tutaj:
http://www.filmowo.net/biografie/montgomery_clift.html


Inni o Montym:

Donna Reed:
"I had never worked with any actor like him; to watch him was incredible and memorable. He had a talent and a side to our profession I had never seen before, just superb."

Sheilah Graham
"He was only forty-five when he died. It would have been better for this sensitive man had he never come to Hollywood, never heard the shrill trumpet of success and the canned laughter of this desperate insecure society."

Lee Remick
"His lack of self esteem was very touching, very moving, very sad...there was an element of sadness in him all the time."

Myrna Loy
"We responded to each other immediately, perhaps because he was so vulnerable under his social veneer and I saw so much of myself in that contradiction."
Pokaż cały wpis »
23 października 2005 14:47 // Wzgórze czarnej magii.
To jest blog przeznaczony na sprawy weryfikacyjn e
To jest blog przeznaczony na sprawy weryfikacyjn e
tak, więc wpisy na ten temat umieszczone w innych tematach lub na skrzynce pocztowej nie będą nawet rozpatrywane
tak, więc wpisy na ten temat umieszczone w innych tematach lub na skrzynce pocztowej nie będą nawet rozpatrywane
Mistrz Yoga pilnuje tu porządku (wpisy wszelakie nie będą usuwane)
Mistrz Yoga pilnuje tu porządku (wpisy wszelakie nie będą usuwane)
Ovë jaki jest, każdy widzi. Choć zwierz mały, to podły i wielkiej szkody w kontrybucjac h czyniciel.
Ovë jaki jest, każdy widzi. Choć zwierz mały, to podły i wielkiej szkody w kontrybucjac h czyniciel.
Zobacz więcej zdjęć [16] »

czaruję (bo po giertychowsku ma być! no!)

bo musisz wiedzieć, że:

Jeżeli chcesz tu zostawić komentarz, to znaczy, że miałem przyjemność weryfikować Twoją kontrybucję. Pragnę Ci donieść, że w wypadku, o którym chcesz napisać, popełniłem straszny błąd. Kontrybucja była dodana prawidłowo, ja jednak nie mogłem odmówić sobie przyjemności, by Ci ten materiał odrzucić. Zważ jednak, jak niewiele człowiek ma w życiu przyjemności. Do tego dochodzą kompleksy, fanaberie i tego typu rzeczy. Gdzieś trzeba odreagować prawda?

zwróć uwagę, również na to, że

Jeśli zaakceptowałem Twój materiał, to oczywiście popełniłem błąd. Zwyczajnie nie chciało mi się go sprawdzać, zrobiłem losowanie i padło ?akceptuj?. Wybacz! Możesz mnie tu za to zbesztać i/lub zagrozić mi, że zrobisz wszystko, bym stracił uprawnienia. Na swoje usprawiedliwienie chciałbym dodać tylko, że naprawdę nie chciałem akceptować tej kontrybucji.

możesz zajrzeć tu, chociaż to kompletna strata czasu, po co komu te wszystkie zasady? aczkolwiek z nudów kiedyś sam przeczytam:


Weryfikacja bez kolejki? Za pieniądze? U mnie? Jasne! Płatności w naturze też akceptowane, ale wolimy karty Mastercard. Niektórych rzeczy kupić nie można, mnie jak najbardziej! Mój skarbnik Biszkopt czeka na oferty.... Gdzie z drobnymi się pchasz? 300,000,000 jenów? Co ja sobie za to kupię?.

Z aktualności Ojca Dyktatora:
Wpisując się na tym blogu wyrażasz zgodę na przetwarzanie swoich danych osobowych, jak i wizerunku, do kampanii nowej linii prezerwatyw 'Mnisie uciechy'. W naszej kampanii używamy hasła: 'gdyby rodzice tego osobnika używali naszych prezerwatyw, pewien weryfikator byłby szczęśliwszy'. Z racji udziału w kampanii nie przypadają Ci żadne udziały w zyskach, ani nawet darmowe próbki produktu. Ponadto Twój wpis jest równoznaczny z wyrażeniem opinii, że jestem najprzystojniejszym weryfikatorem w historii filmwebu, jak równiez całego Wszechświata, a przynajmniej powiatu....

I jeszcze zbiór bzdur

Wbrew pozorom to, co tu piszę, jest istotne.

*temat niezmiennie dedykowany dwóm okropnym wspólnikom w zbrodniach przeciw userom: Blue Dragonowi i Xzarowi*
Pokaż cały wpis »
7 lipca 2005 17:28 // Sen nocy letniej
Sny
Sny
Zobacz więcej zdjęć [16] »

Ty też czasem śnisz, prawda? Znaczy przenosisz się w tą krainę magii, cudów i innych bzdur. Tam wszystko możesz, ograniczeń wyzbywasz się zupełnie (prawie). A wiesz jak to jest ze mną. Jak się w tym odnajduję, rozumiesz? Ja wtedy zrzucam skórę moją, ciała się pozbywam, pozwalam przenikać się przestrzeni. Wtedy jedność z nią tworzę. Dystans odnajduję, ale nie ten, jaki gwiazdy szoł-biz-ne-su mają. Ja po części kompletności doświadczam, błędy naprawiam, czasem wręcz. Ale nawet tam, dziwną gramatyką posługiwać się pragnę, szablonów to my nie lubimy, oj nie.

I chcę Ci jeszcze powiedzieć, że nauczyłem się smakować to, co jest tu, nie w tamtym łonderlendzie. Jaśniej niby mam się wysławiać? No pomyśl, ten sen, przez który ten temat cały powstał, on mi się spełnił. Naprawdę. Fantazjowania się w tej chwili wyzbywam. On był kluczem, co mi drzwi otworzył upragnione. I teraz śnić już nie lubię tak bardzo, spać w ogóle. Bo ja Nibylandię mą tworzę na co dzień, naprawdę. Środków zastępczych już nie potrzebuję tak bardzo. To zamknięty już rozdział i ślad jego tylko został. Właśnie tu.

W sieci od 18 marca 1998 roku, od 20 stycznia 2000 jako pierwszy serwis w Polsce dostępny w WAP. Pobierz logo Filmweb. Marka "Filmweb" oraz slogan "łeb pełen filmów" są własnością Omnigence sp. z o.o. i są chronione prawem autorskim.

Created by agencja interaktywna - artegence.