Na filmwebie od:
18 marca 2012
1670
440
2319
48

calciumkid

nie podano imienia i nazwiska

Rankingi

dodający:
126 pkt. #88 listopad [-1]
21080 pkt. #200 wszech czasów [-]

Podobieństwo

? %
Poziom Waszego podobieństwa nie jest znany. Zaloguj się.

recenzje (48)

Ranking recenzentów:
miejsce 9 opublikował(a) 6 recenzji
w ostatnich 90 dniach (78%)

Superwulkan wybucha. Wśród ludności wybucha panika. Widz podczas oglądanie dzieła Matta Codda również wybuchnie - to ze śmiechu, to z zażenowania. Fil ... więcej

"The Following" to sensacyjna telenowela, w której poziom absurdu często przekracza granicę, a z policjantów zrobione bandę idiotów. Jeżeli jednak pod ... więcej

"Edge of Winter" to dobrze zrealizowany thriller, który skrywał potencjał na solidne kino psychologiczne, jednak reżyser nie wyraził chęci, aby stworz ... więcej

wszystkie recenzje

blog (Shawn)

RSS
  • Robić to, co kochasz - to wolność.

    Recenzje, które nie kwalifikują się do publikacji lub te, które jeszcze nie przeszły weryfikacji będę zamieszczał tutaj. To, że jednej osobie nie podobają się moje teksty, nie znaczy, że przestanę robić coś, co sprawia mi tyle radości :) Miłego czytania.
     
    "To"


    Oblicze strachu

    "To" jest jednym z najlepszych horrorów wyprodukowanych w ostatnich latach. Nakręcony na podstawie głośniej i cenionej powieści autorstwa Stephena Kina, angażuje emocjonalnie widza, dostarczając sporą dawkę strachu, a także śmiechu i wzruszenia. "To" po prostu trzeba zobaczyć.

    photo.title
    O Andresie Muschiettim świat usłyszał w 2008 roku, kiedy nakręcił krótkometrażowy horror – "Mama",  który zyskał takie zainteresowanie, że w 2013 roku powstała jego pełnometrażowa wersja. Następnie reżyser odsunął się w cień, i powrócił dopiero po czterech latach, stając za kamerą ekranizacji jednej z najgłośniejszych książek Stephena Kinga – "To". Jeszcze niedawno na ekranach kin gościła, adaptacja serii mistrza horroru – "Mroczna wieża", która okazała się klęską i zapewne wiele widzów, podobnie jak ja, obawiało się, że Muschietti podzieli porażkę Nikolaja Arcela. Na szczęście, reżyser przez lata nieobecności nadrobił zaległości, zdobył nowe umiejętności i zaprezentował lśniące arcydzieło, które utwierdza w przekonaniu, że we współczesnych czasach można nakręci trzymający w napięciu horror, nadający powiew świeżości.

    Najmocniejszą stroną jest bezbłędnie napisany scenariusz, Gary Dauberman, Chase Palmer i Cary Fukunaga imponują dobrymi dialogami, bogato zarysowanymi bohaterami, a także zgrabnie wkomponowanym humorem. Zaskakująco dobrze udało im się poświęcić czas na każdą z postaci, charakterystycznie przedstawiając ich historię a także portrety psychologiczne. Tak zwany "Klub Frajerów" jest mieszanką wybuchową – mamy tutaj jąkałę Billy'ego, który nie potrafi otrząsnąć się po zaginięciu swojego brata; śmieszka Richie'go, sprzedającego co chwilę zabawną, a zarazem chamską odzywkę; oczytanego grubaska Bena; przesadzającego w kwestii zarazków i bakterii Eddie'go; pochodzącego z żydowskiej rodziny Stana; osieroconego Afroamerykanina Mikie'go oraz jedyną dziewczynę w grupie – sympatyczną Beverly. Wprowadzenie tak licznej grupy było nie lada wyzwaniem, jednak trójka scenarzystów wyszło z tego zwycięsko, zadziwiająco dobrze angażując w wątek każdego z bohaterów. Jedne postacie są nieco skromniej zaprezentowane, lecz nietrudno jest się z którąś z nich utożsamić. Warto także wspomnieć o charakterystycznym i bezlitośnie osadzającym się pod powiekami antagoniście – Klaun Pennywise to uśmiech czystego zła, które po seansie nie raz pewnie się nam przyśni.
    photo.title photo.title photo.title

