maciek_jason

nie podano imienia i nazwiska

Wpis został dodany do obserwowanych

Zarządzać obserwowanymi blogami i wpisami możesz na stronie Obserwuję > blogi

Obserwujesz ten wpis

Zarządzać obserwowanymi blogami i wpisami możesz na stronie Obserwuję > blogi

Przestałeś obserwować wpis

Blog został dodany do obserwowanych

Zarządzać obserwowanymi blogami i wpisami możesz na stronie Obserwuję > blogi

Obserwujesz tego bloga

Zarządzać obserwowanymi blogami i wpisami możesz na stronie Obserwuję > blogi

Przestałeś obserwować bloga

Mordercy
| 29 zdjęć | 67 komentarzy
W tym temacie są zamieszczone biografie prawdziwych morderców, którzy kiedyś "działali w swojej dziedzinie". Pojawiają się tu biografie wszystkich najważniejszych morderców seryjnych i nie tylko, którzy na tyle są popularni aby ich tu umieścić. Razem 37 życiorysów tych najbardziej popularnych i najbardziej znanych na świecie. Od razu zaznacze, że teksty niesą moje.

komentarze

Jako pierwszy będzie nasz rodowity morderca nazywany wampirem zagłebia:


ZDZISŁAW MARCHWICKI - WAMPIR ZAGŁĘBIA

Ojciec Zdzisława Marchwickiego, Józef, miał pięć żon i czworo dzieci. Z pierwszą żoną: Halinę, Zdzisława i Jana. Po trzecim porodzie pierwsza żona umarła. Najmłodszego syna, niemowlaka Jana, na wychowanie wzięła dalsza rodzina. Józef Marchwicki ożenił się po raz drugi. Z drugiego małżeństwa urodził się syn Henryk. Potem jeszcze Józef miał trzy kolejne żony. Halina, Zdzisław i Henryk chowali się w domu, w którym trudno było znaleźć wzór, jak należy żyć.

Jan w okresie okupacji został oddany do sierocińca, skąd wziął go na wychowanie ksiądz. Zapewne z tego powodu znalazł się najpierw w Niższym Seminarium Duchownym w Poznaniu, a następnie w Wyższym Seminarium Duchownym w Krakowie - usunięto go jednak stamtąd. Wówczas zdobył średnie wykształcenie świeckie, pracował jakiś czas jako nauczyciel, następnie został zatrudniony na stanowisku administracyjnym w Uniwersytecie Śląskim. Był homoseksualistą - w trakcie śledztwa okazało się, że brał udział w licznych przestępstwach (na wiosnę i w lecie 1974 roku został skazany w kilku odrębnych procesach). Do początku lat sześćdziesiątych Jan nie utrzymywał bliższych kontaktów z rodziną. W rodzinie, w Dąbrowie, mówiono o nim z nutką podziwu i lekkim uśmieszkiem jednocześnie: "profesorek", "biskup", "bożek". Jan urodził się w 1929 roku.

Halina, urodzona w 1924 roku, także odegrała, jak się później okazało, pewną rolę w przestępstwie ciągłym. Otrzymywała drobne przedmioty, jakie jej brat (Zdzisław) zabierał ofiarom.

Henryk, najmłodszy, przyrodni brat, urodzony w 1930 roku, był dwa razy żonaty (jego pierwsza żona, Maria, była później żoną Zdzisława), z drugą rozwiódł się przebywając w areszcie śledczym w związku ze sprawą "zagłębiowskiego wampira".

Zdzisław Marchwicki urodził się w październiku 1927 roku, miał pięcioro dzieci. Gdy jego żonaty już z Marią brat Henryk siedział rok w więzieniu za kradzież - Zdzisław sprowadził się do Marii, i tak już pozostało. W 1956 roku Henryk rozwiódł się Marią; nawet nie potrzebowała zmieniać nazwiska, aby połączyć się formalnie ze Zdzisławem. W 1964 roku we wrześniu żona opuściła go. Wyprowadziła się do innego mężczyzny. Pierwszy raz wampir zamordował kobietę w listopadzie 1964 roku. Pod koniec 1966 roku małżonkowie znów się spotykali. Zdzisław prosił Marię, aby wróciła. Zaczęli ze sobą korespondować. Zachowały się listy z tego okresu. Wiadomo z nich, że Zdzisław błagał żonę o powrót. Miała ona już dzieci z innym mężczyzną, z którym się związała; mimo to wróciła do męża w grudniu 1967 roku. To, co działo się miedzy małżonkami, a więc odejście Marii, późniejsza nadzieja na jej powrót, wreszcie powrót, na krótko zresztą, ściśle nakłada się na daty morderstw dokonywanych przez wampira. Gdy Zdzisław miał nadzieję na powrót żony, wampir nie mordował. Gdy Maria wreszcie do niego wróciła, Zagłębie oddychało spokojem przez równy rok. Potem jednak odeszła do tamtego mężczyzny, a październiku 1968 roku, znów na Śląsku znaleziono zamordowaną kobietę.

Zagłębiowski wampir działał 5 lat i 4 miesiące. Przez cały ten okres trwało żmudne, szalenie trudne śledztwo. Szukano igły w stogu siana. Marchwicki dokonywał morderstw na terenie o łącznej powierzchni 590 km2, zamieszkałym przez 725 tys. ludzi.

W Komendzie Wojewódzkiej MO w Katowicach obok mapy Zagłębia z naniesionymi na nią oznaczeniami miejsc, gdzie znaleziono ofiary Marchwickiego, wisiał tragiczny wykaz jego ofiar. Przy imieniu i nazwisku podany był wiek, data i godzina dokonania przestępstwa oraz miejscowość. Przy 6 spośród 20 nazwisk widniał znak szczególny oznaczający, że te kobiety przeżyły.1) Anna M. 58 lat - 7.XI.64 (sobota), godz. 19.00 - Dąbrówka Mała
2) Lidia N. 34 lata - 17.III.65 (środa), godz. 23.00 - Będzin
3) * Irena S. 16 lat - 14.V.65 (piątek), godz. 23.30 - Grodziec
4) Jadwiga Z. 45 lat - 22.VII.65 (czwartek), godz. 22.20 - Sosnowiec-Środa
5) * Eleonora G. 38 lat - 26.VII.65 (poniedziałek), godz. 20.00 - Łagisza
6) * Zofia W. 22 lata - 4.VIII.65 (środa), godz. 6.00 - Łagisza
7) Maria B. 22 lata - 15.VIII.65 (niedziela), godz. 22.00 - Czeladź-Piaski
8) Genowefa Ł. 28 lat - 25.VIII.65 (środa), godz. 23.30 - Będzin
9) Teresa T. 24 lata - 25.X.65 (poniedziałek), godz. 7.00 - Będzin
10) Irena S. 57 lat - 12.XII.65 (niedziela), godz. 20.00 - Czeladź
11) * Stanisława S. 45 lat - 19.II.66 (sobota), godz. 20.00 - Grudków
12) Genowefa B. 36 lat - 11.V.66 (środa), godz. 6.30 - Łagisza-Niepiekło
13) Maria G. 55 lat - 15.VI.66 (środa), godz. 21.00 - Zagórze
14) * Julia K. 30 lat - 15.VI.66 (środa), godz. 22.40 - Będzin
15) Jolanta G. 18 lat - 22.X.66 (wtorek), godz. 7.45 - Będzin
16) Zofia K. 40 lat - 15.VI.67 (czwartek), godz. 20.50 - Grodziec
17) Zofia G. 27 lat - 3.X.67 (wtorek), godz. 19.00 - Wojtkowice
18) Jadwiga S. 35 lat - 3.X.68 (czwartek), godz. 11.00 - Cieśle-Maczki
19) * Irena W. 34 lata - 30.VIII.69 (sobota), godz. 21.30 - Katowice
20) Jadwiga K. 45 lat - 4.III.70 (środa), godz. 18.55 - Siemianowice


Ofiary wampira miały od 16 do 58 lat. W jednym dniu (15.VI.1966) dokonał dwóch napadów na kobiety, z których jeden skończył się śmiercią ofiary. Dwukrotnie zamordował dokładnie w rocznicę poprzedniego mordu (15.VI.66 i 15.VI.67 oraz 3.X.67 i 3.X.68).

Często atakował kobiety wracające z drugiej zmiany, późnym wieczorem. Znajdowano przy nich torby wypełnione drobnymi zakupami, jedna z ofiar niosła garnki. Śpieszyły się do domów. Szły na skróty, przez odludne tereny. Kilka razy zdarzyło się, że gdy napadł na ofiarę spłoszyli go idący ludzie - dlatego niektóre ofiary przeżyły. Uderzał z tyłu. Atakował nagle. Z tych które przeżyły, tylko dwie miały obiektywne warunki, żeby go rozpoznać. I rozpoznały go przy konfrontacji.

Gdy znaleziono pierwszą ofiarę, organa ścigania zaczęły badać sprawę jak każdą inną. Nawet posądzono męża Anny M., uznano go za podejrzanego o morderstwo żony. Siedział trzy miesiące - wypuszczono go.

Potem została zamordowana Lidia N. W podobny sposób. W niedługim czasie po jej śmierci usiłowano zamordować takim samym uderzeniem Irenę S., a potem w Sosnowcu znaleziono Jadwigę Z. Znów podobna metoda działania, podobne obrażenia - mord na tle seksualnym. W ostatnim przypadku podejrzewano przez jakiś czas przyjaciela ofiary. Ale nie mógł być sprawcą - miał niezbite alibi.

Następnego dnia po morderstwie dokonanym 22 lipca 1965 roku skojarzono w Komendzie Wojewódzkiej i w prokuraturze te trzy jednakowe morderstwa i czwarte usiłowanie. Podsumowano wszystko co było wiadome w tych sprawach - na ludzi biorących udział w owej naradzie padł blady strach. Nie ulegało wątpliwości, że wszystkie napaści były dziełem jednego człowieka - mordercy kobiet na tle seksualnym, wampira, który zaczął grasować w Zagłębiu i co kilkadziesiąt dni atakował nową ofiarę.

Sprawca działał w odludnych miejscach, natychmiast wsiąkał w tłum, milicyjne psy gubiły ślad na ruchliwych drogach, wszelkie normalnie stosowane metody wykrywania zabójstw zawodziły. Potem napisano: "Stopień komplikacji wykrywczych był olbrzymi".

Sprawca zadawał ciosy w skroniowo-poltyliczną część głowy. Motyw zbrodni był zawsze taki sam - seksualny. Narzędzia zbrodni nigdzie nie znaleziono, śladów nie udało się odkryć. Wampir działał na otwartym terenie. Potem odciągał ofiary w ukryte miejsca. Były to wypadki z różnych pór roku. Deszcz zacierał ślady. Wszystkie ofiary zostały znalezione dopiero po kilku lub kilkunastu godzinach (najwcześniej po 2, najpóźniej po 30).

Milicja niemal od początku zaangażowała swoje najlepsze siły, wiedzę, ambicję, zdrowie - i nic. Ludzie, którzy zaczęli zajmować się wampirem (operacja została nazwana kryptonimem "Anna" - od imienia pierwszej ofiary), nie spali po nocach, nie mieli czasu zjeść obiadu, przychodzili do domów późną nocą, wychodzili o świcie.

Drukowano ulotki przestrzegające kobiety przed samotnym chodzeniem po ustronnych miejscach, mężowie odprowadzali żony do pracy i przyprowadzali z niej, rodzice nie wypuszczali wieczorem dorosłych córek, zakłady pracy odwoziły autokarami robotnice do domów.

Do niesłychanie żmudnej pracy zaangażowano ogromne siły. Już nie tylko milicja z województwa katowickiego, ale i z innych rejonów kraju zajmowała się operacją "Anna". Wykorzystano całą dostępną w tamtych czasach wiedzę na temat morderstw seksualnych.

W Wydziale Specjalnym telefon "wampirowski" - 25-555 - działał niemal bez przerwy. Apelowano do społeczeństwa o zgłaszanie wszelkich podejrzanych zachowań. Podstawiano funkcjonariuszy "na wabia". Najpierw mężczyzn przebranych za kobiety, ale ci, choć w damskich płaszczach i perukach, poruszali się dziwnie, ludzie się za nimi oglądali. Sprowadzono więc 100 milicjantek z różnych jednostek MO, przeszkolono je w judo, wyposażono w miniaturowe radiostacje i broń, przebrano w cywilne ubrania. Dzielnie wychodziły późnymi wieczorami na odludne ścieżki. Pod chustkami miały specjalne plastikowe pancerze, które osłaniały tył i lewą część głowy w pobliżu ucha, bo wiadomo było, że w tą okolicę wampir zadawał pierwszy cios.

Podczas śledztwa Marchwicki powiedział: "Myślicie, że ich nie zauważyłem? Że nie spostrzegłem, że mi podstawiacie babki? Szły tak jakoś dziwnie, jakby im na tym nie zależało, gdzie dojdą. Rozglądały się. A kobieta, jak wraca z roboty, to głowę pochyli do przodu i śpieszy się do domu".

Tymczasem do komendy milicji napływały tysiące listów. Trzeba je było sprawdzać. Każdą informację telefoniczną czy listowną badano z całą starannością. To zaprzątało czas i angażowało ogromną liczbę ludzi. Ale nie zaniedbywano niczego. Były setki fałszywych alarmów, były i kawały, choć naprawdę nie było się z czego śmiać. Skrzętnie zbierano każdy najdrobniejszy szczegół, który mógłby się okazać przydatny.

Poza tym każde morderstwo kobiety należało badać w dwóch płaszczyznach: w płaszczyźnie normalnego morderstwa, które mogło być upozorowane na działanie wampira (odkryto 6 takich pozorowanych morderstw), i w tej drugiej płaszczyźnie, określonej kryptonimem "Anna".

Odwołano się do pomocy najwybitniejszych seksuologów, psychologów, psychiatrów, specjalistów z dziedziny kryminologii. 40 naukowców współpracowało z organami ścigania, nabywając nową wiedzę. Stworzono specjalny system organizacyjny, który pozwalał trwać w stałym pogotowiu setkom ludzi.

Alarm trwał. A mimo to nie udało się uniknąć następnych ofiar. Od chwili, kiedy milicja zdała sobie sprawę, że ma do czynienia z seryjnym mordercą, do końca 1965 r. i w roku 1966 zaatakował 12 kobiet, z czego tylko 4 wyszły z życiem.

Ani na moment nie ustawała praca śledcza akcji "Anna". Setki ludzi skwapliwie wyławiało informacje, które analizowano, poddawano ocenie ekspertów. Zbierano także dane osobowe o tysiącach mężczyzn. W pewnym momencie w kręgu podejrzanych znalazło się ich sto tysięcy.

Po dokładne analizie miejsc dokonania zbrodni stwierdzono, że musi to być ktoś, kto mieszka w Będzinie lub Dąbrowie Górniczej, bo tam było epicentrum. Funkcjonariusze służby operacyjnej MO chodzili "po kolędzie" od domu do domu. Spisywali mężczyzn. Pytali o wszystko.

Sporządzono specjalne perforowane kartoteki, a w nich fiszki z nazwiskami. "Prześwietlano" najrozmaitsze grupy ludzi i środowiska. Pod baczną obserwacją znajdowali się właściwie wszyscy mężczyźni zamieszkali na tym terenie.

Gdy żadne z działań nie doprowadziło do celu, a wszelkie metody wypróbowane w podobnych przypadkach na świecie, przeszczepione na nasz grunt, zawiodły - postanowiono wykonać gigantyczną pracę.

W czerwcu 1970 roku powstała kolejna problemowa analiza całokształtu materiału działań. Była to ostatnia z kilkudziesięciu dokonanych analiz i planów. W dokumencie tym przyjęto za ustalone pewne fakty i podporządkowano im dalsze działania. Ustalono, że sprawca musi odpowiadać określonym cechom fizycznym i psychicznym i że jego miejscem zamieszkania lub trwałego związku jest Dąbrowa Górnicza. Autorami tej analizy byli: naczelnik Wydziału Specjalnego Komendy Wojewódzkiej MO w Katowicach, ppłk Jerzy Gruba oraz naczelnik wydziału zabójstw Komendy Głównej MO, płk Józef Muniak. Na jej powstanie złożył się ogrom prac oficerów operacyjnych. opierając się na tym, co zdołano na pewno ustalić, sporządzono wykaz cech osobowych, fizycznych i psychicznych, jakie powinien posiadać zagłębiowski wampir. Cech tych było 485. Wiadomo było na pewno, że wampir nie mógł mieć w roku 1964, na początku swej zbrodniczej działalności, mniej niż 25 lat, że miał do 170 cm wzrostu, ciemne, falowane włosy, musiał być sprawny fizycznie, mieć taki wzrok, aby móc chodzić bez okularów, pracować w systemie trójzmianowym lub na stanowisku, które mógłby opuszczać bez specjalnej kontroli, musiał to być człowiek faktycznie (ale niekoniecznie formalnie) samotny itd., itd.

Znaczniej trudniej było ustalić cechy psychiczne. Ale ustalono, że musi to być człowiek konfliktowy, nieśmiały, małomówny, skrzywdzony przez kobietę (w jakikolwiek sposób) lub uważający się za skrzywdzonego, psychicznie zrównoważony, brutalny w pożyciu z najbliższymi, wreszcie, że człowiek ten może mieć dobrą opinię w aktualnym miejscu pracy.

Wrócono jeszcze raz do materiałów zebranych o mężczyznach mieszkających w pobliżu terenu działania wampira. Karty perforowane z cechami mężczyzn najdokładniej opisanych położono na arkusz owych 485 cech. Całość położono na podświetlarkę i wyszedł spiczasty trójkąt. Na dole znaleźli się ci, co mieli tych cech najmniej, na samej górze, na spiczastym wierzchołku, z 56 cechami na 485 możliwych, znalazł się Zdzisław Marchwicki - sam jeden. Poniżej tego wierzchołka plasowały się inne nazwiska z dość znaczną różnicą punktową. Miały najwyżej 35 cech.

Zdzisław Marchwicki został aresztowany 6.I.1972 roku pod zarzutem serii morderstw na tle seksualnym. Stało się to po 7 latach i 2 miesiącach od chwili pierwszego mordu.

Zaczął się nowy etap: Postępowanie przygotowawcze przeciwko Zdzisławowi Marchwickiemu. Aresztowanie Marchwickiego było połową drogi - należało mu jeszcze udowodnić winę. Należało zebrać dowody. Jak najwięcej dowodów. Nie mówił bowiem nic. Przyznanie się podejrzanego to nie jest wystarczający dowód w sprawie, ale przecież wiadomo, że przywiązuje się doń wagę niemałą. Zbierano więc dowody, gromadzono tysiące informacji, analizowano najdrobniejsze zdarzenia. Nie było rzeczy błahych, nieważnych. Materiał dowodowy rósł. Kryminogenna rodzina podejrzanego, została prześwietlona jak w rentgenie, obraz działań, ogrom zbrodni, tło - wszystko zaczęło rysować się wyraźną kreską. Sam podejrzany zaś "pękł" 10.V.72 r. Zaczął mówić.

21.V.72 r. został aresztowany Henryk Marchwicki - brat podejrzanego. 24.V.72 r. - Jan Marchwicki, drugi brat podejrzanego, 4.VII.72 r. - Halina Flak z domu Marchwicka, siostra podejrzanego (w ten sposób wszystkie dzieci Józefa Marchwickiego znalazły się w areszcie śledczym w związku z tą samą sprawą), wreszcie 11.XI.72 r. - Józef Klimczak - przyjaciel Jana, i 29.XII.72 r. - Zdzisław Flak, syn Haliny i siostrzeniec głównego podejrzanego.

W 142 tomach akt głównych, 500 tomach akt kontrolnych i kilkudziesięciu tysiącach teczek z materiałami operacyjnymi zamknęło się śledztwo w sprawie zagłębiowskiego wampira, który paraliżował strachem przemysłowy, gęsto zaludniony okręg przez kilka lat.

29.VI.74 r. do Sądu Wojewódzkiego w Katowicach wpłynął akt oskarżenia przeciwko Zdzisławowi Marchwickiemu i innym oskarżonym. Akt oskarżenia, obejmujący wraz z uzasadnieniem 200 stron zarzucał Zdzisławowi Marchwickiemu, ur. w 1927 r. w Dąbrowie Górniczej, zam. w Siemianowicach przy ul. Krupanki 36, pochodzenia i przynależności społecznej, posiadającemu wykształcenie 6 klas szkoły podstawowej i 3 klas szkoły zawodowej, żonatemu, ojcu ośmiorga dzieci - zabójstwo 14 kobiet i usiłowanie zabójstwa 6 kobiet. Ponadto urząd prokuratorski zarzucił mu znęcanie się nad rodzina, znieważenie funkcjonariusza MO i zabór społecznego mienia.

Janowi Marchwickiemu, ur. w 1929 r., pochodzenia robotniczego, przynależności do inteligencji pracującej, o wykształceniu średnim, stanu wolnego, postawiono osiem zarzutów (został on zresztą skazany w innych procesach na kary wieloletniego więzienia i grzywny). Tym razem został oskarżony o nakłanianie Zdzisława do zabójstwa dr Jadwigi K., a Henryka oraz Józefa Klimczaka do udzielenia mu pomocy, o nakłanianie Klimczaka do zabójstwa młodej dziewczyny, która miała z nim dziecko, o czyn nierządny wobec nieletniego, o nakłanianie siostrzeńca - Zdzisława Flaka, do kradzieży, o przyjęcie skradzionych rzeczy, poświadczanie nieprawdy oraz gmatwanie toczącego się postępowania przygotowawczego poprzez nakłanianie różnych osób do składania nieprawdziwych zeznań.

Henrykowi Marchwickiemu, ur. w 1930 r. w Dąbrowie Górniczej, zam. w tejże Dąbrowie przy ul. Korzeniec 24 a, pochodzenia robotniczego, o wykształceniu podstawowym, renciście, rozwiedzionemu, ojcu trojga dzieci, prokurator przedstawił sześć zarzutów. Najważniejszy z nich, którym objęty został również Józef Klimczak, dotyczył wspólnego działania, za namową Jana Marchwickiego, polegającego na udzieleniu pomocy Zdzisławowi w dokonaniu zabójstwa dr Jadwigi K. poprzez obserwowanie jej na trasie jej powrotu do domu z Uniwersytetu Śląskiego, a nadto przypisano mu kradzież zamordowanej, wspólnie z bratem Zdzisławem - zegarka, wreszcie znęcanie się nad rodziną, paserstwo oraz pomoc w oszustwie.

Po dwa zarzuty prokurator przedstawił Halinie Flak i jej synowi. Halina Flak, z domu Marchwicka, ur. w 1924 r. w Dąbrowie Górniczej, zamieszkała tamże przy ul. Królowej Jadwigi 7, skończyła 6 klas szkoły podstawowej, jest zamężna, ma dwoje dzieci, zatrudniona była jako pracownica fizyczna. Jej syn, Zdzisław Flak, urodzony w 1952 r. w Dąbrowie Górniczej i tam też zamieszkały, z ukończona szkołą podstawową i zawodową, pracujący, kawaler, karany już przez sąd dla nieletnich, również zastał objęty aktem oskarżenia.

Siostrze wampira zarzucono, że przyjmowała od brata Zdzisława drobne przedmioty skradzione ofiarom i że wiedziała o ich pochodzeniu oraz to, że wyłudziła bezprawnie zasiłek chorobowy z miejsca pracy, zaś siostrzeńcowi Marchwickiego zarzucono, iż mając wiarygodną wiadomość o dokonaniu zabójstwa dr Jadwigi K. nie zawiadomił o tym organów ścigania i że, ulegając namową stryja Jana, dopuścił się kradzieży akcesoriów samochodowych.

Józefowi Klimczakowi, ur. w 1948 r. w Bielsku-Białej, zam. w Katowicach w mieszkaniu Jana Marchwickiego, o wykształceniu podstawowym i zawodowym, kawalerowi, ojcu jednego dziecka, pozostającemu na utrzymaniu Jana, akt oskarżenia zarzucił pomocnictwo Zdzisławowi Marchwickiemu w dokonaniu zabójstwa dr Jadwigi K. przez obserwowanie jej na trasie powrotu do domu i wskazanie jej zabójcy.

Nie wszystkie zarzuty aktu oskarżenia miały jednakowy ciężar, ale chodziło o to, aby jak w zwierciadle odbiła się moralność ogromnej większości członków tej rodziny, jej nastawienie do życia, solidarność wewnątrzrodowa, wreszcie całe obyczajowe tło i środowisko, w którym oskarżeni się wychowywali, aby uplastycznić niejako te wszystkie ponure i straszne aspekty - niezrozumiałe dla ogromnej większości obywateli w naszym kraju.

Zdzisław Marchwicki wywodził się z rodziny niewątpliwie ewenementnej, której losami i uwikłaniami zajmowali się biegli psychiatrzy, psycholodzy i specjaliści kryminologii.

18.IX.74 r. przed Sądem Wojewódzkim w Katowicach zaczął się proces seryjnego mordercy kobiet. Proces odbywał się w dużej świetlicy huty cynku "Silesia", ponieważ w gmachu katowickiego sądu trwał remont i nie można było nigdzie znaleźć sali tej wielkości, by mogli pomieścić się ci, którzy z różnych racji mają prawo, a czasem i obowiązek przebywać na sali rozpraw. W ciągu 125 procesowych dni, rozciągnęły się one w czasie na 11 miesięcy (bowiem posiedzenia sądu odbywały się tylko w środy, czwartki i piątki), sąd pracował pod przewodnictwem sędziego Sądu Wojewódzkiego Władysława Ochmana. Za stołem sędziowskim zasiadali także: sędzia Andrzej Rembisz i ławnicy Franciszek Tatarczuk, Ryszard Kukwa i Eryk Skiba. Protokołowały na zmianę: Władysława Starek i Maria Gnacik. Oskarżało dwóch prokuratorów: prokurator generalny Józef Gurgul, który nadzorował postępowanie przygotowawcze, i jako wiceprokurator - prokurator wojskowy Zenon Kopiński. Każdego z oskarżonych broniło po trzech obrońców.

Sąd dysponował następującym materiałem dowodowym na którym oparł swój wyrok:
a. wyjaśnienia 6 oskarżonych złożone podczas śledztwa i podczas rozprawy,
b. zeznania przesłuchanych na sali bezpośrednio przez sąd przeszło 500 świadków,
c. zeznania ok. 100 świadków złożone w postępowaniu przygotowawczym i odczytane na rozprawie,
d. ekspertyzy i opinie przeszło 20 biegłych z różnych dziedzin nauki,
e. protokoły z eksperymentów procesowych, przeprowadzonych w postępowaniu przygotowawczym, i wizje lokalne, przeprowadzone przez sąd wraz dołączoną dokumentacją,
f. ponad 1000 dokumentów dotyczących różnych kwestii szczegółowych i ogólnych, przedłożonych wraz z aktem oskarżenia i zażądanych przez sąd z urzędu i na wniosek stron,
g. ponad 100 różnych dowodów rzeczowych,
h. 25 taśm magnetofonowych z przesłuchania oskarżonych i świadków w postępowaniu przygotowawczym oraz 6 filmów i 325 przeźroczy i zdjęć,
i. 141 tomów akt postępowania przygotowawczego wraz z załączonymi aktami dowodowymi, dotyczącymi innych spraw, lecz mającymi bezpośredni związek z rozpoznawaną przez sąd sprawą,
j. 10 tomów protokołów z rozpraw sądowych, 255 taśm magnetofonowych i 5 taśm wideo z rozpraw sądowych, a ponadto 10 tomów akt postępowania przed sądem poza protokołami z rozpraw.

Według opinii biegłych "z powodu nie wykształconej w pełni zdolności do normalnego życia seksualnego potrzebował silnych bodźców zewnętrznych w formie wynaturzonej, w postaci widoku krwi, konwulsji ofiary i jej agonii. Cechy sadyzmu, jakimi się odznaczał, wykorzystywane były przez niego w sposób świadomy, zaplanowany i konsekwentny".

Dlatego też Sąd przyjął, iż główny oskarżony to człowiek sprytny, działający z przemyślnym zamiarem, przygotowujący się do dokonania przestępstwa, zabezpieczający sobie ucieczkę z miejsca mordu. Że cechuje go pewność siebie, zdecydowanie w działaniu, chytrość, spryt i umiejętność oceny sytuacji.

Napadał znienacka na samotnie idące kobiety, często pod osłoną ciemności lub mgły, uderzał z tyłu, zadawał ciosy z dużą siłą. To tylko kwestia przypadku, że cztery jego ofiary przeżyły. Był głęboko przekonany, że z wyjątkiem jednego przypadku - zostawiał je martwe.

Może właśnie dlatego tak gorliwie zaprzeczył zarzutowi dziewiętnastemu z aktu oskarżenia, tzn. napaści na pielęgniarkę Irenę W. Zadał jej - w myśl aktu oskarżenia - tylko jeden cios, który spowodował złamanie szczęki, napadnięta kobieta upadła, jego coś spłoszyło - uciekł. Może uznał, że to "spartaczona robota", niegodna jego, i dlatego od początku do końca wypierał się właśnie tego czynu? Jest to dylemat dla psychologów, dlaczego wielokrotny morderca kobiet wypiera się tak stanowczo i uparcie czynu, który wśród innych dziewiętnastu obciążonych straszliwymi skutkami jest najlżejszy?

Choć ofiary były przypadkowe, okazje planował szczegółowo, mścił się na kobietach z powodu własnych niepowodzeń życiowych, zaspokajał swój popęd płciowy w sposób bestialski, okrutny, działał w atmosferze pewności siebie oraz okresowej bezkarności, jakby na złość organom ścigania.

Dziewiętnaście zamachów na życie kobiet jak klamra spinają dwa morderstwa szczególne. Pierwsza ofiara, Anna M., była sąsiadką teściowej Zdzisława Marchwickiego - Florentyny Król. Kobiety nie znosiły się, kłóciły wielokrotnie.

Czy chciał przysłużyć się swojej teściowej, by wsparła go w prośbach kierowanych do Marii o jej powrót z dziećmi na Śląsk? Czy Florentyna wiedziała, kto zamordował sąsiadkę? Czy sam sprawca przeciągając trupa w krzaki doznał orgazmu i zorientował się przypadkowo, że to może być sposób zaspokajania popędu seksualnego? Proces nie dostarczył na te pytania jasnych odpowiedzi. Natomiast ostatnie morderstwo, dr Jadwigi K., zostało wyjaśnione w szczegółach nie tylko dlatego, że tak postanowił wymierzyć swoją zemstę Jan i że Zdzisław powiedział: "Trzeba było bratu pomóc", ale i dlatego, że jest to jedyne spośród wszystkich morderstw zagłębiowskiego wampira, w którym nie działał on sam (co zresztą wprowadziło kiedyś do toczącego się śledztwa znaczne zamieszanie i było wówczas trudne do zrozumienia).

Trzej bracia i Klimczak składali sobie po zabójstwie dr K. przysięgę, że nie ujawnią szczegółów tego czynu, że nie zdradzą się wzajemnie. Właściwie jeden Zdzisław przysięgi dotrzymał.

Wszyscy oskarżeni, a także żona głównego podsądnego, poddani byli dokładnym badaniom, nie tylko zresztą psychiatrycznym.

Opinię z zakresu seksuologii dotyczącą Zdzisława Marchwickiego wydali prof. dr hab. Edmund Chróścielewski i doc. dr hab. Władysław Nasiłowski. W czasie śledztwa i później, na rozprawie, dokonali oni szczegółowej analizy materiału dowodowego w zakresie zboczeń seksualnych i analizy poszczególnych przypadków zabójstw, przeprowadzili wywiady, zapoznali się z dokumentacją lekarską i orzekli:
- stwierdzono cechy manipulacyjnego działania (w szeregu przypadków) wokół narządów rodnych, lecz brakuje danych o ewentualnym odbywaniu stosunków płciowych z ofiarami;
- nie było wybiórczego działania (ofiarami były różne kobiety);
- sprawcę cechuje psychopatologiczna struktura osobowości;
- stwierdzono sadyzm-tyranizm;
- w realizacji działania popędowego zasadniczym celem było dokonanie morderstwa, reszta (np. zabieranie drobnych przedmiotów) to działanie uzupełniające;
- u sprawcy istniały nieprawidłowości w realizowaniu popędu seksualnego: bicie i znęcanie się nad żoną, ekshibicjonizm, kazirodztwo, odbywanie stosunków z żoną w czasie menstruacji, w czasie ataków epileptycznych, z półprzytomną.

Opinię lekarsko-psychiatryczną, złożoną po obserwacji szpitalnej trwającej od 30 VII do 5 XII 1973 w Szpitalu Psychiatrii Sądowej w Grodzisku Mazowieckim, podpisali lekarze medycyny, specjaliści z zakresu psychiatrii, Andrzej Różycki i Józef Milczarek. Stwierdzili oni na wstępie:
"1. Niemal wszystkie zabójstwa lub usiłowania noszą w sobie cechy zabójstw na tle seksualnym;
2. sprawca zawsze działał jednakowo;
3. w żadnym wypadku nie stwierdzono, by odbył stosunek z ofiarą".

A dalej w opisie można przeczytać:
"Na podstawie akt sprawy, wielokrotnych badań, badań dodatkowych, obserwacji oraz danych:
1. u Zdzisława Marchwickiego nie stwierdzamy choroby psychicznej ani też niedorozwoju umysłowego;
2. stwierdzamy nieprawidłowe cechy osobowości typu psychopatycznego oraz sadystyczne zboczenie popędu seksualnego;
3. brak jest danych, by w okresie dokonania zarzucanych mu czynów posiadał zmienioną lub ograniczoną zdolność rozumienia ich znaczenia i kierowania postępowaniem;
4. jest zdolny do stawania przed sądem".

Sąd Wojewódzki w trakcie przewodu nie zgodził się z opinią biegłych w kwestii odbywania przez oskarżonego stosunków płciowych ze swymi ofiarami (Zdzisław Marchwicki zawsze utrzymywał, że w przeważającej większości przypadków z ofiarami swymi takie stosunki odbył). Biegli stwierdzili nadto i Sąd to przyjął, że:
"życie seksualne jest czynem popędowym, ale wychodzimy z założenia, że popęd seksualny nie dominuje nad wolą człowieka... w przypadku podsądnego zabójstwo z lubieżności nie uległo takiemu utrwaleniu, by dominowało nad jego intelektem".

Również biegły psycholog mgr Jerzy Jaworski przedstawił na rozprawie swoją opinię. Brzmiała ona:
"1. Intelekt badanego funkcjonuje prawidłowo;
2. w wypowiedziach badanego przejawia się poczucie winy za dotychczasowy styl życia i własne postępowanie w przeszłości;
3. wyraźna jest tendencja do panowania nad sytuacją w sensie dawania kontrolowanych wypowiedzi;
4. badania psychologiczne nie wykazują aktualnie choroby psychicznej".

Również pozostali oskarżeni poddani byli badaniom psychiatrycznym i psychologicznym.

Jan Marchwicki przebywał na obserwacji w szpitalu w Gnieźnie od 18 II do 25 III 1974. Pod opinią podpisali się doktorzy medycyny Marian Jaska i Marian Drogowski. Badał go również psycholog. Biegli stwierdzili, że:
"jest to psychopata o zboczeniu seksualnym pod postacią homoseksualizmu. Nadto cechuje go dążenie do zaspokojenia własnych potrzeb bez liczenia się z konsekwencjami i normami społecznymi; jest to egocentryk przerzucający winę na innych; usiłuje wykazać, iż padł ofiarą walki ideologicznej. Cechują go skłonności pieniacze, a cel swój stara się osiągnąć wszelkimi metodami".

Opinia Sądu, po kilkunastu miesiącach obserwowania podsądnego, była znacznie ostrzejsza niż biegłych. Sąd Wojewódzki orzekł w uzasadnieniu wyroku, że to, co powiedzieli o nim biegli, jest zbyt łagodne. Sąd uważa, że:
"Jan Marchwicki to człowiek wulgarny, zdemoralizowany, zdeprawowany i zdegenerowany, typ sadysty psychicznego, który chce zdeptać i zniszczyć każdego, kto odważa się występować przeciwko niemu".

Również Henryk Marchwicki skierowany był do Grodziska Mazowieckiego na badania psychiatryczne. Po obserwacji trwającej od 27 IV do 4 VII 1974 ci sami biegli, którzy opiniowali jego brata Zdzisława, stwierdzili, że:
"jest to psychopata nałogowo nadużywający alkoholu, a dostrzeżone cechy charakterologiczne należy uznać za psychopatyczne, a nie pochodzenia organicznego uszkodzenia mózgowego".

Biegli nie stwierdzili objawów psychodegeneracji występującej w alkoholizmie przewlekłym, a biegły psycholog dodał:
"Prymitywizm środowiskowy, zaniedbania wychowawcze, brak właściwej stymulacji pewnych funkcji intelektualnych. Kłamie, ale to cecha nałogowych alkoholików".

Halina Flak przebywała w Grodzisku od 7 III do 13 IV 1973. Biegli psychiatrzy stwierdzili, że:
"intelekt ma ociężały, na dolnej granicy prawidłowego rozwoju. Zdradza nieprawidłowości charakterologiczne, jest nieszczera, nieprawdomówna, łączy ją solidarność z rodziną, szczególnie z bratem Zdzisławem. Nie chorowała i nie choruje psychicznie z wyjątkiem krótkotrwałego okresu depresji reaktywnej (pobyt w szpitalu psychiatrycznym w Lublińcu w 1969). Zdradza jedynie odchylenia charakterologiczne, endogeniczne, częściowo pogłębione zaniedbaniem wychowawczym".

Ambulatoryjnie, przez doktorów Różyckiego i Krzaka, byli przebadani dwaj ostatni oskarżeni. O Józefie Klimczaku biegli orzekli, że:
"jest to osobnik psychopatyczny, homoseksualista bierny, uprawiający homoseksualizm w celu osiągnięcia korzyści majątkowych przy jednoczesnym utrzymywaniu normalnych stosunków seksualnych z kobietami".

O Zdzisławie Flaku zaś powiedziano tylko, że:
"ma nieprawidłowo wykształconą strukturę osobowości".

Z takimi to podsądnymi, z których jeden strachem paraliżował Zagłębie w ciągu przeszło siedmiu lat, miał do czynienia w czasie rozprawy Sąd Wojewódzki.

Na sędziowskim stole leżało 141 tomów akt śledczych, rosły tomy sądowych akt (w sumie 27 342 strony). Uciążliwe, całymi dniami trwające przepytywanie świadków, bezpośrednie konfrontacje "wampira" z ofiarami, które udało się odratować, taśmy filmowe z utrwalonymi szczegółami sekcji zwłok kilkunastu kobiet, protokoły z ekshumacji (bo i takie były), trzy kartony dowodów rzeczowych, wśród których znalazły się i ubrania, i narzędzia zbrodni, zidentyfikowane po ekspertyzach (przecinak metalowy, pejcz stalowy, szyna), koral, fragmenty obrączki i zegarki zabrane kiedyś ofiarom, a teraz stanowiące niezmiernie ważne dowody rzeczowe, taśmy z zanotowanymi wyjaśnieniami, ekspertyzy sporządzone przez placówki naukowo-badawcze, dotyczące mikrowłókien znalezionych na odzieży, cały olbrzymi materiał dowodowy w tej najpoważniejszej, bezprecedensowej nie tylko w Polsce, lecz i na świecie sprawie - oto z czym zetknął się komplet orzekający I instancji.

A na ławie oskarżonych siedziała w komplecie rodzina silniej niż więzami krwi związana solidarnością, przy jakiej bledną więzy rodziny Corleonów, przez którą niezmiernie ciężko było się przebić i w śledztwie, i na rozprawie. W gromadzie, ściśnięci na ławie oskarżonych, między mundurami milicjantów, prezentowali swoją brutalność i taki stosunek do życia, jakby całe zło tego świata skondensowane zostało w jednej pigułce: czworo rodzeństwa - dzieci Józefa, który w czasie procesu już nie żył.

Zdzisław Marchwicki, podczas śledztwa nic nie mówił; 10, 11, 16, 23 i 24 V 1972 przyznał się do wszystkiego, potem kręcił, ale w zasadzie cała jego linia postępowania w śledztwie to było przyznanie się do zarzucanych mu czynów.

Na rozprawie najpierw zaprzeczył wszystkiemu, potem powiedział: "Postąpiłem trochę brawurowo w Warszawie, przez co narobiłem bałaganu przyznając się". A potem: "Nie wiem, od czego zacząć, bo czego się dotknąć to kłamstwo". Tak było na początku rozprawy. Potem zaczął sobie zdawać sprawę, jak obciąża go materiał dowodowy. Linia jego obrony powoli zaczęła nie wytrzymywać próby sił i zaczął się załamywać. Był bezradny wobec rozpoznań świadków, kapitulował pod naporem faktów.

Przewód dowodowy był już zamknięty. Przyszła kolej na przemówienie rzeczników oskarżenia publicznego. Prokurator Józef Gurgul mówił przez 12 i pół godziny w ciągu czterech dni. Po procesie powiedział: "Cały czas w trakcie przewodu dowodowego zastanawiałem się, jak dotrzeć do głównego oskarżonego. Którędy prowadzi do niego droga. Czytałem wtedy masę rozpraw z dziedziny psychiki zbrodniarzy, literaturę fachową, literaturę piękną. Zastanawiałem się, jaką argumentację on może przyjąć za swoją? Dlaczego raz się przyznaje, raz odwołuje przyznanie? Co w nim siedzi naprawdę, tam gdzieś, potwornie głęboko, na dziesiątym dnie? Wiedziałem ze swojego prokuratorskiego doświadczenia: anioły przestępstw nie popełniają. A ci ludzie siedzący na ławie oskarżonych byli szczególnie niebezpieczni, agresywni, niebezpieczni".

Więc prokurator szukał do niego drogi. Przebijał się przez słowa napisane uprzednio, analizował dowody, "malował" obraz ściśniętego strachem Zagłębia. Mówił do sądu, do ludzi zabranych na sali, do oskarżonych, ale przede wszystkim do niego. Do Zdzisława Marchwickiego.

I pod koniec trzeciego dnia przemówienia prokuratora chyba coś pękło w Marchwickim. Bo wstał i nagle i wychrypiał:
- Tak przyznaję się do winy. Jestem wielkim mordercą. Nie wiem, ile kobiet zabiłem, może 20, może 26, nie pamiętam, nie liczyłem. Ponoszę wielką winę. Narobiłem wiele krzywdy.

28 VII 1975 roku w zapełnionej do ostatniego miejsca świetlicy Huty "Silesia", zamienionej na sądową salę. Sąd ogłosił wyrok w procesie seryjnego mordercy kobiet.

Sąd uznał Zdzisława Marchwickiego winnym zabójstwa 15 kobiet, usiłowania zabójstwa 4, zaś od zarzutu usiłowania zabójstwa pielęgniarki Ireny W. oskarżonego uniewinnił. Zostały mu także udowodnione pozostałe zarzuty z aktu oskarżenia. Sąd postanowił skazać go na karę śmierci. Karę śmierci wymierzył też sąd Janowi Marchwickiemu. Henryka Marchwickiego skazał na 25 lat pozbawienia wolności, Józefa Klimczaka na 12 lat, Halinę i Zdzisława Flaków na karę 4 lat pozbawienia wolności.

29 VI 1976 na wokandzie Sądu Najwyższego znalazła się sprawa Zdzisława Marchwickiego i innych. Szara teczka. Numer II, Kr. 171/76, fioletowa pieczątka: "kara śmierci".

W sądzie nie było tylko obrońców Klimczaka, ponieważ napisał on do sądu:
"Proszę cofnąć rewizję złożoną przez obrońców. Są to niepotrzebne korowody, nie zamierzam wnosić rewizji".

Jan Marchwicki prosił, aby mu pozwolono być na rozprawie rewizyjnej, ale jego wniosek nie został uwzględniony. Sąd zarządził przesunięcie rozprawy, która się właściwie jeszcze nie zaczęła, bo prokurator przedłożył nowe dokumenty: pamiętnik Zdzisława Marchwickiego, jego list do córki Barbary i pismo KW MO w Katowicach.

Sąd postanawia: zaliczyć dokumenty w poczet dowodów, a w związku z treścią przedłożonego pamiętnika i koniecznością uzyskania od autora dodatkowych wyjaśnień uzupełnić postępowanie poprzez:
a) przesłuchanie w Katowicach Zdzisława Marchwickiego (z udziałem biegłych psychiatrów) co do okoliczności czynów zawartych w tym pamiętniku i celu napisania pamiętnika,
b) przesłuchanie współwięźnia Zygmunta Alany, któremu autor pamiętnik wręczył, na okoliczność, jak długo przebywał w celi z oskarżonym i w jakich okolicznościach Marchwicki pisał pamiętnik; i wreszcie
c) płka Jerzego Grubę na okoliczność sporządzonych przez niego notatek służbowych.
Pamiętnik Zdzisława Marchwickiego.

Zwykły zeszyt za 4 zł 50 gr. w brązowej okładce z rysunkiem wrocławskiego ratusza, z tyłu stempel zachęcający do składania datków na Centrum Zdrowia Dziecka. Na pierwszej stronie: "Ten oto pamiętnik dedykuję koledze, z którym siedzę w jednej celi - Marchwicki Z. - wampir Zagłębia", a dalej w kratkach, równe pismo, w sumie 38 stron zapisanych przez oskarżonego (w aktach załączona ekspertyza autentyczności pisma).

Zaczyna się tak:
"Ja Marchwicki Zdzisław opisuję swoje życie i zacznę od tego że urodziłem się w Dąbrowie Górniczej dnia 18-X-1927 a więc jako młody chłopiec chodziłem do szkoły podstawowej w Będzinie nauka nieszła mi dobrze, a właściwie to uczyłem się bardzo słabo i chyba tylko dlatego że chodziłem na wagary i oglądałem się za dziewczynkami... Gdy siedziałem z dziewczynką nie byłem zainteresowany lekcjami a tą z którą siedziałem. Często zdarzało mi się że na przerwie chodziłem do ubikacji bawiłem się członkiem. Po szkole podstawowej parę miesięcy tokarskiego. Kiedy zaczęła się wojna wywieziono mnie do Niemiec na prace przymusowe. Tam pierwszy miałem stosunek z kobietą, starszą ode mnie - mężatką, miała ona na imię Ewa..."

A potem jest o pracy u Gaborki, o pierwszym stosunku odbytym z krową w oborze"... wyglądało to tak jakby z kobietą, tyle że musiałem stać na stołku i było mi trochę niewygodnie...", a potem Gaborka złapała go na tych praktykach na łące i nie chciała go trzymać u siebie. Dalej jest mowa o obozie w Kędzierzynie, o pracy w Prudniku, o sypaniu okopów w Żywcu i powrocie do domu, przed samym końcem wojny. O siostrze i kazirodczych stosunkach z nią (mąż Haliny pobił go pogrzebaczem, stąd złamany nos), o nielegalnym handlu, jaki uprawiał po wojnie, i o dwóch miesiącach spędzonych w więzieniu w Mysłowicach, a wreszcie o pierwszej prawdziwej pracy w kopalni "Generał Zawadzki", o ślubie - najpierw cywilnym w 1956, a później kościelnym w 1958 - z Marią i o kłótniach z nią, o wzajemnym robieniu sobie na złość, o jej kochankach i jego przyjaciółce Helenie.

