Na filmwebie od:
18 marca 2012
1622
428
2315
45

calciumkid

nie podano imienia i nazwiska

Rankingi

dodający:
555 pkt. #14 wrzesień [-1]
20831 pkt. #202 wszech czasów [-]

Podobieństwo

? %
Poziom Waszego podobieństwa nie jest znany. Zaloguj się.

recenzje (45)

Ranking recenzentów:
miejsce 8 opublikował(a) 5 recenzji
w ostatnich 90 dniach (77%)

"Siedem razy dziś" autorstwa Lauren Oliver to wysokiej jakości materiał na film, poruszający istotne problemy dzisiejszej młodzieży. Napisana w dobrym ... więcej

Powieść autorstwa Jaya Ashera jest jednym z głośniejszych tytułów ostatnich lat. Nie schodząca z list bestsellerów "NEW YORK TIMES", w pełni zasłużyła ... więcej

Przygoda z Jackiem Sparrowem rozpoczęła się w 2003 roku, kiedy na ekranach kin zagościła "Klątwa Czarnej Perły". Film okazał się kasowym sukcesem oraz ... więcej

wszystkie recenzje

blog (Shawn)

RSS
  • Robić to, co kochasz - to wolność.

    Recenzje, które nie kwalifikują się do publikacji lub te, które jeszcze nie przeszły weryfikacji będę zamieszczał tutaj. To, że jednej osobie nie podobają się moje teksty, nie znaczy, że przestanę robić coś, co sprawia mi tyle radości :) Miłego czytania.
     
    Before I Fall





    "Siedem razy dziś" autorstwa Lauren Oliver to wysokiej jakości materiał na film, poruszający istotne problemy dzisiejszej młodzieży. Napisana w dobrym stylu powieść zyskała popularność oraz została okrzyknięta międzynarodowym bestsellerem, który został przetłumaczony aż na 21 języków. Coraz większy rozgłos powieści, nie umknął twórcą filmowym z Hollywood, tak więc, po siedmiu latach od pierwszego wydania książki doczekaliśmy się ekranizacji i trzeba przyznać, że warto było czekać na takie dzieło.

    Odpowiedzialna za realizacje filmu, Ry Russo-Young w umiejętny sposób przeniosła kadry z książki na klatkę filmową, brawurowo odtwarzając sceny z powieści. Niestety jednak, "Before I Fall" niekiedy pomija istotne wątki, które spotęgowałyby wydźwięk kilku scen oraz rozbudowałby postacie, lecz mimo niedociągnięć to nadal bardzo dobra ekranizacja.

    Samantha Kingston jest główną bohaterką filmu, która ma idealne życie: trzy najlepsze przyjaciółki, przystojnego chłopaka oraz należy do najpopularniejszych dziewczyn w szkolę. Wszystko komplikuje jednak impreza, podczas której nastolatka ulega wypadkowi. Od tamtej chwili, codziennie budzi się 12 lutego i próbuję przerwać pętle czasu, w której utknęła. Z pozoru schematyczna fabuła, skrywała w sobie potencjał, który Russo-Young wydobyła, nakręcając jeden z lepszych filmów młodzieżowych ostatnich lat.

    Szczególnie film punktuje barwnymi postaciami. Sam początkowo sprawia wrażenie naburmuszonej i zbuntowanej nastolatki, która z każdą kolejną minutą przechodzi metamorfozę i zyskuje szczerą sympatię widza. Jest to postać złożona, ciekawa i charakterystyczna. Nastolatka dostarcza wiele emocji, pozostając w pamięci widza na długo po seansie. Interesująco została zaprezentowana także najlepsza przyjaciółka Sam, Lindsay, która zgrywa twardzielkę, w ten sposób maskując swoje rozterki i emocje. Mimo że została ona dobrze zobrazowana, to gołym okiem widać, że Lauren Oliver poświęciła tej postaci znacznie więcej czasu i uwagi, bogato zarysowując jej historię. Nietrafnym posunięciem ze strony twórców było pominięcie Pana Daimlera (nauczyciela Sam), który w papierowym pierwowzorze miał swój moment, w którym utkwił pamięci - scena w sali od historii z jego udziałem była jedną z najbardziej kontrowersyjnych i zaskakujących i aż żal, że Ry Russo-Young nie zdecydowała się wprowadzenia jej do filmu.

