Rafikii89

nie podano imienia i nazwiska

Wpis został dodany do obserwowanych

Zarządzać obserwowanymi blogami i wpisami możesz na stronie Obserwuję > blogi

Obserwujesz ten wpis

Zarządzać obserwowanymi blogami i wpisami możesz na stronie Obserwuję > blogi

Przestałeś obserwować wpis

Blog został dodany do obserwowanych

Zarządzać obserwowanymi blogami i wpisami możesz na stronie Obserwuję > blogi

Obserwujesz tego bloga

Zarządzać obserwowanymi blogami i wpisami możesz na stronie Obserwuję > blogi

Przestałeś obserwować bloga

O FILMACH SOBIE TUTAJ PISZĘ
| 6 komentarzy
Coś sobie będę skrobał tutaj niedługo, bo mam ochotę. Jak ktoś chce, to też może skrobać. Amen. 
Udostępnij

komentarze

"Tetro"

Najnowszy film Coppoli to kino w pełni autorskie, które może zadowlić. Z jednej strony proste i oszczędne w środkach, z drugiej przemyślane i wielowarstwowe. Historia nastoletniego chłopaka przybywającego do starszego brata, który przed laty opuścił dom rodzinny, jest być może mało odkrywcza, ale za to wirtuozersko zrealizowana: piękne zdjęcia przywodzące na myśli największe osiągnięcia amerykańskiego kina lat 50. ("Bulwar Zachodzącego Słońca"), bardzo dobrze zagrana (Gallo jako Tetro to istna rewelacja, a towarzyszący mu Maribel Verdu i Alden Ehrenreich sprawiają, że chce się ich oglądać więcej i więcej) i wreszcie świetnie wyreżyserowana. Coppola powraca tutaj do korzeni - porzuca rzemieślnictwo ("Supernova", "Zaklinacz deszczu", "Jack") na rzecz artyzmu ("Rumble Fish"). Być może nie jest jeszcze wolny od tego pierwszego, bywa też naiwny i zbyt dosłowny, ale na nowo zaczyna szanować widza, bawi się z nim, hołduje klasyce i ubiera odgrzewane w wielu filmach motywy w nowe szaty, zwane "estetyką kiczu". Dzięki osadzenu akcji w Buenos Aires może do woli żonglować konwencjami i celowo wprowadzać widza w sentymentalno-majestatyczny ton swojej opowieści nie narażając się przy tym na śmieszność. Hostoria, którą oglądamy, wciska się nagle w ramy opery mydlanej, by za chwilę - zupełnie niepostrzeżenie - wymknąć się z nich i zmusić widza do udzielenia odpowiedzi na kilka ważnych pytań dotyczących dojrzewania i odkrywania samego siebie poprzez prawdę o swojej rodzinie. Bo przecież każdy pełni w niej określoną rolę, a kiedy się w niej zagubi, przestawieniu mogą ulec pewne wartości i więzy rodzinne zostaną zerwane. Pozszywać można je będzie tylko poprzez prawdę, która - jak wiadomo - bywa bolesna i ciężka do odkrycia.

Podobał ci się Inland Empire? Napiszesz coś?