Potem Marchwicki cofa się w lata dzieciństwa, przypomnienie, że matka umarła, gdy miał dwa lata, że ojciec pracował w kopami "Paryż", że ciągle się przeprowadzali. I że ma czwórkę dzieci z żoną. Wymienia ich imiona: Marek, Zbyszek, Barbara, Iwona. Lesław i Jolanta noszą jego nazwisko, ale to nie jego dzieci. (Ostatnie dziecko zarejestrowane na jego nazwisko, ponieważ Maria nie chciała, mimo iż jej to proponowano, przeprowadzić z nim rozwodu, urodziło się w dwa lata po aresztowaniu Zdzisława Marchwickiego. Jest to dziewczynka, ma na imię Karina).

Teraz w pamiętniku następuje relacja o dokonanych przestępstwach. Różni się ona od aktu oskarżenia i od tego, co było przedmiotem rozprawy w I instancji. Przede wszystkim Marchwicki pisze tu o 35 napaściach na kobiety. Część z tych relacji pokrywa się z przestępstwami z aktu oskarżenia, ale jest też wiele zupełnie nowych, dokonanych zresztą - wg wersji pamiętnika - poza Zagłębiem, gdy Marchwicki wyjeżdżał, czasem służbowo jako konwojent, czasem prywatnie, kilka razy z bratem Henrykiem. Występują więc w pamiętniku zupełnie nowe miejscowości, jak: Strzemieszyce, Rogoźnik, Rybnik, Pszczyna, Ogrodzieniec, Szopienice, Ruda Śląska, Limanowa, Wirek, Piotrków, Mysłowice, Końskie, Radomsko. Marchwicki podaje zapamiętane szczegóły zbrodni, "modus operandi", drobne przedmioty, jakie zabrał ofiarom. Opis tych przestępstw jest straszliwy w swojej monotonności. Autor miesza daty, cofa się w czasie, ale wynika z tej relacji, iż zaczął mordować w 1951, a ostatniej napaści na kobietę dokonał w 1971.

Potem stwierdza:
"opisałem całe swoje życie" Opowiada o aresztowaniu, śledztwie, badaniach psychiatrycznych i rozprawie; dodaje: "myślałem, że dostanę 25 lat albo mnie Rada Państwa ułaskawi". A dalej: "chciałem i nie chciałem, żeby mnie powiesili, myślałem, ile jest warte moje życie i ile krzywdy ludziom i rodzinie narobiłem d że w tak paskudny sposób mam odejść z tego świata".

Przytacza różne "wygłupy", jak sam to nazywa, jakie robił w więzieniu, jak wylewał mannę na głowę.

"...rozdrażnienie i nienawiść nie opuszczały mnie... w tym czasie jak siedzę odczuwam taką potrzebę żeby kogoś zabić chociaż wiem, że to niemożliwe... drapię się bo odczuwam potrzebę krwi widzenia... w zapachu czuję zadowolenie i mimo że mnie boli to jednak żywcem wyrywam ciało by wymazać się krwią... po całych dniach i nocach myślę tylko o tym, że lada dzień wszystko się skończy.... normalny stosunek z kobietą nie dawał mi tyle ile stosunek z zamordowaną kobietą... myślałem, że taka rozczochrana i niewładna a najbardziej podniecała mnie jej krew..."

Potem pisze o stosunkach z siostrą i o tym, jak szwagier przetrącił mu nos pogrzebaczem, o stosunkach homoseksualnych z siostrzeńcem. Wreszcie stwierdza: "postanowiłem udawać głupka bo może mi to pomoże..." Pisze o sobie: "siedzę teraz w kącie między szalką a zlewem i piszę"; a później zastanawia się nad przyczynami swojego zboczenia: "to po prostu zboczenie i zemsta". Pamiętnik kończy się prośbą wygłoszoną do czytających, by przestrzegali piątego przykazania.

10 VII 1975 do Sądu Najwyższego wpłynął list od Zdzisława Marchwickiego:
"Wobec tego że sam i dobrowolnie wyjaśniłem przestępstwa nie objęte aktem oskarżenia bardzo proszę o wzięcie pod uwagę moich dobrych chęci i szczere przyznanie się przed wykonaniem wyroku to znaczy, że proszę o przedłużenie tego jak najdłużej... Następnie o wszystkich swoich przestępstwach i całym swoim życiu opisałem w pamiętniku koledze lecz nie wiem co się z nim stało. Prawdopodobnie uległ on zniszczeniu... Trudno, popełniłem przestępstwo i muszę być ukarany. Tylko proszę o przedłużenie tego wszystkiego..."

13 VII 1976 delegowani ze składu orzekającego Sądu Najwyższego sędziowie: przewodniczący kompletu Jerzy Bratoszewski, Wacław Sutkowski i Zbigniew Kwiecień pojechali do Katowic, by przesłuchać trzy osoby.

Od godz. 10.30 do 12.00 w sali nr 219 Sądu Wojewódzkiego przy ul. Andrzeja trwało przesłuchanie, na którym prócz przesłuchiwanych byli obecni: Halina Flak z obrońcą, obrońcy Zdzisława, Jana i Henryka Marchwickich oraz obrońca Zdzisława Flaka, a także prokurator Gurgul i biegli psychiatrzy, dr Różycki i dr Milczarek.

Zdzisław Marchwicki wyjaśnił:
"Pamiętnik pisałem dobrowolnie... w okresie kiedy go pisałem, oprócz mnie w celi było jeszcze dwóch więźniów... pisałem go od razu na czysto, nie robiąc wcześniej żadnych notatek. Pisałem kilka godzin dziennie... W pamiętniku, który napisałem, część jest prawdą, a część nie... Prawdą jest to, co napisałem na temat zabójstw opisanych w wyroku, natomiast to, co pisałem na temat innych zabójstw, jest zmyślone przez mnie... nie wiem, jak mam wytłumaczyć, że pewne fakty wymyślone przeze mnie mają pokrycia w rzeczywistości. Nie wiem, co mam mówić, nie spodziewałem się, że będę doprowadzony dzisiaj na przesłuchanie. ...Wszystko pisałem samodzielnie, nikt mi nic nie podpowiadał..."

Okazano mu pamiętnik.
"Tak, to jest ten pamiętnik, który pisałem".

Na pytanie adwokata odpowiedział:
"Pisałem ten pamiętnik, bo chciałem sobie przedłużyć trochę okres wykonania wyroku... Kiedy pisałem pamiętnik, byłem załamany, w chwili obecnej czuję się tak samo".

Na pytanie obrońcy Haliny Flak:
"...Nie żyłem fizycznie z siostrą. Ona nie wiedziała nic na temat faktów, do których się przyznałem".

Na pytanie Sądu:
"Udział brata Henryka Marchwickiego w tych nie wykrytych zabójstwach należy uznać za fakt wymyślony przez mnie...
...Wszystko co pisałem na temat pomocy członków mojej rodziny w zabójstwach, jest zmyślone. Prawdą jest to, co podałem o współudziale braci, jeśli idzie o zarzuty opisane w wyroku".

Na pytanie obrońcy Jana Marchwickiego:
"Jan nie miał żadnego udziału w zabójstwie dr Jadwigi K."

I zaraz na pytanie Sądu:
"Prawda jest zupełnie inna. Raczej nie chciałbym na temat tej prawdy wyjaśniać".

Na pytanie biegłych:
"Sam już nie wiem, co mam mówić, tyle się wszystkiego narobiło..."

Na pytanie Sądu:
"Pisałem do płka Gruby, bo chciałem z nim jeszcze porozmawiać..."

Protokół z tego przesłuchania, uzmysławia czytelnikowi, przez jaki gąszcz odwoływanych po wielokroć stwierdzeń, wyjaśnień i zeznań musiał się przebijać w tej sprawie sąd, jak w tym bardzo trudnym procesie trzeba było analizować wypowiedzi świadków, dowody, jak szalenie trudno było dotrzeć do prawdy materialnej, która musiała być udowodniona.

Z przesłuchania płka Gruby warto chyba wynotować to, iż powiedział:
"W ramach nadzoru poszedłem do Zdzisława Marchwickiego i zastałem go w innym nastroju niż zwykle... pisał do mnie wiele. Pisał z prośbą o rozmowę... odkładałem listy ad acta".

Zygmunt Alana, 27-letni stolarz siedzący za rozbój, powiedział:
"Przez 10 miesięcy przebywałem w celi ze Zdzisławem Marchwickim. On się nudził, zaczął się wygłupiać, zaproponowałem mu, żeby przepisywał książkę. Ale go to nudziło, bo miał słaby wzrok. Powiedział, że mi napisze coś od siebie. Napisał mi "dyplom dla wampira młodszego". Zaproponowałem, by napisał coś o sobie. Kupiłem mu zeszyt z wypiski. Pisał po dwie, trzy godziny dziennie. Nie rozmawiałem z nim wtedy. Pisał powoli, od razu na czysto, kilka miesięcy, on nie wiedział, że pamiętnik dałem władzom... Zawsze sensownie odpowiadał na pytania..."

Biegli orzekli:
"Nie stwierdzamy zaburzeń psychicznych. Dostrzegamy obniżenie nastroju, adekwatne do sytuacji". A dalej nawiązując do treści pamiętnika: "Pederastia czy zoofilia są znamionami ubocznymi przy sadyzmie: dla nas zasadniczy jest sadyzm".

22 IX 1976 rano woźny Sądu Najwyższego załadował na wózek tomy akt sądowych i zwiózł na salę rozpraw, na III piętro. Punktualnie o wyznaczonej godzinie za stołem usiadło pięciu sędziów, zdjęli birety, i przewodniczący oznajmił na wstępie, iż zebrane zostały w tom liczący 504 strony wszystkie pisma, jakie wystosował do sądu Jan Marchwicki. Zarzucał sądowi I instancji oszustwo procesowe, którego ofiarą padł jego brat Zdzisław, i to, że z całej rodziny Marchwickich zrobiono zakładników.

Jan złożył różne wnioski dowodowe, ale Sąd Najwyższy nie uwzględnił ich, bo były odległe od przedmiotu rozprawy. Przypomniał tylko to, co działo się między instancjami, by przejść do zreferowania rewizji wniesionych przez obronę. Obrońcy Zdzisława Marchwickiego wnosili o uniewinnienie oskarżonego, zarzucając Sądowi I instancji obrazę prawa procesowego, dowodząc, iż sąd źle ocenił zeznania świadków, kwestionując wszystkie niemal opinie biegłych; przyznanie się oskarżonego najpierw w śledztwie, a później na rozprawie określili jako akt załamania i bezradności, powstały w depresji reaktywnej.

W ciągu dwóch dni kolejno przemawiali przed sądem obrońcy rodziny Marchwickich (Klimczak wycofał rewizję), kwestionowali zeznania świadków i twierdzili, że wszystko w tym procesie kręci się wokół prawdopodobieństw, rozpoznań, którym nie można przypisać wiarygodności, i domniemań nie wytłumaczonych na korzyść podsądnych.

Po obrońcach mówił prokurator. Punkt po punkcie zbijał argumenty obrony. Powoływał się na protokoły zeznań, podpisane przez podejrzanych, na taśmy filmowe i na wyniki ekspertyz, na dowody przeprowadzone w postępowaniu dowodowym, na rzeczowe dowody z olbrzymim trudem zidentyfikowane w drodze działań tak żmudnych i drobiazgowych, że czasem aż nie chciało się wierzyć, iż mogły być przedsięwzięte.

Dowodząc raz jeszcze winy głównego oskarżonego i reszty podsądnych, prokurator wnosił o utrzymanie w mocy wyroku Sądu I instancji, z tym że wnioskował zmniejszenie kary wymierzonej Halinie Flak o połowę, jako że Sąd uchybił przepisom prawa materialnego, gdyż w chwili orzekania wyroku obowiązywała amnestia, a oskarżona miała ukończone 50 lat. Kara pozbawienia wolności zatem winna jej być zmniejszona.

25 IX o godz. 10.30 Sąd Najwyższy zebrał się po raz ostatni w tej sprawie, oznaczonej numerem II Kr 171/76.

Sąd Najwyższy postanowił uchylić rewizje wniesione przez obrońców Zdzisława, Jana i Henryka Marchwickich i wyroki Sądu I instancji w części dotyczącej trzech braci i Józefa Klimczaka utrzymać w mocy.

W stosunku do Haliny Flak Sąd Najwyższy orzekł karę łączną pozbawienia wolności na lat 3.

Na 2 lata i 8 mieś. pozbawienia wolności skazany został Zdzisław Flak. (Sąd uznał przestępstwo, jakiego ten ostatni się dopuścił, za jednorazowe, nie zaś ciągłe, a nadto oskarżony nie miał osiemnastu lat w dniu zabójstwa Jadwigi K., tzn. 4 III 1970).

Sąd Najwyższy w ustnym uzasadnieniu wyroku podniósł, że sprawa, w której musiał orzekać, należy do niecodziennych nie tylko ze względu na długość działań sprawcy, ogrom zbrodni, jakich się główny oskarżony dopuścił, i pobudek, jakie go do tych działań popchnęły, ale i ze względu na stopień demoralizacji rodziny Marchwickich, która niemal w całości zasiadła na ławie oskarżonych.

Następnym mordercą będzie też polak nazywany czerwonym pająkiem:


LUCJAN STANIAK - CZERWONY PAJĄK

Milicja zaczyna otrzymywać pełne przechwałek listy pisane czerwonym atramentem. Litery są delikatne niczym nić pajęcza. Z tego powstaje pseudonim zboczeńca - Czerwony Pająk.

Polska lat 60-tych. Gazety pełne są opisów i pochwał budowniczych Polski Ludowej. Ciemne strony życia, jeżeli nie są przemilczane, to w najlepszym wypadku dyskretnie spychane na bok. Socjalistyczna Polska ma same plusy, wszelkie zło dotyczy tylko krajów imperialistycznych.

Milicjanci są niedokształceni. Ich główny cel to są wrogowie systemu. Właśnie ta atmosfera zakłamania, pozwala przez 3 lata (1964-67) działać zboczeńcowi i mordercy. Nazywa się Lucjan Staniak i bardzo lubi kobiety. Świadomie czy nie - staje się współczesną odmianą Kuby Rozpruwacza. Z jednym wszakże wyjątkiem, Staniak gwałci swoje ofiary zanim je zamorduje i wypatroszy. Co ciekawe, większość morderstw dokonuje Pierwszego Maja lub we Wszystkich Świętych. Milicja jest bezradna. Wkrótce zaczyna otrzymywać pełne przechwałek listy pisane czerwonym atramentem. Morderca szydzi w nich z nieudolności śledczych i zachęca do lepszej pracy. Na końcu każdego jest wskazówka gdzie zostały ukryte następne zwłoki. Wszystkie listy pisane są czerwonym atramentem. Pismo jest delikatne niczym nić pajęcza. Z tego powstaje pseudonim zboczeńca - Czerwony Pająk. Jego próżność jest tak wielka, że nie wystarczają mu dotychczasowi adresaci. Zaczyna kierować swoje chore wynurzenia do gazet. W każdym zawiera "złote myśli". "Nie ma szczęścia bez łez, ani życia bez śmierci. Strzeżcie się, ponieważ dam wam powód do łez".

24 grudnia 1966 roku obok torów kolejowych w Krakowie znaleziono straszliwie zmasakrowane ciało 17-letniej Janiny Kozielskiej. Ofiara stanowi punkt zwrotny toczącego się śledztwa. Trzy lata wcześniej, w Warszawie, została zamordowana jej siostra bliźniaczka, wówczas 14-letnia Aniela. Prowadzący śledztwo zaczynają szukać punktów stycznych w zainteresowaniach obu dziewcząt. Okazuje się, dziewczynki należały do Krakowskiego Klubu Miłośników Sztuki. Jest to bardzo ważny ślad, ponieważ specjaliści z laboratoriów kryminalistyki jednoznacznie stwierdzają, że listy są napisane ręką artysty malarza. Milicjanci przesłuchują wszystkich członków wspomnianego klubu i natrafiają na 26-letniego tłumacza, pracującego w jednym z wydawnictw państwowych. Nazywa się Lucjan Staniak. Jest zapalonym malarzem i aktywnym członkiem klubu.

Charakterystyczna była twórczość Staniaka. Niemal wszystkie obrazy malował krwistoczerwoną farbą. Jeden z nich przedstawiał wypatroszoną kobietę, której z rozciętego brzucha wyrasta pęk kwiatów. Opieszałość milicji pozwoliła Staniakowi dokonać jeszcze jednego morderstwa. Ofiarą była studentka Bożena Raczkiewicz. Znów stacja kolejowa, tym razem w Łodzi, znów młoda kobieta zgwałcona i wypatroszona.

Staniaka aresztowano l lutego 1967 roku. Policja nie ma żadnych trudności aby nakłonić szaleńca do złożenia zeznań. On sam twierdzi, że ostatniego morderstwa dokonał, ponieważ bał się, że zaczyna tracić popularność. Jako usprawiedliwienie dla swoich zbrodni Staniak podaje, że jego rodzice oraz siostra zginęli w wypadku samochodowym. Sprawczyni wypadku uciekła z miejsca kraksy. Pierwsza ofiara była łudząco podobna do kobiety, przez którą zginęła jego rodzina.

Podczas procesu Czerwony Pająk przyznał się do 3O morderstw, udowodniono mu jednak tylko 6 i skazano na karę śmierci. Po przeprowadzeniu badań psychiatrycznych Lucjan Staniak został uznany za niepoczytalnego i umieszczono go w ośrodku dla psychicznie chorych w Krakowie.


o_O rany !!

kto ci to bedzie czytal ;)

TADEUSZ OŁDAK

Dane: Warszawa i okolice, początek lat 50-tych. Napady na cztery kobiety w wieku od 18 do 40 lat. Motyw seksualny, sprawca dokonuje zgwałceń. Pomiędzy pierwszą a drugą zbrodnią upłynął miesiąc. Następne czyny nastąpiły po jednym, a później po pięciu dniach.

Modus operandi: Sprawca atakował samotne kobiety. Ofiary były mu nieznane. Jego metodą było zaskoczenie i szybki atak. Robił to zazwyczaj w nocy. Metodą zabijania było duszenie - rękami, sznurem - oraz silne uderzenia tępym narzędziem, w tym przypadku kamieniem (znajdującym się najpewniej cały czas na miejscu zdarzenia). Im ofiara stawiała silniejszy opór tym brutalniejszy był sposób działania sprawcy. Jedna ofiara zdołała jednak uciec. Sprawca gwałcił ofiary za życia, lecz po utracie (chociaż częściowej) przytomności. W czasie gwałtu również je dusił. Odbywał także stosunki z dopiero co zamordowanymi zwłokami. Starał się je ukryć, lecz nie wkładał w to wysiłku, były to działania bardzo powierzchowne.

Podpis: Zabierał ofiarom różne przedmioty: biżuterię jak i części ubrania. Raz nawiązał z ofiarą - niedoszłą zresztą - kontakt werbalny i opowiedział o sobie wiele ważnych szczegółów biograficznych. Na miejscu jednej zbrodni sprawca pozostawił swój "poniemiecki" pas wojskowy. Obserwował działania milicji na miejscu zdarzenia. Nosił mundur wojskowy ponieważ pracował przez kilka miesięcy w służbie więziennej, pracę stracił z powodu pijaństwa. W momencie popełnienia wszystkich zbrodni, po za ostatnią, nosił na sobie mundur. W języku angielskim fascynatów militariami nazywa się np. "police buffs", wielu zabójców z lubieżności interesuję się takimi organizacjami jak policja czy wojsko.

Wnioski: Atakował w nocy co zapewniało mu większe poczucie bezpieczeństwa czyli podejmował jakieś kroki, aby zmniejszyć możliwość zidentyfikowania jego osoby. Ofiary nie były wybierane w jakiś szczególny sposób. Kryterium głównym była płeć i dostępność w danym momencie. Zapewne sprawca nie obserwował ich długo przed napadem. Wiele wskazuje na to, że przeżywał swe zbrodnicze działanie (chociażby masakrowanie głów swych ofiar). Jest jednak zdecydowanie bardziej typem fetyszysty niż sadysty. Zadaje brutalne ciosy po to, aby zdominować swą ofiarę i z jej ciała uczynić obiekt swoich uciech seksualnych. Sprawca wykazuje wiele cech przestępcy zdezorganizowanego: wiek, sposób ataku, użycie narzędzia zbrodni znalezionego na miejscu zdarzenia, akty seksualne po utracie przytomności ofiar i post mortem, pozostawienie na miejscu zdarzenia przedmiotu należącego do siebie, znikome ukrycie zwłok, zabiera z miejsca zdarzenia "pamiątki" - części ubrań ofiary lub jej biżuterię. Powinien zatem być samotnym mieszkającym z jednym z rodziców (najprawdopodobniej matką) cierpiącym na problemy psychiczne człowiekiem między 25 a 30 rokiem życia. Jest nieprzystosowany społecznie i nie pracuje najprawdopodobniej.

Fakty: Ołdak w momencie zatrzymania miał 25 lat, był żonaty, miał dziecko. Pochodził ze wsi. Dokonał napadu w miejscu gdzie kiedyś mieszkał jego ojciec. Niektóre rzeczy zabrane ofiarom sprzedawał na bazarach. W czasie dokonywania zbrodni był pod działaniem alkoholu, który często nadużywał. Jego życie seksualne było burzliwe lecz na pewno nie było udane. Zaraził się chorobą weneryczną od prostytutki. Żona nie spełniała jego oczekiwań z tej sfery.

STANISŁAW MODZELEWSKI

Dane: Okolice Łodzi i trasy kolejowej Łódź - Koluszki. Siedem ofiar śmiertelnych i sześć usiłowań, same kobiety. Sprawca działał w latach 1952-1956.

Modus operandi: Sprawca atakował kobiety na leśnych drogach, na otwartym terenie. Ofiary były duszone, najczęściej rękami, ale też i szalikiem. Ofiary zostały pozostawione w pozycji jakby "po kopulacji", leżąc na wznak z rozchylonymi udami. Ostatnia ofiara została zabita w mieście, gdyż sprawca zmienił miejsce zamieszkania. Ostatniego mordu dokonał w mieszkaniu ofiary, która została odnaleziona w wannie. Swym ofiarom zabierał biżuterię - przedmioty wartościowe jak i przedmioty mało wartościowe, które z czasem wyrzucał.

Podpis: Do pochwy ofiar wkładał palce i/lub inne przedmioty. Penetracja członkiem sprawcy nie jest potwierdzona. Pośladki ostatniej ofiary zostały pocięte żyletką.

Wnioski: Wiek ofiar wahał się od 19 do 87 lat, średnia wynosiła 39,2 r.ż. Wiek sprawcy powinien zatem znajdować się w podobnym przedziale. Nie ma konkretnej preferencji co do wyboru ofiar ze względu na wiek, więc można zaryzykować tezę, iż sprawca jest w wieku zbliżonym do średniego wieku ofiar. Ułożenie ciała ofiar podkreśla tło seksualne czynu. Sprawca chce podkreślić swoją rolę jako seksualnie sprawnego czy wręcz dominującego, co może oczywiście korespondować z kompleksami na tym punkcie. Modus operadni sprawcy zmienia się zwłaszcza w przypadku ostatniej ofiary. Niestety z braku informacji nie wiadomo czy sprawca sadystycznie męczył swe ofiary (zwłaszcza ostatnią) czy też znęcał się dopiero nad ich zwłokami. Skłaniał bym się ku pierwszej możliwości. Możliwa impotencja współgra z sadyzmem, sadysta osiąga seksualną satysfakcję w momencie zadawania cierpienia swej ofierze.

Fakty: Modzelewski był żonaty i miał dziecko. Z zawodu był kierowcą. Podobno był impotentem, jak zeznawała jego żona. Był nałogowym alkoholikiem.

Podsumowanie: W momencie zatrzymania Modzelewski miał 38 lat. Odnosząc się do typologii Nicholasa Grotha można powiedzieć, iż sprawca zaczął działać wg. profilu "Gniewnej Zemsty" natomiast skończył działać jako "Seksualny Sadysta". Przypadek ten jest dowodem na to, że MO i podpis są dynamiczne i zmieniają się z biegiem czasu. Pierwszą motywacją Modzelewskiego był gniew za swoją impotencję, o której był przekonany po swojej pierwszej nieudanej próbie podjęcia życia seksualnego ze swoją żoną. Widać, jednak, iż z czasem polubił swe zbrodnie i zaczął czerpać z nich coraz większą przyjemność.


PETER KÜRTEN - WAMPIR Z DÜSSELDORFU


Dzięki psychiatrze doktorowi Karlowi Bergowi historia Petera Kürtena obfituje w szczegóły dotyczące charakteru zbrodniarza. Dr Berg badał Kürtena zarówno przed rozprawą, jak i po ogłoszeniu wyroku, uznając go za niezwykle interesujący przypadek. W toku wielogodzinnych rozmów zdołał zgromadzić dane dotyczące całego jego życia.

Peter Kürten urodził się w 1883 roku w Kolonii, w rodzinie formierza, człowieka bardzo brutalnego i alkoholika. Był trzecim z trzynaściorga dzieci; rodzina żyła w nędzy i przez jakiś czas zajmowała tylko jeden pokój.

Atmosfera wychowawcza w rodzinie Kürtena była wyjątkowo "zwichrowana". Dzieci często bywały świadkami stosunków seksualnych swych rodziców, zdarzały się też kazirodcze stosunki ojca z córkami i pomiędzy rodzeństwem (pierwszą kobietą w życiu "wampira" była jedna z jego sióstr). O ile rodzina matki, potulnej, zahukanej kobiety, składała się ze spokojnych, ciężko pracujących ludzi, o tyle w rodzinie ojca występowały przypadki przestępczości, alkoholizmu, chorób psychicznych i paraliżu.

Według słów samego Kürtena, sadyzm rozbudził w nim sąsiad, z zawodu hycel, który nauczył chłopca torturować i zabijać psy, w czym mały Peter wkrótce odnalazł przyjemność. Twierdził też, że swe pierwsze morderstwo popełnił w wieku 9 lat, spychając dwóch rówieśników z tratwy, którą pływali po rzece.

Gdy Kürten miał 13 lat, rodzina przeprowadziła się do Düsseldorfu. Wkrótce potem Peter uciekł z domu i żył z napadów rabunkowych, na swe ofiary wybierając przeważnie dziewczęta i kobiety. Już wtedy prowadził niezwykle intensywne i zarazem perwersyjne życie seksualne. Wkrótce odkrył, że największą przyjemność sprawia mu widok krwi pośmiertne drgawki ofiary (wypróbował to na owcach). Przez pewien czas mieszkał z prostytutką, która pozwalała mu na sadystyczne traktowanie jej podczas stosunku.

W wieku 15 lat został aresztowany za kradzież i wkrótce otrzymał pierwszy z 17 wyroków, jakie miały złożyć się na 27 lat jego życia. Więzienie opuścił dwa lata później, w 1899 roku, a stwierdziwszy, że jego rodzice rozwiedli się zamieszkał z kolejną prostytutką; jej także okrucieństwo i tortury sprawiały przyjemność (była dwa razy starsza od Kürtena).

Jak sam twierdził, swe pierwsze morderstwo na tle seksualnym popełnił w listopadzie 1899 roku, kiedy to zaczął dusić dziewczynę podczas stosunku w lesie i nagle stwierdził, że jego partnerka nie żyje. Gdy jednak później sprawdzono jego wypowiedzi, okazało się, że w tamtym okresie nie znaleziono w okolicy żadnych zwłok. Możliwe, zatem, że dziewczyna, odzyskawszy przytomność, po prostu poszła do domu i nikomu nie powiedziała o swoim przeżyciu.

Do roku 1904 Kürten częściej przebywał w więzieniu niż na wolności. Po odbyciu kolejnego wyroku (dłużący się czas w celi, umilał sobie podobno marzeniami om zabijaniu kobiet) popełnił pierwsze w swej "karierze" podpalenie, stwierdzając, że widok ognia wywołuje u niego podniecenie seksualne, potęgowane dodatkowo przez myśl, że w płonącej stodole mógł spać jakiś włóczęga.

W 1905 roku, dokładnie 25 maja, Kürten popełnił swe pierwsze morderstwo, o którym są wiarygodne dane. Włamał się do gospody pod nieobecność właścicieli i w jednym z pokoi na piętrze natknął się na śpiącą 13-letnią Christine Klein. Udusił ją, po czym poderżnął jej gardło scyzorykiem i spowodował liczne obrażenia narządów seksualnych. Po kilku tygodniach życie innej dziewczyny znalazło się w niebezpieczeństwie, lecz w ostatniej chwili Kürtena spłoszył przechodzień. "Wampir" krążył też czasami z siekierą po pustych ulicach. W tym czasie napadł i ciężko zranił dwie osoby, widok ich krwi doprowadzał go do orgazmu. Dokonał też kilku podpaleń, po czym (na szczęście) został przyłapany na kradzieży i następne 8 lat spędził w więzieniu.

Powróciwszy do Düsseldorfu w 1921 roku poznał w domu swej siostry kobietę, która wkrótce została jego żoną. Przyszła pani Kürten, grubokoścista, przedwcześnie postarzała i zdecydowanie brzydka, również spędziła 5 lat w więzieniu (za zabójstwo niewiernego kochanka). Trudno powiedzieć dlaczego Kurten ożenił się z nią - być może jej kryminalna przeszłość sprawiła, że ujrzał w niej bratnią duszę. Żona w każdym razie do końca jego życia pozostała jedyną osobą, wobec której żywił sympatię i przywiązanie. Przez ponad dwa lata po ślubie prowadził nawet dość przyzwoite życie, pracując w fabryce w Altenbergu, lecz wkrótce jego sadystyczne skłonności dały znać o sobie.

W 1925 roku Kürten powrócił do Düsseldorfu. Z zachwytem wspominał później, że miasto przywitało go czerwoną jak krew łuną zachodzącego słońca. Tego też dnia w Düsseldorfie rozpoczęły się rządy strachu.

Początki były jeszcze dość niewinne. W ciągu czterech lat (1925-28) Kürten, jak sam twierdził, czterokrotnie usiłował udusić kobietę i dokonał 17 podpaleń.

W 1929 roku nastąpił punkt szczytowy w działalności "wampira". W styczniu miało miejsce 6 podpaleń stodół, 3 lutego napadł na niejaką panią Kuhl, została uderzona nożem 24 razy i fakt, że przeżyła graniczy z cudem. 13 lutego znaleziono zwłoki 45-letniego mężczyzny nazwiskiem Scheer, został pchnięty nożem 20 razy. 9 marca robotnicy odkryli na placu budowy zwłoki 8-letniej Rose Ohliger, miała 13 ran od noża. Te trzy przypadki zaskoczyły policję: wszystkie ofiary miały rany kłute na skroniach, co wskazywało na tego samego sprawcę. Wydawało się jednak niemożliwe, by maniak seksualny, jakim niewątpliwie był ów sprawca, napadł zarówno na kobietę, mężczyznę, jak i na dziecko.

Po dwóch kolejnych napadach ujęto człowieka, który z początku wydawał się być poszukiwanym "wampirem". Okazało się jednak, że trzy pierwsze napady nie były jego dziełem. Kürten zaś w tym czasie zadowalał się romansami ze służącymi, które próbował udusić "dla żartu", zastanawiające jest, że żadna z nich nie złożyła o tym doniesienia.

W połowie sierpnia miały miejsce trzy napady, których ofiary, dwie kobiety i mężczyzna, uszły z życiem. Wreszcie 24 sierpnia odkryto podwójne morderstwo, które wstrząsnęło opinią publiczną całego miasta. Znaleziono ciała dwóch dziewczynek, 5-letniej Gertrude Hamacher i 14-letniej Louise Lenzen, obie zostały uduszone, po czym sprawca poderżnął im gardła (żadna nie została zgwałcona). Tego samego dnia miał miejsce jeszcze jeden napad, jego ofiara Gertrude Schulte, została jednak tylko lekko ranna i zdołała podać policji opis napastnika. Ów napad, dokonany w dzień po zabójstwie dwóch dziewczynek utwierdził policję w przekonaniu, że w mieście działa dwóch wampirów. Wydawało się niemożliwe, by ten sam człowiek już następnego dnia po zabiciu dwóch osób wybrał się na poszukiwanie kolejnej ofiary.

We wrześniu miały miejsce trzy napady, których ofiary zdołały się uratować. Pod koniec września znaleziono na łące ze strasznie zmasakrowaną głowa Idę Reuter (została także zgwałcona). Kolejną kobietę, Elizabeth Dorrier, znaleziono 12 października (tym razem sprawca posłużył się młotkiem). 25 października miały miejsce dwa napady, oba zakończyły się szczęśliwie dla ofiar. Natomiast 7 listopada znaleziono zwłoki 5-letniej Gertrude Albermann, dziecko zostało uduszone i 36 razy pchnięte nożem.

W połowie listopada Kürten napisał list do jednej z gazet, podając w nim miejsce ukrycia kolejnych zwłok. Dowodzi to, że pilnie studiował sprawę Kuby Rozpruwacza, który również zasłynął z listów pisanych do gazet. We wskazanym miejscu znaleziono zwłoki Marii Hahn, która zginęła w sierpniu, na jej ciele znajdowało się 20 ran kłutych.

W Düsseldorfie zapanowała panika, choć "wampir" był najbardziej poszukiwanym człowiekiem w całym mieście, do ujęcia go doprowadził przypadek. Otóż jedna z napadniętych służących opisała swą przygodę w liście do znajomej, list trafił pod zły adres, a kobieta, która przez pomyłkę go przeczytała, wykazała zdrowy rozsądek, niosąc go na policję. Napadnięta służąca zaprowadziła policję do domu Kürtena, nie zastali go, lecz on zauważył ich wracając. Tej samej nocy wyznał wszystko żonie, polecając jej, by zgłosiła się na policję i zapewniła sobie tym samym wysoką nagrodę, jaką wyznaczono za pomoc w ujęciu "wampira". Nieszczęsna kobieta, która dotąd o nic nie podejrzewała męża spełniła jego prośbę. 24 maja 1929 roku Peter Kürten został ujęty dzięki informacjom swej żony. Rządy strachu dobiegły końca.

"Wampir" początkowo złożył obszerne zeznanie, w którym opisał wszystkie swe czyny, później jednak wycofał je. Tymczasem zgromadzono już wystarczającą ilość dowodów, by postawić Kürtena przed sądem za 9 morderstw. Większość jego ofiar, które przeżyły zdołała go rozpoznać, ich zeznania zgadzały się w najdrobniejszych szczegółach z opowieścią "wampira".

Nie tylko żona była zaskoczona, gdy wampirem okazał się Kürten, jeszcze przez dłuższy czas jego koledzy i znajomi uważali, że nastąpiła jakaś pomyłka. Peter Kürten miał bowiem opinię spokojnego, dobrze wychowanego i pracowitego człowieka. Takie samo wrażenie odniósł też doktor Berg, gdy po raz pierwszy zetknął się z "wampirem".

Proces Kürtena rozpoczął się 13 kwietnia 1931 roku i trwał 10 dni. Przez ten czas przez salę sądową przetoczył się korowód świadków, przede wszystkim kobiet, które opowiadały o "dziwnych" skłonnościach oskarżonego. Zeznania te najlepiej podsumował sam Kürten w ostatnim słowie, podkreślił on mianowicie, że ofiary bardzo ułatwiały mu zadanie: godziły się pójść z obcym mężczyzną do lasu, nie protestowały, gdy "dla żartów" zaczynał je dusić, niektóre z nich spotykały się z nim nawet kilka razy.

Narada sędziów trwała półtorej godziny, Kürten został (zgodnie z ówczesnym prawem niemieckim) dziewięciokrotnie skazany na śmierć za dziewięć morderstw, które mu udowodniono.

Do ostatniej chwili "wampir" był w doskonałym humorze, przed szóstą rano 2 lipca 1931 roku zjadł z apetytem śniadanie, prosząc o dokładkę. Idąc na gilotynę zwierzył się doktorowi Bergowi, że ma nadzieję usłyszeć tuż przed śmiercią, jak jego własna krew spływać będzie do naczynia. "Sprawiłoby mi to ogromną przyjemność..." - powiedział.


KUBA ROZPRUWACZ

Zamordował pięć, a najwyżej siedem kobiet, działał zaledwie przez kilka miesięcy, a nie - jak chcą tego niektórzy - wiele lat. W największym skrócie historia zbrodni Kuby Rozpruwacza przedstawia się następująco.

Od 31 sierpnia do 8 listopada 1888 roku miało miejsce pięć zabójstw kobiet na londyńskim East Endzie. Wszystkie ofiary zostały zmasakrowane nożem, a w kilku przypadkach sprawca usunął i zabrał ze sobą niektóre narządy wewnętrzne. Po ósmym listopada zabójstwa nagle ustały, by nie powtórzyć się już nigdy.

W pierwszej połowie 1888 roku miały miejsce dwa zabójstwa kobiet, które niekiedy przypisuje się Rozpruwaczowi. Oto 3 kwietnia wczesnym rankiem 45-letnia Emma Elizabeth Smith została napadnięta przez - jak później twierdziła - czterech mężczyzn, których nie potrafiła opisać. Zmarła w 24 godziny później na lekkie zapalenie otrzewnej, gdyż brzuch jej został w kilku miejscach przecięty ostrym narzędziem w rodzaju szpikulca. Ten właśnie fakt sprawił, że później przypisywano to zabójstwo Rozpruwaczowi.


Kolejna zbrodnia, znacznie powszechniej uważana za pierwszy mord Rozpruwacza, wydarzyła się 7 sierpnia, również wczesnym rankiem. Na schodach pewnej kamienicy przy George Yard, która obecnie nosi nazwę Gunthorpe Street, znaleziono zwłoki prostytutki Marthy Tabram. Jeszcze kilka godzin wcześniej widziano ją w pubie z jakimś żołnierzem, a o piątej rano już nie żyła. Została zmasakrowana nożem. Sprawca zadał jej 39 ciosów, przy czym wszystko wskazywało na to, że posługiwał się na przemian dwoma narzędziami: bagnetem i skalpelem chirurgicznym. Zdołano odnaleźć żołnierza, przygodnego towarzysza zamordowanej, wykazał się on jednak niezbitym alibi.


O godzinie 2.30 rano w piątek 31 sierpnia 1888 roku, prostytutka Mary Anne Nichols wciąż stała na rogu Osborn Street. Przechodzącej przyjaciółce poskarżyła się nawet, że jak dotąd "nie miała szczęścia". Trzy kwadranse później furman nazwiskiem Cross, natrafił na jej zwłoki na Bucks Row (obecnie Durward Street). Sekcja wykazała, że śmierć nastąpiła na skutek przecięcia tchawicy; ponadto ze zwłok usunięto wnętrzności. Kobieta miała 42 lata i znana była jako nałogowa pijaczka. Jej mąż, z którym od siedmiu lat żyła w separacji, ujrzawszy jej zwłoki, miał podobno powiedzieć: "Wybaczam jej wszystko, widząc ją w takim stanie". Ujawniono, że nieszczęsną kobietę poprzedniego dnia wyrzucono z domu noclegowego, nie miała bowiem 4 pensów na opłacenie łóżka.


Następne morderstwo miało miejsce 8 września. Ofiara, 47-letnia prostytutka nazwiskiem Annie Chapman, również została wyrzucona z domu noclegowego. Znaleziono ją krótko po szóstej rano na podwórzu domu przy Hanbury Street nr 29. Sprawca niemal odciął jej głowę, następnie zadał sobie sporo trudu, przywiązując ją do tułowia przy pomocy chustki do nosa. Brzuch ofiary został rozcięty, a wśród narządów wewnętrznych brakowało jednej nerki i jajników. Podobnie jak w przypadku Mary Nichols, z jamy ustnej ofiary sprawca fachowo usunął dwa przednie zęby. I znów nikt z okolicznych mieszkańców nie słyszał krzyku czy odgłosów szamotania.

28 września agencja prasowa Central News Agency otrzymała list podpisany "Kuba Rozpruwacz", w którym autor zapowiadał następne zbrodnie. "Zabrałem się za dziwki i będę je rozpruwał, dopóki mnie nie złapiecie" - pisał nieznany korespondent. Bez względu na to, czy list istotnie pochodził od zabójcy, określenie "Kuba Rozpruwacz" natychmiast podchwyciły gazety. W mieście zapanowała panika.


Rankiem 30 września popełnione zostały dwa morderstwa. Pierwszą ofiarą była Szwedka z pochodzenia, Elizabeth Stride. Jej zwłoki zauważył przy Berner Street pewien straganiarz nazwiskiem Deimschutz. Wbiegł natychmiast do sąsiedniego budynku, aby sprowadzić pomoc. Jak się później okazało, ten właśnie moment prawdopodobnie wykorzystał Rozpruwacz, by zbiec z miejsca zbrodni. Kobieta miała bowiem, "zaledwie" poderżnięte gardło i zmarła dosłownie na kilka minut przed przybyciem policji. Była godzina pierwsza w nocy.


O tej właśnie godzinie z aresztu przy Bischopsgate zwolniono 43-letnią prostytutkę nazwiskiem Catherine Eddowes, zatrzymaną poprzedniego dnia za pijackie awantury. Rozpruwacz prawdopodobnie zaczepił ją i zaprowadził na wąską alejkę pomiędzy Mitre Square i Duke Street. Konstabl policji, Watkins, który przechodził tamtędy o 1.30, nie zauważył niczego podejrzanego. W kwadrans później, przemierzając ponownie tę samą trasę, natknął się na zwłoki. Twarz kobiety była zmasakrowana, co mogło mieć na celu opóźnienie identyfikacji, brzuch zaś rozcięty w typowy sposób. Ze zwłok usunięto lewą nerkę oraz jelita. Jedno ucho ofiary zostało niemal całkowicie odcięte.

Z tym zabójstwem wiąże się pewien interesujący zbieg okoliczności. Identyfikacja ofiary istotnie przedłużała się, lecz zanim stwierdzono, że zamordowana nazywała się Eddowes, jedna z gazet podała, iż nazwisko ofiary brzmi "Mary Anne Kelly". Następna ofiara Rozpruwacza, która miała zginąć 8 listopada, nazywała się Mary Jeannette Kelly.

Na adres Central News Agency nadszedł następny list ze złowieszczym podpisem "Kuba Rozpruwacz". Autor ubolewał w nim, że przerwano mu "pracę", co uniemożliwiło mu przesłanie policji w prezencie uszu ofiary. Wspomniał też, że "numer jeden trochę piszczał", co potwierdził pewien świadek: słyszał on krzyk na Berner Street. Wszystko wskazywało, więc na to, że listy istotnie pochodzą od Rozpruwacza. Drugi z nich został nadany zaledwie kilka godzin po zabójstwach; napisano go czerwonym atramentem.


Panika nasilała się, a obywatele organizowali patrole. Gdy jednak przez kilka tygodni w Whitechapel panował spokój, podniecenie zaczęło opadać. Wtedy w nocy z 8 na 9 listopada, Rozpruwacz uderzył po raz ostatni.

Rano 9 listopada, właściciel domu przy Millers Court zastukał do pokoju swej lokatorki, 24-letniej Mary Jeannette Kelly, by odebrać zaległy czynsz. Nie słysząc żadnej odpowiedzi, zajrzał przez okno z wybitą szybą.

To, co pozostało z Mary Kelly, leżało na łóżku. Głowa była niemal oddzielona od tułowia, serce leżało na poduszce, jelita wisiały na ramie obrazu... W kominku znaleziono zwęglone szczątki szmat i przyjęto, że Rozpruwacz w ten sposób oświetlał sobie miejsce "pracy". Była to ostatnia i zarazem najokrutniejsza zbrodnia Kuby Rozpruwacza.


Odnotujmy jeszcze trzy zbrodnie, przypisywane niekiedy Rozpruwaczowi. Oto w czerwcu 1889 roku z Tamizy wyłowiono fragmenty zwłok kobiety. Charakterystyczna blizna pozwoliła zidentyfikować ją jako Elizabeth Jackson, prostytutkę. Ciało innej przedstawicielki najstarszego zawodu świata znaleziono 17 lipca tegoż roku w Whitechapel. Była to Alice McKenzie, która straciła życie w wyniku poderżnięcia gardła. Na jej brzuchu widniały płytkie cięte rany. Wreszcie 13 lutego 1891 roku, również w Whitechapel, odkryto zwłoki 25-letniej prostytutki nazwiskiem Frances Coles; sprawca pozbawił ją życia w taki sam sposób, zadając jej też ciosy w brzuch. Ponieważ jednak w obu tych przypadkach obrażenia brzucha były dość płytkie, uważa się, że prawdziwi zabójcy "podszyli się" pod swego sławnego "kolegę". Istnieją nawet pewne przypuszczenia co do tożsamości zabójcy Frances Coles: generał Booth miał ponoć słyszeć, jak jego sekretarz mówił do siebie "następna będzie Ruda Nell" (pseudonim prostytutki). Po zabójstwie sekretarz zniknął bez śladu. Wątpliwe jest jednak, by on był właśnie Kubą Rozpruwaczem, choć najprawdopodobniej zamordował Frances Coles.

Na koniec należy sobie zadać pytanie, kim był Rozpruwacz?. Najczęściej powtarza się twierdzenie, że Rozpruwacz był lekarzem, ściślej - chirurgiem. Wydaje się to o tyle prawdopodobne, że owe szczególne "sekcje zwłok" swych ofiar morderca wykonywał fachowo. Musiał, więc mieć jakiś związek z medycyną. W tej grupie teorii mamy rzekomo "absolutnie prawdziwą" opowieść o niejakim "Doktorze Stanleyu", wziętym chirurgu z londyńskiej Harley Street, gdzie tradycyjnie przyjmują wysokiej klasy specjaliści. Inny autor przytacza wspomnienia pewnej kobiety z East Endu, u której miał wynajmować pokój pewien młody student medycyny, najprawdopodobniej ukrywający się przed rodziną. Odnaleziony przez zamożnego ojca, miał rzekomo powędrować prosto do prywatnego zakładu dla psychicznie chorych. Kolejnym kandydatem na Rozpruwacza, był Polak występujący pod nazwiskiem Chapman, który zanim przybył do Anglii i zajął się balwierstwem, pracował jako felczer. Wreszcie dość popularna jest teoria głosząca, że Rozpruwaczem był rosyjski lekarz położnik, przysłany do Anglii przez carską tajną policję specjalnie po to, by swymi osobliwymi skłonnościami wprowadzić nieco zamieszania w rutynową pracę Scotland Yardu.

Nie wszyscy przypisywali Rozpruwaczowi zawodową znajomość anatomii. Pewna teoria głosi, że londyński morderca prostytutek był sobowtórem znanego truciciela nazwiskiem Neill Cream, który stojąc już na szafocie, zdążył zawołać: "To ja jestem Kuba Roz..." - zanim stracił grunt pod nogami, a tym samym możliwość mówienia. Sam Cream, zapewne ku zmartwieniu wyznawców tej teorii, nie mógł być Rozpruwaczem, ponieważ w 1888 roku siedział w więzieniu w Kanadzie. Uważa się, że Cream poznał prawdziwego Rozpruwacza w więzieniu i ustalił z nim, że będą sobie nawzajem dostarczać alibi. Wiedząc, że nic go już nie uratuje od stryczka, zdobył się na ładny gest wobec sobowtóra.

Znalazł się nawet autor, który całkiem poważnie dowodzi, że Rozpruwacz był... kobietą, (Julką Rozpruwaczką). Lecz tak poważne źródło, jak pewien pan Lees, zawodowe medium, utrzymuje, że zidentyfikował Rozpruwacza jako zamożnego lekarza, który dzięki niemu został ujęty i w celu uniknięcia skandalu umieszczony w prywatnym zakładzie zamkniętym.