    "To" zachwyca również koncepcją brzmienia. Film już na początku nabiera tempa, w ślad za nim podąża muzyka. Kompozytor Benjamin Wallfisch wprowadza przerażające nutki, doprowadzające do dreszczy na ciele, a z każdą kolejną minutą dyskomfort przybiera na sile. Ścieżka dźwiękowa tworzy niesamowity klimat lat 70. I 80., wypełniony atmosferą dławiącej grozy. Niepokojące utwory sprawiają, że włos na głowie się jeży, ale warto także wspomnieć, że w filmie świetnie wypadają single nostalgiczne, które potęgują wydźwięk scen, a żwawe piosenki zespołu New Kids on the Block tworzą genialną całość.

    Sam fakt, że bohaterowie są dobrze nakreśleni przez scenarzystów nie dałby takie efektu, gdyby nie idealnie dobrani aktorzy. Bezsprzecznie ikoną filmu jest Bill Skarsgård, który w roli Pennywisea zagrał na najwyższych obrotach, kreując antagonistę na miarę Jokera w wydaniu Heatha Ledgera. Aktor gra nad wyraz naturalnie, imponując modulacją głosu i bezbłędną mimiką. Mimo że wciela się we wcielenie zła, to jego gra aktorska powoduje, że tego Klauna nie da się nie polubić. Młodsza część obsady także zachwyca, zwłaszcza Jaeden Lieberher, którego rola była najbardziej wymagająca. Aktor w roli Billy'ego spisał się fenomenalnie, z łatwością odnalazł się w każdej scenie. Zaskakujące jest to, że jąkał się w tak naturalny sposób, że można odnieść wrażenie, że sam w życiu prywatnym ma problemy z wymową. Lieberher bezbłędnie wykreował wieź z filmowym bratem, dostarczając fale wzruszeń, a kilka scen w których cały ból i gniew bohatera wylewa się z niego w potokiem szczerości pozostaje w pamięci na długo po seansie. Dzielnie kroku tym dwojga dotrzymał charyzmatyczny i przezabawny Finn Wolfhard, którego mogliśmy niedawno oglądać w serialu "Stranger Things", gdzie naturalnie wykreował bohatera, zupełnie odbiegającego od tego w dziele  Muschietti'ego. Bez problemu serwuje komiczne żarty i wzbudza szczerą sympatię. Podobnie poradził sobie Jack Grazer w roli przewrażliwionego Eddiego, który także dostarcza dawkę uśmiechu, ale powala w scenach przerażenia – zwłaszcza, gdy trafia na podwórko opuszczonego domu, ja również, kiedy koledzy nastawiają mu złamaną rękę. Sophia Lillis i Jeremy Ray Taylor również popisali się swoimi umiejętnościami aktorskimi, kreując bohaterów z krwi i kości. W grupie odstawało dwoje aktorów: Chosen Jacobs i Wyatt Oleff, którzy nie potrafili odnaleźć się w swoich rolach, wypowiadając swoje kwestie bez cienia emocji.

    photo.title photo.title photo.title
    Odpowiedzialny za zdjęcia, Chung-hoon Chung także nie zawodzi. Przy bezbłędnej pracy obiektywem tworzy jeden szlachetny obraz za drugim, reprezentuje wysoki poziom plastyki i dostarcza również doznań estetycznych. Warto także wspomnieć o oświetlenie, które częsty brak, potęguje grozę goszczącą na ekranie. Kreatury, nękające bohaterów przerażają już w świetle dnia, jednak kiedy akcje przenosi się do słabo oświetlonych kanałów, u widza nieuniknione jest przyśpieszone bicie serca. Muschiettiego można pochwalić również za metody straszenia - nie ogranicza się on bowiem do samych jump-scen, lecz z precyzją dostarcza dawkę strasznych scen, których nie zawsze widz jest w stanie przewidzieć, czy się na nie przygotować. Niekiedy perfidnie usypia naszą czujność, aby za moment po raz kolejny wzbudzić w nas lęk.

    photo.title

    Podsumowując, "To" okazało się jednym z najlepszych horrorów ostatnich lat, który poza straszeniem widza, angażuje go także emocjonalnie. Są tutaj sceny, podczas których można się naprawdę pośmiać, jak również takie, powodujące szczere współczucie i poruszenie. Brawurowe kreacje aktorskie, charyzmatyczny antagonista, a także zachwycająca strona techniczna na długo zapada w pamięci. Nasz ekscytacja rośnie proporcjonalnie do młodzieńczej niewinności i beztroski w starciu z bezsilnością i strachem. "To" naprawdę trzeba obejrzeć.