    Mocną stroną "Before I Fall" są także piękne zdjęcia, które wykonał Michael Fimognari. Z dokładnością i precyzją przedstawił urzekające widoki. Potrafił zmienić krople deszczu spływające po gałęzi drzewa w pamiętny obraz. Wykazał się kunsztem również, kiedy na ekranie pojawiała się panorama Kolumbii Brytyjskiej (gdzie film powstał) czy tereny górzyste. Ciepła kolorystyka obrazu uwydatniła beztroskie życie bohaterki, które uległo drastycznej zmianie po wypadku. Fimognari zaprezentował wiele barw, tworząc jedno szlachetne zdjęcie za drugim. Dobre ujęcia przy świetnie skomponowanej muzyce Adama Taylora tworzą magiczny klimat. Praktycznie co kilka minut pojawia się nastrojowy i przyjemny dla ucha utwór, potęgujący wydźwięk scen. Tworząca napięcie oraz aurę tajemniczości House Key w wykonaniu Lolawolfa, skoczna Genesis autorstwa zespołu Grimes czy refleksyjna i stonowana Skeletons w wydaniu Yeah Yeah Yeahs – tę utwory i wiele innych przyprawiają o gęsią skórkę i na długo zapadają w pamięci.

    Ry Russo-Young miała nosa do obsadzania głównych ról. Strzałem w dziesiątkę okazało się powierzenie postaci Sam Zoey Deutch, której kariera od pewnego czasu zaczęła nabierać rozpędu i bardzo słusznie, gdyż pomimo młodego wieku aktorka naturalnie kreuje swoje role. Spisała się świetnie w "Akademii wampirów", podnosząc film na wyższy poziom, dzięki swojemu aktorstwu. Przyciągała wzrok w "Dlaczego on?" czy "Co ty wiesz o swoim dziadku?", a nawet przyćmiła niejednego aktora w "Pięknych istotach", gdzie zagrała niewielką rolę. Z każdym kolejnym filmem, Deutch się rozwija, czego przykładem jest jej fantastyczna kreacja aktorska w "Before I Fall". W roli Samanthy odnalazła się idealnie – gołym okiem widać, że aktorka zrozumiała emocje swojej bohaterki i zaprezentowała je po mistrzowsku. Operując naturalną mimiką, spisała się w każdej scenie, szczególnie, gdy Sam budzi się po raz kolejny 12 lutego, zdając sobie sprawę ze swojej bezsilności oraz postanawia mówić i robić co jej się podoba. Ubrana w wyzywającą sukienkę ze sporą ilością makijażu, Deutch daje popis swoim emocją. Sprzedaje każdą chamską odzywkę z błyskiem w oku czy obraża każdą napotkaną osobę, jednak fenomen tych momentów tkwi w tym, że aktorka bezbłędnie oddaje cały gniew i ból bohaterki, które wylewają się z niej potokiem szczerości. Deutch tym występem zachwyca i śmiało można dopisać jej nazwisko do listy najbardziej zapowiadających się aktorek młodego pokolenia. Warto także wspomnieć o Halston Sage, która w imponujący sposób zaprezentowała Lindsay, sprawną modulacją głosu i wyrazistą gestykulacją. Aktorka swoim chłodnym spojrzeniem stworzyła wiarygodną bohaterkę, przyciągając wzrok widza. Niestety reszta obsady nie miała zbyt wielu momentów, aby zabłysnąć na ekranie, choć trudno byłoby zarzucić komukolwiek brak szczerych chęci – wina leży tutaj po stronie scenarzystów, którym nie wystarczyło czasu na solidne zarysowanie pozostałych bohaterów.


    W Before I Fall pojawia się wiele symboliki. Wątek Syzyfa nie został tutaj poruszony bez powodu, nawiązuje on przecież do sytuacji, w której znalazła się główna bohaterka. Podobnie jak postać z greckiej mitologii Samantha wtacza głaz na szczyt góry, który za każdym razem wymyka się jej z rąk i stacza na dół zbocza, a bohaterka wraca do punktu wyjścia. Podobnie jest z rysunkami Juliet (niezbyt lubianej dziewczyny w szkole), która tworzy na płótnie mroczne szkice, ukazując bezradność, zagubienie i uzmysławia widzowie, że jej postać pogrążą się w coraz głębszej depresji.