Motyw zatuszowania sprawy często powtarza się w teoriach o Rozpruwaczu. Wydaje się jednak mało prawdopodobne, by policja zrezygnowała z pochwalenia się sporym przecież sukcesem. Chyba że był on członkiem rodziny królewskiej. Tłumaczy to konieczność uniknięcia skandalu, lecz na poparcie tej tezy również nie ma żadnych dowodów.

Nie ulega wątpliwości, że Kuba Rozpruwacz, kimkolwiek był, przejawiał skłonności skrajnie sadystyczne. Nagłe zaprzestanie "działalności" spowodowane było najpewniej jedną z dwóch przyczyn: śmiercią Rozpruwacza lub umieszczeniem go w zakładzie zamkniętym, co zresztą wcale nie musiało być wynikiem zatuszowania sprawy. Lekarze, którzy uznali go za niebezpiecznego dla otoczenia, mogli po prostu nie skojarzyć zbrodni osławionego Kuby Rozpruwacza ze swym pacjentem. Tożsamość najbardziej sławnego ze wszystkich seryjnych morderców pozostanie, więc na zawsze tajemnicą. Chyba, że ...
Prawdziwa tożsamość Kuby Rozpruwacza?


Od początku listopada 2002 roku amerykański rynek bestsellerów podbija książka Patricii Cornwell o "Kubie Rozpruwaczu", według niej najsłynniejszym seryjnym mordercą wszech czasów był znany w Wielkiej Brytanii malarz Walter R. Sickert. Urodzony w 1860 roku artysta często chadzał do dzielnic nocnych rozrywek i malował tamtejsze prostytutki.

Pisarka w swej najnowszej książce, w której stawia śmiałą hipotezę, powołuje się m.in. na badania DNA próbek pobranych z listów pisanych przez seryjnego mordercę do policji oraz próbek kodu genetycznego samego Sickerta.

Sickerta już wcześniej wiązano z serią sadystycznych zabójstw, ale jedynie jako pomocnika lekarza królowej Wiktorii, Williama Gulla, który rzekomo miał być sprawcą tych zbrodni. Według tej hipotezy - która stała się osnową kilku filmów fabularnych - prostytutki trzeba było usunąć, bowiem szantażowały one wnuka królowej, księcia Alberta Wiktora, że ujawnią, iż potomek Wiktorii potajemnie ożenił się z biedną ekspedientką, z którą miał nieślubne dziecko.

Według autorki książki, Sickert sam dokonał zbrodni, bo był psychopatą z zaburzeniami seksualnymi. Ożenił się ze starszą o dwanaście lat kobietą, która jednak nie wyrażała zgody na wspólne igraszki miłosne w łóżku. Tłumaczyła to przynależnością do modnego w czasach wiktoriańskich ruchu propagującego abstynencję płciową. Kolejnym dowodem winy malarza może być fakt, że jego matka była nieślubną córką prostytutki i Sickert mógł mieć z tego powodu ukrytą w podświadomości nienawiść do kobiet lekkich obyczajów.

Pisarka zbadała m.in. obraz przedstawiający jedną z zamordowanych prostytutek, autorstwa Sickerta. Obraz został namalowany z innej perspektywy w porównaniu ze zdjęciem zrobionym przez policję w miejscu morderstwa. Malarza tam nie było, a jednak uderza podobieństwo wielu szczegółów z miejsca zbrodni.

W czasie pracy nad książką Amerykanka otrzymała wiadomość od jednego z właścicieli hoteli w Cornwall, gdzie odnaleziono wpis malarza do księgi gości, wraz z rysunkiem przedstawiającym mężczyznę w meloniku - takim - jak na listach "Kuby Rozpruwacza". Charakter pisma był także uderzająco podobny. Cornwell jest przekonana, że to właśnie Sickert był "Kubą Rozpruwaczem", ale nie może udowodnić jego winy w stu procentach. Od tamtych zdarzeń upłynęło zbyt wiele czasu i nie wszystkie dowody śledcze przetrwały.

--==Ofiary==--

Mary Ann Nicholls (43), zmarła 31 sierpnia 1888 roku. Pierwsza potwierdzona ofiara "Rozpruwacza". Okrutnie zaatakowana ciosami rozcinającym gardło, tętnice szyjne. Ciosy powtarzane w żołądek. Mały rozgłos sprawy.


Annie Chapman (47), zmarła 8 września 1888 roku. Organy ciała zostały wyprute z ofiary. Media zwróciły uwagę na serie okrucieństw popełnionych w East End'zie.


Elizabeth Stride (45), zmarła 30 września 1888 roku. Okrucieństwo atakującego osłabia się, nie udaje mu się odciąć ucha ofiary.


Catharine Eddowes (46), zmarła 30 września 1888 roku. By zrekompensować sobie nieudane, poprzednie morderstwo, "Rozpruwacz" wznawia swą makabryczną działalność w Eddowes. Później, wnikliwsza analiza zwłok pokazuje, że z ciała została wypruta nerka. Wkrótce przerodzi się to w krwawe żniwa...


Mary Jeanette Kelly (24), zmarła 9 grudnia 1888 roku. "Rozpruwacz" wywołał niebywałą panikę przygotowując się do zbrodni, najbrutalniejszej w swym niechlubnym dorobku. W kilka godzin doprowadził do rozczłonkowania ciała ofiary. Później okazało się, że zamordowana była ciężarna.

--==Specyfikacja, sposób działania==--

"Rozpruwacz" ograniczał swe cele do atakowania ubogich kobiet, zmuszonych do zarabiania na życie prostytucją. Ofiary mordercy były zawsze osobami znajdującymi się na skraju ubóstwa. Wszystkie ataki wystąpiły podczas wielu ciemnych wieczorów 19 wiecznego Londynu. Za wyjątkiem ostatniego ze znanych (ataku na Mary Kelly), wszystkie napaści dokonano w sąsiedztwie ulic East End'u, przygotowania do nich dokonano zapewne w jednej z wielu zaciemnionych alejek.

Bronią obraną przez "Rozpruwacza" było proste ostrze noża, wystarczająco wytrzymałe, by kłuć, czy też ciąć, ale także na tyle elastyczne, by używać przy rozczłonkowywaniu ciał. Może to także wskazywać na skalpel chirurgiczny, wspomnimy o tym w kolejnej sekcji.
--==Motywy==--

Usiłując dopasować odpowiedni motyw dla tych przeraźliwych zbrodni, możemy wyróżnić tylko jeden, który został przypisany "Rozpruwaczowi" w opowieściach krążących przez lata na jego temat. Motyw ów, swą teorią sięga od rzeczy możliwych, prawdopodobnych, po te pozaziemskie, niewiarygodne. Niemniej jednak, istnieje prawdopodobieństwo zaistnienia owego motywu. Jill/Jane/Julie Rozpruwacz - szalona kobieta - być może zdobywająca praktyki aborcyjne. W pewnym sensie tłumaczyłoby to czynności dokonane przy ofiarach.

Montague John Druitt
Jego ciało zostało odnalezione w rzece Thames w grudniu 1888 r. Owa okoliczność zbiega się z okrutnym końcem barbarzyńskich morderstw.

Severin Klosowski
Polski emigrant, który zmienił swe imię na George Chapman gdy przyjechał do Londynu. Można o nim stworzyć cały podrozdział (zatruł swą żonę). Był podejrzany jako "Rozpruwacz", ale później oddalono te podejrzenia. Uznano, iż jest niezwykle nieprawdopodobnym dla mordercy tak łatwo zmieniać metodę zabijania. Jako, że w owym czasie desperacko poszukiwano winnego, Klosowski został uznany za winnego.

Dr. Roslyn D'Onston Stephenson
Autor oraz magik, który wolał utrzymywać swą działalność tylko dla siebie. Podejrzany na podstawie teorii, która domniemała, że ofiary zostały zamordowane w rytualnych celach ( 5 - liczba ofiar pasowała do liczby rogów pentagramu, rzekomo dającego moc ). Jeśli tak, to pojawiają się pytania, dlaczego pięć kobiet zostało wyeliminowanych, skoro tylko wystarczyło jedną, dlaczego zostało to dokonane z takim okrucieństwem?

James Kenneth Stephen
Bezpośrednio związany z Księciem Albertem, jako jego opiekun naukowy w uczelni Cambridge, podejrzewany jako morderca, z powodu swych homoseksualnych skłonności, kumulujących się w patologiczną nienawiść do kobiet w ogóle. Zakładając, że to prawda, to dlaczego nie zabił żadnej innej kobiety którą napotkał, zamiast zaledwie ograniczać się do East End?

Dr. Thomas Neil Cream
Seryjny morderca we własnej osobie (truł kobiety poza granicami kontynentu, a także w Europie), ma wspólny "wątek" z "Rozpruwaczem" taki, iż podczas gdy był wieszany, w ostatnim tchu wypowiedział: "I am Jack..." (Jestem Kuba... ("Rozpruwacz" zapewne)). Fakt, że był w owym czasie związany z ziemią amerykańską, nie umniejsza prawdopodobieństwu, że to właśnie on.

James Maybrick
Prawdopodobnie jedna z najważniejszych postaci, która przyczyniła się do rychłego rozwoju śledztwa. Kontynuowane śledztwa Whitechapel'a wykazały nieznane dotąd "Dzienniki Kuby Rozpruwacza" (ang. "Jack The Ripper Diary"), w których wyznane są poszczególne zbrodnie, aczkolwiek jest to dokonane w zagadkowy sposób. Podane są także sposoby, napomniane jest o uliczkach, którymi miał się poruszać zabójca. Na nieszczęście, zamiast opisać jeden z najciekawszych przypadków w dziejach historii, zapis jest "lekko traktowany", niekompetentny.
--==Cytaty==--

29 września 1888 r., Central News Agency, otrzymała list, który rozpoczynał się słowami...

"Drogi Szefie, wciąż słyszę o tym, iż policja już mnie pochwyciła, ale oni jeszcze tego nie zrobili... Wciąż jestem na wolności, nie przestanę rozpruwać, aż mnie nie skują. Moje ostanie dokonanie było doskonałą robotą. Nie dałem tej pani [Annie Chapman] nawet czasu by zawyć. Jak więc chcecie mnie teraz złapać? Kocham moją pracę i pragnę rozpocząć ją od początku. Niebawem usłyszycie o mnie i o moich zabawnych gierkach... Następnym razem utnę kobiecie ucho i wyślę policji, po prostu, dla kawału... Trzymajcie ten list, aż popracuję trochę, wtedy ujawnijcie go. Mój nóż jest taki ładny i ostry. Chcę wrócić do pracy, skoro mam szansę. Powodzenia. Wasz, Kuba Rozpruwacz".

List zdawał się być prawdziwym, gdyż w kilka godzin później, dnia 30 września, dokonano podwójnego morderstwa, a policja otrzymała kartkę pocztową odnośnie zabójstw. Mimo, że szczegóły zbrodni nie były poruszane, korespondencję tą traktowano poważnie.

"Nie żartowałem drogi Szefie, gdy dałem wam wskazówkę. Jutro usłyszycie o pracy Saucy Jack'a. Tym razem podwójny przypadek. Numer jeden wrzeszczał trochę. Nie można było skończyć od razu. Nie było czasu, by odciąć uszy dla policji. Dziękuję za trzymanie poprzedniego listu aż do czasu mojej pracy. Kuba Rozpruwacz"

Kilka dni później, na adres George'a Lusk'a, szefa Whitechapel Vigilance Committee, dostarczono makabryczną przesyłkę. Kartonowe pudełko zawierało nerkę, której brak uprzednio zauważono u ofiary morderstwa - Catherine Eddowes. Ktoś wpisał adresata "Z piekieł", a także załączył następującą wiadomość.

"Panie Lusk. Proszę Pana, wysyłam Panu połowę nerek jednej z kobiet, przeznaczam je dla Pana. Część usmażyłem i zjadłem - było bardzo smaczne. Mogę Panu wysłać zakrwawiony nóż, którym wyjąłem nerki, jeśli tylko zechcesz Pan poczekać trochę dłużej. Podpisano "Złap mnie jeśli możesz Panie Lusk"
--==Komentarze==--

Morderstwa, w swej krótkiej historii, zostały bardzo nagłośnione. Nie było tak jednak, aż do czasu drugiego morderstwa, kiedy to media rozpoczęły spekulacje "Kto może być "Rozpruwaczem"?". Dzięki temu wzrosły obawy społeczne, ludzie zaczęli obawiać się o siebie, denerwować na nieudolną policję. Oczywiście śledztwo prowadzone przez media kolidowało z policyjnym, co także wpłynęło na fakt nie złapania "Rozpruwacza". Spekulacje, iż morderca znał anatomię ludzką wykazała sekcja zwłok, wykonana przez Panią Nicholls. Zasugerowano wówczas, że morderca był leworęczny, a ciała były "zręcznie i... umiejętnie oporządzone". Upewniono się w tym przekonaniu po sekcji Anny Chapman. Wówczas coroner (os. przeprowadzająca sekcje zwłok) orzekł "Ktoś bez umiejętności nie mógłby tego dokonać". Gdy media poskładały dotychczasowe informacje w całość, pojawiła się spekulacja, że sprawcą wszystkich morderstw mógł być jakiś obłąkany doktor. Gdy zamordowano Catherine Eddowes, zauważono, że morderca napisał kredą na ścianie wiadomość. Miała ona następującą treść: "Żydzi nie są ludźmi za nic winnymi". Informacja owa znacząco wzbogaciła śledztwo (napis bezpośrednio związany z żydowskim społeczeństwem, lub prawdopodobnie masońska naleciałość). Jednakże ówczesny komisarz policji Charles Warren polecił usunąć napis ze ściany. Bezczelność ta spowodowała konflikty religijne. Postępowanie komisarza stało się później jeszcze bardziej niezwyczajne, biorąc pod uwagę, że właśnie, w czasie występowania zbrodni w Londynie, sprawował władzę sądowniczą.

GEORGE CHAPMAN (SEWERYN KŁOSOWSKI)


Człowiek, o którym będzie mowa, popełniał swe zbrodnie pod nazwiskiem Chapman, jako taki był znany opinii publicznej i pod tym nazwiskiem figuruje w aktach. Jego prawdziwe nazwisko brzmiało jednak inaczej, nie był też Anglikiem. George Chapman, morderca trzech kobiet w Anglii na przełomie XIX i XX wieku, nazywał się naprawdę Seweryn Kłosowski; był Polakiem.

Seweryn Kłosowski, syn Antoniego, urodził się w okolicach Koła 14 grudnia 1865 roku. Jego ojciec był prawdopodobnie drwalem, on zaś w piętnastym roku życia został pomocnikiem felczera. Pracował sześć lat, miał więc szanse zdobyć tytuł młodszego felczera, a wraz z nim intratne zajęcie. Nie wiadomo jednak, dlaczego tego nie dokonał. Podróżował po kraju jako wędrowny balwierz, zajmując się na równi goleniem bród, jak i upuszczaniem krwi czy innymi drobnymi operacjami. Przez pewien czas służył w wojsku carskim, pracował też w szpitalu w Pradze. Wreszcie, około roku 1883, wyemigrował do Anglii.

Kronikarze z ubolewaniem stwierdzają, że nie zdołano dowiedzieć się niczego więcej o życiu Kłosowskiego - Chapmana w Polsce. Nieco więcej natomiast wiadomo o jego działalności na gościnnej ziemi brytyjskiej. Badano ją bardzo starannie, jako że nasz rodak był jednym z najpoważniejszych kandydatów na słynnego Kubę Rozpruwacza.

Przybywszy do Londynu, Kłosowski znalazł pracę u fryzjera w dzielnicy Whitechapel. Był to może zbieg okoliczności, ale w czasie, gdy tam pracował, w najbliższej okolicy Rozpruwacz zabił kobietę.

Kłosowski ożenił się jeszcze w Polsce, teraz jednak uznał widać, że i tak nikt się nie dowie o tamtym związku. Ożenił się zatem po raz drugi z Polką, Łucją Baderską. Można sobie wyobrazić jego zaskoczenie, gdy nagle w Londynie zjawiła się jego prawowita żona, która zdołała go odszukać. Przez pewien czas obie panie mieszkały nawet razem. Nie wiemy jak do tego doszło, ale "polska" żona wyjechała i nic już nie mąciło nowego szczęścia małżeńskiego Kłosowskiego.

Państwo Kłosowscy wyjechali na dwa lata do Stanów Zjednoczonych. Powrócili osobno, gdyż pokłócili się, a chodziło o liczne kochanki Kłosowskiego. Łucja zatrzymała przy sobie ich dwoje dzieci.

W 1893 roku Kłosowski mieszkał przez pewien czas z dziewczyną nazwiskiem Annie Chapman. Także i ona porzuciła go po upływie roku, a Kłosowski po jej odejściu postanowił "pożyczyć" sobie jej nazwisko. Od tego czasu przedstawiał się jako George Chapman i zatajał swe polskie pochodzenie (co przy ogromnej wówczas niechęci Anglików do cudzoziemców można w pewnym stopniu zrozumieć). Zastanawiające jest natomiast, że trzecia w kolejności ofiara Kuby Rozpruwacza również nazywała się Annie Chapman, choć z kochanką Kłosowskiego nie miała nic wspólnego.

W 1895 roku Chapman - Kłosowski poznał swą pierwszą ofiarę, niejaką Mary Spinks. Była ona mężatką porzuconą przez męża z powodu swego pociągu do alkoholu. Chapmanowi fakt, że była pijaczką, najwyraźniej nie przeszkadzał. Przynajmniej na początku. Miała za to pewną sumę pieniędzy, którą Chapman wkrótce zużył na założenie własnego salonu fryzjerskiego w Hastings. Wprowadził nawet ciekawą innowację: zakupił pianino, na którym jego "żona" przygrywała, podczas gdy on golił klientów. "Muzyczny" salon Chapmana cieszył się ponoć ogromną popularnością w mieście.

W tym okresie miał miejsce wypadek, który wielu uważało później za pierwszą próbę pozbycia się Mary Spinks. Chapman kupił mianowicie łódkę i odbywał nią przejażdżki wraz z "żoną". Pewnego dnia łódka wywróciła się, zaś Chapman i pani Spinks zostali uratowani przez rybaków.

Po sześciu miesiącach Chapman z niewiadomych powodów sprzedał świetnie prosperujący salon w Hastings i powrócił do Londynu. Zmienił też zawód. Wydzierżawił gospodę "Pod Księciem Walii" na Bartholomew Square.

Wkrótce po powrocie do Londynu Mary Spinks nagle zachorowała. Nękały ją gwałtowne wymioty, zaś wezwanie lekarza nic nie pomogło (teraz wiemy, że nie pomogło dlatego, iż Chapman nadal troskliwie "pielęgnował" chorą). Wreszcie Mary Spinks zmarła w dzień Bożego Narodzenia 1897 roku. Jej śmierć przypisano suchotom. Dopiero później wykryto, że w kwietniu tegoż roku Chapman zakupił w aptece środek wywołujący wymioty.

W kilka miesięcy po śmierci pani Spinks Chapman zaczął poszukiwać barmanki do swej gospody. Na jego ogłoszenie zgłosiła się córka farmera. Bessie Taylor, która poprzednio pracowała jako pokojówka. Nie minął rok, a Chapman "ożenił" się z nią. Wkrótce po ślubie zdrowie nieszczęsnej, czwartej już "pani Chapman", znacznie się pogorszyło, choć nic nie wskazuje na to, by pan młody rozpoczął swą działalność tak szybko.

Chapman wydzierżawił kolejną gospodę, tym razem o nazwie "Pod Winnym Gronem". Bessie Taylor w krótkich przerwach między licznymi chorobami usługiwała w barze, zaś "mąż" traktował ją coraz gorzej; kiedyś groził jej nawet rewolwerem.

Kolejną knajpą, wynajętą przez Chapmana, była "Monumentalna". Nieszczęsna Bessie Taylor ledwo trzymała się na nogach za barem, aż wreszcie pewnego dnia do jej licznych dolegliwości dołączyły gwałtowne wymioty i biegunka. Zmarła w męczarniach 13 lutego 1901 roku. Tym razem jako przyczynę zgonu podano "wycieńczenie rozstrojem żołądkowym".

Trzecia ofiara Chapmana, Maud Marsh, również była najpierw barmanką w jego lokalu. Była córką robotnika z Croydon, a zanim rodzice pozwolili jej podjąć pracę, matka przybyła na "inspekcję", by przekonać się, czy lokal jest przyzwoity. Wkrótce Chapman zaręczył się z dziewczyną, dając jej w prezencie złoty zegarek na łańcuszku. Maud długo jednak wahała się, zanim została jego kochanką. Radziła się nawet w tej sprawie matki, tłumacząc jej, że skoro i tak niedługo mają się pobrać, to nie ma to chyba znaczenia, kiedy zaczną ze sobą sypiać - przed ślubem, czy też po. Rodzice Maud bynajmniej nie byli tego samego zdania i bardzo niepokoili się o losy dziewczyny. Matka wielokrotnie namawiała ją do zerwania zaręczyn i powrotu do domu. Wszystko na nic. Wkrótce Maud poinformowała rodziców, że została żoną Chapmana "w kościele katolickim". Mimo to rodzice Maud nie nabrali zaufania do zięcia, co miało go wreszcie doprowadzić do zguby.

W 1902 roku Maud Marsh zaczęła odczuwać te same dolegliwości, jakie poprzedziły śmierć Bessie Taylor. Umieszczono ją w szpitalu, gdzie jej stan uległ tak znaczącej poprawie, że wkrótce została wypisana. Jak można przewidzieć, w domu znów poczuła się gorzej. Podczas choroby Maud Chapman zmienił miejsce zamieszkania, wydzierżawił bowiem gospodę "Pod Koroną", zaledwie kilka kroków od poprzedniej.

Matka Maud Marsh, zaniepokojona wieściami o złym stanie zdrowia córki, przyjechała z Croydon, by się nią opiekować. Mimo to Maud słabła z dnia na dzień. Jej matka nie podejrzewała jednak zięcia, dopóki przypadek nie uświadomił jej, że córka jest regularnie faszerowana jakąś trucizną. Chapman, jak przystało na kochającego męża, przygotował bowiem pewnego dnia dla Maud szklankę brandy z wodą sodową. Tak się złożyło, że Maud nie miała ochoty na ów napój, wypiły go zatem do spółki pani Marsh i pielęgniarka, która przychodziła robić chorej zastrzyki. Obie wkrótce zauważyły u siebie identyczne objawy. Pani Marsh, nie ufając widać lekarzowi Chapmana, który zdawał się niczego nie podejrzewać, wezwała własnego lekarza z Croydon. Zbadawszy Maud zawyrokował on, że jest to zatrucie arszenikiem.

Zanim jednak pani Marsh zdołała podjąć jakiekolwiek kroki w celu zdemaskowania zięcia - truciciela, zaniepokojony wizytą obcego lekarza Chapman wpadł w panikę i do kolejnego posiłku Maud dosypał większą dawkę trucizny. Dziewczyna zmarła 22 października 1902 roku. Okazało się jednak, że lekarz z Croydon napisał do swojego kolegi, który dotychczas leczył Maud Marsh, zwierzając mu się ze swoich podejrzeń. Odniosło to niespodziewany skutek. Lekarz Chapmana nagle odmówił podpisania aktu zgonu, domagając się wezwania policji. Przeprowadził również (nota bene bez zezwolenia) sekcję zwłok, podczas której znalazł, jak twierdził, duże dawki arszeniku w narządach zmarłej.

Chapman został aresztowany 25 października 1902 roku pod zarzutem zabójstwa żony. Druga sekcja wykazała, że śmiertelną trucizną nie był arszenik, lecz antymon, specyfik jak się wydaje bardzo popularny w kręgach ówczesnych trucicieli.

Proces Chapmana rozpoczął się w Głównym Sądzie Kryminalnym w Londynie 16 marca 1903 roku. Obrońca zdawał sobie sprawę, że nie ma żadnych szans uratowania swego klienta. Proces trwał cztery dni, zaś podsumowanie sędziego stanowiło kontynuację mowy prokuratora. Nastawienie wobec Chapmana - zarówno przysięgłych, jak i publiczności - było wyjątkowo wrogie, do czego przyczyniał się zapewne fakt, że oskarżony był cudzoziemcem. Narada przysięgłych trwała zaledwie 11 minut. Chapman został uznany za winnego i skazany na śmierć. Gdy opuszczał salę sądową, żegnały go gwizdy i obelgi publiczności. Stracono go 7 kwietnia 1903 roku.

W czasie procesu nie wyjaśniono, jakie były motywy zbrodni Chapmana - Kłosowskiego. Wielu uważało, że były to zabójstwa na tle seksualnym, co jednak wydaje się mało prawdopodobne, zważywszy, że z każdą ze swych kolejnych "żon" Chapman żył przez pewien czas. Zastanawia również sposób popełniania zabójstw. Wszystkie jego ofiary cierpiały przed śmiercią, czasem przez kilka miesięcy. Mogłoby to wskazywać, że Chapman był sadystą, któremu sprawiało przyjemność obserwowanie powolnej śmierci. Nie ma na to jednak żadnych dowodów. Najprostsze wydaje się wyjaśnienie każdego z morderstw innymi motywami: Chapman mógł mieć dość pijaństwa Mary Spinks, ciągłych chorób Bessie Taylor ... Jedynie zabójstwo Maud Marsh jest na tyle niewytłumaczalne, że może sugerować wewnętrzną potrzebę zabijania u Chapmana.

Nie wiadomo, czy Polak Kłosowski, alias Chapman, istotnie był Kubą Rozpruwaczem. Jak wspomnieliśmy, był jednym z najczęściej wymienianych kandydatów. Znajdował się nawet wśród podejrzanych w roku 1888, kiedy Kuba Rozpruwacz grasował w Londynie. Nadinspektor Abberline, który prowadził śledztwo w sprawie Rozpruwacza, tak oto skomentował aresztowanie Chapmana: "A więc złapaliście Rozpruwacza, co ?". Za tą hipotezą przemawiają następujące fakty: Chapman mieszkał w Whitechapel w roku 1888, z zawodu był felczerem (a Kuba Rozpruwacz wykazywał pewną znajomość anatomii), zgodnie z zeznaniem Łucji Baderskiej często spędzał w tamtych czasach całe noce poza domem, a wreszcie wyglądem zbliżony był do opisów tajemniczego mordercy.

Przeciwko tej teorii można przytoczyć jeden koronny argument: czy Rozpruwacz, zdecydowany sadysta, zadowoliłby się stosunkowo nudną i powolną metodą zabijania, jaką jest podawanie małych dawek trucizny ?.


JOSEPH VACHER


Joseph był francuskim odpowiednikiem słynnego Kuby Rozpruwacza. Między tymi dwoma przypadkami istnieje jednak zasadnicza różnica: otóż Vachera zdołano ująć (miał na swym koncie 14 ofiar), osądzić i zgilotynować. Grasował on w południowo - wschodnich rejonach Francji w latach 1894 - 1897.

Joseph Vacher urodził się w 1869 roku. Już w dzieciństwie zachowywał się dziwacznie, lecz skłonności do agresji wystąpiły u niego dopiero w 1890 roku, kiedy to zastał wcielony do armii. Z początku po prostu bardziej niż inni poborowi lubił wdawać się w bójki. Pierwszy wyczyn, który zwrócił na niego baczniejszą uwagę przełożonych, związany był z doznaniem przezeń zawodem. Otóż Vacher liczył na awans na kaprala. Gdy ogłoszono listę awansowanych, a jego nazwisko nie zostało wymienione, z rozpaczy poderżnął sobie gardło brzytwą. Ponieważ uczynił to na oczach kolegów, bez trudu go odratowano. Osiagnął przy tym swój cel: skoro bowiem wykazał się tak wielkim zapałem bojowym, wkrótce uzyskał upragniony stopień.

Niedługo potem zauważono, że kapral Vacher ze szczególnym zainteresowaniem przygląda się szyjom swych kolegów, coś przy tym mamrocząc. Słowa były niewyraźne, gdy jednak zrozumiano wreszcie, że Vacher mówi o "potokach krwi", pospiesznie umieszczono go w szpitalu. Po pewnym czasie lekarze uznali, że jego stan znacznie się poprawił, Vacher zaczął więc otrzymywać przepustki do miasta.

Podczas takich właśnie przepustek zajmował się zaczepianiem dziewcząt i młodych kobiet. Nie szło mu to najlepiej. Miał też - jak się później okazało - pewne skłonności homoseksualne, lecz w tamtych czasach interesowały go wyłącznie osoby płci przeciwnej.

Jak więc wspomnieliśmy, kobiety na ogół odtrącały jego nieudolne zaloty. Wreszcie jednak trafił na dziewczynę, która - jako pierwsza - potraktowała go życzliwiej. Miała na imię Louise (nazwisko, niestety, zaginęło gdzieś w aktach) i pochodziła z Baume-des-Dames. Prawdopodobnie nieszczęsna panna Louise również nie była pięknością, skoro zgodziła się spotykać z Vacherem. Ich kontakty trudno nawet nazwać romansem: po trzech spotkaniach, na które składały się nieudolne próby podtrzymania rozmowy, Vacher wpadł nagle w niczym nie uzasadniony szał zazdrości i postrzelił dziewczynę trzema strzałąmi ze swej broni służbowej (należy się dziwić, że nie odebrano mu jej, gdy trafił do szpitala). Czwarty strzał oddał do siebie samego, celując w twarz.

Można tylko żałować, że Vacher przeżył. Uszkodził sobie prawe oko i doprowadził do paraliżu prawej połowy twarzy, co w połączeniu z ogromną blizną na szyi z pewnością nie dodawało mu uroku. Stanął przed sądem za postrzelenie panny Louise, jednak jego niepoczytalność nie ulegała już wtedy wątpliwości. Umieszczono go w szpitalu psychiatrycznym w Saint-Ylle. Jego ataki szału przewyższały wszystko, co wyprawiali nawet najbardziej obłąkani pacjenci.

W 1893 roku Vacher został przeniesiony do innego szpitala w Saint-Roberts. I oto znów nasuwa się smutna refleksja o karygodnym braku odpowiedzialności zajmujących się nim lekarzy. Otóż 1 kwietnia (dość makabryczny "prima aprilis", jak się miało później okazać) 1894 roku Vacher opuścił szpital jako "całkowicie wyleczony".

Przeczytajmy zachowaną w historii choroby listę przedmiotów, jakie były pacjent zabrał ze sobą na wolność. Otóż opuszczjąc szpital Vacher miał ze sobą pokaźnych rozmiarów worek, a w nim: komplet map, parasol, potężną pałkę z wyrzeźbiną sentencją: "Kto czyni dobro, znajduje dobro", akordeon, duże nożyczki krawieckie oraz ... kolekcję 123 noży. "Wyleczony" pacjent z nożami pobrzękującymi w worku udał się w niewiadomym kierunku - paranoja.

Już wkrótce dowiedziano się, dokąd poszedł. Oto w połowie maja na mało uczęszczanej wiejskiej drodze pod Vienne znaleziono 21-letnią robotnicę z pobliskiej fabryki, Eugénie Delhomme. Dziewczyna została zadźgana nożem (zapewne należącym do kolekcji), następnie sprawca rozpruł jej brzuch i wreszcie zgwałcił zwłoki.

Rozpoczęto poszukiwania mordercy. Nie ulegało wątpliwości, że zbrodnia jest dziełem szaleńca, przez pewien czas podejrzewano jednak narzeczonego zamordowanej, z którym miała się podobno pokłucić tuż przed śmiercią. Nieszczęsny chłopak został natychmiast zwolniony, gdy w okolicy znaleziono następne zwłoki, zmasakrowane w identyczny sposób.

Jak wiemy, zbrodni tych było w sumie czternaście. Już po trzeciej ofierze okazało się, że płeć nie ma dla sprawcy znaczenia: młody robotnik rolny, na którego zwłoki natknięto się pewnego ranka, został zadźgany nożem w identyczny sposób jak poprzednie ofiary, kobiety. Miał też identycznie rozpruty brzuch, wreszcie jego zwłoki również nosiły ślady zgwałcenia po śmierci. Ofiarami byli głównie młodzi robotnicy rolni (8 kobiet, 6 mężczyzn): wszyscy zostali zmasakrowani i zgwałceni po śmierci, a na ciałach niektórych widniały ślady ludzkich zębów.

Nietrudno wyobrazić sobie panikę, jaka wkrótce ogarneła okolicę. Miało to trwać, jak pamiętamy, aż trzy lata i nigdy nie było wiadomo, kiedy tajemniczy, nieuchwytny szaleniec uderzy znowu. Trzeba przy tym przyznać, że Vacher zadowalał się niewielką w sumie ilością morderstw rocznie, jeśli wziąć pod uwagę, że przez trzy lata zamordował 14 osób. Fakt, że zabójstwa następowały w tak dużych odstępach czasu, wpłynął też niewątpliwie na postępy śledztwa.

W zeznaniach świadków zaczęły od pewnego czasu pojawiać się informacje o czarnobrodym włóczędze o rzekomo strasznym wyglądzie. Ponieważ z początku opowieści te żywo przypominały bajki o "czarnym ludzie", policja potraktowała je jako wytwór ludowej wyobraźni. Gdy jednak taki sam opis tajemniczego nieznajomego podawali mieszkańcy wiosek bardzo od siebie oddalonych, prowadzący śledztwo uznali taki zbieg okoliczności za wyjątkowo nieprawdopodobny. Tymczasem do opisu włóczęgi dodawano coraz to nowe szczegóły, w miarę jak widziało go więcej osób. Miał to więc być zwalisty mężczyzna w nieokreślonym wieku, z ogromną, potarganą, kruczoczarną brodą, lekko przygarbiony i dźwigający worek (a w nim zapewne swą kolekcję noży). Najstraszniejsza była jednak twarz nieznajomego: pokryta była ona bliznami, dziwnie nieruchoma, zaś w miejscu jednego oka znajdowała się otwarta ropiejąca rana.

Trzeba przyznać, że człowieka o takiej powierzchowności trudno nie zapamiętać. Ponieważ nie ulegało wątpliwości, że nieznajomy - jeśli istotnie on jest sprawcą - to szaleniec, postanowiono zbadać losy byłych pacjentów szpitali psychiatrycznych, którzy zbiegli, czy też wyszli na wolność na krótko przed pierwszym morderstwem. Wkrótce okazało się, że tylko jeden osobnik o takim wyglądzie opuścił przed trzema laty szpital. Był nim Joseph Vacher. Gdy policja zbadałą jego historię choroby oraz przeczytała wzmiankę o kolekcji noży, tożsamość sprawcy stała się znana. Teraz należało go jeszcze pochwycić, zanim dokona następnego morderstwa.

Nie było to łatwe. Teren działania szaleńca był dość duży, a on sam nigdy - o ile można było się zorientować - nie korzystał ze środków komunikacji, ani nie zaglądał do sklepów. Policja czekała więc na kolejny sygnał o pojawieniu się czarnobrodego "Rozpruwacza".

Okazało się jednak, że Vacher podjął kolejną próbę zabójstwa, zanim ktokolwiek zdążył go zauważyć w okolicy. Tym razem miał pecha. Recz działa się w Bois des Pelleries, dokąd Vacher zawędrował zapewne zupełnie przypadkowo (jak i we wszystkie inne miejsca). W środku lasu natrafił na kobietę zbirającą szyszki. Dookoła było zupełnie pusto. Był 4 sierpień 1897 roku.

Vacher trafił fatalnie. Zaatakowana przez niego kobieta miała bowiem posturę i głos Amazonki, zdołała więc nie tylko wyrwać mu się i powalić go prawym sierpowym, ale i potężnym krzykiem wezwała na ratunek swego męża i dzieci, którzy w pobliżu zajmowali się również zbieraniem szyszek. Vacher usiłował uciec, lecz mąż zaatakowanej niewiasty był równie słusznego wzrostu i siły, co ona sama i we dwoje bez trudu przytrzymali rozpaczliwie wyrywającego się szaleńca. Ich krzyki wezwały z pola pracujących chłopów. Gdy jednak nadbiegli, okazało się, że schwytany nagle złagodniał i uśmiechnął się promiennie. Mimo że nie stawiał oporu, został dość brutalnie zawleczony do gospody w pobliskiej wiosce. Przed linczem uchroniło go chyba dziwaczne zachowanie: usiadł za stołem, ze swego przepastnego worka wydobył akordeon i szeroko uśmiechnięty wygrywał skoczne melodyjki aż do chwili przybycia policji. Możemy sądzić, że zdezorientowani chłopi zaczynali się już zastanawiać, czy rzeczywiście ujęli groźnego szaleńca, który prześladował ich przez trzy lata.

Przewieziony na posterunek policji, Vacher nadal zachowywał się spokojnie. Pilnowano go mimo to bez przerwy, pamiętając o jego zwyczju wpadania w szał bez powodu. Istotnie wkrótce okazało się, że przejawiana dotąd łagodność nie była spowodowana chęcią ukazania się w jak najlepszym świetle czy wręcz uniknięcia kary. W pewnej chwili Vacherowi coś się nie spodobało i oto łagodny baranek zmienił się w rozjuszonego tura. Mimo że przytrzymywało go trzech krzepkich żandarmów, zdołał potłuc kilka sprzętó w pokoju przesłuchań.

Vacher odpowiadał przed sądem za zabójstwo tylko jednej ze swych ofiar, kilkunastoletniego pastuszka, Victora Portalier. W tej właśnie sprawie zgromadzono bowiem najwięcej dowdów. Mówiono jednak obszernie o innych morderstwach, a także o zdrowiu psychicznym oskarżonego w związku ze zrozumiałymi wątpliwościami co do stopnia, w jakim odpowiada on za swe czyny. Potworność zbrodni sprawiła jednak, że przysięgli niechętnie słychali uczonych wywodów o niepoczytalności Vachera. On sam w obszernych wyjaśnieniach (złożonych w dniu, kiedy był w lepszym humorze, gdyż niekiedy trzeba było przywiązywać go do ławy oskarżonych) jako przyczynę swego obłędu podawał ugryzienie go przez wściekłego psa jeszcze w dzieciństwie. Cóż, dzisiaj wiemy, że ukąszenie ściekłego zwierzęcia kończy się nie obłędem, lecz śmiercią. Może szkoda jednak, że pies, który ugryzł małego Josepha Vachera, nie był wściekły.

Vacher został uznany winnym morderstwa i stracony 31 grudnia 1897 roku.


JEANNE WEBER


Nie dysponujemy bliższymi danymi na temat życia Jeanne Weber przed jej pierwszą zbrodnią. Wiemy jedynie, że w 1905 roku była mężatką i mieszkała przy Passage Goutte d`Or w Paryżu. Z jej trojga dzieci żyło tylko jedno, 7-letni Marcel...

2 marca 1905 roku bratowa Jeanne Weber wybrała się do miejscowej pralni, która dla gospodyń domowych była wówczas nie tylko zakładem usługowym, ale i miejscem spotkań towarzyskich. Ponieważ kobieta przewidywała, że wróci dopiero za kilka godzin, zostawiła pod opieką Jeanne 18-miesięczną Georgette. Ledwo jednak zdążyła przywitać się ze znajomymi, spotkanymi w pralni, do zakładu wbiegła zdyszana sąsiadka.

- Niech pani natychmiast biegnie do domu! - zawołała od drzwi. - Georgette jest chora! Cała zsiniała i dusi się.

Przerażona matka natychmiast udała się do mieszkania, gdzie w otoczeniu sąsiadek trzymała małą Georgette na rękach. Po kilku chwilach stan dziecka zaczął się jednak poprawiać. Zanim upłynął kwadrans, Georgette wydawała się już całkiem zdrowa. Wtedy jej matka, którą w końcu nie tylko plotki zwabiły do pralni, powróciła tam. Gdy po trzech godzinach zjawiła się w domu, Georgette już nie żyła. Na szyi dziecka widać było wyraźne sine plamy, ale wezwany lekarz przypisał zgon konwulsjom.

11 marca, a więc po niespełna dziesięciu dniach, ta sama kobieta znów poprosiła Jeanne Weber o opiekę nad innym swym dzieckiem, 2-letnią Suzanne, sama zaś udała się z mężem (bratem Jeanne) z wizytą do znajomych. Powrócili w samą porę, by być świadkami śmierci Suzanne w wyniku "konwulsji". Dziecko zmarło w kilka minut po ich powrocie. Również i ten przypadek nie wzbudził podejrzeń.

Głupota ludzka jest niewiarygodna. 25 marca ta sama kobieta, która w ciągu ostatnich tygodni straciła już dwoje dzieci, pozostawionych pod opieką Jeanne Weber, znów postanowiła skorzystać z jej "uprzejmości". Tym razem chodziło o najmłodsze dziecko, 7-miesięczną Germaine. Gdy tylko Jeanne Weber została sama z małą, dał się słyszeć straszny płacz dziecka. Zaniepokojone sąsiadki zaczęły pukać do drzwi, a gdy im otworzono, ujrzały małą Germaine zsiniałą, dziecko dusiło się. Jeanne Weber, twierdząc, że ma coś do załatwienia, wyszła z mieszkania (tym razem pilnowała niemowlęcia w mieszkaniu bratowej), wróciła jednak następnego dnia, by spytać o samopoczucie małej. I znów matka, korzystając z obecności Jeanne, wybiegła na chwilę na targ. Gdy wróciła, Germaine była już martwa. Wezwany lekarz podał dyfteryt jako przyczynę zgonu.

Przypomnijmy - w ciągu niespełna miesiąca jedna i ta sama kobieta straciła trójkę dzieci. Wszystkie zmarły, będąc pod opieką Jeanne Weber. Żadne z nich nie było przedtem chore. A jednak bratowa Jeanne nie wyciągnęła z tego oczywistych wniosków.

Trzy dni później, 28 marca, dokładnie w dzień pogrzebu małej Germaine, w identyczny sposób stracił życie własny synek Jeanne Weber, 7-letni Marcel. Nadal jednak nikt nie podejrzewał o nic jego matki.

5 kwietnia Jeanne Weber zaprosiła dwie swoje bratowe na obiad. Jedną z nich była owa nieszczęsna matka, która ostatnio straciła wszystkie swe dzieci. Druga bratowa przyprowadziła natomiast ze sobą swego 10-letniego synka, imieniem Maurice. Po obiedzie Jeanne namówiła obie kobiety, by korzystając z wolnej chwili, udały się na pobliski targ. Obiecała starannie opiekować się chłopcem. Gdy bratowe wróciły, Maurice wił się w konwulsjach.

Druga bratowa Jeanne Weber miała znacznie więcej zdrowego rozsądku. Ujrzawszy swe dziecko w takim stanie, oskarżyła Jeanne o próbę uduszenia go. Ta zaprzeczała, rzecz jasna i to z ogromnym oburzeniem. Pomiędzy kobitami doszło prawie do rękoczynów.

Maurice`a zdołano uratować dzięki natychmiastowej interwencji lekarza. Podczas reanimacji medyk szpitala Bretonneau zauważył jednak ślady palców na szyi chłopca, o czym nie omieszkał powiadomić jego matki.

Energiczna kobita, nie bacząc na więzy rodzinne, natychmiast złożyła doniesienie w miejscowym posterunku policji o usiłowaniu zabójstwa. Jeanne Weber została aresztowana i 29 stycznia 1906 roku stanęła przed sądem przysięgłych Departamentu Sekwany. Z pozoru sprawa wydawała się jasna, okazało się jednak, że morderczyni miała wyjątkowe szczęście.

Policja posiadała pisemny protokół obdukcji małego Maurice`a, sporządzony przez lekarza, który ratował dziecko. Zgodnie jednak z procedurą, mały zbadany został ponownie po kilku dniach przez oficjalnego biegłego sądowego, niejakiego doktora Thoinot. Ten nie znalazł jednak (co jest całkiem zrozumiałe) żadnych śladów duszenia i sporządził stosowną opinię. Wygłosił ją potem podczas rozprawy, co uratowało oskarżoną i tym samym - jak się miało okazać - skazało na śmierć dwoje następnych dzieci. Przysięgli uwierzyli bowiem zdaniu biegłego i Jeanne Weber została uniewinniona.

Natychmiast po zwolnieniu z aresztu kobieta powróciła do domu, gdzie jednak czekała ją przykra niespodzianka. Okazało się mianowicie, że jej mąż wyprowadził się z domu, nie chcąc mieć do czynienia z morderczynią; nie wątpił bowiem w jej winę. Tego samego zdania byli też sąsiedzi Jeanne, którzy na każdym kroku dawali jej to boleśnie odczuć. Kobieta nie miała innego wyjścia, jak tylko zniknąć z domu. Nie mamy żadnych wiadomości o jej życiu w ciągu następnych 15 miesięcy, nie wiemy też, czy w tym czasie zamordowała jakieś dziecko.

Kolejna zbrodnia, co do której posiadamy pewne informacje, miała miejsce 16 kwietnia 1907 roku. Mniej więcej na miesiąc przed tą datą Jeanne Weber została kochanką zamożnego właściciela ziemskiego nazwiskiem Bavouzet. Mieszkał on w wiosce Chambon pod Villedieu nad rzeką Indre, dokąd wkrótce sprowadził Jeanne. Kobieta spędziła tam zaledwie tydzień, gdy - właśnie 16 kwietnia - synek Bavouzeta, Auguste, zmarł na "konwulsje". Dziecko znaleziono z charakterystycznymi granatowymi sińcami na szyi. Wygląd zwłok wzbudził wprawdzie pewne podejrzenia miejscowego lekarza, wydano jednak - choć z ociąganiem - zezwolenie na pogrzeb dziecka. Jeanne Weber nadal mieszkała w domu kochanka, wydawało się więc, że tym razem powiodło się jej doskonale.

Nie wiemy, czy 12-letnia córeczka Bavouzeta uświadomiła sobie nagle, że gdzieś widziała twarz nowej kochanki ojca, czy też rzeczywiście zupełnie przypadkowo przeglądała stare numery pisemka "Le Petit Parisien" sprzed mniej więcej dwóch lat. Nagle natrafiła na wielki zdjęcie Jeanne Weber i artykuł o dzieciobójczymi. Mała pokazała natychmiast gazetę ojcu i wkrótce dokonano ekshumacji zwłok małego Auguste`a. Miejscowy lekarz przeprowadził starannie sekcję i uznał, że chłopiec został uduszony. Jeanne Weber ponownie aresztowano pod zarzutem zabójstwa dziecka.

Morderczyni nie opuszczało jednak owo niewiarygodne szczęście, dzięki któremu została poprzednio uniewinniona. Oto znów wezwano doktora Thoinot, który - całkiem zresztą bezinteresownie, nie znał bowiem Jeanne Weber osobiście - po raz drugi uratował ją od gilotyny. Wyśmiał mianowicie opinię miejscowego lekarza, przypisując zgon Auguste`a... atakowi gorączki. Między lekarzami rozgorzał spór. Wezwano więc innych specjalistów z Paryża, którzy poparli doktora Thoinot. Ich połączone autorytety znów przeważyły szalę na korzyść Jeanne Weber. Choć wydaje się to niewiarygodne, kobieta znów znalazła się na wolności.

Tym razem dała się zauważyć zmiana w nastawieniu opinii publicznej do uniewinnionej morderczyni: jak przedtem tłumy domagały się natychmiastowego jej uśmiercenia, tak teraz w Paryżu witano ją entuzjastycznie jako nieszczęśnicę, prześladowaną przez wyjątkowo pechowe zbiegi okoliczności.