    "The Following"




    Zabawa w kotka i myszkę

    "The Following" to sensacyjna telenowela, w której poziom absurdu często przekracza granicę, a z policjantów zrobione bandę idiotów. Jeżeli jednak podczas seansu wyłączysz racjonalne myślenie i chcesz pooglądać mnóstwo nieuzasadnionej przemocy, to produkcja właśnie dla ciebie!

    photo.title
    Wykładowca literatury na uniwersytecie zaczyna mordować swoje uczennice. Po zamordowaniu czternastu studentek, zostaje schwytany przez agenta FBI Ryana Hardy'ego. Kilka lat później Joe Caroll ucieka z silnie strzeżonego więzienia, aby dokończyć to co zaczął.

    Pierwsze odcinki imponują mrocznym klimatem, ciekawymi intrygami oraz napięciem. Poznajemy historię Ryana, dla którego sprawa Carolla odcisnęła się niezatartym piętnem. Z każdym kolejnym epizodem bohater się rozwija i coraz łatwiej jest się z nim utożsamić. Podobnie jest z Carollem - charyzmatyczny zabójca, który w morderstwach dostrzega sztukę, również co odcinek staje się barwniejszy. Osadzona w dławiącym klimacie nieprzewidywalna zabawa w kotka i myszkę, sprawia, że widz ma ochotę na dalsze obserwowanie losów bohaterów, jednak im dalej, tym pojawia się zbyt wiele rzucających w oczy schematów a scenariusz zaczyna przypominać ser szwajcarski. Serial z ciekawego kryminału zaczął przypominać sensacyjną telenowele z irytującymi bohaterami i mnóstwem nieuzasadnionej przemocy.
    photo.title photo.title photo.title
    Sporym plusem produkcji są utalentowani aktorzy - Kevin Bacon spisał się bezbłędnie, kreując bohatera z krwi i kości. Dobrze wcielił się w Ryana Hardy'ego, który dostarczał wiele emocji, a każda z nich była naturalnie zaprezentowana. Jednak to James Purefoy kradnie show, z błyskiem w oku przedstawia swoje chore ideologie, imponującą kreując szalonego socjopatę. Najważniejsze jest to, że na ekranie nie widzimy Jamesa Purefoy'a grającego Joe Carolla, a dostrzegamy wiarygodnego psychola, budzącego grozę. Shawn Ashmore i Jessica Stroup również popisali się swoimi umiejętnościami, jednak nie udowodnili tylko, że są dobrymi aktorami, ale stanowią również wdzięczny, obdarzony naturalną chemią duet. Na słowa uznania zasłużyła także Valorie Curry, która brawurowo manipulowała emocjami widza, na przemian zyskując sympatię i antypatię.

    "The Following" to przykład serialu, który powinien zakończyć swój bieg już po pierwszej serii. Początek był obiecujący, lecz im dalej tym twórcom kończyły się pomysły, bezczelnie wciskając widzom standardowe zawirowania fabularne, a nawet postacie, którym się początkowo kibicowało, stają się po prostu obojętne. Brak wyobraźni twórców, szczególnie widoczny jest w finałowym sezonie, gdyż łatwo jest się pogubić kto jest głównym antagonistą. Pozytywnie na odbiór serialu wpływa nastrojowa ścieżka dźwiękowa, która buduje napięcie, a często działa relaksująco. Natomiast w trakcie seansu można dostrzec fatalny dobór montażystów. Niekiedy sceny przypominają skrawki sklejonych kadrów, a niektóre są kompletnie "pociachane".
    photo.title
    Podsumowując, "The Following" miał kilka dobrych elementów, które nie przysłoniły głupoty i absurdów na ekranie. Jeśli oczekujecie błyskotliwego kryminału z nieprzewidywalną fabułą, to się zawiedziesz, jeśli jednak chcesz spędzić trochę czasu i pooglądać nie wymajający myślenia serial, to "The Following" jest jak znalazł!