    Film zmusza do głębokich refleksji, pokazując, że niektóre błędy można naprawić, ale także to, że na poprawę niektórych możne nam zabraknąć czasu. Pojawia się również wiele inteligentnych dialogów, które trafnie obrazują błędne decyzje, mogące odbić się na cudzym życiu. Poza tym, Before I Fall wyciska z widza potok szczerych łez, szczególnie scena, w której Sam żegna się ze swoją siostrą, czy jej rozmowa z Kentem w jego pokoju, kiedy chłopak opowiada o jej dobrym uczynku, sprzed kilku lat, który pomógł mu w najsmutniejszym okresie jego życia.


    Podsumowując, "Before I Fall: to mądry film, który porusza wiele istotnych tematów i zmusza do głębokich refleksji. Bezbłędna praca operatora, dostarczyła wielu doznań estetycznych a świetnie skomponowana ścieżka dźwiękowa nadaje odpowiedni wydźwięk. Ponadto utalentowana obsada wykreowała bohaterów z krwi i kości, z którymi można się utożsamić. "Before I Fall" to po prostu film na medal.

    9/10

    Trzynaście powodów


    Pamiętnik Hannah Baker

    Powieść autorstwa Jaya Ashera jest jedną z głośniejszych tytułów ostatnich lat. Nie schodząca z list bestsellerów "NEW YORK TIMES", w pełni zasłużyła na rozgłos, gdyż swoim ogromnym zaangażowaniem oraz bardzo dobrym stylem, pisarz stworzył książkę idealną. W trakcie czytania każda strona dostarcza fale emocji, a po zakończeniu lektury, osiada po powiekami. To przykład powieści, którą chce się skończyć, aby poznać zakończenie, a zarazem nie chce się żegnać z bohaterami oraz ich wstrząsającą historią. Plany adaptacji pojawiły się już w 2010 roku, a główną rolę żeńską miała zagrać Selena Gomez. Ostatecznie projekt został odwołany, a na ekranizacje przyszło nam czekać aż siedem lat, jednak po tym co zaprezentowała nam stacja Netflix, można śmiało powiedzieć, że warto było czekać.

    photo.title
    Serial opowiada o licealistce Hannah, która popełnia samobójstwo. Wkrótce jeden z jej znajomych otrzymuje trzynaście kaset magnetofonowych, gdzie nastolatka nagrała przyczyny swojej decyzji. Już po przeczytaniu opisu trzeba przyznać, że serial robi wrażenie. Jedni zabiorą się za "Trzynaście powodów" ze względu na młodzieżową otoczkę, inni przez intrygujący zarys fabuły. W obu przypadkach się nie zawiedziecie, gdyż w serialu przewijają się codzienne problemu nastolatków, jak również bogato został zaprezentowany portret psychologiczny głównych bohaterów.