Nie miała też trudności ze znalezieniem posady. Jeden z jej sympatyków (mamy tu na myśli ludzi przekonanych o jej niewinności) natychmiast zaproponował jej pracę w charakterze... opiekunki małych pacjentów w prowadzonym przez siebie sanatorium pod Paryżem. Jeanne Weber nie mogła trafić lepiej.

Już po tygodniu przyłapano ją przy łóżku jednego z podopiecznych. Przytrzymując wyrywającego się z całych sił chłopca, ściskała rękami jego gardło. Dziecko z trudem zdołano odratować, lecz policja nie dowiedziała się o tym fakcie. Jeanne Weber uprzejmie poproszono tylko o zmianę pracy.

Kobieta wróciła znów do Paryża, gdzie natychmiast odwiedziła komendę policji i szefowi Surete, Hamardowi, z własnej woli przyznała się do zamordowania swych trzech bratanic. Doświadczony skądinąd policjant popełnił jednak błąd (trzeba przyznać, że w tej sprawie aż roi się od błędów). Uznał bowiem, że Jeanne Weber jest niewinna, lecz obłąkana, skoro przyznaje się do nie popełnionych czynów i znalazł dla niej miejsce w szpitalu psychiatrycznym w Nanterre. Ponieważ nie była pacjentką przymusową, ani niebezpieczną dla otoczenia (cóż, przyznawanie się do zbrodni, których się "nie popełniło", to tylko niewinna forma szaleństwa), miała pełną swobodę opuszczania szpitala. Pewnego dnia wyszła za bramę, by już więcej nie powrócić.

Trafiła do Lay-St-Remy pod Toul, gdzie wkrótce została kochanką innego człowieka przekonanego o jej niewinności, niejakiego Joly (był on, na swoje szczęście, bezdzietny). Ten jednak wkrótce znudził się nią i po prostu przegnał ze swego domu. Jeanne utrzymywała się przez pewien czas z prostytucji, oferując swe usługi kolejarzom pracującym w Toul, a następnie związała się z człowiekiem nazwiskiem Boucherry.

Wraz z kochankiem wędrowała po Francji, by wreszcie zatrzymać się w gospodzie, prowadzonej przez małżeństwo Poirot. Poszukiwali oni służącej i Jeanne Weber, przez nikogo nie rozpoznana, wkrótce podjęła się tej pracy. Państwo Poirot mieli dwoje dzieci.

Po tygodniu Jeanne Weber poprosiła Poirotów, by pozwolili starszemu chłopcu nocować w jej pokoju, gdyż "mąż" często wraca pijany wieczorem i bije ją, nie zrobi tego jednak przy dziecku. Już pierwszej nocy z jej pokoju dały się nagle słyszeć krzyki małego. O dziesiątej wieczorem Poirot wyważył wreszcie drzwi, by ujrzeć swe dziecko martwe, w kałuży krwi. Tym razem morderczyni nie wystarczyło duszenie. W podnieceniu zmasakrowała chłopca i nawet w obecności ojca nadal zadawała straszliwe ciosy, choć dziecko już nie żyło. Poirot z trudem zdołał ją przytrzymać do przybycia policji. Wkrótce odkryto, że "pani Boucherry" jest w rzeczywistości ową Jeanne Weber, którą dwukrotnie uniewinniono od zarzutu zabójstwa.

Tym razem nie ulegało jednak najmniejszej wątpliwości, że kobieta jest niepoczytalna. Wyrokiem sądu umieszczono ją w zakładzie zamkniętym w Mareville, gdzie bezustannie podejmowała próby uduszenia się własnymi rękami. Za którymś razem użyła przemyślanej pętli ze sznura... Pochowano ją bez krzyża, na miejscowym cmentarzu.


JOHN REGINALD HALLIDAY CHRISTIE


24 marca 1953 roku nowy lokator mieszkania na parterze w domu nr 10 przy Rillington Place w Londynie, przybysz z Jamajki, z powodów sobie tylko wiadomych zabrał się do opukiwania ścian w kuchni. Wkrótce zastanowił go odgłos wskazujący, że za jedną z nich jest pusta przestrzeń. Odchylił róg tapety, stwierdzając, że papier pokrywa niewielki kredens. Ponieważ w drzwiach tajemniczego mebla znajdowała się pokaźnych rozmiarów dziura, podekscytowany Jamajczyk, zaopatrzony w latarkę, zajrzał do wnętrza. Ujrzał nagie plecy kobiety.

Sprowadzono policję, która wydobyła z kredensu trzy kobiece ciała. Jedne zwłoki były niemal nagie, ubrane tylko w biustonosz i pas do pończoch; pozostałe zawinięte były w koce i obwiązane przewodem elektrycznym. Odór był bardzo nikły, gdyż mała wilgotność powietrza powstrzymywała rozkład.

Policjanci rozpoczęli przeszukiwanie całego domu. Wkrótce zwróciły ich uwagę nierówno ułożone deski podłogi w salonie tegoż parterowego mieszkania. Oderwano podłogę, ujawniając czwarte ciało, również zawinięte w koc. Następnie przekopano maleńki ogródek na i tyłach domu, wydobywając dwa dalsze szkielety. Przy okazji stwierdzono, że ludzka kość udowa służyła do podpierania furtki.

Mieszkanie na parterze zajmowane było uprzednio przez niejakiego pana Christie, który wyprowadził się 20 marca, na cztery dni przed znalezieniem zwłok, nie zostawiając adresu.


Podczas gdy rozesłano listy gończe za Christiem, policja przypomniała sobie, że w 1949 roku w tym samym domu znaleziono zwłoki pani Evans i jej maleńkiej córeczki. Obie zostały uduszone, a za zabicie ich powieszono pana Evansa... Obecnie wydało się prawdopodobne, że tamte zabójstwa również były dziełem mordercy sześciu kobiet, którym przypuszczalnie był John Reginald Halliday Christie.

31 marca konstabl Ledger rozpoznał Christiego we włóczędze, błąkającym się wokół Putney Bridge w Londynie. W tym czasie sprawa nabrała już dużego rozgłosu, gazety zamieszczały zdjęcia Johna Christie oraz rozważały z upodobaniem, czy zdąży on popełnić następną zbrodnię, zanim zostanie ujęty.

Jak widać, nie zdążył. Już podczas pierwszego przesłuchania przyznał się do zabicia czterech kobiet, których ciała znaleziono wewnątrz domu, nieco później - również do dwóch poprzednich zabójstw, a wreszcie nawet do zabójstwa pani Evans, choć ta sprawa nadal pozostaje niejasna.

Zgodnie z wersją podaną przez sprawcę, swą żonę, której zwłoki znajdowały się w kredensie, udusił pończochą, chcąc skrócić jej cierpienia. Pani Christie miała bowiem nagle dostać konwulsji, mąż zaś... "nie mógł na to patrzeć". Pozostałe ofiary znalezione w domu - Rita Nelson lat 25 (była w szóstym miesiącu ciąży), Kathleen Maloney, lat 26 oraz Hectorina McLennan, lat 26 - były prostytutkami, które Christie udusił, jak twierdził, podczas kłótni o pieniądze. Szkielety znalezione w ogrodzie należały do Austriaczki Ruth Fuerst, również prostytutki, którą Christie miał udusić podczas stosunku oraz do Muriel Eady, jego koleżanki z pracy.

We krwi trzech kobiet, których zwłoki znalezione zostały w domu, wykryto obecność tlenku węgla (nie dotyczyło to pani Christie). Sprawca wyjaśnił wreszcie, że było to wynikiem stosowanej przezeń, dość skomplikowanej metody doprowadzania kobiet do nieprzytomności: zaprosiwszy do domu, odurzał je alkoholem, po czym namawiał, by usiadły w fotelu, w pobliżu którego instalował, przewód doprowadzający gaz. Gdy kobiety traciły przytomność w wyniku zatrucia gazem, Christie dusił je, a następnie gwałcił. Uważa się, że Christie był impotentem i mógł odbyć stosunek wyłącznie z nieprzytomną kobietą. O jego kłopotach w tej "dziedzinie" świadczy przezwisko, jakie nadała mu w młodości pewna dziewczyna: "Christie - Nic z tego".

John Reginald Halliday Christie stanął przed Głównym Sądem Kryminalnym w poniedziałek 22 czerwca 1953 roku. Podczas śledztwa dokładnie zbadano jego dotychczasowe życie, a informacje te ujawniono na procesie. Oto one:

55-letni w chwili aresztowania, Christie urodził się w kwietniu 1898 roku w małym miasteczku w hrabstwie Yorkshire. Jego ojciec był człowiekiem surowym, a swym siedmiorgu dzieciom nigdy nie okazywał serdeczności. Christie, od dziecka słabowity, krótkowzroczny i introwertyczny, był przez ojca szczególnie źle traktowany. Już w tamtych czasach miewał kłopoty z policją z powodu drobnych kradzieży.

W wieku 15 lat rozpoczął pracę. Nie warto wymieniać licznych instytucji, w których pracował. Wyrzucano go bowiem zawsze, na ogół już po kilku miesiącach, za drobne kradzieże. Po jednym z takich incydentów ojciec wygnał go z domu.

Christie był hipochondrykiem, rozkoszującym się opowiadaniem o swych chorobach i nawet jego przyznanie się do winy, które zachowało się w aktach, zaczyna się szczegółowym opisem słabego zdrowia. W chwili zdenerwowania tracił głos. Gdy na przykład pokłócił się z żoną i ta wyprowadziła się, nie mógł wydobyć z siebie głosu przez trzy miesiące.

Ożenił się w roku 1920. Dzieci nie miał. Twierdził, że przez ostatnie dwa lata przed zamordowaniem żony nie żył z nią, co stanowiłoby dowód na prawdziwość teorii o jego impotencji i nerwicy seksualnej jako podłożu zabójstw.

Wydaje się, że Christie, jeśli chodzi o sprawy zdrowotne, był jednym z pechowców, którzy nawet na prostej drodze potrafią złamać nogę... Prześladowały go też różne wypadki, w których odnosił większe lub mniejsze obrażenia.


Z początkiem II wojny światowej Christie wstąpił do Wojennych Rezerwowych Oddziałów Policji i tam dał się poznać jako służbista, któremu wyraźną przyjemność sprawiało okazywanie swej władzy i bezlitosne karanie winnych najdrobniejszych nawet wykroczeń. W tym czasie zamieszkał wraz z żoną pod numerem 10 na Rillington Place. Jego żona bardzo często odwiedzała swą rodzinę w Sheffield i pierwsze zabójstwo Christiego miało miejsce pod jej nieobecność. Sprowadził mianowicie do domu prostytutkę Ruth Fuerst i najprawdopodobniej przekonał ją, by poddała się "kuracji na katar". Kazał jej pochylić głowę nad słoikiem, który miał zawierać leczniczy balsam, przykrył jej głowę ręcznikiem, a następnie wsunął niezauważalnie pod ręcznik przewód gazowy. Zalecał przy tym, by wdychała głęboko, gdyż tylko takie postępowanie zapewnia całkowite wyleczenie. Możliwe, że za pierwszym razem chciał tylko doprowadzić dziewczynę do utraty przytomności, by móc odbyć z nią stosunek, a na zabicie zdecydował się dopiero później. Dość, że zwłoki ukrył najpierw pod podłogą w salonie, po czym w nocy wyniósł je do ogrodu i zakopał.


W grudniu 1943 Christie został zwolniony z policji i podjął pracę w fabryce sprzętu radiowego. Tam zaprzyjaźnił się z Muriel Eady, która często odwiedzała państwa Christie na Rillington Place. Pewnego razu przyszła, gdy pani Christie była w Sheffield. Na domiar złego skarżyła się na silny katar. Wkrótce wylądowała obok Ruth Fuerst, zakopana w maleńkim ogródku.

W 1949 roku miało miejsce zabójstwo pani Evans i jej maleńkiej córeczki. Christie twierdził, że kobieta, nieszczęśliwa w pożyciu małżeńskim, prosiła go o pomoc w popełnieniu samobójstwa, co też uczynił, dusząc ją przy pomocy pończochy. Poinformował następnie o tym męża zamordowanej, który prawdopodobnie zabił wtedy córkę. Możliwe, że nie popełniono zatem pomyłki sądowej skazując pana Evansa na śmierć, zwłaszcza, że nie jest pewne, czy Christie rzeczywiście brał udział w tych morderstwach.

W grudniu 1952 roku miało miejsce zabójstwo żony Christiego. Motyw tego czynu nie jest jasny, lecz wydaje się prawdopodobne, że Christie chciał sobie w ten sposób zapewnić spokój i samotność, by móc zabijać następne kobiety. Jedno jest pewne - kolejne zabójstwo miało miejsce już po kilku tygodniach. Rite Nelson widziano po raz ostatni żywą 2 stycznia 1953 roku. Jej ciało jako drugie znalazło się w kredensie. Christie twierdził, że dziewczyna zaczepiła go na ulicy i zażądała pieniędzy, a wreszcie siłą dostała się do jego domu i wywołała bójkę. Bardziej jednak jest prawdopodobne, że przyszła zaproszona przez swego mordercę.


Następną ofiarę, Kathleen Maloney, widziano po raz ostatni 12 stycznia. Trzeba przyznać, że Christie, pozbywszy się żony, nie tracił czasu, wyszukując swe ofiary. Utrzymywał, że także i to zabójstwo było wynikiem szamotaniny.

Nie mając pieniędzy, Christie sprzedał meble i obrączkę swej żony. Napisał również do banku w Sheffield, gdzie złożone były oszczędności pani Christie i fałszując jej podpis, zażądał przesłania całej sumy do Londynu. Przed Bożym Narodzeniem natomiast wysłał kartkę z życzeniami do siostry żony, twierdząc, że pisze zamiast niej, ponieważ cierpi ona na silne bóle reumatyczne w palcach i nie może utrzymać pióra.


W lutym Christie poznał dwoje ludzi, kobietę i mężczyznę, którzy podobno skarżyli się mu, że nie mają gdzie mieszkać. Przyjął ich do siebie na kilka dni, po czym opuścili jego mieszkanie, a wkrótce kobieta powróciła sama. Była to Hectorina McLennan, ostatnia ofiara Christiego. Zabójstwo miało miejsce około l marca. Następnie wyprowadził się z Rillington Place, nie płacąc nawet zaległego komornego i - jak twierdził - włóczył się po Londynie, cierpiąc na utratę pamięci. Istotnie, gdy go aresztowano, był nieogolony, obdarty i bez grosza.

Obrona utrzymywała, że Christie jest niepoczytalny. Poddany został kilkakrotnie badaniom psychiatrycznym, w wyniku których stwierdzono jednak, że w pełni odpowiada za swe czyny. Został więc skazany na śmierć. Wyrok wykonano 15 lipca 1953 roku.

Nie ma wątpliwości, że od chwili zamordowania żony, której obecność stanowiła poważną przeszkodę w zaspokajaniu potrzeb seksualnych, był on opanowany jedną myślą. Kierował nim wewnętrzny przymus, i byłby z całą pewnością zabijał nadal, gdyby tylko miał okazję, ponieważ był to jedyny sposób zaspokojenia popędu. I tak na przykład pewna kobieta, która często widywała Christiego w kawiarni w pobliżu jego domu, opowiadała, że dwukrotnie zapraszał ją do siebie, by poddała się "leczeniu kataru". Na szczęście dla niej, za każdym razem wizytę u Christiego uniemożliwiały jakieś przypadkowe okoliczności...

Z drugiej jednak strony pośpiech, z jakim Christie wybierał kolejne ofiary po śmierci żony, wskazuje wyraźnie, że zdawał sobie sprawę, jak mało czasu ma do dyspozycji, zanim rodzina żony z Sheffield zainteresuje się jej stanem (należy pamiętać, że bardzo często ich odwiedzała). Nie zakopywał już zwłok w ogrodzie, mając świadomość tego, że w kredensie zostaną szybko odkryte. Następnie, gdy uznał, że nie powinien dłużej pozostawać w domu, uciekł. Wydaje się, że przez te tygodnie żył opanowany jedną myślą - "skorzystać" jak najwięcej, póki nikt się nim nie zainteresuje...


FRITZ HAARMANN


Fritz Haarmann urodził się w Hanowerze 25 października 1879 roku. Jego ojcem był palacz lokomotywy, znany dzięki swemu usposobieniu jako "Posępny Olle", matką, zaś kobieta kaleka i niezaradna, o 7 lat starsza od swego męża. Fritz, szóste dziecko tej niedobranej pary, był ulubieńcem matki, ojca zaś od dzieciństwa nienawidził, prawdopodobnie dlatego, że ten usiłował wychować go na mężczyznę, nakłaniał do zabaw z innymi chłopcami, zalecał odwagę, a nawet nieco brutalności. Fritz jednak najbardziej lubił przebywać z matką i pod jej okiem bawić się lalkami.

Gdy chłopiec miał 16 lat, ojciec - używając zapewne całego swego autorytetu, by przekonać protestującą żonę - umieścił go w szkole wojskowej w Neu Breisach, gdzie Fritz miał wreszcie nabyć owych męskich cech, których wyraźnie mu brakowało. Rachuby ojca zawiodły. Już po miesiącu Fritz został usunięty ze szkoły jako niezdolny do zajęć z powodu objawów epilepsji. Podjął pracę w fabryce cygar, gdzie jednak wykazał się wkrótce taką nieudolnością i lenistwem, że wyrzucono go, jak się można spodziewać, ku jego ogromnej radości. Nie zdążył nawet wypocząć po trudach pracy, gdy został aresztowany, bo przyłapano go na - jak byśmy dziś powiedzieli - czynach lubieżnych z nieletnimi, dodajmy: nieletnimi chłopcami. Ponieważ jego zachowanie budziło podejrzenia, że może być chory psychicznie, został umieszczony w szpitalu psychiatrycznym. Po sześciomiesięcznej obserwacji zbiegł. Zastanawia fakt, że przez owe pół roku lekarze nie zdołali jeszcze postawić diagnozy.

Po ucieczce ze szpitala Haarmann nie usiłował już znaleźć pracy. Zajął się drobnymi przestępstwami, a także tym, co mu niedawno zarzucano - demoralizacją nieletnich chłopców. Nie ulega wątpliwości, że był homoseksualistą. Tym bardziej dziwi fakt, że w roku 1900 przez krótki okres utrzymywał wyłącznie stosunki heteroseksualne. Poznał mianowicie dziewczynę w której, jak twierdził, zakochał się. Obiecywał jej małżeństwo, gdy jednak zaszła w ciążę, porzucił ją pospiesznie i uciekając przed odpowiedzialnością wstąpił do pułku strzelców, w którym służył nienagannie do roku 1903. Jego dziecko urodziło się martwe, on jednakże nawet o tym nie wiedział.

Powróciwszy do Hanoweru kontynuował swą karierę przestępczą. Jego zachowanie musiało przysparzać nie lada kłopotów staremu Haarmannowi, skoro podjął próbę ubezwłasnowolnienia syna. Należy żałować, że sąd nie znalazł podstaw do wydania decyzji o ubezwłasnowolnieniu.

Przez następnych 11 lat Fritz Haarmann mniej więcej tyle samo czasu spędził w więzieniu, co na wolności. Skazywano go za włamania, kradzieże kieszonkowe i wyłudzanie pieniędzy. Jego nieszczęsny ojciec, nie tracąc widać nadziei, że syn zmieni swe postępowanie, załatwił dlań - posunięcie wyjątkowo ryzykowne - posadę jednoosobowej obsługi smażalni ryb. Fritz natychmiast ukradł cały utarg, towar i wyposażenie... Wreszcie w 1914 roku skazano go na 5 lat więzienia za kradzież z magazynu większej ilości towarów.

Zwolniono go z więzienia 1918 roku. Było to już po zawieszeniu broni i w Niemczech panował głód. W Hanowerze sytuacja była wyjątkowo zła. W tych właśnie warunkach Fritz Haarmann popełnił serię zbrodni, które stawia się wśród najbardziej zdumiewających przestępstw naszych czasów.

Z początku wydawało się, że Haarmann znalazł wreszcie swoje miejsce w życiu. Przyłączył się mianowicie do bandy przemytników, zajmujących się nielegalnym sprowadzaniem mięsa do głodującego miasta. Dotąd popełniał drobne przestępstwa i prawie natychmiast wpadał w ręce policji. Teraz, gdy zajął się przestępczością na dużą skalę, zaczęło mu się świetnie powodzić. Wynajął mieszkanie na Cellarstrasse 27, gdzie prowadził swe "biuro". Nie gardził kradzieżami, jeśli tylko mogły one przynieść wystarczająco wysoki zysk. Przy okazji był też konfidentem policji, co zapewniało mu względną bezkarność i jego kanały przemytnicze uchodziły za najpewniejsze. Jak się miało okazać, również i inna jego działalność trwała dzięki temu znacznie dłużej.

Do Hanoweru przybywały niezliczone pociągi z uciekinierami. Haarmann bywał częstym gościem na dworcu, gdzie rozglądał się uważnie i wśród tłumu zdezorientowanych przybyszów wypatrywał młodych chłopców (jak wyznał później, stawiał też pewne wymagania co do ich wyglądu i urody). Upatrzonym ofiarom proponował nocleg i pomoc w znalezieniu pracy w obcym mieście. Odnosił się do nich tak serdecznie i życzliwie, iż rzadko zdarzało się, by spotkał się z odmową. Co więcej, jeśli taki chłopak przybył do Hanoweru z rodzicami, sami namawiali syna, by skorzystał z nadarzającej się okazji.

Jedną z pierwszych ofiar Haarmanna był 17-letni Friedel Rothe. Jego rodzice nie widzieli Haarmanna na dworcu, lecz zaniepokojeni zniknięciem syna, rozpoczęli poszukiwania i wkrótce odkryli, że chłopak zaprzyjaźnił się z "detektywem" Haarmannem (ten bowiem chętnie przedstawiał się jako policyjny tajniak). Policja - jak należy sądzić, niezbyt gorliwie - przeszukała nawet mieszkanie Haarmanna, nie znajdując nic podejrzanego. Dopiero podczas procesu wyszło na jaw (opowiedział o tym z dumą sam Haarmann), że podczas przeszukania głowa chłopca, owinięta w gazetę, leżała na piecu.

Z braku dowodów śledztwo w sprawie zniknięcia Friedela Rothe zostało umorzone, lecz niedługo potem Haarmann trafił jednak na 9 miesięcy do więzienia, znów za czyny lubieżne z nieletnimi, przyłapano go bowiem in flagranti z innym chłopcem. Nie wiemy, czy podzieliłby on los nieszczęsnego Friedela Rothe. Jeśli tak, to należy żałować, że Haarmanna przyłapano, zanim przystąpił do dzieła. Uratowałoby to życie wielu następnym ofiarom.


Haarmann powrócił do Hanoweru we wrześniu 1919 roku. Przeprowadził się na Neuestrasse i dalej zajmował się przemytem. Wtedy też poznał innego homoseksualistę, nazwiskiem Hans Grans, drobnego złodziejaszka i stręczyciela. Obaj panowie przypadli sobie widać do gustu, wkrótce bowiem zawiązali osobliwą spółkę. Spotykali się w kawiarni Kröpcke, ulubionym lokalu wszelkiej maści zboczeńców. Tam właśnie powstawały plany ich kolejnych przedsięwzięć.

Metoda była zawsze taka sama. Haarmann i Grans odwiedzali dworzec kolejowy i pilnie przyglądali się wysiadającym. Upatrzoną ofiarę, którą zawsze był młody, przystojny chłopiec, zwabiali do mieszkania przy Neuestrasse, obiecując nocleg, wsparcie finansowe, pracę i wszelką pomoc. Tam chłopca zabijano. Haarmann twierdził z całą stanowczością, że czynił to osobiście, przegryzając gardło swej ofiary. Nie sposób jednak sprawdzić jego zeznań, gdyż zwłok nie odnaleziono. Potem dwaj wspólnicy fachowo dzielili ciało. Część zwłok sprzedawano następnie jako mięso tymi samymi kanałami, których Haarmann używał w swej działalności przemytniczej. Odzież sprzedawano na targu, zaś części nieużyteczne (czyli niejadalne) wyrzucano do rzeki.

Podczas procesu oskarżyciel przedstawił listę złożoną z 28 nazwisk przypuszczalnych ofiar Haarmanna. Uważano jednak, że było ich co najmniej 50, czego oczywiście, przy takim sposobie pozbywania się zwłok, nie sposób udowodnić. Zamordowani chłopcy mieli od 13 do 20 lat. Należy przypuszczać, że głównym motywem pary zabójców była chęć zysku. Jeden z nieszczęśników stracił życie tylko dlatego, że Gransowi spodobały się jego spodnie.

Znaleziono ciało tylko jednej ofiary, chłopca nazwiskiem Keimes. Zwłoki wydobyto z kanału. Jak wykazała sekcja, chłopak został uduszony. W związku z tą sprawą miał zresztą miejsce dziwny incydent. Haarmann odwiedził mianowicie rodziców "zaginionego", przedstawił się jako policyjny detektyw i obiecał państwu Keimes, że w przeciągu trzech dni odnajdzie ich syna i odprowadzi go do domu. Następnie udał się na policję i złożył poufne doniesienie, iż zabójcą Keimesa jest... Grans. Ponieważ Grans przebywał właśnie wtedy w więzieniu za drobną kradzież (o czym Haarmann doskonale wiedział), śledztwo umorzono. Prawdopodobnie Haarmann chciał tym posunięciem zapewnić sobie zaufanie policji, co najwyraźniej doskonale mu się udało.

Kilkakrotnie bardzo mało brakowało, by działalność Haarmanna została ujawniona. Pewnego razu schodził właśnie po schodach, niosąc przykryte kawałkiem gazety wiadro. Spotkał sąsiada, który nawiązał z nim rozmowę, gdy nagle jakiś przeciąg sprawił, że gazeta sfrunęła z wiaderka, ukazując jego zawartość: krew. Sąsiad doniósł o tym wprawdzie policji, lecz nie wszczęto dochodzenia. Przemyt mięsa, jakim zajmował się konfident Haarmann, stawiał go poza podejrzeniem. Innym razem Haarmann znalazł się w dużo groźniejszej sytuacji. Mianowicie nabywca mięsa nabrał podejrzeń, że Haarmann sprzedał mu ludzkie ciało. Zaniósł więc cały zakupiony "towar" na policję, ryzykując grzywnę za kupowanie u spekulanta. Mięso przekazano do policyjnego laboratorium, gdzie zostało zbadane przez lekarza. Akta sprawy litościwie przemilczają jego nazwisko: specjalista ten stwierdził bowiem ponad wszelką wątpliwość, że dostarczone mięso jest... wieprzowiną!

W maju 1924 roku na brzegu rzeki znaleziono czaszkę, kilka tygodni później - drugą. Nieustannie napływały zgłoszenia o zaginięciu młodych chłopców, niedawno przybyłych do miasta. Nie ulega wątpliwości, że Haarmann znajdował się wśród podejrzanych: mijały jednak miesiące, on zaś nie niepokojony zabijał dalej.

Hanowerska policja wyznaczyła wreszcie do śledzenia Haarmanna dwóch detektywów, sprowadzonych specjalnie z Berlina (należy przypuszczać, że miejscowych obrotny konfident doskonale znał). Ci wkrótce zdołali przyłapać go na uwodzeniu pewnego chłopca, został więc zatrzymany. Podczas przeszukania znaleziono w jego mieszkaniu setki ubrań, które przeważnie były na niego za małe. Odkryto też, że syn dozorczyni przy Neuestrasse nosi marynarkę, która należała do jednego z zaginionych chłopców, zaś dzieci bawiące się nad rzeką odnalazły worek wypełniony kośćmi. Stwierdzono, że są to szczątki co najmniej 27 osób.

Haarmann został aresztowany i wkrótce postanowił się przyznać. Proces rozpoczął się 4 grudnia 1924 roku. Trwał 14 dni, wystąpiło na nim 130 świadków. Podczas procesu Haarmannowi pozostawiono zdumiewająco dużo swobody i traktowano go wyjątkowo łagodnie. Często przerywał zeznania świadków wesołymi uwagami (w ogóle humor mu dopisywał). Raz spytał sędziego z oburzeniem, dlaczego na sali jest tyle kobiet; otrzymał wyjaśnienie, że wysoki sąd, niestety, nie jest w stanie ich usunąć, a brzmiało to jak usprawiedliwianie się... Gdy roztrzęsione matki szlochały, opowiadając o swych synach, Haarmann wyraźnie nudził się i prosił sąd o pozwolenie na wypalenie cygara, którego natychmiast skwapliwie mu udzielano.

Nie przyznał się do zabicia niektórych chłopców. Okazano mu na przykład zdjęcie zaginionego Hermanna Wolfa; widać było wyraźnie, że chłopak był brzydki i źle ubrany. Haarmann stanowczo stwierdził, że interesowały go wyłącznie ładne ofiary.

Haarmann skazany został na śmierć, Grans - na 12 więzienia. Oczekując na egzekucję Haarmann opisał swe morderstwa i przyjemność, jaką odczuwał przy ich popełnianiu, co dowodzi, że zbrodnie te miały swe źródło w jego perwersyjnych skłonnościach.


MARTIN DUMOLLARD

Młodo owdowiała, bezdzietna córka robotnika, Marie Pichon, nie miała po śmierci męża środków do życia. Została służącą w domu zamożnych mieszczan pod Lyonem, lecz czy to wynagrodzenie było za niskie, czy też chlebodawczyni zbyt wymagająca, dość że kobieta nosiła się z zamiarem szukania innej posady. Dlatego też uznała zapewne za niezwykle szczęśliwy zbieg okoliczności fakt, ze na moście w dzielnicy Guillotière zawarła znajomość z sympatycznym wieśniakiem, odzianym w niebieski kombinezon roboczy. Nowy znajomy nie tylko sprawiał wrażenie człowieka solidnego, ale i w pierwszych zdaniach zdradził pani Pichon, że poszukuje właśnie - na polecenie swego chlebodawcy, właściciela zamku w Montluel, gdzie jest ogrodnikiem - wykwalifikowanej pokojówki. Jak zapewniał, pracy będzie mało (na zamku aż roi się od pokojówek), a wynagrodzenie - wręcz królewskie. Marie Pichon zdecydowała się bez wahania, nie chcąc przegapić tak wspaniałej okazji. W towarzystwie nowego znajomego, człowieka mniej więcej 45-letniego, zwalistej budowy, o prostym i ujmującym sposobie bycia, udała się do domu swego, dotychczasowego chlebodawcy, spakowała pośpiesznie kuferek i wyruszyła na baśniowy zamek. Zaledwie godzina upłynęła od ich spotkania na moście, a Marie Pichon i zamkowy ogrodnik wsiadali już do pociągu na dworcu Génève.

O zmierzchu dotarli do Montluel. Ogrodnik okazał się rozmownym i opiekuńczym towarzyszem podróży, a gdy wysiedli z pociągu, natychmiast odebrał jej kuferek, nie pozwalając, by sama dźwigała taki ciężar. Poprowadził ją drogą przez pola, tłumacząc, że tędy jest znacznie bliżej. W pewnym momencie postawił kuferek w polu a gdy Marie Pichon chciała go zabrać, wyjaśnił, że znajdują się na terenach zamkowych, skąd nikt nie odważy się nic ukraść i że on sam przyniesie jej rzeczy z pola następnego dnia. Kobieta zaczęła wtedy podejrzewać, że nie wszystko, co opowiedział jej sympatyczny ogrodnik, jest prawdą, a po kilku minutach zupełnie już straciła do niego zaufanie. Oto, idąc, jak twierdził, ciągle w kierunku zamku, po raz drugi przeszli przez tory kolejowe... Wokół nie było żywej duszy i panowały ciemności, gdy kobieta powiedziała swemu towarzyszowi, że przejrzała jego oszustwa i nie ma zamiaru iść dalej. Na to "ogrodnik" odwrócił się ku niej, mówiąc:
- Jesteśmy na miejscu... - po czym usiłował zarzucić jej na szyję pętlę ze sznura. Cofnęła się gwałtownie. Wtedy on rzucił się na nią.

Marie Pichon miała szczęście. W panice, biegnąc na oślep w zupełnych ciemnościach, zdołała uciec. Natrafiła wreszcie na jakąś ścieżkę, która zaprowadziła ją do wioski o nazwie Balan. Drżąc i szlochając ze strachu i wyczerpania, zapukała do drzwi pierwszej z brzegu chałupy. Pozwolono jej spędzić tam noc, a gdy opowiedziała, co się jej przydarzyło, uczynny gospodarz poszedł z nią rano na posterunek policji.

Jeszcze tego samego dnia, tym razem przed południem i w towarzystwie policjantów, Marie Pichon wyruszyła tą samą drogą od stacji kolejowej. Zdołała nawet odtworzyć drogę, jaką szła poprzedniego wieczoru, ale we wskazanym przez nią miejscu nie było ani śladu pozostawionego tam wczoraj kuferka z całym jej dobytkiem. Tegoż dnia, 27 maja 1861 roku, wszczęto, śledztwo. Policja dysponowała wprawdzie opisem sprawcy, ale szukanie go trwałoby pewnie długo, jako że mieszkał dość daleko od Montluel. Policjantom dopomogły jednakże plotki, których pilnie wysłuchiwali, a które mówiły o dziwnych skłonnościach rolnika z dystryktu Dagneux, niejakiego Martina Dumollarda.

Plotek nie wolno było lekceważyć. Policjanci udali się natychmiast do domu Dumollarda, a ujrzawszy go, zrozumieli, że oto znaleźli poszukiwanego człowieka. Na pierwszy rzut oka doskonale odpowiadał opisowi podanemu przez Marie Pichon.

Zarówno Dumollardowi, jak i jego żonie, cichej kobiecinie o posępnym wyrazie twarzy, zadano obowiązkowe pytanie: jak przebiegał wieczór 26 maja? I oto już podczas pierwszej rozmowy, która nie była nawet formalnym przesłuchaniem, okazało się, że zeznania Dumollarda i jego żony znacznie się różnią. Oboje wprawdzie usiłowali udowodnić, że Dumollard posiada alibi na ten właśnie wieczór, nie uzgodnili jednakże wcześniej, na czym ma ono polegać. Zostali aresztowani i przewiezieni do Trevoux.

W jednym z pomieszczeń komisariatu policji miała e wstrząsająca scena. Dumollarda wprowadzono do pokoju, gdzie oczekiwała Marie Pichon. Nieszczęsna kobieta doznała szoku i uciekła krzycząc przeraźliwie, a gdy uspokoiła się nieco, złożyła zeznanie, iż nie ma żadnych wątpliwości: rozpoznaje napastnika.

Zeznanie to poparli także inni świadkowie, a znalazło się wielu, którzy widzieli Marie Pichon w towarzystwie Dumollarda - czy to w Lyonie, czy też w pociągu. Minio to Dumollard zaprzeczał wszystkiemu, choć musiał już zdawać sobie sprawę, że jego alibi zostało bez trudu obalone. Policja, nie mając już żadnych wątpliwości, przeszukała gospodarstwo Dumollarda, licząc na odnalezienie kuferka Marie Pichon. To, co znaleziono, przeszło jednak najśmielsze oczekiwania. Zamiast jednego znaleziono dziesięć kufrów, wypełnionych po brzegi damską odzieżą i bielizną. Niektóre ubrania nosiły ślady nieudolnego usuwania plam krwi.

Rozpoczęło się żmudne gromadzenia dowodów przeciwko Dumollardowi. Policja badała okoliczności wszystkich tajemniczych zaginięć oraz napadów na kobiety, jakie miały miejsce w ostatnich latach. Oto niektóre wybrane szczegóły; jako że wszystkie wypadki były niemal identyczne, więc nie warto opisywać ich dokładniej.

28 lutego 1855 roku (a więc sześć lat przed przygodą Marie Pichon) grupa myśliwych natknęła się wczesnym rankiem na nagie, zakrwawione zwłoki młodej dziewczyny. Było to w lesie Montaverne w Tramoyes. Stwierdzono, że śmierć nastąpiła pod wpływem ran głowy zadanych ostro zakończonym narzędziem. Z trudem zdołano w końcu zidentyfikować zwłoki: była to Marie Baday, służąca z Lyonu.

Inna służąca, Marie Curt, przeżyła to samo, co Marie Pichon i również zdołała się uratować z rąk napastnika. Nie zeznawała jednak w sądzie, gdyż pod wpływem szoku straciła zmysły i została umieszczona w zakładzie dla psychicznie chorych.

Dwie pokojówki, Josephe Charlety i Jeanne-Marie Bourgois, zeznawały w sądzie przeciwko Dumollardowi. Zeznawała też Julie Farjat, która, zaatakowana, zaczęła krzyczeć, sprowadzając na miejsce przestępstwa jakichś spóźnionych przechodniów. Podobnie jak Marie Pichon, rozpoznała ona w Dumollardzie napastnika.

Wreszcie właściciel gospody w jednej z okolicznych wiosek, którego opowieści przyczyniły się zresztą do tego, że policja zainteresowała się Dumollardem, zeznał, że w lutym 1860 roku oskarżony spędził kilka dni w jego gospodzie z młodą dziewczyną, którą przedstawił jako siostrzenicę. Dziewczyna nosiła sukienkę w kratkę, której wzór właściciel gospody zapamiętał i odnalazł później tę suknię w jednym z kufrów zgromadzonych u Dumollarda, o obejrzenie których prosiła go policja. Owej dziewczyny, której zresztą nie udało się zidentyfikować, podobnie jak kilku innych, nigdy już więcej nie widziano w okolicy.

W miarę gromadzenia się tak przytłaczających dowodów jego winy Dumollard postanowił przyznać się do udziału w zabójstwach. Twierdził mianowicie, że został zmuszony do uczestniczenia w zbrodniczej działalności bliżej nie określonego gangu, i że wyznaczono mu tylko zadanie zwabiania dziewcząt w odludne miejsca. Zabójstw mieli dokonywać inni członkowie gangu, których nazwisk nikt nie znał.

Nie wiadomo, jak długo Dumollard upierałby się przy tej wersji, gdyby nie zeznania jego żony. Pani Dumollard w pewnym momencie załamała się i złożyła obszerne wyjaśnienia. Jak twierdziła, nie brała udziału w zabójstwach. Po plecach przesłuchujących ją policjantów przebiegał dreszcz, gdy wyjaśniła cichym, ponurym głosem, co było jej wiadomo o poczynaniach męża.

Otóż Martin przychodził czasami po prostu później do domu i oznajmiał: "Zabiłem dziewczynę w lasach Montluel (czy gdzie indziej). Muszę teraz pójść ją zakopać". Następnie znów wychodził z domu, niosąc łopatę, a gdy wracał, dźwigał zwykle ze sobą kuferek zamordowanej, pieniądze (jeśli miała je przy sobie) i zakrwawioną odzież, zdjętą ze zwłok. Zadaniem żony było wypranie tych ubrań.

Pani Dumollard nie wiedziała, gdzie mąż zakopywał zwłoki. Tylko raz, po powrocie, opisał jej dokładnie miejsce, gdzie ukrył swą kolejną ofiarę. Kobieta zdołała zaprowadzić tam policjantów. Po przekopaniu skrawka ziemi na polanie odnaleźli oni istotnie szkielet młodej dziewczyny, zmarłej prawdopodobnie na skutek silnego uderzenia w głowę.

Poinformowany o zeznaniach żony Dumollard przyznał się wreszcie do zabójstw, choć nie był w stanie podać dokładnie, ile dziewcząt padło jego ofiarą. Wskazał miejsca, gdzie zakopał dalsze trzy ciała, twierdząc, że pozostałe wrzucał do rzeki (w okolicy przepływa Rhone). Usiłując ustalić rzeczywistą liczbę ofiar, dokładnie przejrzano zawartość kufrów. Zawierały one odzież co najmniej dziesięciu różnych osób, przyjęto więc, że taka właśnie (lub większa) była liczba ofiar Dumollarda. Dziewięciu dziewczętom udało się ujść z życiem, zatem Dumollard miał na sumieniu co najmniej 19 napadów.

Proces obojga Dumollardów stał się sensacją na skalę całego kraju. Gdy wydawano wyrok śmierci na mordercę, ogromny tłum przed gmachem sądu domagał się okrzykami wydania Dumollarda, by dokonać na nim linczu. Pani Dumollard skazana została na 20 lat ciężkich robót.

Szkoda, że w czasach, gdy Dumollard popełniał swe zbrodnie, nie prowadzono jeszcze badań osobowości przestępców. Na podstawie akt sprawy wydaje się prawdopodobne, że Dumollard był psychopatą o sadystycznych skłonnościach. Dowodem na to może być fakt, że jedną ze swych ofiar, której zwłoki następnie znaleziono, zakopał żywcem, nie zadając sobie nawet trudu ogłuszenia jej. Wprawdzie okradał swe ofiary, lecz zdarza się to niekiedy także i u innych wampirów. Nie wiemy, czy Dumollard gwałcił swe ofiary. Zawsze natomiast je rozbierał przed zakopaniem zwłok, co zresztą nie dowodzi bynajmniej, że czerpał z tego seksualną przyjemność. Być może żal mu było zakopywać odzież w dobrym stanie, która mogła się przecież jeszcze przydać. Nie sposób stwierdzić dzisiaj, do jakiego stopnia Dumollard kierował się chęcią zysku, mordując swe ofiary. Kronikarze zwracają uwagę na jego niebywałe skąpstwo i pazerność. Stojąc na szafocie, spojrzał na żonę, którą przyprowadzono, by patrzyła na jego śmierć i zamiast pożegnania przypomniał jej, że sąsiad jest im winien parę groszy, które należy odzyskać...

Niejasna jest też rola pani Dumollard. Być może namawiała go do zabójstw, również pragnąć pomnażać majątek. Bardziej prawdopodobne wydaje się jednak, że pomagała mu tylko w zacieraniu śladów i ze stoickim spokojem akceptowała jego dziwne upodobania.

Po egzekucji głowę Dumollarda przesłano do pewnego instytutu naukowego. Frenolog, który ją badał, stwierdził jednoznacznie, że sądząc po kształcie czaszki, Dumollard był człowiekiem o kryształowym charakterze...


ALBERT FISH

W latach trzydziestych, gdy sprawa Alberta Fisha nabrała ogromnego rozgłosu, specjaliści uważali ją za przypadek niezwykły, zaś w literaturze z dziedziny psychopatologii i psychiatrii nie opisano dotąd żadnego przypadku, który mógłby się równać historii Fisha pod względem zaawansowania perwersji seksualnej. Dr Frederick Wertham, który jako ekspert sądowy badał stan psychiczny Fisha, poświęcił mu całą książkę. Dzięki niemu wiadomo bardzo dużo o dzieciństwie i młodości zbrodniarza, niewiele natomiast o jego zbrodniach. Fish stanął bowiem przed sądem pod zarzutem jednego tylko morderstwa. Dr Wertham pisze jednak o swym przekonaniu opartym na rozmowach z Fishem, że popełnił on co najmniej 15 morderstw. Jego ofiarami zawsze były dzieci.

Zajmiemy się najpierw przypadkiem, który doprowadził do ujęcia i skazania Fisha. Otóż 3 czerwca 1928 roku Albert Fish, wówczas 58-letni malarz pokojowy, zapukał rankiem do drzwi domu niejakich państwa Budd, których syn, Edward, zamieścił właśnie w nowojorskiej prasie ogłoszenie, chcąc tą drogą znaleźć pracę. Fish przedstawił się jako Frank Howard i zaproponował chłopcu posadę pomocnika w swej firmie odnawiania mieszkań. Warunki wydawały się Edwardowi atrakcyjne, przystąpiono więc do omawiania szczegółów. Nie wiadomo, czy Fish istotnie miał zamiar zatrudnić młodego Budda, własnej firmy w każdym razie nie posiadał. Być może rzeczywiście poszukiwał pomocnika, zmienił jednak plany w chwili, gdy do pokoju zajrzała 10-letnia siostra Edwarda, Grace. Dziewczynka była bardzo ładna i dobrze wychowana. Usiadła grzecznie w kącie i uśmiechając się do gościa, przysłuchiwała się naradzie rodzinnej, w której uczestniczyli także rodzice: pierwsza praca syna nie była dla nich sprawą obojętną. Po chwili zmieniono temat. "Frank Howard" zaczął zachwycać się małą Grace, co sprawiło przyjemność zarówno jej rodzicom, jak i samej dziewczynce. Zaczęła rozmawiać z Fishem, on zaś wynosił pod niebiosa jej rezolutność. Na pierwszy rzut oka było widać, że lubi dzieci i potrafi z nimi rozmawiać.

I tak od rozmów o pracy Fish przeszedł do opowiadania państwu Budd o dzieciach swojej siostry, "uroczych urwisach" - jak się wyraził, z których jeden, starszy, obchodzi właśnie dziś urodziny. Z tej okazji jego siostra (której Fish nigdy nie posiadał) urządza dla kilkorga dzieci małe przyjęcie. - "Chętnie zaprosiłbym kochaną Grace na podwieczorek" - powiedział Fish. - "Będą same miłe dzieci, a moja siostra bardzo się ucieszy. Potem osobiście odwiozę małą do domu" - zapewniał, gdy rodzice wyraźnie się zawahali.

Państwo Budd znaleźli się w dość trudnej sytuacji. Z jednej strony nie bardzo mieli ochotę powierzać swą najmłodszą latorośl człowiekowi bądź co bądź zupełnie obcemu, o którym wiedzieli tylko to, co sam im powiedział, z drugie jednak strony człowiek ten robił niezwykle sympatyczne wrażenie, tak szczerze zachwycał się Grace, a i ona, zazwyczaj nieśmiała wobec obcych, traktowała go jak członka rodziny. A wreszcie, co nie było bez znaczenia, człowiek ten oferował ich synowi doskonałe warunki pracy i wysokie wynagrodzenie. Jeśli nie pozwolą jej pójść z nim na to przyjęcie, może się obrazić i Edward straci taką doskonałą okazję. Państwo Budd wyrazili wreszcie zgodę na udział Grace w przyjęciu u siostry "Franka Howarda". Nie podejrzewali, że skutków tej decyzji nie będą mogli sobie wybaczyć do końca życia.

Fish, z podskakującą z radości Grace, udał się na nowojorski dworzec centralny, skąd pojechali do miasteczka o nazwie Greenburgh. Gdy wysiadali, Fish zapomniał zabrać z przedziału teczki ze swymi "narzędziami" i prawdziwymi dokumentami. Gdyby została ona znaleziona, szybko sprowadziłaby policję na jego ślad. Ale mała Grace zauważyła, że kochany "wujek" nie ma teczki, zawróciła i przyniosła mu ją. Znajdował się w niej między innymi ogromny nóż.

Fish zabrał Grace do pustego domku w Greenburgh, zwanego Wistaria Cottage. Pozostawił małą na piętrze, wyjaśniając jej, że czeka ją miła niespodzianka, sam zaś poszedł do pokoju na piętrze, gdzie rozebrał się do naga, a następnie zawołał małą Grace. Stanąwszy w drzwiach pokoju, Grace, której zdumienie szybko przerodziło się w przerażenie, zaczęła głośno wzywać pomocy - niestety na próżno. To, co się stało, było koszmarem.

Fish udusił małą. Następnie odciął jej głowę, którą potem zakopał gdzieś jako nieprzydatną, zaś ciało przeciął na dwie części i starannie zapakowane zabrał do swojego mieszkania. Kawałki ciała gotował i żywił się nimi przez dziewięć dni. Wyznał potem, że przez cały ten czas odczuwał wielkie podniecenie seksualne.