    Pakt milczenia



    Tajemny krąg

    "Pakt milczenia" to dobrze zrealizowany film science fiction z nieźle wplątanymi elementami kina grozy. Nastrojowa ścieżka dźwiękowa, utalentowani aktorzy i świetny montaż tworzą niezapomniany klimat.
    Za powstanie "Paktu milczenia" odpowiedzialny jest, pochodzący z Finlandii Renny Harlin. Reżyser ma na swoim koncie kilka znanych obrazów takich jak: "Łowcy umysłów" czy "Piekielna głębia", w których wykazał się wyczuciem i pomysłowością. W "Pakcie..." spisał się jeszcze lepiej, świetnie przedstawiając historię, której daleko do oryginalnego dzieła, jednakże imponująca wizja reżysera sprawiła, że w trakcie seansu nie widać powielanego schematu i sztampowości.

    Film opowiada o czwórce studentów posiadających nadludzkie moce. Pochodzący z rodów czarownic, nastolatkowie ukrywają swoje umiejętności, starając się tym samym je kontrolować. Ich życie ulega zmianie, kiedy w miasteczku dochodzi do serii niewytłumaczalnych wydarzeń, a wkrótce potem odkrywają, że nie tylko oni mają nadprzyrodzone zdolności.

    Scenarzysta - J.S. Cardone poradził sobie naprawdę nieźle, jeśli chodzi o zarysowanie bohaterów, choć w gruncie rzeczy to starczyło mu czasu tylko na przedstawienie Caleba i Sarah. Reszta postaci została potraktowana po macoszemu i są po prostu jałowi. Jedynie dzięki charyzmatycznym aktorom zyskują szczerą sympatię. Kolejnym problemem "Paktu milczenia" są nieprzekonujące dialogi, które momentami kompletnie nie pasują do sytuacji, albo są na tyle oklepane, że trudno byłoby nie zwrócić na nie uwagi.
    Sporym plusem są natomiast utalentowani aktorzy, którzy wczuli się w swoich bohaterów. Szczególnie dobrze wypadł Steven Strait w roli Caleba, który imponował modulacją głosu i mimiką, naturalnie przedstawiając emocje swojego bohatera. Kroku dorównała mu Laura Ramsey, potrafiący przyciągnąć uwagę swoim nieśmiałym uśmiechem i siłą krzyku - zaskakująco dobrze poradziła sobie w scenach przerażenia. Ponadto wraz z Straitem wykreowała zgrany duet, obdarzony naturalną chemią. Sebastian Stan także spisał się dobrze w roli Chase'a, który przechodzi największą przemianę w filmie - początkowo zyskuje naszą sympatię, a im bliżej końca, tym szczerze go nie znosimy. Aktor w obu wcieleniach jest przekonujący. Reszcie obsady nie można niczego zarzucić - błąd leży po stronie scenarzysty. Szczególnie pokrzywdzeni są: Taylor Kitsch, Jessica Lucas i Chace Crawford, którzy dwoją się i troją na ekranie, aby tchnąć odrobinę życia w swoich jednowymiarowych bohaterów.
    "Pakt milczenia" to w dużym stopniu kino młodzieżowe z kilkoma elementami horroru, lecz pojawia się kilka naprawdę imponujących scen grozy. Sporą rolę odgrywa tutaj światło, którego częsty brak tworzy mroczny klimat. Słabo oświetlony akademik nie raz przyprawia o ciarki, a scena z pająkami bezlitośnie osiada pod powiekami. Strach widzów potęguje nastrojowa ścieżka dźwiękowa, adekwatna do klimatu filmu. Ponadto kilka niezłych utworów jak: I Love Rock 'n' Roll w wydaniu Joan Jett zwyczajnie uprzyjemniają seans.

    Zaletą filmu jest także również montaż, Nicolas De Toth bezbłędnie zmontował sceny wyścigu na basenie. Każde ujęcie było przyjemne dla oka, a nawet pozostało w pamięci. Nieco gorzej wypadają efekty specjalne, niekiedy praca komputera jest zbyt widoczna, żeby przymknąć na nią oko. Końcowe starcie Caleba i Chace'a wygląda nieco kiczowato, zwłaszcza kiedy używają mocy, gdyż ich nadprzyrodzone zdolności przypominają bańki mydlane, którymi bohaterowie w siebie rzucają.
    Podsumowując, "Pakt milczenia" okazał się niezłym filmem młodzieżowym z elementami kina science-fiction oraz horroru. Pojawiło się kilka niezłych scen grozy, przyprawiających o dreszcze na ciele, a zdolna obsada nieźle spisała się w swoich rolach. Ucieszyłbym się, gdyby powstała kontynuacja losów bohaterów, gdyż film skrywa potencjał na naprawdę imponującą produkcję.