    W trakcie czytania książki trudno było wyobrazić sobie postacie, gdyż nie były szczegółowo zaprezentowane ze strony wizualnej, więc każdy miał wolną rękę do wyobrażenia ich wizerunku. Kiedy zobaczyłem, że do ról głównych zostali zaangażowani mniej znana obsada (a spora część zaliczyła tym występem swój debiut) obawiałem się, że poziom gry aktorskiej będzie co najmniej niski. Już pierwszy odcinek rozwiał moje obawy, gdyż ta młoda obsada imponuje swoim zaangażowaniem oraz talentem. Dylan Minnette jako postać pierwszoplanowa wykazał się ogromnym kunsztem aktorskim. Młoda gwiazda już mogła dać pokaz swoim umiejętnością w "Gęsiej skórce" lub w thrillerze "Nie oddychaj", gdzie udało mu się przyćmić resztę obsady, lecz w "Trzynastu powodach" przeszedł samego siebie. W każdej scenie wypada naturalnie, świetnie moduluje głosem oraz zaprezentował bogatką mimikę twarzy. Za ten fenomenalny występ zyskał rzeszę oddanych fanów, do których sam się zaliczam. Minnette kroku dorównała Katherine Langford, której subiektywna gra zachwyca, że aż trudno uwierzyć, że to jej debiutancki występ. Aktorka genialnie odnalazła się w roli Hannah zarówno jako pełna uroku nastolatka, jak również pogrążona w głębokiej depresji samobójczyni. Szczególnie dobrze poradziła sobie w tej drugim obliczu, gdyż jej aktorstwo uderza realizmem, co w efekcie sprawia, że trudno byłoby nie współczuć Hannah. Aktorka perfekcyjnie zrozumiała emocje swojej bohaterki i zaprezentowało je po mistrzowsku - swoją nienaganną grą spotęgowała tragizm postaci. Mam nadzieję, że po tak dobrze zaprezentowanym kontrastem, kariera Langford nabierze rozpędu. Katherine i Dylan grają tu pierwsze skrzypce i kradną każdą scenę, jednak kilku aktorów zgrabnie wypełniło tło serialu. Z bardzo dobrej strony zaprezentował się Miles Heizer naturalnie wcielając się w postać Alexa. Aktorowi udało się wykreować barwną i charakterystyczną postać z krwi i kości. Podobnie poradzili sobie Kate Walsh (Matka Hannah) oraz Christian Navarro (Tony), których kreacje pozostają w pamięci.
    photo.title photo.title photo.title
    Serial "Trzynaście powodów" nie jest tylko rzetelnie zrealizowaną ekranizacją, jest także przemyślanym dopełnieniem papierowego pierwowzoru. W produkcji wszystkie wątki z książki zostały przeniesione na klatkę filmową, a ponadto zostały znacznie rozbudowane, przez co każda, nawet ta poboczna historia jest interesująca. Ponadto bohaterowie, będącymi powodami samobójstwa Hannah, dostarczają zróżnicowane emocje. W powieści są przedstawiani w niezbyt pozytywnym świetle - wręcz trudno byłoby którekolwiek polubić (prócz oczywiście Claya), gdyż nastolatka opisuje ich jako zakłamane, przebiegłe i samolubne osoby. W serialu również powielają powyższe cechy, jednakże dowiadujemy się także o ich problemach domowych, czy potrzebie akceptacji, co efekcie nadaje im odpowiednich barw.

    Produkcja nie zawodzi także ze strony audiowizualnej - w każdym odcinku pojawia się co najmniej jeden utwór, który wpada w ucho. Już same nutki z czołówki nadają odpowiedniego klimatu. Warto wspomnieć o rewelacyjnie wykonanym coverze piosenki "Only You" w wydaniu Seleny Gomez, budujący nastrój, przyprawiająca o ciarki oraz po prostu uprzyjemniającym seans. Ponadto Selena wykazała się talentem wykonując akustyczną wersję własnego utworu - "Kill Em With Kindness", który również zachwyca Ścieżka dźwiękowa produkcji wyróżnia się oryginalnością, przez co na długo zapada w pamięci.
    photo.title
    Nie ulega wątpliwości, że "Trzynaście powodów" to serial, wywołujący wiele kontrowersji. Część osób uważa, że to produkcja o znudzonej życiem nastolatce, niepotrafiącej poradzić sobie z problemami, która postanawia popełnić samobójstwo, obarczając winą wszystkich wokół, poza sobą samą. Okrzykują Hannah jako samolubną i irytującą postać, której nie należy nawet współczuć. Reszta (na szczęście większa część) dostrzega w serialu wiele wartości moralnych oraz lekcje życia. Podczas seansu, produkcja ma obudzić się w nas empatia oraz zmusić do przeanalizowania jak łatwo, przez pozornie nie groźne czyny, można doprowadzić do odebrania chęci życia innego człowieka. Scenarzystą udało się także zaprezentować bogaty portret psychologiczny Hannah, przez co można ją lubić lub przeciwnie, lecz trudno byłoby nazwać ją bohaterką bezbarwną oraz łatwo jest się z nią utożsamić.