Z zachowania Fisha widać wyraźnie, że kierowało nim chwilami jakby wewnętrzne pragnienie wpadnięcia w ręce sprawiedliwości. Po sześciu latach, 11 listopada 1934 roku, wysłał bowiem list do państwa Budd. Przyznawał się w nim do zabicia małej Grace i zjedzenia jej ciała, podkreślał jednakże z całą stanowczością, że nie zgwałcił dziewczynki, ani nie zbezcześcił jej zwłok. Samo napisanie takiego listu było ogromną nieostrożnością, a w dodatku wysłał go w kopercie z nadrukiem pewnej firmy malarskiej i dekoratorskiej, która łatwo mogła go zdradzić. Dr Wertham twierdzi, że Fish doskonale zdawał sobie z tego sprawę.

Miesiąc później, 13 grudnia 1934 roku, Fish został aresztowany. Natychmiast przyznał się do zabicia Grace Budd i bez oporów złożył obszerne zeznania. Wtedy to właśnie doktorowi Werthamowi powierzono zbadanie stanu psychicznego Fisha, gdyż nie ulegało wątpliwości, że wykazuje on poważne odchylenia od normy.

Oto dane, jaki zdołał zgromadzić w trakcie swych badań dr Wertham. Fish urodził się około 1870 roku w rodzinie, w której występowały przypadki chorób psychicznych, możliwe więc, że był dziedzicznie obciążony. Gdy miał 5 lat, został umieszczony w sierocińcu; w wieku 15 lat ukończył szkołę i z niewiadomych powodów zmienił imię Hamilton na Albert. Najpierw pracował w sklepie spożywczym, potem został malarzem pokojowym i dekoratorem, w którym to zawodzie pracował całe życie. W 1898 roku Fish ożenił się z młodszą od siebie o dziewięć lat dziewczyną, z którą miał sześcioro dzieci. "Zawsze lubiłem dzieci" - wyznał w czasie śledztwa. Dwadzieścia lat po ślubie jego żona uciekła z lokatorem. Fish nadal opiekował się dziećmi, a także "ożenił się" jeszcze trzykrotnie (nigdy nie uzyskał rozwodu z pierwszą żoną nie starał się też o to), następne "małżeństwa" były więc nie ważne z prawnego punktu widzenia. "Życie seksualne Fisha było wyjątkowo patologiczne" - pisze dr Wertham. Gdy miał 5 lat, wychowawczyni w sierocińcu, prawdopodobnie również osoba o patologicznych skłonnościach, lubowała się w biciu go rózgą po obnażonym ciele. Często dostawał takie "lanie" i wkrótce je polubił. Trudno znaleźć rodzaj perwersji, któremu nie oddawałby się z upodobaniem. Eksperymentował przy tym wiele, wynajdując coraz to nowe formy zaspokojenia seksualnego. Ograniczymy się do odnotowania, że miał zwyczaj wbijać sobie długie igły w ciało tam, gdzie skóra jest najbardziej delikatna i unerwiona. Wykonano zdjęcia rentgenowskie, które ujawniły obecność w ciele Fisha 27 takich igieł, z których kilka przerdzewiało do tego stopnia, że pozostały z nich jedynie maleńkie kawałki. Fish próbował też wbijać sobie igły pod paznokcie, uznał jednak - jak wyjaśnił - że było to zbyt bolesne.

Podobnych doświadczeń dokonywał na swych ofiarach - dzieciach. Przyznał się, że przez całe życie "polował" na dzieci i uwiódł co najmniej sto, zarówno dziewcząt, jak i chłopców. Jako malarz często pracował w piwnicach i w pustych niezamieszkanych jeszcze domach, nie miał więc trudności ze znalezieniem odludnego miejsca, gdzie mógłby sprowadzać swe ofiary. Równie łatwo przychodziło mu wyszukiwanie owych ofiar, bo dzieci garnęły się do niego, zwabione jego sympatycznym wyglądem i zachowaniem.

Chronologicznie rzecz ujmując, ostatnim "wynalazkiem" Fisha były marzenia o kanibalizmie, które wkrótce - jak to widzimy na przykładzie nieszczęsnej Grace Budd - zrealizował ku swojemu zadowoleniu.

Choroba Fisha obejmowała też pewne elementy manii religijnej, uważał on mianowicie, że jest człowiekiem świętym, a swym morderstwom przypisywał charakter rytualny: "Musiałem składać dzieci w ofierze, by oczyścić się ze swych grzechów..." - wyznał. Torturowania dzieci, w tym także kastrowania młodych chłopców dopuszczał się - jak twierdzi - na polecenie jakiejś wyższej siły.

Wobec powyższych informacji nie ulega wątpliwości, że Fish był osobnikiem całkowicie niepoczytalnym i nie odpowiadał za swoje czyny. Mimo to wydano na niego jednogłośnie wyrok śmierci, który był wyrazem oburzenia i odrazy, jaką musieli odczuwać wobec niego przysięgli i sędziowie - wyrok został wykonany.

Zdziwienie może budzić fakt, że człowiek ten zdołał przeżyć 64 lata, oddając się bez zahamowań swym perwersyjnym praktykom i nigdy nie zwrócono na niego uwagi. Otóż tak nie było. Fish wielokrotnie był aresztowany, między innymi za kradzież. Spędził też kiedyś 90 dni w więzieniu za wysyłanie nieprzyzwoitych listów. Dwukrotnie otrzymał wyrok w zawieszeniu za fałszerstwa czeków (nieudolne fałszerstwa). Jego kontakty z wymiarem sprawiedliwości były więc dość częste.

Jak to się stało, że nikt nie zauważył, że ma do czynienia z człowiekiem psychicznie chorym, niebezpiecznym dla otoczenia? Możnaby tłumaczyć to przeoczenie faktem, że Fish najczęściej stawał przed sądem za przestępstwa nie mające związku z jego sadomasochistycznymi skłonnościami. Ale tak naprawdę, co budzi zdumienie i przerażenie Fish dwukrotnie przebywał na obserwacji w szpitalu psychiatrycznym. Został skierowany tam przez sąd, po raz pierwszy w 1930 roku, a więc dwa lata po zamordowaniu Grace Budd. W opinii podpisanej przez specjalistów, można przeczytać: "Niekiedy wykazuje oznaki zaburzeń psychicznych". Podczas drugiego pobytu w szpitalu stwierdzono u niego wprawdzie sadyzm, lecz badań nie kontynuowano i został wypisany. Trzeba stwierdzić, że psychiatrzy owego szpitala dopuścili się wyjątkowo karygodnego błędu w sztuce lekarskiej.

Na koniec przytoczymy opis Alberta Fisha podany przez doktora Werthama "Z wyglądu był łagodnym i nieszkodliwym staruszkiem. Gdybyście szukali kogoś, komu moglibyście powierzyć z czystym sumieniem własne dzieci, spośród setek ludzi wybralibyście właśnie jego..."


KENNETH McDUFF - MIOTLARZ
"Lubił zabijać kobiety, bo skrzeczały jak kury gdy zadawał im śmierć"


Rodzice Kennetha mieli pralnię w Rosebud, małym miasteczku w Texasie, do którego przenieśli się w 1955 roku. Interes dobrze się kręcił, więc dzieciaki McDuffów miały to, czego tylko zapragnęły. Młody Kenneth jeździł ulicami strzelając do skrzynek na listy i zwierząt sąsiadów. Nauczycielka w szkole, do której uczęszczał, nie mogąc sobie z nim poradzić, poprosiła o pomoc panią psycholog, jednak ta po trzech dniach nieudanych prób nawiązania kontaktu z Kennethem, dała za wygraną. McDuff zaczynał jako włamywacz. W latach 60 okradł wiele domów, za co został osadzony w zakładzie karnym. Dopiero wtedy rozpoczął "karierę" seryjnego mordercy. W tym czasie rodziców McDuffa dotknęły liczne nieszczęścia. Starszy syn został zastrzelony przez męża swojej kochanki, a córka została kaleką na całe życie w wyniku wypadku.

Kenneth swoje pierwsze morderstwo popełnił 6 sierpnia 1966 roku. Tego dnia udał się do Marlin, aby spotkać się z przyjacielem Royem Dale Greenem. Razem udali się do Forth Worth. jak się okazało w późniejszym czasie, Kenneth powiedział Royowi, że chce kogoś zabić. W mieście zobaczyli troje nastolatków (Edna Sulliwan 16 lat, Robert Brand 17 lat i jego o rok młodszy kuzyn, Mark Dunnam). Gdy podjechali bliżej, Kenneth wyciągnął pistolet ze skrytki i podszedł do ich auta. Chłopcom kazał wejść do bagażnika, a dziewczynie usiąść na tylnim siedzeniu. Razem z Royem, wielokrotnie zgwałcił dziewczynę. Po całym zajściu zastrzelił chłopców, dziewczyna nie podzieliła ich losu, gdyż "nie starczyło" dla niej kul. Wyciągnął ją z samochodu i przeciągnął przez żwirową drogę. Jedyną bronią jaką znalazł pod ręką był kij od miotły. Złapał go i uderzył nim z całych sił w gardło dziewczyny łamiąc jej kark i powodując uduszenie. Następnie wraz z Royem odjechali. Sprawa została rozwiązana dzięki Greenowi, który za pomoc w śledztwie został skazany tylko na trzynaście lat więzienia, Kenneth natomiast dostał karę śmierci. Roy Dale Green wydał Kennetha bez skrupułów, twierdząc przy tym że gdyby tamten miał okazję pozbyłby się także i jego. Niestety w 1972 roku sąd zniósł w niektórych stanach karę śmierci uznając ją za niesprawiedliwą. W przypadku naszego "bohatera" została ona zmieniona na dożywocie. Wtedy McDuff rozpoczął batalię zmierzającą do jego wyjścia na wolność. W tamtych czasach w Texasie panowała wielka swoboda w przepisach dotyczących zwolnień warunkowych. Niewiadomo było czy dożywocie oznacza 20, 30 czy 40 lat. McDuff bardzo chciał wyjść na wolność, składał podania o zwolnienie warunkowe, jedno po drugim. Za każdym razem dostawał odmowną odpowiedź, lecz nie poddawał się i wreszcie w 1990 roku, po odbyciu bardzo krótkiej kary, wyszedł na wolność. Okoliczności jego zwolnienia były podejrzane. Tak czy inaczej był wolny. Wszystkich mieszkańców Rosebud ogarnęła panika i strach gdy dowiedzieli się o jego wyjściu, ponieważ każdy pamiętał jeszcze groźby skierowane pod adresem sędziego i jego rodziny. McDuff oczywiście pojawił się w miasteczku, zatrzymał się na głównej ulicy, zaatakował jakiegoś przechodnia nożem i uciekł. Kilka razy pojawił się też w jednej z miejscowych spelunek, ale nigdy podczas tych wizyt nie został ujęty. Kenneth chciał zabijać, prawdopodobnie więc dlatego zapisał się do Stanowego Technikum w Texasie i zamieszkał w akademiku. Miał 43 lata, lecz przebywał z 18-latkami i zachowywał się jak oni. Przebywał na zwolnieniu warunkowym i musiał udowodnić, że chce pracować. Twierdził, że interesuje go handel, zapisał się więc do szkoły handlowej. Rozpoczął nowe życie, ale nadal był seryjnym mordercą. 43-letni mężczyzna o mentalności nastolatka. Okazało się, że szkole nawiązał podejrzane znajomości, miał kontakt z narkotykami i wykorzystał okres nauki do popełnienia kolejnych przestępstw.

15 października 1991 roku zaginęła 21-letnia Regina Moore. Do tej pory nie udało się odnaleźć dziewczyny. Ani żywej, ani martwej. McDuff twierdzi, że nie wie co się z nią stało. "Byłem tylko jej chłopakiem"- twierdzi. Detektyw zajmujący się sprawą zaginięcia Reginy twierdzi inaczej. "Ta dziewczyna była prostytutką i Kenneth ją znał. Pewnej nocy przyjechał po nią swoją ciężarówką. Podczas jazdy, w samochodzie coś się wydarzyło. McDuff wpadł w furię, dziewczyna chciała wysiąść. Na drodze stała blokada policyjna. Policjanci spostrzegli jadącą ciężarówkę z próbującą się z niej wydostać dziewczyną. Ta, gdy tylko ich ujrzała zaczęła wołać o pomoc i kopać przednią szybę. Stłukła ją, lecz i tak nie zdążyła uciec. Policjanci musieli odskoczyć na bok gdy McDuff omijał blokadę, lecz zaraz zaczęli pościg. Niestety po chwili ciężarówka zniknęła im z oczu w jakiejś bocznej uliczce. Znaleźli ją później, lecz niestety nie było w niej śladu dziewczyny i Kennetha. Samochód był dokładnie wyczyszczony. Matka Reginy Moore Barbara Carpenter powiedziała "McDuff musi powiedzieć gdzie ona jest. Nie proszę o nic więcej."

Pod koniec 1991 roku McDuff często pojawiał się w Ostin, aby kupić albo co bardziej prawdopodobne ukraść narkotyki. Czasami pojawiał się tam z Hankiem Worly. Pewnej nocy, podczas takiej wspólnej wyprawy, Kenneth zauważył w myjni samochodowej dziewczynę (Collen Reed 28 lat) w swoim typie. Jej widok wyzwolił w nim jakiś zwierzęcy instynkt. Zaczął zachowywać się jak zwierzę, które zwęszyło ofiarę. Podjechał bliżej i zaparkował samochód obok dziewczyny myjącej samochód. Kazał Worleyowi zostać w pojeździe, a sam poszedł do dziewczyny. Chwycił ją za gardło i podniósł do góry. Kopała i krzyczała, ale on nie zwalniając uścisku zaniósł ją do samochodu. Kazał Hankowi ruszyć, a on wraz z dziewczyną usiadł z tyłu. Worley miał jechać do domu rodziców McDuffa, który był oddalony od Ostin o jakieś 60-70 mil. W czasie jazdy McDuff zgwałcił swoją ofiarę. Collen próbowała wydostać się z samochodu, ale bezskutecznie. Na dodatek to jeszcze bardziej rozwścieczyło oprawcę. Uderzył dziewczynę, związał jej z tyłu ręce i zaczął tortury. Zapalił papierosa i przypalał jej skórę. Krzyczała z bólu i błagała, McDuffa o litość, a Worleya o pomoc. To trwało ok. 1h, aż cała trójka znalazła się przed domem rodzinnym Kennetha. Mimo tego, że była grudniowa noc, to dziewczyna była naga. McDuff nie zaprzestał tortur, mimo tego że krzyki dziewczyny mogli usłyszeć jego rodzice. Ale na nieszczęście dziewczyny, nie usłyszeli. Następnie położył dziewczynę na masce samochodu i z całych sił uderzył w głowę. Rozległ się trzask, jak podczas łamania drzewa. Dziewczyna leżała bez życia, ale Kenneth aby sprawdzić czy nie żyje przypalił ją jeszcze kilka razy papierosem. Następnie wrzucił do bagażnika jak worek kartofli. Więcej jej nie widziano. Podczas przesłuchań Worley przyznał się że razem z McDuffem zgwałcił Colleen Reed.

Następną ofiarą McDuffa była prostytutka Valencia Kay Joshua, którą ostatni raz widziano w akademiku gdy poszukiwała McDuffa. Jej ciało znaleziono miesiąc później w płytkiej mogile w lasku za miasteczkiem uniwersyteckim. Kolejna była Melisa Northrup, żona Arrona Northrupa z którym Kenneth pracował w Quik Park. Melisa zniknęła 1 marca, a jej ciało znaleziono po 57 dniach od zniknięcia, na opustoszałych terenach, niedaleko miejsca jej zniknięcia. Ciało wrzucono do wody prawdopodobnie w dniu jej zniknięcia. To morderstwo, było najbardziej bestialskim z wszystkich, jakie dokonał McDuff, ponieważ Melisa nosiła pod sercem maleńką istotkę. 30 metrów od miejsca w którym znaleziono ciało, stał porzucony samochód Kehhetha. On sam zbiegł do Texasu. Aby przyśpieszyć ujęcie zbiega, podano jego rysopis producentom programu, dzięki któremu udało się złapać wielu przestępców. McDuff znajdował się obecnie w Cansas City i był tam zatrudniony jako kierowca śmieciarki. Po obejrzeniu tego programu, inny pracownik firmy przewozowej zaczął podejrzewać, że posługujący się innym nazwiskiem, McDuff jest poszukiwanym mordercą. Wahał się przez jakiś czas, aby upewnić się w swoich podejrzeniach ale wreszcie pewnego dnia zadzwonił na policję. Dzięki temu McDuff zastał ujęty podczas pracy w Cansas City.

W lutym 1993 roku "miotlarz" Kenneth McDuff został skazany na karę śmierci, poprzez uśpienie zastrzykiem. Egzekucja miała zostać wykonana w więzieniu w Huntsville. McDuff przed czekając na wykonanie wyroku stwierdził: "Warunki w więzieniu nie są dobre, a ja nie mogę liczyć na zwolnienie. Uśpienie wydaje się lepsze niż obecna, licha egzystencja". Matka jednej z ofiar prosiła , aby McDuff przed egzekucją powiedział jej gdzie jest ciało jej córki, ponieważ ona chce jeszcze zanim umrze godnie ją pochować. Detektyw prowadzący sprawę McDuffa powiedział że słowo sadysta, zostało stworzone specjalnie dla Kennetha.


MICHAEL ROSS - DUSICIEL Z POBOCZA DROGI
"Zabił osiem kobiet - przemoc i seksualność są dla niego jednym."


Pierwszą zamordowaną była Tammy L. Williams (lat 17), jej ciało odnaleziono 29 lipca 1982 roku. Świadek widział jak szamotała się z jakimś mężczyzną - potem dziewczyna zginęła. Drugą ofiarą była Debra Smith Taylor (lat 23), odnaleziona 30 października 1982 roku. Około północy widziano ją w parku kilka kilometrów od miejsca gdzie zamordowano Tammy L. Williams - jej ciało znaleziono na dnie wyschniętej rzeki. Kolejną ofiarą była Robin Dawn Stavinski (lat 19), odnaleziona 23 listopada 1983 roku. Zgwałcił ją i podobnie jak poprzednim dziewczynom kazał położyć się na brzuchu. Mówił, że zwiąże ją i puści wolno - następnie udusił ofiarę od tyłu. Czwartą i piątą ofiarą były dwie dziewczyny April Brunais (lat?) i Leslie Shelley (lat 14), odnalezione 28 kwietnia 1984 roku. Łapały autostop nieopodal miejsca gdzie mieszkał Ross. Wcześniej uciekły z domu i postanowiły w końcu wrócić do rodziców. Ross zabrał dziewczyny swoim samochodem, chciały aby podrzucił je na stację benzynową, kiedy minął stację jedna z dziewczyn wyciągnęła nóż kuchenny. "Byłem tak zaskoczony, że niemal wypadłem z drogi nie wiem co jej powiedziałem, ale przestraszyła się i oddała mi nóż." Ross zawiózł dziewczyny w ustronne miejsce i związał szmatą, która leżała z tyłu. Wsadził Leslie do bagażnika a April wyciągnął z samochodu i zgwałcił. Potem ją zabił i posadził na przednim siedzeniu samochodu. Kiedy zamordował April dokładnie w ten sam sposób co poprzednie dziewczyny (przekręcił ją na brzuch i udusił), otworzył bagażnik i powiedział Leslie, że jest mu przykro, ale musi ją zabić. Wyciągnął ją z bagażnika a następnie udusił tą samą metodą. "Śmierć tej najmłodszej, Leslie Shelley, martwiła mnie najbardziej. Może dlatego, że była taka mała i nie opierała się. Ale sposób w jaki ją zabiłem był chyba najbliższy moich fantazji." Michael Ross przyznał się do dwóch morderstw, pierwsze popełnił w czasach studiów na Cornell. "Zauważyłem ją gdy szła poboczem drogi, poszedłem za nią chwyciłem i wyciągnąłem nad brzeg stawu - tam ją zgwałciłem i udusiłem, a ciało wrzuciłem do stawu."

Ross został schwytany po zabójstwie ostatniej ofiary w Conecticat. Była nią Wendy Baribeault (lat 17), jej ciało zostało odnalezione 16 czerwca 1984 roku. Ross wracał do domu samochodem, w tym samym kierunku w którym szła poboczem ruchliwej drogi, była około czwarta po południu. Zjechał na pobocze, wyszedł z samochodu i zaczął z nią rozmawiać, próbując przekonać, żeby pojechała z nim na piknik. "Tamtego dnia miałem pracować z kolegą, po południu zadzwonił i powiedział, że jest chory. Mieliśmy odwiedzić kilka mieszkań, ale powiedział mi, że nie może jechać. Zatrzymałem się przed sklepem papierniczym i kupiłem kilka rzeczy. O wpół do czwartej byłem już w drodze do domu. Szła poboczem, zatrzymałem się, wysiadłem z samochodu - potem zgwałciłem ją i zabiłem." Czekał dopóki nie dotrą do miejsca gdzie nie ma samochodów, następnie wciągnął dziewczynę do lasu, pobił i zdarł z niej ubranie, następnie zgwałcił. "Miałem na sobie trzyczęściowy garnitur, było zupełnie widno. Musiało mnie widzieć przynajmniej dziesięć osób, bo tuż obok przejeżdżały samochody." Po zgwałceniu dziewczyny kazał jej przekręcić się na brzuch i udusił ją od tyłu. "Zgwałciłem ją i zamordowałem - to nie było przyjemne. Myślę, że nie ma czegoś takiego jak przyjemny gwałt." Potem przeciągnął ofiarę kilka metrów dalej i przykrył ciało kamieniami. Detektyw Michael Malchik jako doświadczony policjant (badał sprawy ponad stu zabójstw), wiedział, że mordercy chcą jak najszybciej opuścić miejsce zbrodni. Aby się nie ujawnić i nie narazić na schwytanie. To i kilka innych okoliczności sprawiło, że doszedł do wniosku, iż Ross mieszka gdzieś w pobliżu. Tak też było, dom Rossa znajduje się około pięciu kilometrów od miejsca, gdzie porzucił ciało Wendy. Po tej sprawie Michael Ross został schwytany i przyznał się do zabójstw wszystkich kobiet. "Kiedy ją zaatakowałem, nie panowałem nad sobą, nie byłem w stanie przestać - mówię tak dlatego, że pamiętam ten moment. Kiedy już nie żyła nie czułem niczego szczególnego, wiedziałem co się dzieję i wszystko obserwowałem - ale to było jak oglądanie starego filmu. Gdy byłem w podstawówce puszczali te filmy tyle razy, że wszystko zaczęło mi się mieszać. Nie mówię, że to nie byłem ja, że mam rozdwojenie jaźni albo coś podobnego. Byłem tam i zabiłem ją, ale nie miałem świadomości w stu procentach." Michael Ross twierdzi, że cierpi na niekontrolowane porywy agresji seksualnej. "Duszenie kogoś nie przypomina tego co oglądacie w telewizji. Kiedy próbowałem udusić Wendy, wkładałem w to dużo siły, ale nie chciała umrzeć. Musiałem rozluźnić uchwyt, żeby rozprostować palce. Potem zacząłem dusić ją znowu - dopóki nie przestała oddychać, a kiedy ją na chwilę puściłem zaczęła się wić i charczeć. Masz skurcze w rękach i nie udusisz nikogo tak szybko jak to robią w telewizji - 15 sekund i facet nie żyje. Większość prób duszenia to kilka podejść, musisz poruszać rękami dookoła - w przypadku tej Stavinski robiłem to trzy razy. Lekarz skomentował, że to była jakaś szalona siła. Pamiętam, że użył dokładnie tego słowa - szalona. I to mnie bardzo ubawiło, bo facet nie wiedział jak to się robi."

Gdy Michael Ross ukończył uczelnie w Cornell, wyjechał do Północnej Karoliny, gdzie dostał swoją pierwszą posadę. Wciąż jednak podążał tą samą drogą. "Moja dziewczyna przyjechał do Północnej Karoliny, żeby mnie odwiedzić. Wracała do domu więc podrzuciłem ją na lotnisko. Po raz kolejny jej wizyta nie była zbyt udana i byłem podenerwowany. Widziałem tą kobietę jak szła z wózkiem drogą, zjechałem na pobocze ustawiłem się za budynkiem i czekałem aż wejdzie na podjazd. Zauważyła mnie, chwyciłem ją i powiedziałem, że jeśli nie zrobi tego co zechcę rozwalę głowę jej dziecka o ścianę - to dość ważne, nigdy nie rozumiałem dlaczego kobiety mi się nie opierały. Nie jestem wielkim silnym facetem, a mimo to żadna z moich ofiar nie próbowała ze mną walczyć. Zgwałciłem ją potem zacząłem dusić i zostawiłem umierającą, to że przeżyła nie ma nic wspólnego ze mną - taka była wola Boga." Ross był przerażony, gdy obudził się następnego ranka i przeczytał w gazecie, że kobieta doczołgała się z dzieckiem do pobliskiej drogi i zatrzymała samochód - tylko dzięki temu przeżyła.

"Kiedy byłem z jedną kobietą zabiłem cztery osoby, potem miałem związek z inną i nie zabiłem nikogo. Zgwałciłem wprawdzie kobietę, ale nie zamordowałem jej. Potem znów zmieniłem partnerkę i zabiłem kolejne cztery osoby. Tak więc istniał bezpośredni związek między moimi partnerkami a mordowaniem. Mówili mi, że nie byłbym wstanie zabić osoby z którą jestem, kocham ją i potrzebuję jej, aby czuć się dobrze. Więc rozładowuję złość na kimś obcym, kimś kogo nie znam i z kim nie jestem blisko."
"CYTATY"
MICHAEL ROSS

"Kiedy już nie żyły, pamiętam, że pierwsze co czułem, to jak mocno wali mi serce. Drugim wrażeniem był ból, bolały mnie ręce od duszenia, zawsze robiłem to rękami, a potem przychodziło trzecie uczucie - strach. Seryjni mordercy lubią dusić ofiary, to chyba najpopularniejsza forma zabijania. Śmierć jest bardziej rzeczywista i nie taka szybka. Po każdym morderstwie wmawiałem sobie, że już tego nie zrobię. Nie mogły nic powiedzieć, ani zrobić - to ja kontrolowałem sytuację, były martwe już kiedy je zobaczyłem. Myślę, że nigdy nie czułem większej ... nie wiem jak to nazwać? Nie chcę powiedzieć przyjemności albo podniecenia. Nie potrafię opisać co wtedy czułem, ale na pewno to wrażenie nie byłoby tak silne, gdybym kogoś zadźgał lub zastrzelił. Kiedy byłem młodszy moje fantazje nie były związane z przemocą, nie wiem czy były normalne, ale nie myślałem o okrucieństwie. Pamiętam, że marzyłem o tym jak porywam kobiety, zabieram je do mojej kryjówki. A one zakochują się we mnie i nie chcą odejść - jak w Jamesie Bondzie. Kiedy byłem już w collegu, moje marzenia stały się bardziej okrutne, wtedy zacząłem myśleć o gwałtach. Śledziłem kobiety do ich domów i czułem dreszcze kiedy widziałem, że są przerażone - to mnie podniecało. Potem zgwałciłem pierwszą dziewczynę - to było w Cornell, następną już zgwałciłem i zabiłem. Nie jestem jakimś super zabójcą osiem osób to nic wielkiego, są o wiele lepsi ode mnie. Czułem się jakbym stał nad przepaścią, jak mucha, która powoli zsuwa się do pułapki, byłem na krawędzi, można mnie było zepchnąć bez wysiłku. To było przerażające, ale nie jestem już taki, teraz jestem bardzo sympatyczny. Jeśli nadarzyłaby się odpowiednia okazja, zabiłbym z łatwością. Do tych zabójstw przyczyniły się moje osobiste problemy - po prostu wybuchłem, tak bym to określił. Czułem, że żyje pod presją i coś pociągnęło za sznurek. Każdy uzbrojony ładunek wybuchowy ma swój zapalnik. Przez problemy w związkach z kobietami odczuwałem coraz większe napięcie i kiedy zauważyłem, że są bezbronne - to był dla mnie sygnał, wtedy zabijałem. Zabijałem je, bo nie były dla mnie żywymi ludźmi - musiałem to robić. Myślicie pewnie, że gdy się kogoś zabije jego twarz postanie wam na zawsze przed oczami i nie będziecie mogli się jej pozbyć. Nigdy czegoś takiego nie miałem, jedyne twarze jakie widziałem, to te w gazetach, kilka dni później. Oglądałem zdjęcia z cyklu ktokolwiek widział tę dziewczynę - dopiero wtedy o nich myślałem. Jeśli ktoś zatrzymałby mnie po zabójstwie i kazał wybrać twarz ofiary z dwunastu zdjęć brunetek i blondynek nie byłbym w stanie tego zrobić, nawet bezpośrednio po morderstwie - nie umiałbym tego zrobić. Nie chcę powiedzieć, że nie mam wyrzutów sumienia, po prostu to nie było dla mnie rzeczywiste. Wiem, że to brzmi strasznie, ale nie traktuję tego jak zabójstwa. Gdy mówię, że nie mam wyrzutów sumienia, to nie znaczy, że nie żałuję tego co się stało i nie chciałbym ich wskrzesić. Po prostu nie pozwalam, żeby torturowały mnie obrazy samego morderstwa lub tego co robiłem tym kobietom, zanim je zabiłem. Cierpię na schorzenie psychiczne zwane sadyzmem seksualnym. Sądzę, że jest to po części efekt zaburzeń psychicznych, a po części tego jak zostałem wychowany. Największe podniecenie przynoszą mi myśli o duszeniu kobiet. Kiedy mnie tu przywieziono, przeżywałem wszystkie te morderstwa na nowo - robiłem to wielokrotnie. Kiedy miewałem gorsze okresy to trwało całymi tygodniami, przeżywałem te sceny wiele razy dziennie i masturbowałem się tak często, że miałem rany. Wykorzystywałem je i poniżałem dla własnej przyjemności - to się musiało kiedyś skończyć. To, że jestem na bloku śmierci, miało być dla mnie karą, ale dla niektórych z nas śmierć nią nie jest - karą jest samo życie."
ANNE COURNOYER
(KURATOR SĄDOWY MICHAELA ROSSA)

"W jednej chwili jest bliski płaczu, a zaraz potem zaczyna sadystycznie, czy też nerwowo chichotać. Nie wiem co się dzieje, może to nerwy, a może rozmowa o tym, co sprawia mu przyjemność. Widuję Michaela Rossa codziennie i uważam, że jest bardzo wyrachowany. Wszystko co mówi lub robi jest dokładnie przemyślane - właśnie przez to jest taki niebezpieczny. Z czasem psychika Michaela Rossa uległa zmianie. Kiedyś złożył do sądu prośbę o kastrację z powodu niekontrolowanych impulsów seksualnych. Twierdził, że jest zamknięty i zupełnie nie daje sobie z tym rady."
DETEKTYW MICHAEL MALCHIK
(ARESZTOWAŁ ROSSA 28 CZERWCA 1984 ROKU)

"Gdy się na niego popatrzy jest zupełnie nijaki, a już na pewno nie groźny. Ma dobry charakter i ładnie się wysławia. Gdy go aresztowaliśmy wielu jego znajomych było zszokowanych. Pracował jako agent ubezpieczeniowy i miał dobry kontakt z ludźmi. Nikt nie podejrzewał, że jest w stanie popełnić tak ohydne zbrodnie. Nie było w nim nic przerażającego, żaden z jego znajomych nie był w stanie dostrzec jego ciemnej strony. Ukrywał to doskonale do chwili gdy zaczął atakować te bezbronne dziewczyny kiedy tylko miał na to ochotę. Najbardziej przerażające w Michaelu Rossie jest to, co on sam mi powiedział; Mike jeśli byś mnie nie złapał na pewno zabijałbym dalej. Powiedział, że jest mu przykro, ale tylko dlatego - że został złapany. Miałem do czynienia z wieloma przestępcami, jeśli ktokolwiek zasługuje na karę śmierci, to właśnie Michael Ross. I myślę, że jeśli ktoś by go o to zapytał, byłby tego samego zdania."
C. ROBERT "BULLDOG" SATTI SNR.
(PROKURATOR STANOWY CONNECTICUT)

"Moje pytanie do przysięgłych brzmiało. Czy uważają to za sprawiedliwe, że żołnierz zabija na wojnie, a policjant w trakcie wykonywania swoich obowiązków - czy osoba, która kogoś zabija musi być niezrównoważona psychicznie?. Oczywiście większość ławników odpowie na to pytanie - nie. Jest wielu ludzi, którzy mają problemy psychiczne ale w świetle naszego prawa nie jest to żadna okoliczność łagodząca. Być może jest sadystą seksualnym, i co z tego?. To nie usprawiedliwia, ani tego co zrobił, ani też nie stanowi żadnej okoliczności łagodzącej, która mogłaby wpłynąć na zasądzenie wyroku łagodniejszego niż kara śmierci."


KENNETH BIANCHI I ANGELO BUONO - DUSICIELE ZE WZGÓRZ


Kenneth Bianchi przyjechał do Los Angeles w połowie lat 70. Miał zamieszkać u swojego kuzyna Angelo Buono, który obiecał załatwić mu pracę. Razem zawiązali spółkę, która była początkiem serii morderstw. Porwali dwie 16-latki i zmuszali je do prostytucji w domu Buono. Pierwsze przypadki morderstw zaczęto odnotowywać po ucieczce dziewcząt z niewolniczej niemal pracy. W październiku 1977 roku znaleziono ciało Yolandy Washington. Miała 20 lat i była pierwszą ofiarą. Jej ciało było nagie a przyczyną zgonu było uduszenie. Bianchi zeznał, że zanim ją udusił odbył z nią stosunek na podłodze samochodu.

Do końca listopada 1977 roku znaleziono w Los Angeles ciała jeszcze ośmiu dziewczyn. Media podały do wiadomości publicznej, że na wolności grasuje seryjny morderca, a jego ofiarami są prostytutki. To nie było zgodne z prawdą, ponieważ na początku grudnia okazało się, że kilka z ofiar było studentkami. W trakcie sekcji, zwłok na wewnętrznej stronie ręki jednej z ofiar wykryto dodatkowe odciski palców, które uświadomiły policji, że sprawców było dwóch. Jeden trzymał ofiarę za ręce, a drugi w tym czasie ją dusił. Niepokój mieszkańców Los Angeles wzrósł jeszcze bardziej, gdy przeciekła informacja, iż zabójcami są osoby będące policjantami, lub podające się za stróżów prawa. Ludzie byli oburzeni faktem, że policja nie mogła zapobiec tym morderstwom. Całe miasto było sparaliżowane strachem, a w szczególności młode, samotne kobiety idące do pracy, znajomych czy na zakupy zarówno w dzień jak i w nocy. Ofiary (np. Kristina Weckler 20 lat), były przed śmiercią strasznie torturowane. O Kristinie Bianchi mówi tak: "Dziewczyna miała na głowie torbę, do środka włożyliśmy rurę z nowozainstalowanej kuchenki, a następnie włączyliśmy gaz." Robili jej też zastrzyki z płynu czyszczącego. Wstrzykiwali go w ręce oraz szyję dziewczyny.

Następnymi ofiarami były dwie dziewczynki (Sonja Johnson 14 lat, Dolores Cepeda 12 lat). Buono i Bianchi, jechali za autobusem którym dziewczynki wracały z centrum handlowego. Musieli udawać policjantów, aby przekonać dziewczynki że są aresztowane. Pojechały z nimi do domu Buono, myśląc, że jadą na posterunek policji. Na miejscu zrobili z nimi to, co z innymi ofiarami, mianowicie zgwałcili, torturowali a następnie udusili. Bianchi zeznał : "Po zamordowaniu jednej dziewczynki, do pokoju została wprowadzona druga. Miała zawiązane oczy i pytała o przyjaciółkę. Powiedziałem jej że już wkrótce się z nią zobaczy." Gdy druga z dziewczynek już nie żyła, zabrali ciała na wzgórze i tam je porzucili. Na tym wzgórzu, wiele osób wyrzucało śmieci. Znajdowały się tam rozbite kanapy, stare materace, a teraz także ciała dwóch dziewczynek, które znaleziono dopiero po dwóch tygodniach.

Następna ofiara (Lauren Wagner lat 18) była przed śmiercią torturowana w bardzo okrutny sposób. Bianchi i jego kuzyn, z odciętego od lampy przewodu odizolowali dwa cienkie druciki i za pomocą taśmy klejącej przymocowali do rąk dziewczyny. Następnie każdy z nich na przemian wkładał i wyjmował wtyczkę z gniazdka. To za każdym razem powodowało przepływ prądu przez jej ciało, co w znacznym stopniu przyczyniło się do jej śmierci.

W styczniu nie było żadnych morderstw, prawdopodobnie dlatego że matka Angelo Buono przebywała w szpitalu, śmiertelnie chora. Jednak okres bez "żniw" w postaci ofiar trwał tylko do lutego tego samego roku. Tego miesiąca miało miejsce ostatnie (w Los Angeles) morderstwo dusiciela ze wzgórz. Ofiarą była 20-letnia Cindy Lee Hudspeth. Jej ciało znaleziono oczywiście na wzgórzach. Po tym morderstwie Bianchi wyjechał z Los Angeles w pogoni za swoją konkubiną, która uciekła do Bellingham w stanie Washington.

Bianchi od najmłodszych lat chciał zostać policjantem. W rodzinnym mieście próbował dostać się do rezerwy, w Los Angeles natomiast chciał pracować jako detektyw, lecz dopiero w Bellingam został zatrudniony do programu ochrony objazdowej. Miał niezwykły talent do omamiania ludzi. Świadczy o tym m.in. to, iż przekonał władzę ochrony, że posiada ogromne profesjonalne umiejętności, zaprzyjaźnił się z kilkoma policjantami z Bellingham, został komendantem oddziału, zdał egzamin na wydział policji uczelni w Bellingham i dostał się na listę oczekujących na pracę. W styczniu 1979 roku pracując jako ochroniarz uknuł plan zwabienia studentki do pustego domu, którego pilnowała - pod nieobecność gospodarzy - firma w której pracował. Zdobył klucze i postarał się aby wybranego dnia, to on pełnił wartę. Następnie zaproponował Karen Mandie 100 USD wzamian za popilnowanie domu, ponieważ on w tym czasie będzie zajęty czymś innym. Zabronił aby komukolwiek mówiła o tym układzie ponieważ mogłoby to wyjść na niekorzyść firmy. Karen nie chcąc być sama w nocy, zaprosiła do towarzystwa Diane Wilder. Tak więc Kenneth zamiast jednej dziewczyny miał dwie. Karen powiedziała swojemu chłopakowi, że będzie pilnowała domu dla kapitana Bianchi. Kiedy nie wróciła, jej chłopak zadzwonił na policję. Dwaj policjanci pełniący służbę mieli złe przeczucia, chcieli przesłuchać Bianchiego, aby dowiedzieć się czy znał dziewczynę. Zaprzeczył temu i tak zaczęła się cała sprawa. Policja zaczęła szukać samochodu Karin. Jednak jeszcze przed znalezieniem ciał policja uznawała Kennetha Bianchi za głównego podejrzanego. A niedługo potem znaleziono samochód w którym znajdowały się zwłoki dziewczyn, rzucone jedne na drugie jak worki kartofli. U Bianchiego w domu policja znalazła wycinki dotyczące Kaliforni, więc jak mają w zwyczaju, wysłali do innych stanów prośby o jakiekolwiek informacje dotyczące Kennetha. Po otrzymaniu odpowiedzi połączyli wszystko w jedną całość, odcisk dłoni, tablice rejestracyjne, morderstwa z Belingham i Los Angeles. Wszystko to wiązało się z dusicielem. Nie pasowała tylko jedna rzecz, a mianowicie na ciałach ofiar znaleziono włosy z tapicerek wielu samochodów. Jednak gdy policja dotarła do Buono, sprawa się wyjaśniła. Okazało się że, Buono miał warsztat tapicerski i razem z kuzynem wykorzystywali zostawione przez klientów do obicia samochody. Nimi przewozili porwane dziewczyny. Dusiciele zostali ujęci.

W marcu 1979 roku pewien doktor, po zbadaniu Bianchiego stwierdził iż ten, może posiadać podwójną osobowość. Kenneth utrzymywał, że morderstwa popełnił Steve, jego druga osobowość. Bianchi nienawidził Steve`a, a dziewczyny zabił ponieważ też ich nienawidził. Doktor powiedział mu że przecież ich nie znał, to jak mógł je nienawidzić. A on na to, że Steve je znał. Stan Kennetha był trochę podobny do rozdwojenia jaźni, ale wykorzystywanie podwójnej osobowości było dla niego wygodne, ponieważ pozwalało odsunąć prawdziwego Kennetha od wizerunku złego człowieka, którym niewątpliwie był. Podczas rozmów z lekarzami podawał czasami sprzeczne szczegóły dotyczące morderstw. Policja próbowała nakłonić go do przyznania się do morderstw oraz do zeznawania przeciwko Angelo Buono, w zamian miał uniknąć kary śmierci. Podczas procesu Bianchi powiedział:

"Nie potrafię złagodzić bólu jaki zadałem innym, nie spodziewam się też przebaczenia, które pomogłoby mi żyć z tym co zrobiłem. Przyjmuję odpowiedzialność za swoje czyny. Zrobię też wszystko, aby pomóc w skazaniu Angelo Buono."

Kenneth Bianchi został skazany na karę dożywotniego pobytu w więzieniu za morderstwo pierwszego stopnia. Po tym miał uczestniczyć w procesie Angelo, ale zamiast tego próbował przekonać świat że nie jest mordercą, a jego zeznania zostały na nim wymuszone. W tym czasie miały miejsce kolejne wydarzenia. Bianchi zaczął się spotykać w więzieniu z więźniarką domu poprawczego Veronicą Campton. Usiłował w niej zasiać wątpliwość co do jego winy. Wpadł na pomysł, który mógł być jego przepustką do wolności. Chciał aby skopiowała jego morderstwo, a w ten sposób udowodnić wszystkim, że prawdziwy morderca jest na wolności a on - niewinny - został osądzony i skazany. Zanim poleciała do Belingham trochę wypiła i wzięła jakieś pigułki. W przebraniu próbowała udusić jakąś kobietę, lecz została zatrzymana. O winie Bianchiego przekonała się dopiero jakiś czas potem. Kiedy chciała dowiedzieć się dlaczego, Kenneth zapytał się jej czy jako dziecko nie miała takiego pragnienia aby wejść do sklepu, wziąć to na co ma się ochotę i wyjść bez płacenia - odpowiedziała twierdząco. On miał tak samo, tylko dotyczyło to dziewczyn spotkanych przypadkowo na ulicy, a nie towaru w sklepie.

Listopad 1981 roku - początek najdłuższego procesu świata (dwa lata i dwa dni). Bianchi był świadkiem przez 6 miesięcy. Angelo Buono nie dostał kary śmierci, ponieważ byłaby ona niesprawiedliwa w stosunku do dożywocia Kennetha Bianchi. Jest on socjopatą, który myśli, że świat należy do niego. Zapytany o morderstwa, powiedział że miał powody aby ich dokonać. Stwierdził też, że jego morderstwa dzielą się na trzy kategorie. Pierwsza to ukaranie samego siebie, druga to podniecenie seksualne wywołane świadomością zakończenia aktu miłosnego morderstwem, a trzecia to fakt, że umarli, z całym szacunkiem dla dziewczyn - jak stwierdził - nie opowiadają bajeczek.

Los Angeles końca lat 70-tych. Miasto aniołów. Fabryka snów. Gangi, uliczni handlarze narkotyków, prostytutki. Ale także luksusowe Beverly Hills i studia filmowe. Dużo przestępców. O morderstwach nie mówiło się jednak wiele, dopóki nie zaczęli działać Kenneth Bianchi i Angelo Buono.

Para na śmierć i życie. Właściwie - na śmierć. Są kuzynami. Lubią dziewczyny, zwłaszcza gwałcić je i mordować. Absolutnie niepodobni do siebie. Bianchi z wąsikiem i przedziałkiem przypomina do złudzenia włoskiego kelnera z podrzędnej pizzeri. Buono to - jak go niektórzy określają - grzeszny elf sadysta. Po połączeniu sił stworzyli duet tak skuteczny, że na półtora roku całe Los Angeles zamarło ze strachu. Boją się najbardziej kobiety. Bowiem to ich nagie ciała są znajdowane pośród wzgórz otaczających miasto aniołów. Na ulicach i w kawiarniach mówi się o tajemniczym dusicielu ze wzgórz. Nikt jeszcze nie wie, że jest ich dwóch.

Dla mieszkańców Los Angeles ponura historia rozpoczyna się 18 października 1977 roku. Wtedy to na trawniku Cmentarza Leśnego znaleziono nagie ciało czarnej prostytutki Yolandy Washington. Terenem jej pracy był Hollywood Boulevard. Zanim została uduszona jakąś częścią ubrania, zgwałciło ją dwóch mężczyzn. Dla policji nie jest to specjalnie ważna sprawa; ot jeszcze jedna martwa dziwka. Mijają niecałe dwa tygodnie i na przedmieściach Los Angeles w La Crescenta pojawia się następne ciało. Jest l listopada 1977 roku. Tym razem ofiarą pada 15-letnia Judy Miller, początkująca prostytutka, która uciekła z domu aby zasmakować wolności. Skrępowali jej dłonie i stopy taśmą klejącą. Aby nie wzywała pomocy oraz swoimi wrzaskami nie psuła im zabawy, zakleili jej także usta. Judy została zgwałcona zarówno waginalnie jak i analnie. Finał zabawy - śmierć przez uduszenie.

I znów policja opieszale podchodzi do swoich obowiązków. Nikt nie myśli łączyć tych dwóch spraw. W końcu były to osoby żyjące na marginesie społeczeństwa. Dopiero następne dwa tygodnie przekonują policjantów, jak bardzo się mylą. Nagle, niczym z jakiegoś ponurego i mrocznego rogu obfitości, pojawia się siedem następnych ciał. Są to studentki i kobiety wykonujące szanowane zawody. Jednak prawdziwą grozę budzi fakt znalezienia wśród ofiar dwóch dziewczynek, dwunasto - i czternastoletniej. Ostatnia ofiara tej makabrycznej serii, 18-letnia Lauren Wagner, była torturowana przed śmiercią. Na nadgarstkach miała ślady po przypalaniu. Policja jest bezradna. Wydaje się, że tajemniczy maniak seksualny zaczyna mordować wręcz taśmowo. Z sytuacji cieszą się jedynie sklepikarze, sprzedający pojemniki z gazem łzawiącym. Ich obroty osiągają niespotykaną wysokość.

Pojawia się jednak ślad. Sąsiadka Lauren Wagner widziała jak dwóch osobników wpychało ją do ciemnego sedana. Jeden był wysokim młodym mężczyzną z wąsikiem, drugi starszy o szarych i kędzierzawych włosach. Następnego dnia otrzymuje telefon z pogróżkami. Męski głos, mówiący z nowojorskim akcentem, przestrzegł aby siedziała cicho, w innym wypadku umrze. Policja jednak nie podjęła działań aby zidentyfikować tajemniczego rozmówcę.

15 grudnia 1977 znaleziono ciało 17-letniej prostytutki Kimberley Diane Martin. Do agencji towarzyskiej, w której pracowała, zadzwonił jakiś mężczyzna i zamówił blondynkę w czarnej bieliźnie. Kazał się jej zgłosić do budynku Tamarind Apartment w Hollywood. Pojechała na spotkanie śmierci.