Nawet bardzo mi się podobał. Obejrzałem go już po raz trzeci, pierwszy raz to jeszcze na uroczystej premierze w Gdańsku, gdzie samemu Lynchowi mogłem łapę uścisnąć (ha!). Wtedy film mnie zmiażdżył, a jednocześnie upokorzył, bo ni cholery nic z niego nie mogłem sobie ułożyć, wyłączyłem logiczne myślenie i odbierałem obraz+dźwięk jako zwyczajne bodźce, instynktownie.
Teraz również odbieram "Inland Empire" jako przedziwny mindf*ck, uważam jednak, że ma coś na celu i wcale nie jest bełkotem, jak mu to spore grono widzów zarzuca. Wydaje mi się, że jest to najbardziej autorskie dzieło Lyncha, w którym słynny szaman kina nie idzie na absolutnie żadne kompromisy (sam przecież robił zdjęcia, sam montował) i tworzy swego rodzaju zaproszenie dla widza, aby mógł z niego skorzystać i odwiedzić najmroczniejsze zakamarki ludzkiej psychiki (i wizji autora). W rezultacie "Inland Empire" to trochę inny Lynch - brzydki, odpychający brudny. Nie ma tu pięknych kadrów czy delikatnych, hipnotyzujących ruchów kamery, do których przyzwyczaił nas w "Lost Highway" czy "Mulholland Drive", nie ma stopniowo wprowadzanej tajemnicy, w "Inland.." wszystko uderza w widza ze zdwojoną siłą: od razu mamy mętlik i musimy układać puzzle rozrzucone przez Lyncha, od razu bombardują nas cyfrowe, momentami nieostre i niechlujne zdjęcia, złowieszcza muzyka wwierca nam się w głowę i nie pozwala odetchnąć, dziwaczne postaci pojawiają się częściej niż w poprzednich dziełach reżysera (Majchrzak, Zabriskie, kobieta z śrubokrętem w brzuchu..), a ich celowo powykręcane twarze (często pokazywane w chorych, uzyskanych szerokim kątem zbliżeniach) mogą przyprawić o dreszcze. To taki extream, który nie każdemu może się spodobać, tym bardziej, że treść filmu jest tutaj pocięta na drobne kawałeczki i cholernie mocno zawiła. Ale to jest właśnie siłą tego filmu: z pozoru pozlepiane ze sobą bez ładu i składu dziwaczne, absurdalne sceny, z czasem zaczynają się zazębiać, a nagle pojawia się coś lub ktoś i burzy naszą wspaniałą konstrukcję, znowu musimy wszystko układać od początku. To taki rodzaj gry z widzem, który bardzo sobie cenię. Zwłaszcza, że te wszystkie dziwaczności, można swobodnie wytłumaczyć (dzięki kluczowym zdaniom podrzucanym dyskretnie przez reżysera) i odnaleźć wśród nich drogę do własnej interpretacji, przy okazji zachwycając się całą gamą tematów poruszanych tutaj przez Lyncha: jest psychoanaliza głównej bohaterki, jest refleksja nad związkiem kobieta-mężczyzna, jest satyra na Hollywood, jest motyw snów i marzeń wpływających na rzeczywistość... Sporo w "Inland Empire" jest, trzeba tylko chcieć to zobaczyć i oddać się odrealnionej, blisko trzygodzinnej jeździe bez trzymanki.

O Ćpuna nie zapytam nawet:)

Robi się cały czas. Już bliżej niż dalej ;)

"Siedem kobiet w różnym wieku"

Ach, ten Kieślowski! Z tak prostego (acz intrygującego) pomysłu, jakim było sfilmowanie siedmiu baletnic w różnym wieku i na różnych szczeblach kariery, udało mu się stworzyć dzieło ponadczasowe traktujące o ludzkiej kondycji i sensie naszej egzystencji. Oglądamy zatem siedem kobiet-baletnic - od tej najmłodszej, jeszcze niewinnej, stawiającej pierwsze kroki (w balecie a także w życiu) do najstarszej, będącej po przejściach i trudach w wspinaniu się na szczyt kariery, a także trudach życia. Porterty siedmiu kobiet zestawione ze sobą tworzą właściwie apoteozę życia. Dodatkowo reżyser wzmacnia swoje tezy przedstawiając każdą bohaterkę w inny dzień tygodnia. Z każdym dniem stajemy się coraz starsi. Jako dziecko jesteśmy uzależnieni od kogoś, uczymy się, wiele jest nam wybaczane. Potem dorastamy, nie ma już tak lekko, doświadczamy na sobie przykrej, często bolesnej rzeczywistości, lecz cały czas dążymy do spełnienia. Lecz co, kiedy już się je osiągnie? Przyjdzie wypalenie, zmęczenie materiału. Przyjdzie nam uczyć innych, tak jak kiedyś nas uczono. Koło się zamyka, a życie biegnie dalej. Przychodzą kolejne pokolenia (baletnic, piekarzy, dziennikarzy) - wszystko jedno. Do czego to wszystko zmierza? Kieślowski zadaje wiele pytań unikając jednoznacznych odpowiedzi. Film pozbawiony jest komentarza, widz sam musi sobie wszystko wyczytać. Jak na 15 minutowy dokument, prawdy jest w nim bardzo wiele. Być może nawet zbyt wiele.

Zgłoś nadużycie

Opisz, dlaczego uważasz, że ten wpis nie jest zgodny z regulaminem serwisu:

Wpis został dodany do obserwowanych

Zarządzać obserwowanymi blogami i wpisami możesz na stronie Obserwuję > blogi

Obserwujesz ten wpis

Zarządzać obserwowanymi blogami i wpisami możesz na stronie Obserwuję > blogi

Przestałeś obserwować wpis

Blog został dodany do obserwowanych

Zarządzać obserwowanymi blogami i wpisami możesz na stronie Obserwuję > blogi

Obserwujesz tego bloga

Zarządzać obserwowanymi blogami i wpisami możesz na stronie Obserwuję > blogi

Przestałeś obserwować bloga

dodaj komentarz

gorące wpisy

blogi moich znajomych

archiwum