    Serial dobrze prezentuje się także ze strony technicznej. Odpowiedzialna za scenografię, Diane Lederman przyłożyła się do swojej pracy, przez co "Trzynaście powodów" ogląda się jeszcze lepiej, gdyż dostarcza także doznać estetycznych. Sporą zaletą są także zdjęcia oraz praca światłami, gdyż dzięki nim gołym okiem można dostrzec kontrasty - w scenach , kiedy Hannah nie popadała w depresje dostrzegamy jaskrawe kolory oraz pełne uroku ujęcia, natomiast później, gdy bohaterka zaczyna myśleć o samobójstwie, sceneria zmienia się w pogrążoną w szarości i dołującą. Ten zabieg jeszcze bardziej angażuje emocjonalnie widza w oglądanie. Ponadto twórcy trzymali silny nacisk na detale, zwłaszcza na charakteryzacje. Kiedy poznajemy Hannah jest to piękna oraz promienna nastolatka, jednak z każdym kolejnym odcinkiem, nastolatka marnieje w oczach. Podobny zabieg wydać u jej matki, która znacznie różni się z okresu przed i po śmierci swojej córki.
    photo.title photo.title photo.title
    Podsumowując, "Trzynaście powodów" to serial inny niż wszystkie. Nie będzie przesadą nazwaniem go arcydziełem, gdyż wzbudza ogromną falę emocji, zmusza do głębokich refleksji i porusza trudny temat. Ponadto prezentuje się bardzo dobrze ze strony audiowizualnej jak również technicznej oraz zachwyca subiektywną grą aktorów. To wstrząsające, przyprawiające o ciarki dzieło, które osiada pod powiekami i zapada na długo w pamięci.

    10/10 Arcydzieło


    "Piraci z Karaibów: Zemsta Salazara"



    Martwi głosu nie mają

    Przygoda z Jackiem Sparrowem rozpoczęła się w 2003 roku, kiedy na ekranach kin zagościła "Klątwa Czarnej Perły". Film okazał się kasowym sukcesem oraz został uhonorowany aż pięcioma nominacjami do Oscara. Po trzech latach powstał sequel - "Skrzynia umarlaka", w którym reżyser - Gore Verbinski również wykazał zaangażowaniem i wizją., a rok później nakręcił "Na krańcu świata". Mimo że poziom ostatniej części lekko opadł, to wciąż jest to produkcja, którą można oglądać na okrągło i nadal się nie nudzi. Potem powstała "czwórka" w reżyserii Roba Marshalla, który także stworzył dobre kino przygodowe, lecz zdecydowanie odstające od dzieł Verbinskiego. Później o piratach ucichło. Dopiero w 2017 roku Joachim Rønning i Espen Sandberg postanowili wskrzesić naszych ulubieńców ze smakiem oraz wyczuciem.
    photo.title
    Fabuła przenosi nas kilkanaście lat od wydarzeń z poprzednich części. Henry Turner - syn Willa i Elizabeth ze wszystkich sił próbuje zdjąć klątwę ciążącą na jego ojcu. Nastolatek poszukuje Kapitana Jacka Sparrowa, który może mu w tym pomóc. Niespodziewanie spotyka Kapitana Salazara, również próbującego odnaleźć pirata, aby dokonać zemsty.

    Fabularnie "Zemsta Salazara" nie jest szczególnie wybitna - ot tak mamy pogoń za Sparrowem, który zatruł komuś życie, podobnie jak w poprzednich częściach. Mimo że zarys fabuły nie należ do odkrywczych, to trzeba przyznać, że odpowiedzialny za scenariusz Jeff Nathanson wykazał się kunsztem tworząc błyskotliwe dialogi, adekwatne do sytuacji oraz dostarczył wielu uśmiechu - jak scena w więzieniu, w której Jack wraz z wujem narzeka na "obsługę", czy cenne rady Sprrowa odnośnie podrywania. Pozwolę sobie nawet zacytować żart z filmu: "Przychodzi szkielet do baru. Zamawia piwo i mopa".

    Warto wspomnieć także o wprowadzeniu nowych bohaterów do produkcji. Zarówno Henry Turner, jak i Carina Smyth już po kilku minutach goszczenia na ekranie, zyskują szczerą sympatię widza. Mimo że nie dowiadujemy się wiele o ich przeszłości, to trudno byłoby nazwać ich bohaterami bezbarwnymi czy obojętnymi. Można nawet odnieść wrażenie, że twórcy chcieli stworzyć zgrany duet na miarę Elizabeth i Willa z poprzednich części. Nie można pominąć także tytułowego Salazara, który mimo że jest głównym antagonistą, to nie jest taki czarno-biały, jak mogłoby się to wydawać. Jest to postać złożona, która wzbudza skrajne emocje: na początku filmu, trudno byłby pałać do niego sympatią, lecz im dalej gości na ekranie i zostaje nam zaprezentowana jego historia, wówczas pobudza naszą empatię.