17 lutego 1978, policja dostała wiadomość, że na wzgórzach stoi porzucony pomarańczowy samochód. Znajduje się w nim nagie ciało 20-letniej studentki Cindy Hudspeth. Jest to ostatnia ofiara. Z niewiadomych powodów mordercza seria nagle zostaje przerwana.

Mija rok. Jest 12 stycznia 1979 roku. Bellingham, nadmorskie miasteczko w stanie Washington. Miejscowy szeryf otrzymuj raport o zaginięciu dwóch studentek, Karen Mandic i Diane Wilder. Poprzedniego dnia Karen powiedziała swojemu chłopakowi, że dostała pracę na wieczór. Kenneth Bianchi jeden z kierowników w miejscowej agencji ochrony zaofiarował jej mianowicie 100 dolarów za popilnowani przez wieczór pustego domu na czas naprawy systemu alarmowego. Bianchi zostaje wezwany na posterunek. Jest znany jako kochający mąż i ojciec, a także jako dobry pracownik. Wydaje się więc niemożliwe aby miał coś wspólnego ze sprawą. On sam twierdzi, że nie zna żadnej z dziewcząt. Zostaje wypuszczony i wraca do domu. Gdy jednak po paru godzinach znaleziono zamordowane dziewczyny, do domu Bianchiego udaje się kilku policjantów. Aura niedowierzania i niewinności która go otacza jest tak wielka, iż są pewni, że aresztowali niewłaściwego człowieka. Także jego żona (później się z nim rozwiedzie) potwierdza, że Kenneth jest człowiekiem o łagodnym charakterze i całkowicie niezdolnym do morderstwa. Jednak w piwnicy policjanci znajdują zakrwawioną odzież oraz inne mikroślady świadczące o tym, że Bianchi jest zamieszany w morderstwa.

Sprawy dla Bianchiego przybierają jeszcze bardziej niekorzystny obrót, gdy na wieść o jego aresztowaniu przybywa sierżant Frank Salerno, prowadzący sprawę morderstw z Hillside. Salerno cały czas pamięta rysopisy domniemanych sprawców porwania Lauren Wagner. Dziwnym zbiegiem okoliczności rysopis Bianchiego jak ulał do nich pasuje. Drugim był jego kuzyn Angelo Buono. Czterokrotnie żonaty Buono, był znany ze swojej dzikości i pastwienia się nad kolejnymi żonami. Dodatkowo trudnił się także sutenerstwem. Podczas przesłuchań Kenneth zaczyna symulować podwójną osobowość. Mordować miało jego alter ego o imieniu Steve. Doktor Martin T. Orne, psychiatra sądowy, dowodzi jednak, że morderca oszukuje chcąc uniknąć odpowiedzialności. Gdy sztuczka nie zdaje się na nic, gwałciciel proponuje układ, w myśl którego przyzna się do udziału w morderstwach i będzie świadczył przeciwko swojemu kuzynowi w zamian za dożywocie z możliwością zwolnienia warunkowego. Sąd przystaje na te warunki i 21 października 1979 Kenneth Bianchi zostaje skazany na karę dożywotniego więzienia. Czekał go jeszcze udział w procesie jego kuzyna w Los Angeles za morderstwa w Hillside.

Z więzienia Bianchi zaczyna korespondować z wieloma kobietami zafascynowanymi jego chorą osobowością. Stara się namówić którąkolwiek aby zapewniła mu alibi na noce, w których były dokonywane morderstwa. Szczególnie jedna z nich, Veronica Compton, przypada mu do gustu. Obmyśla wtedy szatański plan. Veronica ma zabić dziewczynę i podrzucić spermę, aby zasugerować, że prawdziwy morderca jest na wolności. Veronica leci do Bellingham. Tam zatrzymuje się w hotelu Shangrila. Tego samego dnia wieczorem usiłuje udusić Kim Breed. Ma pecha. Ofiara jest silniejsza, przewraca morderczynię na podłogę i ucieka. Wkrótce potem Veronica Compton zostaje schwytana.

Proces Angelo Buono zaczął się w listopadzie 1981 roku i trwał do listopada 1983. Bianchi, który miał być świadkiem, dosyć lekceważąco odnosił się do procesu i sędziego. W końcu ten wysłał go do Walla Walla, więzienia o zaostrzonym rygorze, cieszącego się złą sławą. Ponieważ Bianchi wykręcił się dożywociem, ława przysięgłych była zdania, że Buono też nie powinien otrzymać kary śmierci. Dostał więc wyrok dożywotniego więzienia bez możliwości uzyskania zwolnienia warunkowego. Odsiadujący swój wyrok w Walla Walla, Kenneth Bianchi w 1989 roku poślubił poznaną listownie Shirlee J. Book, którą zobaczył dopiero na dzień przed ślubem.

Podczas procesu usiłowano znaleźć odpowiedź na pytanie w jaki sposób doszło do tych przerażających zbrodni. Angelo Buono i Kenneth Bianchi zaczęli działać razem w 1976 roku. W tym duecie to Buono był stroną dominującą. Bianchi w skrytości ducha podziwiał swojego szorstkiego i brutalnego kuzyna (zazdrościł mu szorstkości, dzięki której podrywał wiele dziewczyn). Na początku trudnili się sutenerstwem. Oprócz tego Buono miał swój warsztat samochodowy. Powinęła im się jednak noga gdy "zaopiekowali się" 15-letnią uciekinierką z domu, Becky Spears. W sierpniu 1976 roku zadzwonił do nich prawnik prosząc aby przysłali mu dziewczynę. Wysłali mu Becky. Gdy ta przybyła, ów prawnik widząc jej żałosny stan (Buono wielokrotnie niesłychanie brutalnie gwałcił ją analnie, co powodowało ciągłe krwawienia, tak że musiała stale nosić tampon w odbytnicy), zaczął się dopytywać w jaki sposób została prostytutką. Gdy usłyszał opowieść, był tak wstrząśnięty, że zafundował jej bilet aby mogła wrócić do rodziców. Buono zaczął wydzwaniać z pogróżkami. Prawnik nasłał na niego wówczas kilku muskularnych Hell's Angels, którzy wytłumaczyli, żeby dał sobie spokój. Buono - człowiek o nader gwałtownej naturze - szukał kogoś, na kim mógłby się wyżyć.

Wkrótce wydarzyła się kolejna niemiła dla niego przygoda. Od znajomej prostytutki kupił listę klientów, których zamierzał szantażować. Okazało się jednak, że został oszukany. Prostytutka tymczasem zapadła się pod ziemię. Udało im się dotrzeć tylko do jej koleżanki Yolandy Washington, którą wspólnie z kuzynem zgwałcili i udusili. Doświadczenie to zadowoliło sadystyczne żądze drzemiące w obydwu, więc działali dalej. Drugie morderstwo było zupełnie niepotrzebne, bowiem Judy Miller zadowoliłaby się kilkoma dolarami. Następną była bezrobotna tancerka Lissa Kastin, której przedstawili się jako policjanci. Zabrali ją do domu Buono i zakuli w kajdanki. Po przecięciu jej ubrania okazało się, że ma bardzo owłosione nogi. Rozwścieczyło ich to. Bianchi zgwałcił ją butelką, a następnie zaczął dusić. Buono trzymał ją za nogi wrzeszcząc: "Zdychaj ty pizdo! Zdychaj!". Bianchi kilkakrotnie pozwalał jej zaczerpnąć powietrza, po czym zaczynał dusić od nowa.

Czwartą ofiarą była Jane King, studentka. Gdy Bianchi gwałcił ją od tyłu, Buono dusił plastikową torbą. Widok jej ogolonego krocza pobudził ich fantazję, postanowili więc dokonać gwałtu na dziewczynkach. Dollie Cepeda i Sonji Johnson przedstawili się jako policjanci. Dziewczynki chwilę wcześniej ukradły kilka drobiazgów ze sklepu i bez oporów zgodziły się pójść z mordercami. Zostały zgwałcone i zamordowane.

28 listopada 1977 roku przestępcy zauważyli na ulicy rudowłosą piękność i postanowili ją śledzić. Była to Lauren Wagner; porwali ją spod domu. Dziewczyna, chcąc uratować życie udawała, że gwałt sprawia jej przyjemność. Nic nie zyskała. Podłączyli do jej przegubów przewody z prądem. Udusili ją.

W grudniu ofiarą padła prostytutka Kimberly Martin. Obaj stwierdzili, że była kiepska w łóżku. Ostatnią z serii była Cindy Huspeth, klientka warsztatu Buono. Buono miał już dość swojego kuzyna mięczaka i pragnął się go jak najszybciej pozbyć. Okazja nadarzyła się, gdy stwierdził, że dziewczyna Bianchiego zamierza go porzucić i wyjechać do swoich rodziców w Bellingham. Namówił go wówczas aby ten ruszył za nią.

Kenneth poczuł się odrzucony i postanowił dokonać następnych morderstw, aby udowodnić, że nie jest mu potrzebna niczyja pomoc. Karen Mandic i Diane Wilder były ostatnimi kobietami, jakie zgwałcił i zamordował w swoim życiu.


H. H. HOLMES


Jego prawdziwe nazwisko brzmiało Mudgett, tak długo jednak występował jako Holmes, że sam chyba zapomniał, jak się naprawdę nazywa. Również w annałach kryminologii zapisał się pod przybranym nazwiskiem jako jeden z najbardziej godnych uwagi zbrodniarzy w historii, chociaż, rzecz dziwna, nie zdobył "należnej mu sławy". Każdy słyszał choć raz o Kubie Rozpruwaczu, nikt zaś, lub prawie nikt, nie zna zdumiewającej historii Holmesa.

H. H. Holmes urodził się jako Herbert Webster Mudgett 16 maja 1860 roku w Gilmanton w stanie New Hampshire. Jego ojciec był kierownikiem urzędu pocztowego. Syn, po ukończeniu szkoły średniej, pracował przez pewien czas jako nauczyciel, po czym podjął studia medyczne w Ann Arbor. W wieku 24 lat uzyskał dyplom lekarza i praktykował nawet krótko w Nowym Jorku.

W wieku 18 lat Holmes, jeszcze jako Mudgett, ożenił się z Clarą Levering. Miał z nią jednego syna. W 1886 roku porzucił rodzinę i zmieniwszy nazwisko na Holmes, udał się do Chicago. Już w następnym roku zawarł bigamiczny związek małżeński z inną dziewczyną, z którą wkrótce również się rozstał po rodzinnej kłótni, jaka wybuchła, gdy wyszedł na jaw fakt, że Holmes oszukał jednego z jej wujów.

Jak się wydaje, w tym momencie Holmes na serio już zajął się swą przestępczą "karierą". Podjął pracę w drogerii w Englewood, południowym przedmieściu Chicago, u niejakiej pani Holden. Wkrótce pani Holden zniknęła i Holmes stał się rzeczywistym właścicielem sklepu. Poinformował sąsiadów, że jego chlebodawczyni wyjechała na dłużej do Kalifornii. W tym samym czasie Holmes, uznawszy widać, że oto zdobył przystań na dłużej, wynajął mieszkanie w okolicy.

W 1890 roku, gdy o pani Holden wszyscy zdążyli już zapomnieć i Holmes uchodził za właściciela drogerii, w Englewood pojawił się pewien jubiler, nazwiskiem Conner, wraz z żoną Julią, 8-letnią córką Pearl i 18-letnią siostrą Gertie. Holmes zaproponował nowemu sąsiadowi otwarcie punktu zegarmistrzowskiego w swej drogerii. Warunki były bardzo korzystne, toteż Conner z radością na to przystał. Conner przesiadywał całymi dniami w sklepie, reperując stare zegarki, zaś Holmes zdobył dwie kochanki na raz: Julię i Gertie. Po pewnym czasie Conner spakował swoje manatki i wyjechał w nieznane, a następnie przeprowadził rozwód z żoną z powodu jej niewierności.


Drogeria prosperowała znakomicie, Holmes postanowił więc zainwestować w nieruchomość. Naprzeciwko sklepu znajdował się pusty plac, na którym wkrótce rozpoczęto budowę. Dom Holmesa miał dziwną konstrukcję: zbudowany został na wzór średniowiecznego zamku, z tajnymi przejściami, zapadniami i kryjówkami.

Julia Conner była kobietą zazdrosną, ale szczerze mówiąc, nie bez powodu. Nie chciała dzielić się mężczyzną ani ze swoją szwagierką Gertie, ani z niejaką Emily Van Tassell, z którą Holmes nawiązał dość niewinny romans. Pewnego dnia zarówno Gertie Conner, jak i panna Van Tassell zniknęły. Przez krótki okres Julia nie miała rywalek.

Wkrótce jednak na horyzoncie pojawiła się następna blondynka (ulubiony kolor włosów Holmesa), Emily Cigrand, która została jego sekretarką. Gdy Julia i tym razem urządzała sceny zazdrości, Holmes okazał się nieprzejednany, w wyniku czego zniknęła teraz ona sama wraz z córką. Przez kilka miesięcy Emily królowała na "zamku" Holmesa, aż wreszcie spotkał ją ten sam los, co jej poprzedniczki.

Pod koniec 1892 roku Holmes sprzedał drogerię. W styczniu 1893 roku poznał kolejną blondynkę, zamożną Minnie Williams rodem z Missisipi. Wkrótce Minnie mieszkała już wraz z nim jako pani na jego "zamku". Uchodziła za jego żonę. Po pół roku Holmes zaprosił na dłuższy pobyt siostrę Minnie, imieniem Nannie. Obie wreszcie zniknęły, jak poprzednie, ale zastanawia fakt, że Minnie została zabita wiele miesięcy po śmierci Nannie. Czyżby więc współdziałała z Holmesem w zabójstwie siostry?.

W maju 1893 roku otwarto wystawę światową w Chicago. Miasto pełne było turystów i Holmes, podobnie jak tysiące mieszkańców, wynajmował im pokoje. Każdej nocy jego "zamek" był wypełniony aż po brzegi. Nie ulega wątpliwości, że gościnny gospodarz oszukiwał swych gości. Prawdopodobnie też niektórzy, a raczej niektóre z nich "zniknęły". Zabicie Minnie Holmes pozostawił niewątpliwie na spokojniejsze chwile. Żyłaby może jeszcze dłużej, gdyby nie jej niedyskrecja. W listopadzie spłonął bowiem dach "zamku", a Minnie wygadała się przed urzędnikiem towarzystwa ubezpieczeniowego, że Holmes sam podłożył ogień. Minnie "zniknęła" pod koniec listopada 1893 roku.

Tuż po jej śmierci Holmes "ożenił się" po raz trzeci. Jego wybranką była oczywiście blondynka, niejaka Georgiana Yoke ze stanu Indiana, która jako przyzwoita panienka z dobrego domu nie chciała przystać na romans, lecz zgodziła się na małżeństwo. Wkrótce po ślubie Holmes został po raz pierwszy skazany na karę więzienia za jakieś drobne oszustwo. Georgiana, przekonana o niewinności małżonka, zdołała wykupić go za kaucją - na swoje nieszczęście, podzieliła bowiem los swych poprzedniczek, znikając pewnego dnia bez śladu.

Prawdopodobnie w 1894 roku Holmes prowadził interesy wspólnie z niejakim Benem Pitezelem. Wspólnicy nie darzyli się wzajemnie zbyt wielkim zaufaniem i często wybuchały między nimi kłótnie. Wreszcie Holmes uknuł pewien plan, który doprowadził do ujawnienia jego działalności.

Niejaki pan Perry, który niedawno otworzył biuro patentowe, został znaleziony martwy za swym biurkiem. Wszystko wskazywało na to, że śmierć była wynikiem nieszczęśliwego wypadku, doszło bowiem do wybuchu jakiś chemikaliów, którymi Perry najwyraźniej nieumiejętnie się posługiwał. Śledztwo zostało już umorzone, gdy z miejscową policją skontaktował się adwokat nazwiskiem Howe, który twierdził, iż posiada informacje, że Perry był w rzeczywistości Pitezelem, jego klientem. Wiadomość ta dotarła również do towarzystwa ubezpieczeniowego, które niedawno wydało polisę Pitezelowi. Całe zdarzenie miało miejsce w Filadelfii, wdowa po Pitezelu wysłała więc z Chicago przyjaciela rodziny, H. H. Holmesa, by zidentyfikował zwłoki Perry`ego czy też Pitezela. Holmes przybył na miejsce w towarzystwie córki Pitezela, 15-letniej Alice. Nie miał żadnych wątpliwości; ofiarą nieszczęśliwego wypadku był istotnie Pitezel. Odszkodowanie w wysokości 10 tysięcy dolarów wypłacono wdowie.

Wydawało się już, że sprawa została ostatecznie zakończona, gdy towarzystwo ubezpieczeniowe otrzymało list od więźnia nazwiskiem Hedgspeth. Informował on, że śmierć Pitezela jest ukartowanym oszustwem. Hedgspeth poznał Holmesa w więzieniu, gdy ten odsiadywał kilka tygodni, czekając, aż Georgiana załatwi jego zwolnienie. Jak widać, Holmes nie próżnował ani chwili, gdyż właśnie w celi więziennej obmyślił plan wyłudzenia większej sumy od towarzystwa ubezpieczeniowego. Według informacji Hedgspetha, którego rola sprowadzała się do wskazania nieuczciwego adwokata, plan polegał na ubezpieczeniu Pitezela na życie, wyszukaniu zwłok z grubsza do niego podobnych i upozorowaniu wybuchu. Hedgspeth wskazał Holmesowi mecenasa Howe, który później rzeczywiście wystąpił w sprawie. Więzień nie otrzymał jednak obiecanej zapłaty za przysług, dlatego postanowił się zemścić denuncjując go przed towarzystwem ubezpieczeniowym. Tak oto skąpstwo doprowadziło do ujęcia Holmesa - gdyby nie żałował tych paru groszy dla Hedgspetha, ileż jego ukochanych mogłoby jeszcze "zniknąć"...

Towarzystwo ubezpieczeniowe zapewne najchętniej nie uwierzyłoby w informację Hedgspetha, lecz wynajęty detektyw ujawnił pewne fakty, które wskazywały, iż jest ona prawdziwa. W miesiąc później Holmesa odnaleziono w domu jego ojca w Gilmanton i aresztowano. W końcu postanowił przyznać się do winy (rzecz jasna, tylko do oszustwa), twierdząc jednakże, iż Pitezel popełnił samobójstwo.

Wdowa po Pitezelu, przekonana, że jej mąż żyje i ukrywa się, po czym pojawi się, by wraz z nią cieszyć się z wyłudzonego odszkodowania, również przyznała się do udziału w oszustwie. Zeznała też, że po "śmierci" męża Holmes wywiózł troje spośród jej pięciorga dzieci, by podczas nieobecności ojca zamieszkały u pewnej wdowy w stanie Kentucky - nigdy więcej już ich nie zobaczyła.

Wydawało się to zadaniem przekraczającym ludzkie możliwości, lecz pewien detektyw nazwiskiem Geyer podjął się odnalezienia dzieci Pitezela. Po dłuższym czasie poszukiwania dały rezultat, choć nie był on radosny, zwłaszcza dla pani Pitezel: w Toronto znaleziono ciała dwóch dziewczynek, w Indianapolis zaś chłopca. Nie ulega wątpliwości, że Holmes planował również zabicie pozostałej dwójki dzieci i samej pani Pitezel, by zdobyć pieniądze wypłacone przez towarzystwo ubezpieczeniowe. Przeszkodziło mu w tym aresztowanie.

Policja przeprowadziła rewizję w "zamku" Holmesa, ujawniając jego niezwykłe wyposażenie. W pokojach znajdowały się ukryte wizjery oraz rurki gazowe; dopływ gazu regulowano z biura, dzięki czemu Holmes mógł wypełnić gazem każdy pokój, nie ruszając się zza biurka. Niektóre pokoje nie posiadały okien, inne wyłożone były azbestem lub stalowymi płytami. Piętro i parter połączone były z piwnicą przy pomocy szerokich zsypów, w piwnicy zaś znajdowały się różne narzędzia chirurgiczne oraz piec, wystarczająco duży, by można było spalić w nim zwłoki ludzkie.

W sprawie Holmesa najbardziej zdumiewający jest fakt, że wiele osób wiedziało to i owo o jego działalności, nikt jednakże nie poinformował o tym policji. I tak dozorca z sąsiedniego domu zeznał dopiero po aresztowaniu Holmesa, że widział w "zamku" zwłoki Julii Conner. Pewien mechanik nazwiskiem Chopmen również zgłosił się dobrowolnie na wieść o ujawnieniu sprawek Holmesa, by zeznać, że na polecenie tegoż usuwał kiedyś tkanki miękkie ze zwłok trzech osób. Holmes twierdził, że otrzymał ciała z kostnicy akademii medycznej, szkielety zaś zamierza sprzedać studentom medycyny. Chopman otrzymał po 36 dolarów "od sztuki", jeśli można się tak wyrazić. Jedno ciało należało do mężczyzny, dwa do kobiet. Było to w czasie wystawy światowej, można więc przypuszczać, że owe ofiary po prostu zatrzymały się u Holmesa na nocleg.

Wreszcie pewien znajomy Holmesa, któremu ten się zwierzył, że Gertie Conner zaszła z nim w ciążę, a potem poinformował, iż dziewczyna zmarła przy porodzie w swym rodzinnym mieście, zeznał teraz, że podejrzewał Holmesa o zabicie Gertie. Nie zadał sobie jednak trudu bliższego zbadania sprawy.

30 listopada 1894 roku Holmes został skazany na śmierć za zabójstwo Pitezela. Apelacja została odrzucona. Oczekując na wykonanie wyroku, Holmes pisał pamiętniki na zlecenie jednej z gazet, opisując dokładnie 27 dokonanych przez siebie morderstw, których nigdy mu zresztą nie dowiedziono z powodu zbyt nikłych dowodów. Nie znaleziono zwłok ani jednej spośród tak licznych blondynek, a ponieważ zabójstwo dokonane na Pitezelu wystarczało do skazania, nie objęto aktem oskarżenia morderstw jego dzieci. Później wprawdzie Holmes odwołał wszystko, co napisał, utrzymując, że wymyślił to, "by gazety dostały coś za swoje pieniądze". Wydaje się jednak, że jego zeznania były prawdziwe.

Holmes został powieszony 7 maja 1895 roku. Tuż przed egzekucją przyznał się do spowodowania śmierci Emily Cigrand i Julii Conner, które miały umrzeć w wyniku nieudanego zabiegu przerwania ciąży.


HENRY LEE LUCAS
"Zabijał dla przyjemności zabijania i uprawiania seksu z nieboszczykami."


Metoda jego działania polegała na natychmiastowym wyjeździe z miejsca morderstwa do innego stanu. Dlatego tak długo udawało mu się pozostawać na wolności. Zgładził prawdopodobnie od 50 do 75 osób.

W 1960 roku Henry pokłócił się z matką i ugodził ją nożem w szyję - następnie uciekł, został jednak ujęty i skazany. Zwolniono go w 1970 roku wierząc w jego resocjalizację. W 1975 roku Lucas ożenił się z Betty Crouford, która miała wówczas dwie córki w wieku 9-ciu i 6-ciu lat. Z obydwiema zaczął uprawiać seks, został przyłapany na gorącym uczynku ze starszą z pasierbic. Jego żona kazała mu przestać to robić, albo się wyprowadzić. Został ponownie przyłapany, i tym razem żona go rzeczywiście wyrzuciła.

Henry pojechał skradzionym samochodem na Florydę, i tam go porzucił. Następnie zabrał się w podróż z Ottisem Toolem, którego poznał w barze - przez jakiś czas byli kochankami. W 1977 roku Lucas i Toole rozpoczęli swój "morderczy rajd" po Stanach Zjednoczonych. Na początku swojej "kariery" seryjnego mordercy Lucas zabijał jedynie kobiety spotykane na drogach tzw. "osoby wysokiego ryzyka"; autostopowiczki, prostytutki, turystki, uciekinierki i wszystkie inne, których zniknięcie nie będzie szybko zauważone. Po pewnym czasie w tych eskapadach zaczął brać udział Ottis Toole - wtedy zabijali i kobiety, i mężczyzn - zmianie uległy również motywy. Toole był gejem i kochał się głównie z mężczyznami - Henry uprawiał z nim seks sporadycznie. Kiedy złapali kobietę, zabijali ją i wtedy Henry uprawiał z nią seks - to rozwścieczało Toole`a. W ataku furii okaleczał zwłoki, ciął je na kawałki, bił, kamienował i w ten sposób odreagowywał złość. Henry`emu i Toole`owi tak długo udawało się wymykać wymiarowi sprawiedliwości, ponieważ nigdy nie pozostawali w miejscu popełnienia zbrodni. Wyrzucali zwłoki lub ukrywali je w trudno dostępnym miejscu - kiedy ciało ofiary odnajdywano, mordercy znajdowali się już w odległym stanie. Nie było żadnego dowodu, który łączył by z nimi ofiarę. Po kłótni z Lucasem Ottis Toole powrócił na Florydę. Ottis Toole miał siostrzenicę, którą nazywano Becky. Henry bardzo ją lubił, prawdopodobnie był w niej zakochany. Zaczął uprawiać z nią seks, kiedy miała 9 lat. W czasie przesłuchań powiedział, że nie był pierwszym mężczyzną w jej życiu. Twierdził także, że zdarzało się, iż sama inicjowała stosunek.

Kate Rich była starszą kobietą, Lucas znał jej córkę i zięcia, którzy mieszkali w Kalifornii. Poproszono go, aby pojechał do Teksasu i zajął się nią. Jedna z córek Kate Rich mieszkała wraz z mężem w Kalifornii. Zięć staruszki poznał Lucasa i Becky. Jego żona pomyślała, że byłoby cudownie gdyby ta dwójka przeniosła się do Teksasu i zaopiekowała jej starą matką - tak też zrobili. Kiedy dotarli na miejsce wszystko było w nieładzie. Kate Rich trzymała psy i koty - w domu panował potworny bałagan. Lucas wszystko wysprzątał, skosił trawę (która sięgała do ramion). Wszystko układało się jak najlepiej, aż do przyjazdu córki Kate Rich, która kazała się im wyprowadzić. Henry fałszował czeki i płacił nimi w okolicznych sklepach. Krewni Kate mieszkający w pobliżu zaczęli się martwić i powiedzieli Lucasowi i Becky, że będą musieli się wyprowadzić. Pewien duchowny zabrał parę podróżującą autostopem i przywiózł na teren swojego kościoła w Stonberg. Udostępnił im niewielkie mieszkanie i zatrudnił Lucasa jako dekarza. Pewnego dnia Henry i Becky opuścili dom modlitwy i udali się autostopem w podróż na Florydę. Przesiadając się po drodze dwukrotnie, dotarli do Hrabstwa Denton. Było już bardzo późno, wysiedli przy lokalnej drodze, więc trudno było im złapać kolejną okazję. Postanowili spędzić noc na porośniętym trawą terenie w pobliżu skrzyżowania - wokół, nieopodal torów kolejowych rosły nieliczne drzewa. Od kilku dni para kłóciła się, Becky tęskniła za domem. Henry popełnił jakieś przestępstwo drogowe, gdyby wrócił zostałby wtrącony do więzienia - nie chciał więc wracać. Prawdopodobnie podczas sprzeczki Becky uderzyła go, Henry jak to określił "ma zawsze pod ręką nóż". Pchnął ją więc w klatkę piersiową - zmarła natychmiast. Poćwiartował jej zwłoki, zanim to jednak zrobił odbył z nią stosunek.

Według świadków, tamtej nocy Henry powiedział, że idzie odwiedzić Kate Rich. Nie miał zamiaru jej zabić, miał ją zabrać do kościoła. Pojechał po nią, ale zamiast do kościoła udali się do baru po drugiej stronie rzeki. Dla siebie zamówił piwo, a dla niej coca-colę. Uważa się, iż Kate Rich wiedziała, że Henry Lee Lucas zamordował Becky i powiedziała mu o tym. Dopiero na autostradzie, w drodze powrotnej do domu postanowił ją zgładził. Pojechał na południe od miasta, przekroczył torowisko i zatrzymał się w miejscu niewidocznym od strony drogi. Zatrzymał się po drugiej stronie torów biegnących wzdłuż szosy. Wyjął nóż i zadał jej śmiertelny cios. Nie mógł jej wypchnąć, bo była za ciężka. Wyciągnął ciało z samochodu, zaciągnął na nasyp, rozebrał i odbył stosunek. Po odbytym stosunku, przy pomocy rurki i kawałka drewna wepchnął zwłoki do metalowej osłony znajdującej się w pobliżu torów. Zaczął się martwić, że policja znajdzie ciało. Zdawał sobie sprawę, iż w wyniku badania na wykrywaczu kłamstw dowiedzą się gdzie leża zwłoki. Wiedział, że będzie obserwowany, poczekał więc aż się ściemni i odbył 2-milowy spacer. Pożyczył kombinezon, zabrał ze sobą torbę na śmieci i z kościoła udał się piechotą w stronę torowiska. Zabrał szczątki i przyniósł je do swojego mieszkania przy kościele. Wkładał zwłoki do piecyka po kawałku i palił je. Trwało to bardzo długo, w końcu zapach był nie do zniesienia, więc musiał wyjść na zewnątrz.

Po raz pierwszy w życiu Lucasa, ktoś zwrócił na niego uwagę - to mu się spodobało. Kiedy w końcu policja zorientowała się, że wodzi ich za nos podając sprzeczne informacje przestali z nim rozmawiać. Kiedy policja pojechała z Henrym na miejsce obydwu zbrodni, nie okazywał żalu z powodu zabicia Kate, wyrzuty sumienia dręczyły go jedynie w przypadku zabójstwa Becky. Dlatego w pierwszej fazie śledczy prawie zarzucili temat Kate. Cały czas rozmawiali o Becky, ponieważ mieli przeczucie, że jeśli przyzna się do jakiejś zbrodni, będzie to właśnie zamordowanie Becky. Henry nie wahał się przekazywać im szczegółów na temat zabójstwa Kate, ale wzbraniał się przed pojechaniem do miejsca gdzie zabił Becky - ciągle powtarzał, że to będzie ładny widok. Zapomniał jednak, że jest to widok, który pamiętał z czasu swego ostatniego pobytu w tamtym miejscu po morderstwie. Ciało z pewnością się rozkładało i widok rzeczywiście musiał być potworny. Gdy znalazł się na miejscu odprężył się i ujawnił policji wiele szczegółów. Za zamordowanie Becky Powell Henry Lee Lucas został skazany na dożywocie.

Pewnego dnia Henry napisał zeznanie, przyznał się w nim do morderstwa Becky i do wielu innych, które popełnił i których nie popełnił. Problem polegał na tym, że trzeba było odgadnąć, za które rzeczywiście był odpowiedzialny. Lucasa aresztowano w 1983 roku na terenie Hrabstwa Montague, tam był również sądzony i skazany za zamordowanie Kate Rich. W tym samym roku został przewieziony do Denton, gdzie był sądzony i skazany za zabójstwo Becky Powell. W czasie trwania obydwu procesów Lucas przyznawał się do różnych morderstw, co wzbudziło ogromne zainteresowanie wielu śledczych z całego kraju, pragnących osobiście przesłuchać Henry`ego.

Oto fragment dobrowolnego zeznania, które Lucas napisał w celi i przekazał policji:
"Ja Henry Lucas przyznaję się do zabicia Kate Rich. Przez długi czas zabiegałem o pomoc, ale nikt mi nie wierzy. Przez ostatnie dziesięć lat zabijałem, ale nikt mi nie wierzy. Usiłowałem uzyskać pomoc, ale nikt mi nie wierzy ... "


Pod koniec listopada 1983 roku powołano specjalny zespół, którego zadaniem miało być koordynowanie przesłuchań Lucasa przez różnych uprawnionych oficerów śledczych (szefem zespołu koordynacyjnego Teksas był Bob Prince). Było ich dosłownie tysiące. Lucas otwarcie przyznał się w sądzie do popełnienia setek zabójstw. Po tym zeznaniu zaczęli się zjeżdżać śledczy z całego kraju, którzy badali przypadki morderstw popełnionych w sposób przypominający metodę Lucasa. Chodziło o osoby znalezione w pobliżu dróg, poćwiartowane zwłoki, młode i stare kobiety, wszelkie przypadki rozczłonkowania zwłok. Lucas doskonale wiedział jak przekonać oficerów śledczych do tego, że to on był sprawcą - dlatego przypisuje mu się tak wiele morderstw.

Będąc obiektem zainteresowania mediów (pokazywano go w telewizji amerykańskiej przez okres dwóch lat) Henry stał się próżny, zapragnął poprawić swój wygląd. Tuż po aresztowaniu nie prezentował się atrakcyjnie, jego szklane oko stale łzawiło, był zaniedbany i wychudzony. Przed kamerami chciał prezentować się lepiej. Kupował garnitury i wstawił sobie zęby, grał przed kamerami mając nadzieję na udział w filmie.

Lucas został skazany za popełnienie 11-stu morderstw. Oficjalnie jest oskarżony o kolejne dwa. Lucas sporządzał portrety swoich ofiar, aby pomóc policji. Około 1000 oficerów przesłuchało Lucasa, trudno podać dokładną liczbę. Jedni uzyskali całkowitą pewność, co do jego winy, inni byli prawie pewni. W wyniku wszystkich przesłuchań uważa się, że jest odpowiedzialny za zamordowanie ponad stu osób. Lucas przyznawał się do winy wielokrotnie do 1985 roku.

Henry Lee Lucas oraz Ottis Toole zostali skazani na karę śmierci. Szeryf Phil Ryan aresztował Lucasa w związku z zaginięciem Becky Powell i Kate Rich. Po obejrzeniu taśm z przesłuchań Lucasa werdykt wydano natychmiast. Podczas procesu obrońca odczytał oświadczenie Lucasa - oto jego treść:
"Jestem winny odebrania życia Becky i mojej miłości dla niej. Dlatego nie pragnę zwycięstwa i nie życzę sobie, aby ktokolwiek wygrał ten proces dla mnie."

"CYTATY"
HENRY LEE LUCAS

"Moja matka była prostytutką, ojciec nie miał nóg - przejechał go pociąg towarowy. Zajmowali się szmuglem i ja też. Nie lubiłem jej za to, do czego mnie zmuszała - kazała mi przyglądać się, kiedy uprawiała seks z klientami. Przez całe lata byłem codziennie bity. Nienawidziłem jej, czułbyś to samo, gdybyś był traktowany tak jak ja. Zabiłem moją matkę. Pamiętam, że uderzyłem ją i uciekłem - upadła. Przypominam sobie jak upadała."

"Egzekucję znam tylko z telewizji, widziałem w więzieniu niejedną, przypinają cię pasami i wstrzykują jakąś truciznę. Nie boję się śmierci, śmierć jest krokiem dzielącym nas od nieba. Bez względu na to co robisz musisz umrzeć - ja umrę i wszyscy inni też. Na każdego z nas wydano wyrok śmierci, więc dlaczego miałbym bać się umrzeć?."
SZERYF PHIL RYAN
(ARESZTOWAŁ LUCASA w 1983 ROKU)

"Motywem był seks z martwymi kobietami. Wyznał, że nie potrafił tego robić z żywą kobietą. Opowiadał, że w dzieciństwie zabijał zwierzęta i uprawiał z nimi seks. Kilkakrotnie powtarzał, że seks z martwym zwierzęciem jest lepszy od seksu z żywą kobietą. Matka kazała mu nosić damskie ubrania i przyglądać się, kiedy uprawiała seks z innymi mężczyznami - czasem nawet w obecności ojca. Któremu nie pozwalała na żadne związki poza domem i małżeństwem. Według Henry`ego jego związek z matką, nawet po jej śmierci, pozostawił w nim wiele gorzkich uczuć za to, co mu zgotowała kiedy dorastał."
SZERYF WELDON LUCAS

"Henry pochodzi z rodziny patologicznej. Matka i kaleki ojciec, byli osobowościami patologicznymi. Henry nie dostał szansy na normalne życie. Jako dziecko był zamykany w szafie albo wyganiany z domu, kiedy matka pracowała. Głównie z tego powodu Henry nie lubił jej. Nie podobał mu się sposób, w jaki traktowała ojca i jego samego, przyprowadzając klientów do domu. We wczesnym wieku nauczył się uprawiać seks ze z martwymi zwierzętami i z ludźmi. Ale śmiał się z tego, traktował to jak żart, to pchnęło go w niewłaściwym kierunku."

"Henry Lee Lucas i Ottis Toole należą do najbardziej niebezpiecznych zabójców, nawet wśród seryjnych morderców - ponieważ są uzależnieni od zabijania. Działali jak prawdziwi maniacy - muszą zabijać, aby móc cieszyć się życiem. Henry jest produktem społeczeństwa, nie miał szansy dorastać jak inni. Od samego początku był skazany na koniec jakiego doczekał. Nie odróżnia dobra od zła. Znalazł się tam gdzie powinien być i nie wolno go wypuścić na wolność - trzeba go unicestwić. Gdyby wyszedł z więzienia znów robiłby to co przedtem."

EARLE NELSON - GORYL

Earle Nelson (popełnił co najmniej 22 morderstwa) urodził się 12 maja 1897 roku w Stanach Zjednoczonych. Gdy miał 9 miesięcy, jego 20-letnia matka zmarła w wyniku zaawansowanej choroby wenerycznej, którą prawdopodobnie zaraziła się od ojca swego dziecka (w metryce Nelsona figuruje on jako NN). Wychowaniem chłopca zajęła się jego ciotka, pani Lillian Fabian.

Od najmłodszych lat Nelson zdradzał objawy niedorozwoju umysłowego. Fotografia wykonana gdy miał 3 lata pokazuje nam dziecko o wyraźnie zdegenerowanych rysach, półotwartych ustach i bezmyślnym wyrazie twarzy. Jak wspomniała potem jego ciotka, do 10 roku życia Nelson był cichy i spokojny, lecz chorowity. Jako dziesięciolatek został potrącony przez tramwaj konny, w wyniku czego odniósł obrażenia głowy, wstrząs mózgu i liczne urazy tułowia. Był nieprzytomny przez sześć dni, a później przez całe życie miał cierpieć na bóle i zawroty głowy. Bóle były tak silne, że niekiedy nie był w stanie utrzymać się na nogach. Od czasu wypadku stał się jeszcze bardziej ponury i niekomunikatywny.

Poproszona o jakieś szczegóły z dzieciństwa chłopca, pani Fabian wymieniła jego ulubione zajęcia: chodzenie na rękach, podnoszenie krzeseł zębami i ukrywanie się w piwnicy.

Swe pierwsze przestępstwo Nelson popełnił właśnie w piwnicy. 21 maja 1918 roku dokonał napadu na małą dziewczynkę, którą udało mu się zwabić do piwnic pustego domu. Okazało się wówczas, że komisja lekarska zwolniła go z obowiązku służby wojskowej z powodu niedorozwoju umysłowego. Został umieszczony w zamkniętym zakładzie psychiatrycznym.

W ciągu następnych sześciu miesięcy uciekał trzykrotnie. Po ostatniej ucieczce, w grudniu 1918 roku, zdołał uniknąć schwytania przez dwa i pół roku. Wtedy też, w 1919 roku, ożenił się. Jego małżeństwo trwało jednak zaledwie sześć miesięcy. Ponownie umieszczony w zakładzie, uciekł z niego w listopadzie 1923 roku.

Od chwili ucieczki do 1926 roku nie posiadamy żadnych danych o jego życiu. Natomiast od lutego 1926 do chwili ujęcia w czerwcu 1927 roku zamordował co najmniej 22 osoby.

Pod koniec lutego 1926 roku w San Francisco znaleziono zwłoki panny Clary Newman na strychu jej domu, w którym - jak wskazywał napis wystawiony we frontowym oknie - znajdowały się "pokoje do wynajęcia". 60-letnia kobieta została uduszona, a następnie zgwałcono jej zwłoki.

2 marca w niemal identycznych okolicznościach znaleziono w San Jose również 60-letnią Laurę E. Beale. Dziennikarze ochrzcili tajemniczego sprawcę mianem "Mroczny dusiciel".

10 czerwca, znów w San Francisco, 63-letnia Lillian St Mary została uduszona i zgwałcona, a jej zwłoki sprawca wepchnął pod łóżko. Dwa tygodnie później jej los podzieliła pani Russel z Santa Barbara, której zwłoki również odnaleziono pod łóżkiem. Dwa miesiące później uduszono a następnie zgwałcono Mary Nesbit z Oakland, również w stanie Kalifornia.

W październiku miały miejsce trzy zabójstwa w Portland w stanie Oregon. Policja tego miasta nie spisała się jednak najlepiej. Otóż 19 października Beata Withers, urocza 35-letnia rozwódka, znaleziona została przez swego 15-letniego syna martwa w sporym kufrze. Policja przypisała jej śmierć ... samobójstwu. 20 października zwłoki uduszonej 59-letniej Virginii Grant wydobyto z pieca domu, w którym wynajmowała pokoje sublokatorom. Tym razem uznano, że śmierć nastąpiła z przyczyn naturalnych. Wreszcie następnego dnia odkryto zwłoki Mable Fluke. Również i ta kobieta żyłą z wynajmowania pokoi, została uduszona i jej ciało znaleziono na strychu. Tym razem wreszcie policja uznała, że ma prawdopodobnie do czynienia z zabójstwem.

Nelson powrócił do San Fracisco. 18 listopada udusił i zgwałcił 56-letnią panią Edmunds. 6 dni później zabił swą dziesiątą ofiarę, niejaką Florence Monks w Seattle. Zabrał też nieco znalezionej w jej domu biżuterii. Udawszy się następnie do Oregon City udusił tam 48-letnią Blanche Myers, której zwłoki znaleziono pod jej łóżkiem. Pani Myers oferowała pokoje do wynajęcia.

Policja rozpoczęła poszukiwanie biżuterii, którą "Mroczny dusiciel" często zabierał swym ofiarom. W odpowiedzi na liczne apele w prasie zgłosiły się trzy starsze panie z South Portland, właścicielki pensjonatu, przynosząc biżuterię, którą zakupiły od pewnego młodzieńca. Człowiek ten mieszkał u nich przez pięć dni i wyprowadził się w dniu, w którym zginęła pani Myers. Jak się okazało, była to biżuteria pani Monks. Policja miasta Portland wyznaczyła nagrodę w wysokości 2.500 dolarów za schwytanie seryjnego mordercy. Nelson był już jednak daleko, bo aż w stanie Iowa.

Tam w miejscowości Council Bluffs, udusił i zgwałcił 49-letnią panią Beard na dwa dni przed świętami Bożego Narodzenia. Następnie udał się do Kansas City, gdzie zabił zaledwie 23-letnią Bonnie Pace. 27 grudnia udusił 28-letnią Germanię Harpin oraz pozbawił życia jej 8-miesięczne niemowlę, wpychając mu do gardła kawałek szmaty.

Minęły cztery miesiące, zanim "Goryl" (tak go teraz nazywano) znów znalazł się na pierwszych stronach gazet. 27 kwietnia 1927 roku 60-letnia Mary McConnell została uduszona w Filadelfii.

Częstotliwość morderstw Nelsona stała się doprawdy przerażająca. 30 maja w Buffalo jego ofiarą padła 35-letnia Jenny Randolph. Dwa dni później, w Detroit, zginęły dwie kobiety: 53-letnia Minnie May, właścicielka małego pensjonatu oraz jej sublokatorka, pani Atorthy. Po następnych dwóch dniach w Chicago znaleziono zwłoki 27-letniej Mary Sietsema. Kobieta została zgwałcona i uduszona (jedyny przypadek, gdy Nelson dokonał gwałtu na żywej ofierze!).

Po zabiciu pani Sietsema Nelson pojechał do Kanady, co - jak się miało okazać - przyczyniło się do jego aresztowania. Do Winnipeg dotarł autostopem dnia 8 czerwca. W sklepie z używaną odzieżą zamienił swe ubranie na inne, prawdopodobnie po to, by uniknąć identyfikacji. Następnie wynajął pokój w pensjonacie pani Catherine Hill przy Smith Street nr 133. Zapłacił 1 $ w formie zaliczki, przedstawiając się jako pomocnik majstra budowlanego i twierdząc, że potrzebuje cichego pokoju w celu uprawiania "Medytacji religijnych". Pani Hill uznała go za całkiem normalnego, więcej - zrobił nawet na niej dobre wrażenie; choć zauważyła, że nigdy nie patrzy wprost na swego rozmówcę, przypisała to jednak nieśmiałości.

Tego samego wieczoru Nelson zamordował córkę pary małżeńskiej, która również wynajmowała pokój u pani Hill. 14-letnią Lolę Cown, a raczej jej zmasakrowane zwłoki odnaleziono dopiero po czterech dniach, gdy komuś z domowników wpadło do głowy, by przeszukać niezamieszkałe pokoje pensjonatu. Dziewczynkę wyciągnięto spod łóżka, a to, co ujrzeli obecni i policja, sprawiło, że szczegółów tego morderstwa nigdy nie ujawniono.

W czwartek, 9 czerwca, o godzinie 18 niejaki William Pattersons powrócił z biura do domu przy Riverton Avenue nr 100 w Winnipeg, by stwierdzić niewytłumaczalną nieobecność swej żony. O 22-ej, gdy położył już do łóżek dwójkę swych dzieci, zatelefonował na policję pytając, czy jego żona nie została ranna w jakimś wypadku. Policja nie miała jednak żadnych informacji. Pan Patterson raz jeszcze przeszukał dom i dopiero teraz zauważył, że ktoś skradł 7 dolarów z jego biurka i nieco zimowej odzieży z waliz. Coraz bardziej zaniepokojony, klęknął wreszcie przy łóżku, by pomodlić się o odnalezienie żony - wtedy zauważył jej zwłoki. Zmasakrowana młotkiem i zgwałcona, pani Patterson została wepchnięta pod łóżko. Lekarz policyjny ustalił godzinę zgonu na 11-tą tegoż przedpołudnia.

Ubrania skradzione u Pattersonów Nelson sprzedał w sklepie z używaną odzieżą, po czym udał się do fryzjera. Ten podczas strzyżenia klienta zauważył krew na jego włosach, nie przywiązywał jednak do tego wagi - po wizycie u fryzjera Nelson wyjechał z Winnipeg. Podróżując kolejką podmiejską, nawiązał rozmowę z niejakim Hoferem, członkiem sekty religijnej Hutterytów. Wykazywał niezwykłe zainteresowanie religią, o sobie zaś powiedział, że jest dobrym katolikiem, lecz zdarza mu się za dużo wypić. Pod Winnipeg zatrzymał samochód, którym przyjechał do Regina. Z kierowcą, niejakim Hugh Ekderem, rozmawiał o innej sekcie, zwanej Mennonitami.

W sobotę, 11 czerwca, wynajął pokój w Regina. Przez dłuższą chwilę znajdował się sam na sam z gospodynią, ale widocznie nie miał "nastroju" na morderstwo. Wieczorem zaczepił małą dziewczynkę na Dwunastej Alei. Zauważyła go jednak ta właśnie gospodyni, pani Rowe i zagadnęła, tym samym (nieświadomie) ratując życie małej.

Następnego dnia Nelson chciał zamienić swój kapelusz w małym sklepiku z używaną odzieżą (był najwyraźniej przekonany, że wystarczy mu tylko zmienić jakiś szczegół stroju, by nikt go nie rozpoznał, co jak dotąd okazywało się niestety prawdą). Właścicielowi sklepu nie spodobał się klient; zadał mu więc kilka pytań, które tak przeraziły Nelsona, że natychmiast opuścił miasto, pozostawiając u pani Rowe wszystkie swoje rzeczy.