    Edge of Winter


    Do Szpiku kości

    "Edge of Winter" to dobrze zrealizowany thriller, który skrywał potencjał na solidne kino psychologiczne, jednak reżyser nie wyraził chęci, aby stworzyć wybitne dzieło, wprowadzające coś nowego do kinematografii. Tak więc najnowsze dzieło Roba Connollyego, to poprawnie nakręcony film osadzony w pięknej zimowej scenerii, ze zdolnymi aktorami, momentami mrocznym klimatem oraz zaskakująco dobrymi zdjęciami.

    Film otwiera scena obsypanych śniegiem lasów, już na samym początku dając znać, że w filmie walory przyrodnicze będą pełnić warstwę estetyczną. Następnie poznajemy mężczyznę po trzydziestce – Eliota Bakera, który prowadzi nieprzyjemną rozmowę telefoniczną dotyczącą zaległych płatności za rachunki. Chwile potem ma miejsce wyciszona scena, podczas której bohater stoi na otwartej przestrzeni otoczone z każdej strony białym puchem. Wkrótce na ekranie pojawiają się nastoletni synowie Eliota, którzy przyjechali do niego na kilka dni. Dostrzegamy zróżnicowaną relacje między nimi – starszy Bradley nieszczególnie zadowolony jest z wizyty ze względu na niepoważne zachowanie rodzica, natomiast młodszy – Caleb jest zachwycony i podekscytowany spędzaniem czasu z ojcem. Elliot postanawia zabrać ich do lasu, aby zrobić z nich "prawdziwych mężczyzn" udzielając lekcji jazdy samochodem czy strzelania z broni. Z każdą kolejną minutą coraz bardziej odnosi się wrażenie, że główny bohater nie jest zbyt dobrym wzorem do naśladowania i nic bardziej mylnego, gdyż im bliżej końca postać ta zaczyna dokonywać coraz więcej nieracjonalnych decyzji oraz pojawia się wiele nieuzasadnionej przemocy.

    Dzieło Roba Connollyego początkowo buduje aurę tajemniczości przytrzymując widza przy ekranie. Sporym atutem produkcji są bohaterowie, o których nie dowiadujemy się zbyt wiele, natomiast utalentowani aktorzy z błyskiem w oku potrafią zdobyć naszą szczerą sympatię. Szczególnie dobrze poradził sobie Tom Holland, wcielając się w wyciszonego i sympatycznego Bradleya. Bez problemu uwydatniał każdą emocje, charakterystycznie modulując głosem oraz płynną gestykulacją. Kroku Hollandowi dorównał Joel Kinnaman, który w roli niestabilnego emocjonalnie ojca spisał się nad wyraz naturalnie, świetnie bezbłędnie oddaje cały ból i gniew bohatera, kreując postać z krwi i kości. Na pochwałę zasłużył również najmłodszy z obsady – Percy Hynes-White, potrafiąc tchnąć życie w swojego bohatera. Nietrafnym posunięciem ze strony twórców było zaangażowanie dosyć sławnych nazwisk takich jak: Rachelle Lefevre znana z "Pod Kopułą" czy Shiloh Fernandez z filmu "Dziewczyna w czerwonej pelerynie", których spokojnie można byłoby zastąpić mniej popularnymi aktorami, gdyż ich postacie wnoszą niewiele do fabuły, a zapewne niektórzy widzowie skusili się na owy film ze względu na ich udział.

    "Edge of Winter" broni się także imponującymi zdjęciami oraz genialną scenografią, tworzącą mroczny i trzymający w napięciu klimat. Profesjonalna praca operatora kamery sprawiła, że w filmie pojawia się wiele pięknych ujęć, tworząc jeden  pamiętny obraz za drugim. Scena w której bohaterowie przechodzą przez zamarznięte jezioro a w tle widzimy szeroką przestrzeń z górami w tle, dostarcza doznań estetycznych oraz zapada w pamięci.