    photo.title photo.title photo.title
    "Zemsta Salazara" zachwyca grą aktorską. Johnny Depp, mimo że minęło już kilka lat od ostatniego wcielenia się w Sparrowa, to nie zapomniał jak naturalnie wykreować swoją postać. Nawet na moment nie traci wiarygodności, idealnie operując modulacją głos oraz gestykulacją. Aktor ostatnimi czasy występował w dość kiepskich tworach i można było nawet odnieść wrażenie, że się wypalił, lecz tym co zaprezentował w "Piratach..." udowodnił, że nadal potrafi zagrać na najwyższych obrotach. Kroku Deppowi dorównał Geoffrey Rush, który w roli Kapitana Hectora Barbossy spisał się wręcz fenomenalnie. Idealnie przekazywał każdą emocje doskwierającą jego bohaterowi. Rush dał po prostu z siebie wszystko, aby zwrócić i przytrzymać na sobie uwagę widza. Mimo że młodej obsadzie jeszcze sporo brakuje do fantastycznych umiejętności Deppa i Rusha, to także wykazali się kunsztem aktorskim. Brenton Thwaites i Kaya Scodelario przeszli samych siebie. Znana z "Więźnia labiryntu" czy "Kumpli" aktorka, zdecydowanie poprawiła swoje umiejętności. W roli Cariny odnajduje się świetnie - z błyskiem w oku przekazuje swoją wiedzę na temat astronomii, dobrze obrazując rozterki wewnętrzne swojej bohaterki. Thwaitesa niedawno można byłoby oglądać w podobnej roli, jaką miał do odegrania w "Piratach.." - mowa tu o postaci Beka w "Bogach Egiptu". Aktor naturalnie kreuje Henry'ego, tworząc postać z krwi i kości. Ponadto każdego fana poprzednich części zadowoli występy Orlando Blooma i Keiry Knightley, którzy, mimo że pojawili się na zaledwie kilka minut i nie wnieśli zbyt wiele to fabuł, to ich obecność uprzyjemniła seans.

    Sporym plusem nowej odsłony "Piratów z Karaibów" jest świetnie skomponowana ścieżka dźwiękowa, która potęguje wydźwięk scen oraz często działa odprężająco podczas oglądania. Fenomenalne nutki budują napięcie oraz pozostają na długo w pamięci widza. Po seansu trudno będzie nie nucić pod nosem takich genialnych utworów jak: "No Woman Has Ever Handled My Herschel" czy "Treasure". Mimo że soundtrack składa się wyłącznie z melodii bez tekstu, to Geoff Zanelli zasłużył na oklaski.

    photo.title photo.title photo.title

    Warto także wspomnieć o dbałość twórców o detale. Odpowiedzialna za kostiumy Penny Rose świetnie odziała naszych bohaterów, których ubiór był adekwatny do czasów rozgrywania się akcji. Ponadto garderoba tytułowych postaci spotęgowała ich wiarygodność. Nie można pominąć rzetelnej pracy obiektywem Paula Camerona, który stworzył zdjęcia do filmu. Ze starannością uchwycił piękne krajobrazy oceanu, zachodów słońca czy walory przyrodnicze na jednej z wysp. Swoją sumienną pracą zaprezentował prawdziwy raj na ziemi oraz dostarczył doznań estetycznych.

    photo.title
    Podsumowując, "Piraci z Karaibów: Zemsta Salazara" to dobrze zrealizowana kontynuacja losów Jacka Sparrowa oraz reszty załogi. Film posiada świetny klimat, identyczny co poprzednie części, fenomenalne kreacje aktorskie, naturalne efekty specjalne, fantastyczną ścieżkę dźwiękową oraz przemyślany i pomysłowy scenariusz. To brawurowa mieszanka kina przygodowego i akcji, jak również komedii z nutkę dramatu.

    Edge of Winter


    Do Szpiku kości

    "Edge of Winter" to dobrze zrealizowany thriller, który skrywał potencjał na solidne kino psychologiczne, jednak reżyser nie wyraził chęci, aby stworzyć wybitne dzieło, wprowadzające coś nowego do kinematografii. Tak więc najnowsze dzieło Roba Connollyego, to poprawnie nakręcony film osadzony w pięknej zimowej scenerii, ze zdolnymi aktorami, momentami mrocznym klimatem oraz zaskakująco dobrymi zdjęciami.