Zatrzymał na szosie samochód niejakiego Isadore Silvermana, któremu tak przypadł do gustu, że najbliższą noc spędzili w tym samym hotelu, a następną - nawet w tym samym pokoju. Rozstali się w Boissevain, gdzie miała zakończyć się "kariera" Nelsona - Goryla.

Urzędnik pocztowy, niejaki Leslie Morgan, rozpoznał go na podstawie listów gończych, jakie od dawna krążyły już po Kanadzie. Mimo iż wizerunek poszukiwanego sporządzony był na podstawie portretów pamięciowych, okazał się dość wierny. Nelsona zatrzymano na szosie pod Wakopa. Umieszczony w areszcie w Killarney zdołał w nocy otworzyć zamek pilnikiem do paznokci. Gdy rano odkryto jego ucieczkę, w okolicy wybuchła panika. Jego pobyt na wolności trwał jednak niecałe 12 godzin. Złapano go, gdy usiłował ukraść ubranie.

Nelson stanął przed sądem 1 listopada 1927 roku pod zarzutem morderstwa pani Patterson. Proces trwał cztery dni. Oskarżony, elegancko ubrany, był zupełnie spokojny. Obrona powołała zaledwie dwóch świadków: ciotkę Nelsona, panią Fabian i jego żonę. Chociaż ich zeznania dowodziły niewątpliwej choroby umysłowej oskarżonego, nie dostarczyły podstaw do orzeczenia o jego niepoczytalności. Uznano go winnym zarzucanego mu w akcie oskarżenia czynu i powieszono w Winnipeg 13 stycznia 1928 roku.

Prawdopodobnie wymienione wyżej 22 morderstwa nie stanowią pełnej listy zbrodni Nelsona. Spośród wielu podobnych czynów, które mogły być jego "dziełem", wymienimy potrójny mord dokonany w Newark w stanie New Jersey w 1926 roku: Rose Valentine i Margaret Stanton zostały wówczas uduszone, zaś Laura Tidor, która przybiegła słysząc ich jęki, zastrzelona.

Nelson miał małpią twarz z cofniętym czołem, wywiniętymi wargami i oczami pozbawionymi wyrazu. Pseudonim "Goryl", nadany mu przez prasę, okazał się wyjątkowo trafny.


JOHN MUHHAMAD - SNAJPER Z WASZYNGTONU
"Jeszcze przez wiele lat studenci akademii FBI będą zdawać egzaminy ze znajomości sprawy snajpera z Waszyngtonu."


Wszystko zaczęło się w środę 2 października 2002 roku. Późnym wieczorem nieznany sprawca oddał strzał z karabinu snajperskiego w kierunku sklepu ogrodniczego, znajdującego się na północnych przedmieściach Waszyngtonu. Chwilę później, w tej samej spokojnej dzielnicy, od strzału w głowę ginie mężczyzna tankujący samochód. Tak rozpoczyna się jedno z największych śledztw prowadzone w Stanach Zjednoczonych. W ten oto sposób "poznajemy" też kolejnego seryjnego mordercę, który przeszło trzy tygodnie paraliżował strachem całą stolicę USA. Ale od początku. Pierwszą ofiarę snajper "ściągnął" 2 października wieczorem, na kolejne długo nie kazał czekać. Już następnego dnia rano, gdy ponad dwa miliony ludzi zjeżdża z przedmieść do pracy, snajper - oddając tylko po jednym strzale w tył głowy - morduje kolejne cztery ofiary m.in. kobietę odkurzającą auto oraz mężczyznę strzygącego trawnik przed domem. Ludzie są przerażeni. W dzielnicy, w której niezwykle rzadko dochodziło co najwyżej do kradzieży samochodu, dzieją się takie rzeczy. Wszczęto śledztwo w którym bierze udział kilka tysięcy policjantów, agenci FBI, a także pracownicy prezydenckiej Secret Service. Jednak jedyny ślad jakim dysponują, to biała furgonetka, którą jeden ze świadków widział odjeżdżającą z jednego z miejsc zabójstwa, więc w ciągu następnych kilku godzin zatrzymują tysiące takich samochodów. W tym czasie media prześcigają się w podawaniu do publicznej wiadomości coraz to nowych motywów zabójcy - od islamskiego terrorysty po psychopatycznego żołnierza sił specjalnych. Jednak prawdziwy motyw nie jest znany nawet policji.

W piątek 4 października snajper zabija kolejne dwie ofiary, mężczyznę stojącego na skrzyżowaniu w centrum metropolii oraz kobietę pakującą do samochodu zakupy przed supermarketem, około 80 km od Waszyngtonu. Do tej pory o snajperze wiadomo tylko to że ma doskonałe oko oraz to, że jego ofiarami są tylko dorośli. Zmienia się to jednak już w poniedziałek, gdy snajper strzela do 13-letniego chłopca wysiadającego z auta prowadzonego przez swą matkę. Chłopiec ma szczęście w nieszczęściu, ponieważ zostaje "tylko" ciężko ranny. Otrzymał też nie jeden, lecz dwa strzały - w brzuch i klatkę piersiową. Eksperci twierdzą, że morderca chciał w ten sposób pokazać iż nie pasuje do żadnych profili psychologicznych lub zrobić na złość tym, którzy twierdzą, że jego ofiarami są tylko dorośli. Może chciał też pokazać że wszyscy powinni się go bać, nie tylko dorośli ale też dzieci, może nie chciał dać się zaszufladkować a może ... niewiadomo. Z drugiej jednak strony, ciekawe co było przyczyną oddania przez snajpera dwóch strzałów zamiast jednego. Może też chciał zrobić na przekór wszystkim, a może zadrżała mu ręka. Jeśli tak, to ciekawe dlaczego. Jednak tego chyba nie będzie nam dane się dowiedzieć.

W trosce o bezpieczeństwo dzieci, we wszystkich szkołach zostały odwołane zajęcia pozalekcyjne oraz te odbywające się w trakcie lekcji poza budynkiem szkoły m.in. tradycyjny lunch na świeżym powietrzu.

W nocy z 9 na 10 października ginie następna ofiara. Jest nią 53-letni mężczyzna tankujący samochód. Świadek tego zdarzenia widział białą furgonetkę, której policji mimo dotychczasowych starań nie udało się znaleźć. Kilka dni później, 14 października o 21:15 na parkingu przed centrum handlowym w hrabstwie Fairfax, na zachodnich przedmieściach stolicy, pewne małżeństwo pakuje do auta zakupy, gdy 47-letnia kobieta osuwa się martwa na ziemię. Przyczyna zgonu - strzał z dużej odległości w tył głowy. Czyli mamy kolejną ofiarę "snajpera z Waszyngtonu" - bo taki przydomek otrzymał nasz nieznany morderca-psychopata. Od prowadzących na niego obławę funkcjonariuszy można usłyszeć następujące słowa: "Ten skurwysyn nie wyjdzie z tego żywy, sam mu przyłożę pistolet do głowy." Mieszkańców ogarnia paniczny niemal strach. Aby nie kusić losu ludzie tankują paliwo, siedząc na podłodze samochodów. Inni korzystają z pomocy członków kontrowersyjnej nowojorskiej organizacji samoobrony Aniołów Stróżów, którzy zjechali do Waszyngtonu, by pomóc tankować na najbardziej niebezpiecznych stacjach. Jasno oświetlone parkingi i stacje benzynowe, które miały sprawić aby w nocy ludzie czuli się tam bezpiecznie, nagle stały się tarczą strzelniczą dla seryjnego mordercy.

W sobotę 19 października snajper znów atakuje, lecz tak jak w przypadku 13-letniego chłopca, zaatakowany mężczyzna postrzelony z karabinu snajperskiego w brzuch, uchodzi z życiem. Co prawda jego stan jest krytyczny - lekarze usunęli mu trzy czwarte żołądka, część jelit oraz kawałek kręgosłupa - jednak najważniejsze że żyje. Po tym ataku nastąpiło kilka dni spokoju. Jednak była to cisza przed burzą, gdyż 22 października znów uderzył i to bardzo blisko miejsca w którym niespełna trzy tygodnie temu rozpoczął swoje ataki. Zdaniem psychologów uczynił tak ponieważ chciał pokazać że może zaatakować w każdym miejscu. Największym szokiem dla ludzi było to, że snajper nawiązał kontakt z szeryfem Charlesem Moosem - dowodzący śledztwem. Szeryf dostał od niego kilka wiadomości - w tym jedną telefoniczną - w których sprecyzował jak i kiedy mogą się z nim skontaktować oraz groził kolejnymi atakami - przede wszystkim przeciwko dzieciom - o ile jego żądania nie zostaną spełnione. Publicznie nie wiadomo jakie żądania, jednak najprawdopodobniej chodzi o dużą sumę pieniędzy. Po uzyskaniu tych informacji, Waszyngtońskie szkoły wprowadziły dodatkowe środki bezpieczeństwa. O ile wcześniej uczniowie nie byli wypuszczani w czasie przerwy na dwór, teraz nie wolno im opuszczać klas. Z budynku szkoły do aut rodziców lub dowożących do domu autobusów, uczniowie są wyprowadzani pojedynczo i pod ochroną policjantów. We wszystkich szkołach ogłoszono też tzw. "niebieski alarm", co oznacza, że po szkole mogą się poruszać tylko nauczyciele, uczniowie oraz strażnicy.

Kontakt snajpera z policją rzucił nowe światło na sprawę. FBI posiada jeden z najlepszych systemów komputerowych do identyfikacji i analizy ludzkiego głosu, więc w trakcie przesłuchiwania rozmowy telefonicznej snajpera z szeryfem Moosem, specjaliści w tej dziedzinie odkryli, że snajper - mimo zniekształcenia głosu - używa wyrażeń językowych typowych dla Jamajczyków. Teraz byli prawie pewni, że szukają imigranta, prawdopodobnie czarnego mężczyznę. Te przypuszczenia potwierdziły się, gdy przy jednej z ofiar znaleźli kilkustronicowy list zawierający masę wyrażeń typowych dla Jamajczyków. Co więcej, eksperci rozpoznali tam nazwę znanego zespołu reggae z Jamajki oraz fragmenty jednego z przebojów zespołu. Znawca jamajskiego folkloru powiedział detektywom, że tarot jest w tej części świata niezwykle popularny. Ale morderca, który w pobliżu miejsca jednego z zabójstw pozostawił kartę tarota przedstawiającą śmierć, musiał mieć słabe pojęcie o tarocie (śmierć w tarocie nie jest niczym złym, symbolizuje jedynie życiową transformację). Szeryf Moose, wbrew ekspertom gromiącym go za uległość wobec snajpera, postanowił za pośrednictwem mediów poprosić mordercę o kontakt. Podczas apelu stwarzał pozory, że policja nie ma żadnych śladów. Morderca po apelu policji nabrał jeszcze większej pewności siebie, a wręcz poczuł się "niedoceniony", więc zadzwonił na policję. O rozmowę poprosił szeryfa Moosea. Zażądał aby policja traktowała go poważnie, a jeśli nie wieżą że potrafi być groźny niech sprawdzą co się stało w Montgomery.

W niedzielę wieczorem do szeryfa policji w Montgomery w Alabamie, J. H. Watsona zadzwonił szeryf z Waszyngtonu. Chciał on wiedzieć, czy w ostatnim czasie nie wydarzyło się w Montgomery jakieś niewyjaśnione dotąd morderstwo. Watson powiedział mu, że sześć tygodni temu młody czarny mężczyzna napadł na dwie kobiety zamykające sklep, by odnieść utarg do banku. Mężczyzna kazał im się położyć na ziemi, po czym obu strzelił z pistoletu w tył głowy. Jedna kobieta zmarła na miejscu, a druga cudem przeżyła. Strzały usłyszeli dwaj policjanci, którzy jedli kolację w pobliskiej restauracji. Młody sierżant, który w policji służył zaledwie rok, udał się w pościg za mężczyzną, którego zobaczył nad ciałami kobiet. Morderca uciekł, ale po drodze z kieszeni wypadł mu egzemplarz znanego w USA magazynu "Broń i amunicja". Z tego pisma policjanci zdjęli odcisk, którego jednak nie było w stanowej bazie danych. Gdy Watson powiedział swojemu rozmówcy o odcisku ten podekscytowany nie mógł spać całą noc, bo instynkt mówił mu, że oto rozgryzł nie tylko sprawę zabójstw z Montgomery, ale być może sprawę snajpera.

W poniedziałek z samego rana snajper "ściągnął" 37-letniego kierowcę autobusu Conrada Johnsona. Dwie godziny po tym zabójstwie na waszyngtońskim lotnisku wylądował jeden z policjantów Watsona z aktami sprawy napadu na sklep monopolowy w Montgomery. Baza odcisków FBI jest największą tego typu bazą danych na świecie. Już po kilku minutach jej przeszukiwania, agenci wiedzieli, że nastąpił przełom - odcisk palca należał bowiem do 17-letniego Jamajczyka Johna Malvo, który rok wcześniej został zatrzymany, przesłuchany i następnie zwolniony przez służbę imigracyjną w Tacomie pod Seattle. W tym momencie szeryf Mosse wiedział, że znalazł mordercę. Przez kolejne dwa dni tysiące policjantów w Waszyngtonie, Seattle i Alabamie prowadziło jednak szczegółowe badania, by powiązać Malvo i jego przybranego ojca, który - jak ustaliła policja w Tacomie - opiekował się nim od co najmniej dwóch lat, z atakami snajpera. Przybrany ojciec Malvo nazywał się John Muhammad, był weteranem wojny w Zatoce Perskiej i podczas służby wyróżnił się doskonałymi wynikami w strzelaniu snajperskim. W trakcie tej służby, Muhammad mieszkał w Tacomie, gdzie jego sąsiedzi skarżyli się policji, iż strzela w ogródku swego domu. Potrzebny był dowód, że Muhammad przebywa teraz w Waszyngtonie. Jego nazwiska nie było na liście gości tysięcy hoteli i moteli, które odwiedzili w ciągu kilkunastu dni detektywi. I znowu zadziałał system komputerowy FBI. Po wprowadzeniu nazwiska Muhammada policjanci zorientowali się, że kilka tygodni wcześniej w stanie New Jersey zarejestrował on pod swym nazwiskiem niebieskiego chevroleta. Taki sam samochód widział jeden ze świadków ataku snajpera. Co więcej, policjant drogówki spisał Muhammada za złe parkowanie w Baltimore, które jest położone zaledwie godzinę drogi od Waszyngtonu. Policja wiedziała więc, że Muhammad rzeczywiście jest w okolicach stolicy. Policjant, który go spisał w raporcie zaznaczył, że wraz z młodszym od siebie mężczyzną prawdopodobnie śpi w samochodzie. Stało się jasne, dlaczego Muhammada i Malvo nie ma na liście gości hotelowych. W środę, 23 października Mosse podał dziennikarzom oba nazwiska oraz numer rejestracyjny chevroleta. Muhammad wiedział już wówczas, że policja przeszukała jego dom w Tacomie i wzięła do ekspertyzy pień do którego strzelał, aby scharakteryzować rodzaj użytej broni i porównać ją z tą, którą posługiwał się snajper. Półtorej godziny później kierowca ciężarówki zorientował się, że stojący obok niego na parkingu samochód to właśnie niebieski chevrolet z New Jersey. Muhammad i Malvo spali w samochodzie zaledwie o godzinę jazdy od Waszyngtonu. Kierowca zadzwonił na policję, która kazała mu się zamknąć w samochodzie i czekać. Pięć minut później policjant drogówki, przez lornetkę ustalił, że to rzeczywiście poszukiwany samochód. Auta policyjne po cichu zastawiły wyjazdy z parkingu i powoli zaczęli podchodzić do auta. Gdy kierujący akcją komandos zastukał w szybę chevroleta, Muhammad i Malvo obudzili się, widząc wycelowane w siebie lufy.

W bagażniku chevroleta policjanci znaleźli karabin M-16 Bushmaster z trójnogiem i lunetą snajperską. Okazało się również, że tylne siedzenie chevroleta i klapa bagażnika zostały przerobione tak, by snajper mógł strzelić przez tył samochodu - tłumiąc w ten sposób huk wystrzału. W czwartek o trzeciej nad ranem badania balistyczne potwierdziły, że karabin z chevroleta to ta sama broń z której strzelał snajper, tym samym dowodząc Muhammedowi i Malvo winy.

Jakie były motywy tych zbrodni, niewiadomo. Winni nie chcą odpowiedzieć na to pytanie. Jednak policja, która przesłuchała znajomych Muhammada, twierdzi że kierowali się oni pobudkami politycznymi. Muhammad stanowczo potępiał - jak się wyrazili - krucjatę Stanów Zjednoczonych przeciwko islamowi, na który przeszedł kilka lat temu, chwalił też autorów ataku 11 września.

Prokuratorzy z Alabamy, stanu Waszyngton, dystryktu Kolumbii, Wirginii i Marylandu długo zastanawiali się w jakiej kolejności składać przeciwko obu przestępcom akty oskarżenia. Nad jednym nie muszą się jednak zastanawiać, a mianowicie nad tym jakiej żądać dla nich kary. Kara śmierci, to jedyne na co zasłużyli.


HARVEY MURRAY GLATMAN - NIEŚMIAŁY FOTOGRAF

Bywa, że marzenia są piękne i pełne czułości. Bywa też jednak, że stają się chore i wynaturzone. Kobieta zamiast przedmiotem pożądania staje się celem nienawiści, który trzeba upokorzyć i zniszczyć. Wtedy rodzi się potwór. Taki był właśnie Harvey Murray Glatman.

Od dziecka wychowywał się pod ochronnym parasolem mamusi. Był jej oczkiem w głowie. Rozwiązywała za niego wszystkie problemy. Kiedy miał 12 łat okręcał sznur wokół szyi i zaciskał go, doznając przy tym podniecenia. Lata mijały a chłopak znajdował się cały czas pod wpływem matki. Nieśmiały, mrukliwy, niski, z twarzą przypominającą królika z wielkimi, odstającymi uszami. Nic dziwnego, że nie wzbudzał zainteresowania dziewcząt. Coraz bardziej sfrustrowany, postanowił przemocą osiągnąć to, do czego nie mógł dojść naturalną drogą. W 1945 roku w Boulder w stanie Colorado, sterroryzował dziewczynę pistoletem-zabawką i kazał się jej rozebrać. Ofiara miała szczęście, bowiem Glatman nie zdążył jej zgwałcić. Otrzymał za to wyrok 5 lat pozbawienia wolności, który odsiedział w Sing Sing. O jego przeżyciach za kratami nie wiadomo wiele, poza tym, że był poddawany badaniom psychiatrycznym. Po zwolnieniu w 1951 roku osiedlił się w Los Angeles. Otworzył tam punkt naprawy telewizorów.


Zainteresował się fotografią. Jak wielu amatorów chciał fotografować akty. Przez 6 lat marzył o wiązaniu dziewczyn i gwałceniu ich. W końcu postanowił dopomóc losowi, l sierpnia 1957 roku pod nazwiskiem Johny Glynn, wynajął 19-letnią modelkę Judy Dull. Gdy tylko zjawiła się w jego "studiu" namówił ją do zdjęcia bluzki i żeby pozwoliła się związać i zakneblować. Jako wyjaśnienie dla tej pozy podał, że zdjęcie będzie zdobiło okładkę magazynu z historyjkami kryminalnymi. Robił jej zdjęcia i coraz bardziej rozbierał. W końcu, gdy chciał ją zgwałcić, dziewczyna zaczęła walczyć. Glatman w tej samej chwili stał się impotentem, bowiem w jego fantazjach wszystkie partnerki były uległe. Grożąc jej bronią zażądał, żeby nie stawiała oporu. Kiedy dziewczyna wyraziła zgodę, zgwałcił ją dwukrotnie. Gdy amok minął, Glatman przestraszył się konsekwencji swojego czynu. Judy zaczęła prosić, aby ją wypuścił, a ona dochowa tajemnicy. Udał, że się zgadza, powiedział, że odwiezie ją w odludne miejsce i wypuści. Pojechali na pustynię w okolicach Phoenix, gdzie ją udusił, zrobił jej następną serię zdjęć, a zwłoki zagrzebał w płytkim grobie. Potem klęczał i błagał swoją ofiarę o przebaczenie.


Do Los Angeles wrócił pełen obaw. Był pewny, że lada chwila zjawi się policja która zidentyfikuje jego odciski palców w mieszkaniu ofiary. Gotów był przysiąc, że będzie żył świątobliwie, byle nie spotkała go kara. Mijały tygodnie, strach i żal zaczynały blaknąć. Coraz natrętniej pojawiały się wspomnienia "upojnych" chwil, które przeżył, a chęć by powtórzyć minione wydarzenia, coraz bardziej natrętna. Wreszcie zaczął poszukiwać następnej ofiary. Przez agencję matrymonialną poznał 24-letnią Shirley Ann Bridgeford, matkę dwojga dzieci. W klubie zarejestrował się pod fałszywym nazwiskiem jako George Williams, z zawodu hydraulik. 8 marca 1958 roku umówił się z nią telefonicznie na potańcówkę. Gdy przyjechał do domu jej matki w Sun Valley, stwierdził, że zmienił zdanie i chciałby pojeździć samochodem przy świetle księżyca. Około 100 mil na południe od Los Angeles zatrzymał się i chciał z nią pieścić. Kiedy napotkał opór - wyciągnął pistolet i zmusił kobietę, aby mu uległa. Zgwałcił ją, związał, zrobił serię zdjęć i udusił sznurem. Ciało pochował na pustyni Anza Borrego. Na pamiątkę zostawił sobie czerwone majteczki.


Znów czuł strach i żałość z powodu ohydnego czynu. Jednak stan ten przeszedł znacznie szybciej niż poprzednio. Już po 5 miesiącach rozpoczął poszukiwania kolejnej ofiary. 2 lipca 1958 roku zadzwonił do agencji striptizerek i modelek pozujących nago. Glatman przedstawił się jako Frank Johnson i chciał się umówić z jedną z dziewcząt, 24-letnią Ruth Ritą Marcado. Dziewczynę coś tknęło i odmówiła tłumacząc się chorobą. Nie zdało jej się to na wiele, bowiem następnego dnia wieczorem przyszedł do niej do domu i po sterroryzowaniu pistoletem związał i zgwałcił. Po tym powiedział, że zabiera ją na piknik. Pojechali w pobliże miejsca, gdzie zabił Shirley Bridgeford. Tam przez cały dzień ją gwałcił i robił zdjęcia. Między gwałtami pozwolił jej nawet zjeść. Wieczorem obiecał, że odwiezie ją do domu. Po drodze zatrzymał się na jeszcze jedno zdjęcie i udusił ofiarę.

Okresy między morderstwami zaczęły się coraz bardziej kurczyć. Już w 3 miesiące później, we wrześniu, Glatman usiłował się umówić na następną "sesję zdjęciową" z inną modelką. Wydał jej się "straszny" i w końcu umówiła z nim swoją koleżankę Lorraine Vigil, której brakowało pieniędzy. Glatman podjechał po nią i zabrał ją w "plener". Przejeżdżając przez miasteczko Tustin, wyciągnął pistolet chcąc ją zastraszyć. Gdy powiedział, że chce ją związać, Lorraine usiłowała wyskoczyć z samochodu. Dziewczyna zaczęła z nim walczyć. Udało jej się wytrącić mu pistolet i gdy samochód na chwilę stanął - wyskoczyła. Glatman podniósł upuszczoną broń i rzucił się w pogoń. Lorraine znów miała szczęście, bowiem gdy napastnik zbliżył się, zdołała wyrwać mu broń. Pociągnęła nawet za spust, ale pistolet się zaciął. Przejeżdżający obok policjant zainteresował się szamotaniną i bez trudu obezwładnił Glatmana. Rewizja w domu zatrzymanego dostarczyła mnóstwo dowodów, przede wszystkim fotografie trzech ofiar. Po konfrontacji z Lorraine Vigil, załamał się i przyznał do wszystkich morderstw.

Podczas procesu był zrezygnowany. Gdy został skazany na śmierć, odmówił apelacji i stwierdził: "Tak będzie lepiej. Wiedziałem, że to się tak skończy". Został zgładzony 18 września 1959 roku w komorze gazowej w San Quentin.


JOEL RIFKIN - ZABÓJCA PROSTYTUTEK

Zawsze mordował w ten sam sposób. Umawiał się na płatny seks, po stosunku dusił prostytutkę.

Była trzecia w nocy 28 czerwca 1993 roku. Załoga samochodu policji stanowej w składzie Deborah Spaargaren i Sean Ruane patrolowała odcinek autostrady na Long Island, Nowy Jork. Właściwie nie wiadomo dlaczego zwrócili uwagę na samochód typu pick-up. Postanowili zatrzymać i wylegitymować kierowcę. Ten jednak zignorował syrenę i jechał dalej.

W pewnym momencie nie zmieścił się w zakręcie i uderzył o barierę. Policjanci zobaczyli grubawego mężczyznę po trzydziestce, który niezdarnie gramolił się z wnętrza. Kiedy podeszli, poczuli smród dobywający się z pod brezentu przykrywającego bagażnik. Cuchnęły tam rozkładające się zwłoki owinięte w plastik i związane sznurkiem. W tym momencie kierowca zaczął krzyczeć: "Zabiłem ją, zabiłem ją - bo była prostytutką". Bez oporu pomógł zidentyfikować ofiarę, była to 22-letnia Tiffany Bresciani. Joela Rifkina, 34-letni bezrobotnego ogrodnika, aresztowano. Już po kilku dniach spędzonych za kratami, zaczął zeznawać. Przyznał się do kilkunastu innych morderstw, popełnionych - jak twierdził - na prostytutkach.

Urodził się w 1959 roku jako owoc związku dwojga nastolatków. Szybko został oddany do sierocińca. Gdy miał trzy lata, adoptowali go Ben i Jeanne Rifkin. Był spokojnym dzieckiem, mimo wysokiego ilorazu inteligencji nie radził sobie jednak w szkole. Co więcej, z powodu swej tuszy był prześladowany przez miejscowych osiłków, którzy wołali na niego "żółw". Skończył high school, ale nie mógł znaleźć sobie miejsca w życiu. Wciąż zaczynał rozmaite kursy zawodowe. Także z dziewczynami nie umiał sobie radzić. Pierwsze kontakty seksualne miał więc z prostytutkami. Wyśmiewany i odrzucony przez rówieśników, postanowił skorzystać z jeszcze jednej szansy jaką było ogrodnictwo orientalne. Znów mu nie wyszło.

Pierwszego morderstwa dokonał w 1989 roku. Nie potrafił jednak podać personaliów ofiary ani miejsca, gdzie pozbył się zwłok. Jedyne co pamiętał, to poćwiartowane ciało i fakt, że wrzucił je do kanału. Podobnie było z następną ofiarą. Jej również nie udało się zidentyfikować. Rifkin nie przepadał za robotą rzeźnika. Postanowił więc, gdy udusi już kobietę nie ćwiartować jej, a zwłoki podrzucać w niedostępne miejsca. Na szerszą skalę zaczął mordować latem 1991 roku. Pierwsza była Barbara Jacobs, której ciało zapakował do kartonu i wrzucił do rzeki Hudson. Następna - 22-letnia Mary DeLuca, narkomanka, jej ciało znaleziono l października. Również w rzece odkryto zwłoki Tun Lee 31-letniej prostytutki i narkomanki. Nastał grudzień. Rifkin znów wyszedł na ulicę. Zabił 39-letnią Maryann Holloman oraz 28-letnią Lorraine Orvieto. Jak zwykle uzależnione od narkotyków prostytutki. Ich ciała znaleziono w pustych beczkach po oleju maszynowym.

1992 rok również należał do pracowitych dla mordercy. Zamordował sześć kobiet. Co ciekawe, nowojorska policja ani przez chwilę nie przypuszczała, że zbrodnie są dziełem seryjnego mordercy. Półświatek, w którym obracały się prostytutki, nigdy nie należał do bezpiecznych, nikogo więc nie dziwiło, że dziewczyny znikały bez śladu. Rifkin zawsze zabijał tak samo. Umawiał się na płatny seks, po stosunku dusił prostytutkę. Od 1992 roku znowu zaczął ćwiartować ciała, aby utrudnić identyfikację.

Latem ponownie zaatakował. Wrzucił do rzeki Hudson głowę, ręce i nogi swojej ofiary. W lipcu tego roku znaleziono kobiecy tors zapakowany w worek na śmieci. Pod koniec roku następne trzy prostytutki zeszły z tego świata. Jednego ciała nie odnaleziono nigdy, dwa pozostałe zidentyfikowano.

Przez prawie pół roku nie zabijał. W lutym 1993 porwał, zgwałcił i zamordował Leah Evans. Zamordowana nie była ani narkomanką ani prostytutką. Następna ofiara pozostanie na zawsze nieznana, znaleziono tylko jej szczątki rozrzucone niedaleko klubu golfowego Hampton Hill.

Zbrodnicza kariera Rifkina dobiegła końca wraz z zamordowaniem 22-letniej Tiffany Bresciani. Niezdecydowany zboczeniec przez dwa dni woził ze sobą jej zwłoki, zastanawiając się gdzie się ich pozbyć. Wtedy zatrzymał go patrol policyjny. Na przesłuchaniach Joel Rifkin twierdził, że zabił siedemnaście prostytutek. Nie pamiętał jednak dokładnie, więc ofiar może być więcej. Co ciekawe, z uporem maniaka twierdził, że przed uduszeniem zawsze płacił za usługę seksualną i pieniądze zostawiał przy zwłokach. Gdy czekał na proces, pokłócił się z innym seryjnym zabójcą Colinem Fergusonem, o to który z nich zabił więcej ofiar. Zdenerwowany Ferguson uderzył w twarz swego oponenta.

Mimo, że Rifkin podczas przesłuchań policyjnych przyznał się do zabójstw, na procesie nie poszedł na ugodę z prokuratorem. Ponieważ kara śmierci w stanie Nowy Jork została zniesiona, skazano go na 25 lat więzienia.

CHARLES MANSON
"Najbardziej niebezpieczny żyjący człowiek."

Charlie urodził się w 1934 roku jako nieślubne dziecko prostytutki Kathleen Maddox. Wkrótce zaczęła ona żyć z Billem Mansonem, którego nazwisko otrzymał chłopiec. Aresztowanie jego matki za napad z bronią w ręku (Charles miał wtedy 5 lat) pogłębiło i tak wielką przepaść dzielącą go od reszty społeczeństwa. Po okresie tułaczki po różnych krewnych, Charlim zajęła się obsesyjnie religijna babcia, która starała się go nauczyć chrześcijańskich cnót. Od niej powędrował do wuja i ciotki w Maychem w Virginii. Wuj pragnął, aby z chłopca wyrósł prawdziwy mężczyzna, kazał mu zapomnieć o naukach babci. Miało temu służyć posyłanie go do szkoły ubranego jak dziewczynka. Wyśmiewanie się z niego rówieśników wprowadziło chłopca w tak straszliwą furię, że wkrótce został respektowanym zabijaką. Po zwolnieniu matki z więzienia stanowego w Moundsville, Manson wrócił do niej, by kilka lat później trafić pod opiekę innego wujka - alkoholika, który nauczył go pić. Gdy od niego uciekał, wylądował w " Domu dla Chłopców" prowadzonym przez Braci Katolików. Panowała tam surowa dyscyplina, szczególnie lubowano się w chłoście, którą buntowniczy Charli często był karany. Po pewnym czasie uciekł i stamtąd. Wtedy znów wkroczył na drogę przestępstwa. W wieku 14 lat został zatrzymany na próbie kradzieży samochodu i wylądował w Indiana School for Boys. Był tam niemiłosiernie bity przez strażników i współwychowanków oraz wielokrotnie gwałcony. Uciekł z Indiany, został jednak wkrótce aresztowany i osadzony w Natilonal Training School w Waszyngtonie. Tam także był bity i wykorzystywany seksualnie. W marcu 1967 roku po odsiedzeniu siedmiu lat za sutenerstwo jako 33 - letni mężczyzna opuścił zakład karny w Terminal Island w Californii. Jeśli czegoś się tam nauczył, to tylko walczyć z przeciwnościami losu. Amerykę wówczas ogarnęła rewolucja dzieci kwiatów. Manson zaczął wałęsać się z podobnymi mu wyrzutkami oraz pochłaniać nieprawdopodobne ilości LSD. Żył z muzykowania na rogach ulic i w tanich barach. Prawdopodobnie zajął się czarną magią i satanizmem. W 1969 roku zebrał wokół siebie gromadę ludzi (nazwaną później rodziną), którzy po niedługim czasie byli gotowi nawet oddać życie za swojego charyzmatycznego przywódcę.

Charles wyznawał wtedy teorię, że cały świat znajdzie się wkrótce w wierze rasistowskiej rewolucji (czarni sięgną po władzę) i tylko jego "rodzina" przyniesie odrodzenie jako nasiona nowej rasy aryjskiej, a on sam zostanie przywódcą. Mieszkał razem ze swoimi współwyznawcami w opuszczonym ranczu wytwórni filmowej. Na przygotowanie nadchodzącego Armaggedonu, potrzeba było dużo pieniędzy. Manson szybko wpadł na pomysł skąd je zdobyć. Dowiedział się, że jeden z jego przyjaciół, muzyk Gary Hinman odziedziczył okrągłą sumę w wysokości 20.000 dolarów. 25 lipca 1969 roku Mary Brunner, Bobby Beausoleil i Susan Atkins odwiedzili dom nieszczęśliwego Hinmana i usiłowali za pomocą tortur wyłudzić od niego pieniądze. Jednak wszystko, co ofiara posiadała, to tylko 2 samochody. Na rozkaz Mansona, Hinman został zamordowany, a na ścianie wykonano napis jego krwią: "polityczna świnia". Narysowano też schematyczny rysunek przedstawiający szczęki pantery. Miał on spowodować zrzucenie odpowiedzialności za dokonanie mordu na Czarne Pantery (rasistowską organizację murzyńską). Niedługo potem, rodzina dokonała swojego najsłynniejszego zbiorowego zabójstwa. Tuż po północy w sobotę 9 sierpnia 1969 roku, cztery postacie zakradły się do posiadłości 10050 Cielo Drive w Beverly Hills. Byli to "Tex" Watson, Patricia "Kate" Krenwinkle, Susan "Sadie" Atkins oraz Linda Kasabian. Mieszkał tam Roman Polański (który był poza domem) i jego żona Sharon Tate.

Tej nocy oprócz znajdującej się w zaawansowanej ciąży Tate przebywało tam jeszcze czworo jej przyjaciół. W swoim morderczym szale "rodzina" zostawiła za sobą straszliwie zmasakrowane zwłoki. Wojtek Frykowski, przyjaciel Polańskiego, otrzymał ponad 50 ciosów nożem, został także postrzelony. Mimo błagań nie oszczędzono nawet ciężarnej Sharon Tate. Po dokonaniu zbiorowego morderstwa tylko jedna osoba z "rodziny" nie była z niego zadowolona. Był to Charles Manson. Niespodobał mu się bałagan jaki tam zostawiono. Postanowił pokazać więc, jak należy mordować. 11 sierpnia, zaledwie 2 dni po zabójstwie, po wzięciu dużej dawki narkotyku, Manson poprowadził grupę w składzie "Tex" Watson, Patricia "Kate" Krenwinkle, Susan "Sadie" Atkins, Linda Kasbian, Clem Grogan i Lisie van Houten. Krótko po pierwszej nocy "rodzina" wdarła się w nocy do domu przy Silver Lake, zamieszkałego przez biznesmena Leno LaBianca i jego żonę Rosemar. Po zgwałceniu swoich ofiar, na ścianach wykonano napisy krwią: "śmierć świniom", "powstaliśmy", a na brzuchu pana Bianco wyryto napis: "wojna". Prawdopodobnie i przy tym morderstwie Manson nie był obecny; jego rola ograniczała się do wydania poleceń. Wszystko wskazuje na to, że sprawców obydwu rzeźi nigdy by nie wykryto, gdyby nie Susan Atkins. Jakiś czas później schwytana za uprawianie prostytucji, opowiedziała wszystko koleżance z celi. Informacja szybko dotarła do władz więziennych i 1 grudnia 1969 "rodzinie" przedstawiono zarzuty dokonania zbiorowych morderstw w mieszkaniach Polańskiego i LaBlanca.

19 kwietnia 1971 zakończył się proces przeciwko "rodzinie", w którym wszyscy otrzymali karę śmierci. Wkrótce potem Manson, Bruce Davis i Clem Grogan uczestniczyli w jeszcze jednym procesie dotyczącym zabójstwa Hinmana. Jako, że w Californii zawieszono wykonanie wyroków śmierci, zamieniono im karę na dożywocie. "Rodzina" była także podejrzana o wiele niewyjaśnionych morderstw z końca lat 60-tych. Charles Manson później przyznał się do popełnienia 35-ciu morderstw, jednak nie potrafił tego udowodnić. Manson wielokrotnie składał podanie o zwolnienie warunkowe. Mając jednak reputacje najbardziej niebezpiecznego człowieka w Stanach Zjednoczonych, nie otrzymał i prawdopodobnie długo nie otrzyma takiej możliwości. Obecnie przebywa w celi 7x13 stóp w więzieniu stanowym Corcoran. Podobno w 1967 roku, gdy zwalniano go z więzienia, błagał żeby go zatrzymano. Niestety wyszedł...

ROBERT L. YATES JR.


Robert Yates urodził się i wychował w miasteczku Whidbey Island w stanie Waszyngton, w normalnej, religijnej rodzinie, wyznającej tradycyjne wartości, a za swe główne prawo uznającej zasadę poszanowanie drugiego człowieka. Mały Bob (tak nazywała go rodzina i znajomi) posiadał wszystkie typowe dla "wspaniałego dziecka" cechy. Był szczęśliwym, wesołym, pełnym życia chłopcem. Zawsze uśmiechnięty, uwielbiający sport, lider drużyn szkolnego bejsbola i piłki nożnej. Jego sielankowe życie prawdopodobnie (prawdopodobnie, ponieważ nie ma na to dowodów) przerwał dramat. Dramat jakim było molestowanie sześcioletniego wówczas Roberta, przez starszego chłopca z sąsiedztwa. Śladów związanego z tym szoku i upokorzeń nie zdradzał jednak w okresie dorastania i młodych latach. Będąc w szkole średniej stracił matkę, nadal jednak uczył się dobrze i został przyjęty do college w Walla Walla. W roli studenta wytrzymał jednak niecałe dwa lata. W 1975 roku pracował sześć miesięcy jako strażnik w tutejszym więzieniu stanowym. W rok później ożenił się z Lindą; wszedł więc w stały związek z kobietą tak jak wszyscy przeciętni Amerykanie, ani za wcześnie, ani za późno, gdy miał 23 lata. Dochowali się pięciorga dzieci, które zawsze bardzo kochał. W 1977 roku wstąpił do armii. Został cenionym pilotem helikoptera. Latał na maszynie OH-58D Kiowa, rzadkim rodzaju helikoptera używanego do misji rozpoznawczych. Służył w Niemczech. Brał udział w operacji Pustynna Burza, uczestniczył w akcjach ratunkowych na terenach południowych stanów spustoszonych przez huragan Andrew, dowoził worki z amerykańską mąką do głodujących w Somalii. W sumie za sterami helikoptera spędził 19 lat, uzyskując również licencje pilota samolotów transportowych oraz innych rodzajów helikopterów. Za nienaganną służbę otrzymał całą serię medali i wyróżnień.

Do domu wrócił jako czterdziestoletni emeryt wojskowy. Zatrudnił się hucie aluminium w Spokane i aby nie wypaść z formy został pilotem helikoptera w ochotniczych formacjach Gwardii Narodowej. Z powodu skomplikowanych i długotrwałych rutynowych badań lekarskich nie mógł latać tylko w okresie jednego roku, pomiędzy wiosną 1997 i wiosną 1998 roku. Potwierdziłoby to teorię niektórych detektywów z grupy operacyjnej, że nadmiar czasu wolnego popychał Roberta Yatesa do zbrodni.

Rodzina znaczyła dla niego najwięcej, zawsze był szczęśliwym mężem i ojcem. Sonya, jego drugie z kolei dziecko, opisuje go jako wspaniałego człowieka, niezmiennie pogodnego i młodego duchem. Uwielbiał wyprawy za miasto. Zabierał dzieci na ryby, na kilkudniowe wyprawy pod namioty. Dopiero w ostatnich latach przed aresztowaniem jej ojciec jakby się zmienił. "W te jego nieustannie dobre dni zaczęły się wkradać również dni złe - wspomina Sonya. Wracał wtedy do domu z pracy i widać było, że jest naładowany złością. Trzymaliśmy się wtedy od niego na wszelki wypadek z daleka. Potem wydały się jego kłamstwa. Wyjeżdżał niby na kilka dni, na ćwiczenia Gwardii Narodowej, a noce spędzał gdzieś w hotelach w Spokane, z jedną z tych prostytutek ..."

East Sprague Avenue, zwana też "wybiegiem" lub "aleją prostytutek", to ulica alkoholiczek i narkomanek oraz taniej płatnej "miłości". Biegnie ze wschodu na zachód od śródmieścia Spokane, w stanie Waszyngton, równolegle do trasy międzystanowej numer 90. Północny wschód, blisko granicy kanadyjskiej: długie i dokuczliwe zimy, krótkie wiosny i równie krótkie lata. Panuje przekonanie, że to wylęgarnia seryjnych morderców: działał tu Ted Bundy i nieuchwytny do dziś seryjny morderca znany jako Green River Killer. Mieszkają tu ludzie bardzo konserwatywni, o przewadze Anglosasów i skandynawskich grup etnicznych. Gdy ktoś się stacza, nikt mu nie pomaga. Obojętność na dramat dziewczyn wyrzuconych na bruk z porządnych niekiedy domów jest tu większa niż w innych wielkich miastach. Gdy policja znajduje kobietę z raną postrzałową w głowie, media szaleją, tematowi nie ma końca, policjanci pracują dzień i noc, by udowodnić, że pieniądze podatników wydaje się zgodnie z ich przeznaczeniem. Gdy w Spokane zaczęto znajdować zastrzelone kobiety, długo panowała cisza.

O wpół do dziesiątej rano, w czwartek , 22 lutego 1990 roku, anonimowy telefon postawił na nogi detektywów Spokane. Telefon wzywał ich w rejon długiej nadrzecznej trasy szybkiego ruchu East Upriver Drive. Po przybyciu na brzeg rzeki Spokane policjanci natrafili na nagie zwłoki kobiety rasy czarnej, wyraźnie odcinające się od śniegu, tuż na styku lądu i zamarzającej wody. Czekając na przybycie ekipy, detektywi obejrzeli zwłoki. Młoda murzynka miała w głowie dwie rany wlotowe od pocisków małego kalibru. Zwłoki leżały śniegu całkowicie nagie, a jednak w polu widzenia nie było odzieży lub osobistych przedmiotów ofiary. W śniegu i w lodzie nie było też po wystrzelonych pociskach. Świadczyło to o tym, że morderca działał wyjątkowo starannie i zebrał łuski. Mógł też używać rewolweru, który nie wyrzuca łusek po nabojach lub zastrzelić kobietę gdzie indziej i wyrzucić jej zwłoki w przypadkowym miejscu nad rzeką. Po dłuższych poszukiwaniach policjanci znaleźli w krzakach czarną perukę, biały ręcznik i dwa koce, w tym jeden zielony, używany tylko w armii.

Po kilku dniach pracy nad ustaleniem tożsamości ofiary okazało się, że jest to 26-letnia Yolanda Saap, prostytutka i narkomanka, która kilka dni przed śmiercią zniknęła z East Sprague Avenue. Gdy ją widziano żywą po raz ostatni, miała na sobie obcisłe dżinsy, pantofelki, majteczki i koszulkę z delikatnej tkaniny - wszystko w czarnym kolorze. Wyjątek stanowiło beżowe minifuterko z królika. Na podstawie zeznań jej najbliższych policja ustaliła również, że zwłoki Yolandy zostały ograbione z kilku sztuk biżuterii: dwóch złotych obrączek (jedna z nich - ślubna) oraz srebrnego naszyjnika. Zniknęła również jej ulubiona torebka z dżinsowego materiału. Policyjni laboranci zadbali o to, by z ciała denatki pobrać wszystkie niezbędne próbki: z ust, pochwy, odbytnicy.

W niedzielę, 25 marca 1990 roku (miesiąc po pierwszym morderstwie) morderca zaatakował ponownie. Do pogotowia policyjnego miasta Spokane zatelefonował człowiek, który jadąc o szóstej rano nadrzeczną trasą szybkiego ruchu East South Riverton, kątem oka zauważył ciało leżące na poboczu. Policja po przybyciu na miejsce znalazła pozbawione odzieży zwłoki białej kobiety, 34-letniej Nickie Lowe, prostytutki i narkomanki dobrze znanej w "dzielnicy uciech". Ostatni raz widziano ją właśnie w rejonie East Sprague Avenue. Miała w organizmie ślady kokainy. Natomiast z jej głowy wydobyto pocisk kalibru 0,22 cala.

Policja po raz pierwszy nabrała podejrzeń, że w mieście działa seryjny morderca, polujący na prostytutki. Sposób dokonania obu zbrodni i użyty rewolwer małego kalibru wskazywał na tego samego sprawcę. Potwierdzenie domysłów przyszło po siedmiotygodniowej przerwie. Późnym wieczorem we wtorek, 15 maja 1990 roku, spacerowicze zawiadomili policję o natknięciu się w rejonie nabrzeża Spokane River na nagie zwłoki kobiety.

Ofiara miała pierścionki na palcach. Liczne rany i obrażenia na głowie, twarzy, szyi i ramionach świadczyły, że przed zastrzeleniem została ciężko pobita. Detektywi znaleźli części jej garderoby rozrzucone po krzakach, a także pantofle i pokryty krwią ofiary plastikowy worek. Blisko zwłok odkryli również ślady opon samochodowych, które zostały starannie sfotografowane. Okazało się, że ofiarą jest 38-letnia Kathleen Brisbois, prostytutka z alei. Wykonane wkrótce testy wykryły w jej krwi obecność kokainy i morfiny. Ze zwłok wydobyto dwa pociski kalibru 0,22 cala.

Trzy ofiary - trzy prostytutki i narkomanki, pozbawione życia w niemal identyczny sposób. Stanowiło to potwierdzenie hipotezy, że morderstwa z East Sprague Avenue są, bez wątpienia, "dziełem" seryjnego mordercy. Policja postanowiła jednak nie wzniecać niepokoju. Prasa i telewizja nie otrzymały żadnych istotnych szczegółów dotyczących morderstw, oprócz danych personalnych ofiar oraz okoliczności znalezienia ich zwłok. Można się tylko było domyślać, że morderca zaatakuje ponownie, a praca nad jego ujęciem będzie żmudna i długotrwała. Przez dwa kolejne lata w Spokane panowała "cisza". Brak kolejnych ofiar nie uspokajał jednak detektywów. Rzadko kiedy sprawdzają się przypuszczenia, że zbrodniarz poprzestał na dokonanych już morderstwach lub trafił do więzienia za inne przestępstwa albo też sam padł ofiarą zbrodni. Gdy "działa" seryjny morderca, a potem "zamilknie", to "cisza" jest szczególnie złowieszcza. Policja obawia się wtedy, że morderca działa nadal, lecz znalazł jakieś doskonałe miejsce ukrycia zwłok lub też przeniósł się w inny rejon kraju.