    Film skrywał potencjał na solidne kino psychologiczne, zmuszające do przemyśleń, lecz Connolly zamiast tworzyć refleksyjny obraz, postanowił nakręcić niewyróżniający się fabularnie thriller. Reżyser potrafił znaleźć odpowiednie miejsce do kręcenia zdjęć, zaangażować utalentowanych aktorów oraz zatrudnić profesjonalistów od strony technicznej, więc dlaczego nie poświęcił czasu, aby przestudiować, przeanalizować i połatać luki w scenariuszu? Najwyraźniej uznał, że strona fabularna nie musi być ambitna, wystarczy, że wszystko inne jest dobre a scenariusz nie musi dawać powiewu świeżości. Nie mniej jednak "Edge of Winter" ogląda się naprawdę dobrze, niekiedy trzeba wyłączyć myślenie i dać porwać się nieracjonalnej wizji twórców, lecz seans mija sprawnie i zapewne w trakcie oglądania nie będziecie zerkać na zegarek.


    "Wybuch"



    Erupcja wulkanu

    Superwulkan wybucha. Wśród ludności wybucha panika. Widz podczas oglądanie dzieła Matta Codda, również wybuchnie - to ze śmiechu, to z zażenowania. Film nosi nazwę "Super Eruption", jednak nic nie jest w nim super.

    Pierwsze minuty seansu już pokazują nam z jakiej jakości filmem mamy do czynienia. Widzimy spadochroniarza, który ląduje w samym centrum lawowego piekła. Magma pędzi tuż na samochód, gdzie znajdują się uwięzieni ludzie, wśród których jest jego córka, a nasz bohater stara się ich wydostać. Niestety, nie udaje mu się ich uratować, samochód wybucha, a postać zanosi się szlochem. Cóż za smutna historia, prawda? Nie martwcie się, chwile potem cofamy się w czasie, a nasz bohater ponownie ma szansę na ratunek pasażerów pojazdu. Pomysłowe? Jak najbardziej, ale czy potrzebne było wplatać wątek science fiction w film katastroficzny? Niekoniecznie.

    Odpowiedzialny za film, Matt Codd jest po prostu słabym reżyserem. Wszystkie jego produkcje są nietrafnymi tworami, o który należy jak najszybciej zapomnieć, gdyż sięgają takiego dna, że mogą zapukać od drugiej strony. "Wybuch" mimo etykietki kina klasy "C" to jego największe osiągnięciem, ponieważ seans mija dosyć szybko. Fakt, faktem, że dialogi nadają się rewelacyjnie do oper mydlanych, a bohaterowie są bezbarwnym mięsem armatnim, to jedyna produkcja jego autorstwa, którą da się obejrzeć do końca.

    Scenariusz nie jest jednak największym problemem "Wybuchu". Najbardziej kującą w oczy fuszerką są efekty specjalne, które nawet w zestawieniu z produkcjami z lat osiemdziesiątych, wyglądają kiczowato. Lawa, pochłaniająca park Yellowstone wygląda niczym gęsta zupa pomidorowa, a pył wulkaniczny jawi się jak przybrudzone konfetti. Praca komputera jest na tyle widoczna, że niekiedy można pomyśleć, że ogląda się starą grę wideo. Warto także wspomnieć o niedopatrzeniu ze strony Martina Chichova, odpowiedzialnego za zdjęcia w produkcji, który miał do dyspozycji wiele walorów przyrodniczych Bułgarii (gdzie film powstał), lecz nie umiał z nich skorzystać. Podczas seansu nie otrzymamy ani jednego pamiętnego widoku, który mógłby zadziałać na korzyść filmowi.

    "Wybuch" prezentuje się przyzwoicie ze strony gry aktorskiej. Codd zatrudnił niezłą obsadę, która bez trudu odnalazła się w swoich niewymagających szczególnych umiejętności rolach. MyAnna Buring dwoi się i troi, aby tchnąć życie w swoją jednowymiarową postać. Aktora w roli Claire wypada wiarygodnie, lecz bez wątpienia znacznie lepiej poradziła sobie w "Zejściu" czy ostatnich części sagi "Zmierzch". Richard Burgi i Juliet Aubrey również pokazali się z niezłej strony, ale pozostali w cieniu swojej koleżanki z planu.

    Podsumowując, "Wybuch" to niskiej jakości film, który nie angażuje emocjonalnie widza w oglądanie. Beznadziejne efekty specjalne, bezbarwni bohaterowie oraz brak napięcia sprawia, że po seansie produkcja szybko odchodzi w zapomnienie.
  • Zobacz całego bloga
calciumkid Online
Na filmwebie od:
18 marca 2012
"With the world so set on tearing itself apart, it doesn't seem like such a bad thing to me to wanna put a little bit of it back together" ~ Desmond Doss.