    Film otwiera scena obsypanych śniegiem lasów, już na samym początku dając znać, że w filmie walory przyrodnicze będą pełnić warstwę estetyczną. Następnie poznajemy mężczyznę po trzydziestce – Eliota Bakera, który prowadzi nieprzyjemną rozmowę telefoniczną dotyczącą zaległych płatności za rachunki. Chwile potem ma miejsce wyciszona scena, podczas której bohater stoi na otwartej przestrzeni otoczone z każdej strony białym puchem. Wkrótce na ekranie pojawiają się nastoletni synowie Eliota, którzy przyjechali do niego na kilka dni. Dostrzegamy zróżnicowaną relacje między nimi – starszy Bradley nieszczególnie zadowolony jest z wizyty ze względu na niepoważne zachowanie rodzica, natomiast młodszy – Caleb jest zachwycony i podekscytowany spędzaniem czasu z ojcem. Elliot postanawia zabrać ich do lasu, aby zrobić z nich "prawdziwych mężczyzn" udzielając lekcji jazdy samochodem czy strzelania z broni. Z każdą kolejną minutą coraz bardziej odnosi się wrażenie, że główny bohater nie jest zbyt dobrym wzorem do naśladowania i nic bardziej mylnego, gdyż im bliżej końca postać ta zaczyna dokonywać coraz więcej nieracjonalnych decyzji oraz pojawia się wiele nieuzasadnionej przemocy.

    Dzieło Roba Connollyego początkowo buduje aurę tajemniczości przytrzymując widza przy ekranie. Sporym atutem produkcji są bohaterowie, o których nie dowiadujemy się zbyt wiele, natomiast utalentowani aktorzy z błyskiem w oku potrafią zdobyć naszą szczerą sympatię. Szczególnie dobrze poradził sobie Tom Holland, wcielając się w wyciszonego i sympatycznego Bradleya. Bez problemu uwydatniał każdą emocje, charakterystycznie modulując głosem oraz płynną gestykulacją. Kroku Hollandowi dorównał Joel Kinnaman, który w roli niestabilnego emocjonalnie ojca spisał się nad wyraz naturalnie, świetnie bezbłędnie oddaje cały ból i gniew bohatera, kreując postać z krwi i kości. Na pochwałę zasłużył również najmłodszy z obsady – Percy Hynes-White, potrafiąc tchnąć życie w swojego bohatera. Nietrafnym posunięciem ze strony twórców było zaangażowanie dosyć sławnych nazwisk takich jak: Rachelle Lefevre znana z "Pod Kopułą" czy Shiloh Fernandez z filmu "Dziewczyna w czerwonej pelerynie", których spokojnie można byłoby zastąpić mniej popularnymi aktorami, gdyż ich postacie wnoszą niewiele do fabuły, a zapewne niektórzy widzowie skusili się na owy film ze względu na ich udział.

    "Edge of Winter" broni się także imponującymi zdjęciami oraz genialną scenografią, tworzącą mroczny i trzymający w napięciu klimat. Profesjonalna praca operatora kamery sprawiła, że w filmie pojawia się wiele pięknych ujęć, tworząc jeden  pamiętny obraz za drugim. Scena w której bohaterowie przechodzą przez zamarznięte jezioro a w tle widzimy szeroką przestrzeń z górami w tle, dostarcza doznań estetycznych oraz zapada w pamięci.

    Film skrywał potencjał na solidne kino psychologiczne, zmuszające do przemyśleń, lecz Connolly zamiast tworzyć refleksyjny obraz, postanowił nakręcić niewyróżniający się fabularnie thriller. Reżyser potrafił znaleźć odpowiednie miejsce do kręcenia zdjęć, zaangażować utalentowanych aktorów oraz zatrudnić profesjonalistów od strony technicznej, więc dlaczego nie poświęcił czasu, aby przestudiować, przeanalizować i połatać luki w scenariuszu? Najwyraźniej uznał, że strona fabularna nie musi być ambitna, wystarczy, że wszystko inne jest dobre a scenariusz nie musi dawać powiewu świeżości. Nie mniej jednak "Edge of Winter" ogląda się naprawdę dobrze, niekiedy trzeba wyłączyć myślenie i dać porwać się nieracjonalnej wizji twórców, lecz seans mija sprawnie i zapewne w trakcie oglądania nie będziecie zerkać na zegarek.
  • Zobacz całego bloga
calciumkid Online
Na filmwebie od:
18 marca 2012
"With the world so set on tearing itself apart, it doesn't seem like such a bad thing to me to wanna put a little bit of it back together" ~ Desmond Doss.