Morderca prostytutek ze Spokane "odezwał" się ponownie 13 maja 1992 roku. Na Bill Gulch Road, mniej więcej ćwierć mili od trasy szybkiego ruchu Mt. Spokane Park Drive, kierowcy zauważyli w rowie nagie ciało kobiety; okazało się, że było ułożone w trochę innej pozycji niż poprzednie ofiary. Na głowie denatki był zawiązany plastikowy worek, a ramiona były unieruchomione bluzką zamotaną wokół szyi. Jednak przyczyną śmierci były pociski z broni małego kalibru. Tak jak w poprzednich przypadkach, morderca porozrzucał resztę odzieży swej ofiary w wysokiej trawie i okolicznych krzakach. Na miejscu nie było śladów walki ani też dużej ilości krwi, co skłaniało do przypuszczenia, że kobieta została zastrzelona gdzie indziej, a później zrzucona do rowu z zatrzymanego na krótko samochodu. Z jej głowy wydobyto pociski kalibru 0,22 cala.

Kobietę zidentyfikowano jako 19-letnią Sherry Anne Palmer, a więc najmłodszą spośród dotychczasowych ofiar. Była ciemną blondynką rasy białej, o wyjątkowo ładnych, regularnych rysach twarzy i rozbrajającym uśmiechu. Ujawnione przez detektywów fakty połączyły ją jednak ze środowiskiem dziewczyn z alei prostytutek. Od przeciętnej kobiety, szlifującej chodniki East Sprague, różniła się brakiem uzależnień od narkotyków. Po raz ostatni widziano ją 1 maja 1992 roku, gdy wychodziła z Al's Motel, znanego miejsca spotkań prostytutek oraz ich klientów na North Division w Spokane. O jedenastej w nocy wsiadła do zamówionej taksówki, udając się na spotkanie z chłopakiem. Do celu jednak nigdy nie dotarła.

Minęły cztery lata zupełnej ciszy. W Spokane nie było kolejnej ofiary z "czarnej serii". Jednak w tym czasie w północnym rejonie stanu Waszyngton, w hrabstwie Kitsap, znaleziono zwłoki 60-letniej Patricii L. Barnes, tym razem ofiara nie była prostytutką, lecz alkoholiczką z tendencjami do włóczęgostwa. Została zastrzelona w taki sposób, jaki robił to morderca ze Spokane. Jej zwłoki znaleziono 25 sierpnia 1995 roku. Potwierdziły się więc obawy policji: morderca jeździ po kraju i morduje w miejscach swego pobytu. Podobnie postępowali (np. Henry Lee Lucas i Ottis Toole) i nadal postępują seryjni mordercy.

Zbrodniarz powrócił w okolice Spokane pod koniec wiosny 1996 roku. W piątek 14 czerwca 1996 roku, w gęsto zadrzewionych rowach skrzyżowania trasy szybkiego ruchu Mt. Spokane Park Drive i Holcomb Road, znaleziono zwłoki 39-letniej Shannon R. Zielinski. Jej ciało znajdowało się w stanie daleko posuniętego rozkładu. W odróżnieniu od poprzednich ofiar, kobieta nie była naga; miała na sobie króciutką szarą sukienkę, a górną część tułowia zakrywał narzucony ręcznik. Detektywi znaleźli wokół rozrzucone w znany już sposób pozostałe części garderoby: rajstopy, białe skarpetki i jeden czarny but - wysoki, powyżej kolan. Kobieta została zastrzelona z broni małego kalibru, a brak śladów walki i krwi w miejscu znalezienia zwłok ponownie skłaniał do domysłów, że morderca zabija gdzie indziej, porzuca natomiast swe ofiary w dogodnych lecz przypadkowych miejscach, przeważnie na poboczach tras szybkiego ruchu. W rejonie Mt. Spokane Park Drive były to już drugie znalezione zwłoki.

Shannon Zielinski była jedną z dobrze znanych postaci z "wybiegu": żyła z prostytucji, zażywała różnego rodzaju narkotyki, nie stroniła też od alkoholu. Ostatni raz widziano ją jak wczesnym popołudniem, 27 maja 1996 roku, na rogu East Srague i Helena Street, jak piła alkohol z grupą mężczyzn . Policjanci w cywilu upomnieli wszystkich z grupy, rozmawiali też z Shannon. Wieczorem tego dnia wyszła z domu na "wybieg". Miała na sobie tę szarą, króciutką sukienkę i wysokie czarne buty powyżej kolan. Od tego dnia nikt już jej nie widział żywej.

Pod koniec 1997 roku kobiety pracujące w rejonie płatnej miłości miasta Spokane czuły się jak w stanie oblężenia. Nieuchwytny seryjny morderca mordował kobiety, porzucał ich zwłoki w okolicach miasta, jak worki śmieci. Dziewczyny zaczęły znikać jedna po drugiej, choć cisza w mediach nie wywoływała jeszcze nastrojów paniki.

We wtorek, 26 sierpnia 1997 roku, znaleziono zwłoki 20-letniej Heather Hernandez, znanej prostytutki z alei. Zniknęła z ulicy kilka tygodni wcześniej. Ciało dziewczyny leżało w zielsku na polu East Springield, miała na sobie tylko koszulkę i biustonosz. Tym razem nie było porozrzucanej wokół ofiary części odzieży. Została zastrzelona z rewolweru kaliber 0,22 cala. Od parkingu przy ulicy prowadzącej do miejsca znalezienia zwłok była widoczna krwawa smuga świadcząca o tym, że młoda prostytutka poniosła śmierć gdzie indziej, zaś morderca swoim zwyczajem porzucił jej zwłoki tutaj.

Kilka godzin później, tego samego upalnego dnia, dzieci bawiące się w krzakach w północnej części Forker Road znalazły zwłoki 16-letniej prostytutki, Jennifer Joseph, najmłodszej ofiary seryjnego mordercy - jedynej azjatyckiego pochodzenia. Miała w głowie kilka ran postrzałowych. Była naga, jednak w pobliżu detektywi znaleźli części jej odzieży: bluzkę bez jednego guzika z masy perłowej, czarne długie spodnie, parę pantofelków, majteczki, a także zużytą prezerwatywę z płynną zawartością.

Ponownie jak w poprzednich przypadkach, przypuszczano, że nastolatka została zamordowana gdzie indziej, a pustkowie między ubogimi domostwami morderca wybrał tylko na miejsce porzucenia zwłok. Po bliższych oględzinach detektywi doszli wniosku, że młoda prostytutka nie dała się łatwo pozbawić życia i stoczyła z mordercą walkę. Świadczyły o tym ubytki w jej taniej biżuterii oraz brak jednej sztucznej rzęsy.

Detektyw Rick Grabenstein zdołał uzyskać od jednej z prostytutek z alei wyjątkowo cenną informację. Dziesięć dni wcześniej, 16 sierpnia 1997 roku, widziała ona Jennifer wsiadającą mniej więcej pół godziny przed północą do białej sportowej Corvette. Za kierownicą siedział mężczyzna rasy białej, w wieku 30-40 lat.

W środę, 5 listopada, mieszkaniec South Hangman Valley Road natknął się w pobliżu swego domu na rozkładające się zwłoki kobiety, zakopane w płytkim "grobie" nad strumieniem. Zwierzęta rozkopały wierzchnią warstwę ziemi i dobrały się już do zwłok. Kobieta miała na sobie tylko bluzkę, głowę zamotaną w dwa plastikowe worki p zakupach, zaś w głowie rany postrzałowe z broni małego kalibru. Taki koniec spotkał 29-letnią Darię Sue Scott, blondynkę o nieco męskiej twarzy i krótko obciętych włosach, prostytutkę i narkomankę z "wybiegu".

Miesiąc później, w niedzielę 7 grudnia 1997 roku, policja w mieście Tacoma, w zachodniej części stanu otrzymała telefon w sprawie zwłok znalezionych na South Adams Street. Nagie zwłoki kobiety leżały kilka kroków od pobocza drogi, częściowo ukryte w wysokim zielsku. Na zwłokach poniewierały się porozrzucane w pośpiechu części jej garderoby, zaś głowę - przestrzelona dwukrotnie z broni małego kalibru - owijał szczelnie plastikowy worek na zakupy. Ofiarę zidentyfikowano jako 34-letnią Melindę Mercer, znaną prostytutkę i narkomankę. Analiza jej krwi wykazała obecność kokainy i opium. Nie znaleziono jej ulubionej zielonej torby oraz licznych pierścionków i obrączek. Typowy "podpis" seryjnego mordercy ze Spokane. Policja już od początku zauważyła, że swym ofiarom zabiera torebki, dokumenty oraz (choć nie zawsze) biżuterię, traktując je zapewne jako "pamiątki" z kolejnych polowań - pozwalające przypomnieć mu podniecające (dla niego) momenty oraz przebieg zbrodni jakich dokonał.

W wyniku śledztwa w sprawie morderstwa w Tacomie, noszącego wszelkie znamiona "roboty" seryjnego mordercy ze Spokane, ustalono wygląd jego samochodu. Melindę Mercer znajomi widzieli po raz ostatni na dzień przed śmiercią, w sobotę 6 grudnia, na parkingu supermarketu QFC, gdy w towarzystwie mężczyzny koło czterdziestki wsiadała do nowego minivana w kolorze burgunda.

Potem morderca wrócił do Spokane. Na tydzień przed Bożym Narodzeniem, 17 grudnia 1997 roku, policja znów została wezwana na tę samą Hangman Valley Road, gdzie zaledwie kilkanaście dni wcześniej znaleziono płytki "grób" ze zwłokami. Tym razem ofiarą była 36-letnia Shawn Johnson, również prostytutka i narkomanka z alei. Zwłoki były całkowicie ubrane i miały na głowie zawiązany szczelnie plastikowy worek, którym morderca w tym roku zaczął już regularnie zakrywać rany postrzałowe swych ofiar. Detektywi domyślili się, że zwłoki zostały zrzucone z niewielkiego wzgórza, a następnie stoczyły się po stoku i zatrzymały zaledwie metr od asfaltu.

Dopiero w ostatnich tygodniach 1997 roku policja w Spokane postanowiła utworzyć specjalna grupę operacyjną, której zadaniem miało być schwytanie seryjnego mordercy prostytutek. Grupa zaapelowała do społeczeństwa i za pomoc w ujęciu mordercy ogłosiła nagrodę wysokości 10 tysięcy dolarów (w rok później policja podwoiła tą kwotę). Na telefony gorącej linii wpłynęło ponad 5 tysięcy informacji i donosów.

W dzień po święcie Bożego Narodzenia 1997 roku (w USA świątecznym dniem jest tylko 25 grudnia) morderca pozostawił makabryczny podarunek, przeznaczony dla mieszkańców Spokane i dla grupy operacyjnej powołanej do jego schwytania. Zabił dwie kolejne prostytutki z wybiegu, a ich zwłoki ułożył w przemyślny sposób. W piątek, 26 grudnia, policja otrzymała doniesienie, że przy zbiegu ulic 14-tej i Carnahan, na pokrytym zielskiem pustkowiu, przy placu budowy nowych domów, znaleziono ciała dwóch kobiet. Po przybyciu na miejsce detektywi dostrzegli zwłoki leżące równolegle i blisko siebie, niemal głowa w głowę. Oba trupy miały na sobie odzież, z wyjątkiem obuwia. Nowy fakt: zwłoki obu kobiet były pokryte dość dokładnie wyschniętymi szczątkami roślinności pochodzącej z innego miejsca: liśćmi klonu, brzozy, winogron, forsycji, chryzantem oraz kilku innych gatunków drzew i kwiatów. Wśród zeschłej roślinności były też kamienie, kawałki drewna i pokruszonego betonu, wreszcie płatki białej farby, zdrapanej z drewna przed malowaniem. Wyglądało to tak, jakby ktoś załadował samochód jesiennymi zmiotkami spod drzew i ogrodu warzywno-kwiatowego oraz innymi śmieciami, wrzucił w tę stertę dwa trupy kobiet i wyrzucił całość na pustkowiu.

Ofiary zidentyfikowano jako Laurel Wason, lat 31 i Shawn McClenahan, lat 39. Dwie dobrze znane z uprawiania prostytucji w "brudnej" dzielnicy miasta Spokane. Obie zostały zabite strzałami w głowy, następnie szczelnie obwiązane aż trzema plastikowymi workami każda. Detektywi nie mieli wątpliwości, że jest to "robota" tego samego mordercy. Tym razem "na pamiątkę" zabrał ze sobą nie tylko torebki kobiet z całą zawartością, ale również czarny płaszcz typu trencz jednej, i niebieską kurtkę narciarską drugiej z ofiar. Detektywi postanowili zachować, oprócz innych dowodów, również tę całą stertę liści, łodyg i śmieci, podejrzewając, że może ona pochodzić z posesji mordercy.

Nie ulegało wątpliwości, że morderca zabił kobiety w krótkim odstępie czasu i zamiast pozbyć się zwłok w przypadkowo wybranych miejscach, zrzucił je na pustkowie, po to, by udowodnić, że działa w sposób zorganizowany i celowy - podobnie jak grupa tropiących go policjantów. Było to typowe zachowanie seryjnego mordercy, który nabiera pewności, że jest najlepszy i z wyjątkowym powodzeniem wymyka się profesjonalistom wykształconym w szkołach policyjnych. W doskonały sposób wypełnia swą urojona powinność, czy też zaspokaja potrzebę zabijania.

8 lutego 1998 roku, w rowie przy podmiejskiej szosie Graham Road, znaleziono zwłoki 41-letniej Sunny Oster, kolejnej prostytutki i narkomanki z East Sprague. Jakby na ironię, zimą morderca nie pozbawiał swych ofiar odzieży. Sunny była ubrana i tylko jej pantofle leżały w pewnej odległości od zwłok. Została zastrzelona z małokalibrowej broni krótkiej, a morderca założył na jej głowę - metodą znaną już aż nadto dobrze - trzy plastikowe worki. Kobietę ostatni raz widziano, gdy szlifowała bruk na "wybiegu", 1 listopada 1997, a więc cztery miesiące przed znalezieniem jej zwłok. Nie wiadomo również, co morderca zrobił z jej torebką. Przypuszczalnie dołączył ją do niemałej już kolekcji swoich "pamiątek".

Pod koniec lutego policja wynajęła od Gwardii Narodowej helikopter wyposażony w skaner z promieniami podczerwonymi, używany do wyszukiwania źródła ciepła, emitowanego przez rozkładające się zwłoki. Helikopter dokładnie przeczesał wybrane rejony miasta, zwłaszcza okolice skrzyżowania 14-tej ulicy i Carnahan, gdzie uprzednio znaleziono zwłoki dwóch kobiet. Policja wydała następnie komunikat, że nie ma tam już żadnych zwłok.

W kilka tygodni później morderca podrzucił w ten rejon zwłoki swej kolejnej ofiary. Jak na ironię - 1 kwietnia znaleziono zwłoki 34-letniej Lindy Maybin przy East 14th Avenue, a więc kilkaset metrów od miejsca, gdzie w grudniu odkryto leżące obok siebie dwie ofiary. Zwłoki Lindy były dokładnie przykryte stertą liści, łodyg oraz zwykłych śmieci, przywiezionych z innej okolicy, przypuszczalnie wraz z ciałem ofiary. Zwłoki, znajdujące się w stanie daleko posuniętego rozkładu, były kompletnie ubrane, a na głowie przestrzelonej małokalibrowej broni - było widać pozostałości plastikowych worków, poszarpanych przez zwierzęta, które napoczęły ciało.

Detektywi domyślali się więc, Linda Maybin nie żyje już od listopada, czyli od co najmniej czterech miesięcy. Ostatni raz widziano ją na "wybiegu" 21 listopada, kiedy to rozmawiał z nią policjant z obyczajówki. Jej zniknięcie zgłosiła oficjalnie na policję tydzień później funkcjonariuszka agencji zdrowia władz hrabstwa Spokane, opiekująca się prostytutkami z alei. Nie mogła nigdzie znaleźć podopiecznej, po której całkowicie przepadł ślad. Zaginiona miała wyjątkowo złą reputację jako uzależniona od cracku (brudnej formy kokainy). Jej koleżanki powiedziały policji, że zawsze ma przy sobie, w małej kieszonce w spodniach na wysokości bioder, specjalną fajkę do palenia cracku. Policja jednak nie znalazła jej przy zwłokach. Przy zamordowanej nie było również jej charakterystycznej torebki, sprzedawanej w formie prezentu z kanadyjską whisky Crown Royal.

Znalezienie trzeciego ciała w rejonie już tak starannie przeszukanym było blamażem dla detektywów z grupy specjalnej. W grupie nastąpiły zmiany personalne. Dołączył do niej nowo wybrany szeryf, Mark Sterk. Nowym szefem grupy został detektyw Cal Walker. Nastąpiła także zmiana taktyki. Rejon alei prostytutek obstawiono samochodami z ukrytym sprzętem elektronicznym do filmowania i nagrywania rozmów. Samochody zatrzymujące się przy wystających na chodnikach dziewczynach filmowano również z dachów niektórych domów, by potem sprawdzać w policyjnych komputerach tablice rejestracyjne, analizować dane mężczyzn w samochodach, posyłać agentów za niektórymi z nich. W teczkach i komputerach rósł rejestr klientów dziewczyn z "wybiegu". Detektywi zaczęli też wchodzić w środowisko prostytutek, stopniowo zdobywając ich zaufanie. Doszło nawet do przypadków dość bliskich przyjaźni. Mając świadomość, że policjanci w cywilu rozpracowują ulicę tym razem tylko dla ich ochrony, prostytutki chętnie rozmawiały, odpowiadały na pytania, udzielały informacji.

Nie udało się jednak zapobiec kolejnym morderstwom. 7 lipca 1998 roku, na pustym placu przy North Crestline Street, znaleziono zwłoki 47-letniej Michelyn Derning. Kobieta była notowaną prostytutką. Zniknęła z "wybiegu" trzy dni wcześniej. Było już lato, morderca porzucał więc nagie zwłoki. Ciało Michelyn Dernimg było niedbale przykryte trawą i śmieciami walającymi się na opustoszałym placu. Została pozbawiona dolnej sztucznej szczęki, z wygrawerowanym nazwiskiem właścicielki. Przyczyną śmierci były rany postrzałowe głowy, a testy toksykologiczne wykazały obecność we krwi amfetaminy.

Kolejny "wypad" seryjnego mordercy poza Spokane, znaczony siedemnastymi z kolei zwłokami prostytutki miał miejsce 13 października 1998 roku. Na pustkowiu przy 108-ej Południowej Ulicy w Tacomie, dzieci bawiące się w Indian i kowbojów dotarły w wysokich trawach do straszliwie cuchnącego miejsca. Zaalarmowani rodzice zatelefonowali na policję. W miejscu wskazanym przez dzieci leżały rozkładające się zwłoki młodej kobiety, z przestrzeloną głową szczelnie owiniętą trzema plastikowymi workami. Przy zwłokach znaleziono nabój kalibru 9 mm. Policja zidentyfikowała zwłoki 35-letniej Connie Ellis, notowanej w Tacomie prostytutki, niestroniącej od narkotyków. Z wywiadu środowiskowego wynikało, że nosiła zawsze przy sobie mały rewolwer, nabój znaleziony przy zwłokach mógł więc pochodzić z broni ofiary, nie mordercy.

Wtorek 10 listopada 1998 roku był kolejnym dniem wzmożonych wysiłków grupy operacyjnej, polującej na seryjnego mordercę. Od znalezienia zwłok Connie Ellisw Tacomie minął już prawie miesiąc. Znając zwyczaje mordercy i częstotliwość z jaką atakował swe ofiary, detektywi spodziewali się, że lada moment da o sobie znać. Marzyli o tym, by go złapać na gorącym uczynku, zaskoczyć go właśnie w momencie, gdy kolejnej dziewczynie lekkich obyczajów przykłada pistolet małego kalibru do skroni. Detektywi krążyli po mieście w nieoznakowanych samochodach, w każdej chwili gotowi do akcji. Przetrząsali dzielnicę prostytutek, przejeżdżali wolno przez rejony starych, zaniedbanych domostw. Dokładnie obserwowali pobocza dróg stykających się z trasami szybkiego ruchu, na które morderca wyrzucił już zwłoki kilkunastu ofiar.

Mniej więcej o wpół do drugiej nad ranem patrol detektywów zainteresował się jednoznaczną sceną na rogu ulic Ist i Crestline, w ulubionym miejscu ubijania targu prostytutek z klientami. Z bezpiecznej odległości obserwowali przez lornetki, jak przy chodniku atrzymała się srebrna Honda Civic, a mężczyzna otwiera drzwiczki młodej kobiecie. Gdy kierowca Hondy próbował już odjechać, detektywi zajechali mu drogę i zmusili do zatrzymania.

Kierowcą okazał się człowiek nazwiskiem Robert L. Yates Jr., 48-letni mieszkaniec Spokane. Jego pasażerką 26-letnia Jennifer Robinson, znana prostytutka i narkomanka. Yates zachował całkowity spokój, niemal kamienną twarz, gdy detektywi zadali mu pytanie, co robi o tak późnej porze, nad ranem, w dzielnicy prostytutek. Bez wahania odpowiedział, że właśnie wyświadcza przysługę swemu dobremu przyjacielowi, ojcu Jennifer. Poprosił go o odszukanie na mieście lubiącej się powłóczyć dziewczyny i odstawienie jej do domu. Jennifer Robinson potwierdziła wszystko. Detektywi wiedzieli, że to kłamstwo, nie mieli jednak dowodu, że było inaczej. Nie mieli innego wyjścia, jak puścić tych dwoje.

Z nocnego incydentu sporządzili jednak dokładny raport, którego analiza wywołała na policyjnych komputerach po raz drugi nazwisko Roberta L. Yatesa. Okazało się, że policja miała go w ręku przed rokiem - i wtedy też pozwoliła mu odjechać. Pod koniec września 1997 roku, w pięć tygodni po zamordowaniu Jennifer Joseph, w Spokane trwały poszukiwania mężczyzny w białej Corvette, do której - jak spostrzegli świadkowie - szesnastoletnia prostytutka wsiadła niedługo przed śmiercią. Policjant Cory Truman zatrzymał białą Corvette na rogu ulic Ralph I Sprague. Za kierownicą siedział Robert Yates.

Policjant zaniedbał obowiązku wprowadzenia numerów tablicy rejestracyjnej do komputera, zabrał się natomiast do przesłuchiwania kierowcy. Yates nie wzbudził jego podejrzeń: miał wszelkie podstawy, by jechać "aleją prostytutek", bo pracował w pobliżu, na 2200 East Riverside. Policjant zapisał jego dane personalne, wprowadził krótką notkę z przesłuchania, a rejestrując dane o samochodzie popełnił karygodny błąd: pomylił Corvette z Camaro, także sportowym samochodem, jednak o innej sylwetce. Wynik bezmyślności: policjant, tak jak mu kazano, zatrzymał Corvette, do notesu wpisał jednak inną markę - Camaro. Potem jednak pomyłka została zweryfikowana i przy nazwisku Yatesa wpisano białą Corvette - policja jednak jeszcze długo nie poszła tym śladem.

Pierwszego sierpnia 1998 roku do detektywów do detektywów z grupy specjalnej przyszła z własnej woli Christine Smith, 30-letnia prostytutka z East Sprague Avenue i opowiedziała o spotkaniu z mordercą. Kilka dni temu, około północy, zatrzymał się przy niej czarny van z lat chyba siedemdziesiątych. Kierowca wyglądał na człowieka godnego zaufania: siwiejący blondyn białej rasy o okrągłej, pozbawionej zarostu twarzy, około pięćdziesiątki, powyżej 170 centymetrów wzrostu, średniej budowy ciała. Wyglądał na wyjątkowo spokojnego faceta i nieźle pachniał, bo zawsze zwraca uwagę na takie szczegóły, a zwłaszcza na to, czy od klienta nie czuć alkoholu.

Króciutko pogadali przy krawężniku, umówili się do ceny i Christine wskoczyła na siedzenie obok kierowcy. Czujnym okiem rozejrzała się po wnętrzu pojazdu. Zapamiętała brązowy kolor winylowych foteli i coś w rodzaju łóżka z drewnianą obudową, wypełniającego resztę samochodu. Klient spytał, gdzie lubi pracować, skierowała go do ciemnego parkingu za kliniką przy 400 East Fifth Street. Po drodze mężczyzna opowiadał o sobie. Powiedział, że jest pilotem helikoptera Gwardii Narodowej. Christine spytała go dla żartu, czy to on jest tym psychopatą mordującym prostytutki. Klient uśmiechnął się i zaprzeczył. Powiedział, że ma pięcioro dzieci, w tym kilka córek i nigdy by nie skrzywdził kobiety. Po dojechaniu na miejsce zaparkował w całkowitym mroku i wypłacił prostytutce 40 dolarów za seks oralny.

Przesiedli się na łóżko w tyle samochodu. Mężczyzna opuścił spodnie, a Christine zabrała się do roboty, próbując go pobudzić. Trzymając głowę nisko, nie zauważyła zbliżającego się niebezpieczeństwa. Dlatego nieomal straciła przytomność, gdy niespodziewanie otrzymała bolesny cios w głowę. Jak w powiększeniu widziała nad sobą twarz mężczyzny; wciągał spodnie i domagał się, by oddała pieniądze. Chciała uciekać, próbowała po omacku znaleźć klamkę w bocznych drzwiach vana. Klamki nie było. Walcząc z napastnikiem, któremu udało się wyciągnąć z kieszeni jej spodni 40 dolarów, przedarła się na przednie siedzenie i z całej siły wypchnęła drzwiczki. Brocząc krwią wydostała się na parking i uciekała przez znane sobie zaułki, zdołała dobiec do Centrum Rehabilitacji pod wezwaniem św. Łukasza, gdzie o tej porze był tylko strażnik. Strażnik zawiózł ją do szpitala Sacred Heart, gdzie w izbie przyjęć lekarz założył jej trzy szwy na niemal dwucentymetrowe głębokie rozcięcie, nieco z tyłu nad lewym uchem.

Dopiero po kilku dniach po tym zdarzeniu prostytutka odzyskała zdolność myślenia na tyle, że zmusiła się do pójścia na policję. Już po kilku słowach skierowano ją do pokoju detektywów z grupy operacyjnej. Podany przez nią rysopis niedoszłego klienta oraz szczegóły (pilot helikoptera, pięcioro dzieci) idealnie pasowały do tego, co detektywi wiedzieli już o człowieku znanym jako Robert Yates - należało zrobić wszystko, by nie wymknął się z rąk.

Przed południem, w środę 15 września 1999 roku, Robert Yates przyjechał do Public Safety Building, budynku mieszczącego agencję przestrzegania prawa w śródmieściu Spokane (został wezwany w celu złożenia dodatkowych wyjaśnień w sprawie zatrzymania go z młodą prostytutką, Jennifer Robinson). W hallu przy recepcji czekała na niego cała grupa operacyjna, wszystkich sześciu detektywów na czele z szefem Davidem Bentleyem. Wymieniając z pozoru serdeczne gesty powitania detektywi zauważyli, że podejrzany przefarbował sobie włosy n aleciutki brąz i bardzo się poci.

Na pytanie, czy często korzystał z usług prostytutek, Yates odpowiedział, że tylko raz , jedyny raz. Jesienią ubiegłego roku, już po zmroku, jechał do domu, gdy zatrzymała go młoda dziewczyna. Wieczór był bardzo zimny, postanowił więc ja zabrać. Po wejściu do samochodu natychmiast chciała ubijać z nim biznes, więc się zdenerwował i ją wyrzucił. W Spokane nigdy nie był z prostytutką. Natomiast zdarzyło mu się to kilka razy, gdy służył w Niemczech. Przesłuchanie dobiegało końca. Detektywi spytali Yatesa, czy zgodził by się na pobranie próbki krwi, tak aby test kodu DNA całkowicie wykluczył go z grona podejrzanych. Po raz pierwszy wyglądał na zaskoczonego. Długo się zastanawiał i wreszcie powiedział, że musi to przedyskutować z żoną i da znać, co postanowił. Rzeczywiście - zadzwonił do detektywów w kilka godzin po zakończeniu przesłuchania, oznajmiając, że na testy krwi się nie zgadza.

Detektywi przyszli po Roberta Yatesa 18 kwietnia 2000 roku. Akurat w dniu jego 48 urodzin. Nakładając mu kajdanki powiedzieli, że jest aresztowany pod zarzutem popełnienia zbrodni na szesnastoletniej prostytutce, Jennifer Joseph. Detektywi mieli za sobą nakaz sądowy, zezwalający na pobranie od oskarżonego próbki krwi. Wykonane testy DNA potwierdziły już po kilku dniach, że są one identyczne z testami spermy, pozostawionej za zwłokach ośmiu zamordowanych prostytutek. W kilka dni po aresztowaniu Yatesa odezwała się znowu Chrostine Smith. W gazecie "Spoksesman-Review" zobaczyła zdjęcie ujętego mordercy, na którym rozpoznała swego napastnika. Dostarczyła detektywom szokującego dowodu. Tej wiosny miała wypadek samochodowy i lekarze w Centrum Medycznym University of Washington prześwietlili jej głowę. Okazało się, że kobieta ma pod czaszką kawałki metalu. Lekarze spytali ją, czy ktoś kiedyś do niej strzelał. Prostytutce stanął wówczas przed oczyma ten wieczór, kiedy zajęta wykonywaniem swych zarobkowych czynności, otrzymała potworne uderzenie w głowę. Teraz zrozumiała, że był to wystrzał oddany z przyłożonego do jej głowy pistoletu.

Robert Yates został postawiony w stan oskarżenia za popełnienie na terenie miasta Spokane ośmiu morderstw pierwszego stopnia, całkowicie udowodnionych z podejrzeniem o zamordowanie 18 lub nawet więcej innych kobiet. Oskarżenie dotyczyło również próby zamordowania Chrostine Smith oraz dwóch zbrodni popełnionych w Tacomie na Connie Ellis i Melindzie Mercer. Nie przyznał się do żadnego z tych zarzutów. Prokuratorzy zapowiedzieli, że będą domagać się dla niego kary śmierci.

Robert Yates załamał się dopiero w poniedziałek, 16 października 2000 roku. Pod ciężarem dowodów winy postanowił walczyć o życie. Za pośrednictwem swych obrońców przedstawił oskarżeniu propozycję układu. W zamian za odstąpienie od domagania się dla niego kary śmierci i zamianę jej na dożywotnie więzienie, przyzna się do zamordowania 13 prostytutek w Spokane i próbę zastrzelenia Christine Smith. Nie weźmie na siebie odpowiedzialności w Tacomie. Zaprowadzi natomiast detektywów do miejsca, w którym ukrył zwłoki Melody Murfin 43-letniej prostytutki i narkomanki ze Spokane, która przepadła bez wieści 8 maja 1998 roku. Znajdowała się ona na liście kobiet prawdopodobnie zamordowanych przez Yatesa, jednak ponieważ nie odnaleziono zwłok, nie było na to dowodu.

Prokuratorzy przystali na jego propozycję. Yates sporządził w notesie dokładny plan swej posesji i zaznaczył miejsce, w którym znajduje się ciało Melody Murfin. Policjanci rozpoczęli kopanie na grządce kwiatowej pod oknem małżeńskiej sypialni, 30 centymetrów od fundamentów domu. Po dwóch godzinach pracy, na głębokości 15 centymetrów, znaleźli zwłoki poszukiwanej kobiety.

Robert Yates został skazany 26 listopada 2000 roku. Za jedną z największych serii zbrodni w amerykańskeij historii, otrzymał łączny wyrok 408 lat więzienia oraz 60 tysięcy dolarów grzywny, co praktycznie oznaczało przepadek majątku, jego i jego rodziny. Jego żona z pięciorgiem dzieci znalazła się na bruku.

Drugi proces Roberta Yatesa rozpoczął się 12 sierpnia 2002 roku, w sądzie hrabstwa Pierce, w Tacomie. Tym razem oskarżenie nie poszło za żadne ugody i zażądało kary śmierci. 3 Października pełen skruchy Yates w panice prosił o darowanie życia. "Nie mogę znaleźć słów na opisanie bezmiaru zła, nieszczęścia i bółu, jakie wyrządziłem ofiarom mych zbrodni oraz ich rodzinom" - powiedział niemal płacząc.

4 października ława przysięgłych, po zaledwie dwóch godzinach obradowania za zamkniętymi drzwiami, podjęła jednomyślna decyzję: kara śmierci. 4 listopada 2002 roku Robert Yates został osadzony w celi śmierci więzienia stanowego w Walla Walla, mieście uniwersyteckim na pograniczu ze stanem Oregon. Ironią losu jest, że jako 23-latek pracował w tym więzieniu jako strażnik. Yates mordował nie tylko kobiety. Tuż przed rozprawą, gdy już było jasne, że i tak będzie siedział do końca życia w więzieniu, wyjaśnił tajemnicę podwójnej zbrodni, już niemal zapomnianej. Latem 1975 roku zabił Susan Savage i Patricka Olivera, parę dwudziestoletnich studentów, przeżywających swe piękne chwile na kocu, podczas pikniku nad rzeką Mill Creek w Walla Walla. Morderca był rówieśnikiem swych ofiar; miał wówczas 23-lata.

Świadomość tej właśnie, pierwszej i najbardziej bezsensownej zbrodni długo nie dawała spokoju sędziom, policjantom oraz najbliższym Yatesa. Detektywi podejrzewają, że Yates nie powiedział całej prawdy o swych straszliwych czynach. W stanie Waszyngton lista niewyjaśnionych zbrodni jest jeszcze długa. Są na niej kobiety znalezione z ranami postrzałowymi z małokalibrowego pistoletu, których głowy owinięto plastikowymi workami na zakupy. Skazanie Roberta Yatesa nie zamknęło do końca jego historii. Detektywi sporządzili już wykaz zbrodni w Spokane i innych częściach stanu, gdzie przebywał zbrodniarz. Wśród tajemniczych morderstw są przypadki noszące cechy podobieństwa do udowodnionych mu już zbrodni.

Zbrodniami Yatesa interesuje się nieprzerwanie około 50 agencji policyjnych z różnych miast USA i Kanady, odezwała się również policja z miasta garnizonowego Hanau w Niemczech, gdzie Robert Yates służył w bazie armii USA łącznie siedem lat. Na liście niewyjaśnionych zbrodni na kobietach jest tam ponad dwadzieścia przypadków ...
"CYTATY"
ROBERT YATES SNR.
(OJCIEC ROBERTA YATESA)

"Nie wiem, nie potrafię znaleźć wytłumaczenia tego bezmiaru nieszczęścia, które syn wyrządził tak wielu ludziom. Chciałbym, żeby ci pokrzywdzeni wiedzieli, że jesteśmy tacy jak oni: zwyczajną, przeciętną rodziną. I wszystkie moje najgłębsze myśli, wprost z mojego serca, płyną teraz do nich ..."
ANNE
(CÓRKA MELODY MURFIN)

"Wszyscy są przekonani, że tu, w tym sądzie, wymiar sprawiedliwości kładzie właśnie teraz kres wielu tragediom z naszym udziałem. Skazanie przestępcy ma podobno przynieść nam ulgę. Wcale tak nie będzie, bo morderca ujdzie z życiem. Przyznaję, że moja matka wybrała złą drogę, ale przyjrzyjmy się wyborowi, jakiego dokonał Robert Yates. Jak mogłeś tak postąpić? - zwróciła się do oskarżonego podczas pierwszego procesu. - Jak mogłeś zamordować moją matkę i zakopać ją na swoim podwórku? Jak mogłeś poradzić sobie z faktem, że twoja szczęśliwa rodzina deptała po mojej matce przez ponad dwa lata? Zabiłeś ją i skradłeś jej duszę! Nie życzę ci, byś kiedykolwiek ujrzał światło dnia i swoje dzieci. Jesteś skazany na przeżywanie tortur w celi więzienia, do końca życia. Musisz przeżywać te tortury aż do dnia Sądu".
"MICHELLE"
(PROSTYTUTKA Z EAST SRAGUE)

"Przyjechałam na "wybieg" i zaczęłam szlifować ten bruk już w 1986 roku. Czasem jakaś dziewczyna znikała bez śladu, lecz popłoch zapanował dopiero w 1997 roku. Co noc czułam się tak, jakbym grała w rosyjską ruletkę. Wsiadając do samochodu kolejnego klienta, nigdy nie miałam pewności, czy wyjdę żywa. Przecież wiadomo, że każdej z nas może się to przydarzyć".

"Michelle" o Robercie Yatesie
"Był moim regularnym klientem przez co najmniej dwa lata. Ostatni raz był ze mną dwa tygodnie przed aresztowaniem. Zdążyłam poznać go całkiem dobrze: cichy, układny i spokojny. Czułam się przy nim bezpiecznie. Typowy mężczyzna w średnim wieku, znudzony domowym seksem".
"RENA"
(PROSTYTUTKA I NARKOMANKA)

"Nigdy nie spotałam tu dziewczyny wolnej od nałogów. Na "wybiegu" dzieją się straszne rzeczy. Właśnie tu zostałam zgwałcona. Na tej ulicy miałam rewolwer przyłożony do skroni i musiałam robić wszystko, pod dyktando uzbrojonego bandyty. Coraz niechętniej obserwowałam zatrzymujące się obok mnie samochody. Patrzyłam na nie, jak na nadchodzącą śmierć. Wchodziłam do środka dopiero wtedy, gdy klient wyglądał względnie normalnie, lecz nie opuszczał mnie strach, że tym razem to mogę być ja."

"Rena" o Robercie Yatesie
"Po raz pierwszy był ze mną w samochodzie na parkingu jakiegoś szpitala. Gdy już skończył, kazał sobie podać trochę cracku. Odtąd znajdował mnie na ulicy co kilka dni. Uważałam go za mojego "stałego". Był dobrym klientem. Zawsze dawał napiwek i wypalał ze mną trochę cracku. No cóż, uważam się za urodzoną pod dobrą gwiazdą. Wiele naszych dziewczyn nie miało tego szczęścia, gdy na ich drodze stawał ten przyjemniak w średnim wieku".

RAYMOND FERNANDEZ I MARTHA BECK


Sprawa Raymonda Fernandeza i jego wspólniczki Marthy Beck zyskała ogromny rozgłos w Stanach Zjednoczonych, a parę morderców obwołano "najbardziej znienawidzonymi przestępcami Ameryki". Ponieważ śledztwo ograniczyło się do trzech zabójstw, do których popełnienia się przyznali, nie wiemy, ile kobiet mieli na sumieniu. Specjalizowali się bowiem w zabójstwach samotnych kobiet, szukających męża.

Raymond Fernandez, urodzony na Hawajach Amerykanin pochodzenia hiszpańskiego, specjalizował się w oszustwach matrymonialnych, wykorzystując niedobór mężczyzn w latach czterdziestych w Stanach Zjednoczonych, gdzie na przykład w roku 1947 kobiet było o 1,25 miliona więcej niż mężczyzn. Dziesiątki, a może setki tysięcy samotnych pań w średnim wieku poszukiwały mężów. Wtedy też powstały tak zwane "Kluby Samotnych Serc" - agencje, które za odpowiednią opłatą kontaktowały klientki ze zgłaszającymi się samotnymi mężczyznami, a więc po prostu biura matrymonialne.

Fernandez prowadził bardzo ożywione życie towarzyskie i był jednym z najpoważniejszych klientów owych klubów. Bardzo dbał o swą powierzchowność, która widać robiła wrażenie na jego kolejnych "narzeczonych". Nosił perukę, by ukryć łysinę, wyraźnie już widoczną w wieku 31 lat, a także przy każdej okazji błyskał wspaniałym uśmiechem, tym wspanialszym, że najwyraźniej lokował pieniądze, zarobione na kolejnych oszustwach, w złotych zębach. Miał ich już niemal cały komplet, gdy poznał Marthę Beck. To spotkanie stanowiło moment przełomowy w jego życiu. Dotąd wyłudzał od swych ofiar pieniądze, obiecując im małżeństwo, teraz zaczął zabijać.

Martha Beck miała zaledwie 26 lat, gdy poznała Fernandeza. W swym krótkim życiu zdążyła trzykrotnie wyjść za mąż i trzykrotnie się rozwieść oraz urodzić czworo dzieci. Władzę rodzicielską nad nimi odebrano jej jednak, gdyż sąd uznał ją za niezdolną do wychowywania i utrzymania ich. Z zawodu była pielęgniarką, co w świetle późniejszej działalności u boku Fernandeza wydaje się dziwne. Ponadto była otyła, niezgrabna i zdecydowanie nieatrakcyjna.

Z powodów, których można się jedynie domyślać, para ta przypadła sobie do gustu i wkrótce zostali kochankami. Fernandez miał widać do Marthy bezgraniczne zaufanie, gdyż szybko zdradził jej, jakiego rodzaju "interesami" się zajmuje. Wtedy to Martha Beck podsunęła mu nowy pomysł. Że był to jej pomysł, nie ulega wątpliwości, bo oboje złożyli na ten temat jednobrzmiące zeznania. Pani Beck namówiła Fernandeza, by nie poprzestawał na wyłudzaniu od naiwnych kobiet ostatniego grosza, lecz mordował je. Zapewniła go również, że zawsze może na nią liczyć.

Zaczęli działać wspólnie. Martha Beck występowała jako siostra Fernandeza i z dużym talentem pomagała mu obdzierać ze skóry nieszczęsne kandydatki na żony. Potrafiła zachowywać się bardzo sympatycznie, a przy tym jej tusza i brzydota wzbudzały w kobietach zaufanie, bo żadna nie przypuszczała, że owa "siostra" może być w rzeczywistości kochanką przystojnego epuzera.

Zastanawiano się w trakcie śledztwa, dlaczego pani Beck wykazywała takie mordercze skłonności wobec ofiar swego wspólnika. Możliwe są tu dwa wytłumaczenia: mogła być sadystką wobec przedstawicielek własnej płci, a może po prostu była zazdrosna o kobiety, które zanim straciły zarówno pieniądze, jak i złudzenia, spędzały jednak kilka upojnych chwil w ramionach jej kochanka.

Fernandez i Beck w ciągu dwu lat wspólnej działalności zabili co najmniej dwadzieścia kobiet, a mogło ich być znacznie więcej. Jak wspomniano, policja ograniczyła się do zbadania trzech przypadków, w których zatrzymani przyznali się do winy, gdyż owe trzy zabójstwa wystarczały, by zaprowadzić ich na krzesło elektryczne. Liczba 20 kobiet nie została jednak wyssana z palca, bo tyle ich właśnie zniknęło w tajemniczych okolicznościach tuż przed ślubem z narzeczonym poznanym w "Klubie Samotnych Serc".

Wreszcie w grudniu 1948 roku Fernandez i Martha Beck zamieszkali w domu niejakiej Delphine Dowling, 28-letniej wdowy. Mąż pani Dowling zginął w katastrofie kolejowej, ona zaś odziedziczyła po nim sporą sumę pieniędzy oraz dom na Grand Rapids, gdzie mieszkała z dwuletnią córeczką Rainelle. Fernandez poznał ją przypadkowo, wkrótce przedstawił jej swą "siostrę" i oboje zdołali ją tak omotać, że poprosiła ich, by zamieszkali wraz z nią, tym bardziej że niedługo miała zostać panią Fernandez.

W lutym 1949 roku pani Dowling zniknęła. Donieśli o tym policji jej przyjaciele, zaniepokojeni tym, że od pewnego czasu nie mogli się z nią skontaktować. Policjanci udali się więc do jej domu. Nie zastali nikogo, lecz gdy mieli już odjeżdżać przed domem pojawił się Fernandez w towarzystwie Marthy Beck. "Brat i siostra" wyjaśnili, że spędzili wieczór w kinie, po czym zaprosili policjantów do środka. Zachowywali się przyjaźnie, wręcz serdecznie. Spytany o miejsce pobytu pani Dowling, Fernandez wyjaśnił zatroskanym głosem, że sam niepokoi się o nią, gdyż przed tygodniem wyszła z córką, mając zamiar odwiedzić pewnych przyjaciół i od tej chwili nie miał od niej żadnych wiadomości. "Narzeczony" wyjaśnił, że planował poinformować policję o zaginięciu pani Dowling następnego dnia rano.

Policjanci odnieśli się widać sceptycznie do historii opowiedzianej przez Fernandeza, skoro - by udowodnić swą niewinność - zaproponował im on po krótkiej rozmowie, by przeszukali dom, dzięki czemu przekonają się, że mówi prawdę. Poparła go Martha Beck, uczynnie otwierając drzwi do sąsiednich pokoi.
- Obejrzyjcie wszystko dokładnie, panowie - powiedziała, a w jej głosie nie sposób było doszukać się niepokoju.

Fernandez i Beck liczyli prawdopodobnie, że po tak szczerym i serdecznym zaproszeniu do rewizji policja zrezygnuje ze swego zamiaru. Zawiedli się jednak, gdyż funkcjonariusze z zapałem przystąpili do przeszukiwania niewielkiego domku. Dobrane "rodzeństwo" towarzyszyło im w tych czynnościach, a nawet pomagało, wskazując miejsca dotąd nie przeszukane.

W ten sposób policja dotarła do piwnicy. Fernandez i Beck czuli się widać niezwykle pewnie, gdyż bez oporów wprowadzili tam rewidujących. Pośrodku piwnicy widniała jednakże plama. W tym miejscu cement był mokry, świeżo położony. Zbrodniarze przyglądali się spokojnie, jak policjanci odkuwali cement przy pomocy młotka i kilofa znalezionego w piwnicy. Należy podziwiać funkcjonariuszy policji w Grand Rapids, którzy mimo tak oczywistej demonstrowanej na każdym kroku niewinności "brata i siostry", jednak zdecydowali się zniszczyć fragment piwnicznej podłogi. Kierowali się chyba instynktem i tym razem przeczucie ich nie zawiodło.

Wkrótce pod cienką warstwą świeżo położonego cementu, znaleziono zwłoki pani Dowling i małej Rainelle. Fernandez i Martha Beck zostali natychmiast aresztowani, a przewiezieni do siedziby policji bez żadnych oporów złożyli obszerne wyjaśnienia. Przyznali się do zastrzelenia pani Dowling. Początkowo mieli zamiar wychowywać Rainelle jako swoje dziecko, gdy jednak mała po dwóch dniach od śmierci matki nie przestawała płakać i wołać "mamo", zdenerwowali się "nieposłuszeństwem" dziecka i utopili je w wannie. Następnie ułożyli zwłoki w płytkim wykopie w piwnicy i pokryli je świeżą warstwą cementu.

Policjanci przesłuchujący Fernandeza i Marthę Beck nie pytali o nic więcej, bo nie zdawali sobie sprawy z tego, że zatrzymali wielokrotnych morderców. Lecz oto Martha Beck z własnej inicjatywy przyznała się do zamordowania pod koniec 1948 roku, a więc na krótko przed poznaniem pani Dowling, innej wdowy, którą omotał jej wspólnik i kochanek, niejakiej Janet Fay. Gdy wyłudzili od niej pieniądze, Martha Beck rozbiła nieszczęsnej kobiecie głowę młotkiem. Jako motyw tego czynu podała zazdrość o Fernandeza, który by wyłudzić od pani Fay jej oszczędności, musiał zostać jej kochankiem. Zwłoki zakopano w piwnicy jednego z domów w Nowym Jorku, gdzie teraz bez trudu je odnaleziono.

Martha Beck, z równie niewytłumaczalnych powodów, przyznała się do jeszcze jednego zabójstwa. Otóż na początku 1948 roku Fernandez poznał, znów za pośrednictwem "Klubu Samotnych Serc", jeszcze inną kobietę, również wdowę, Myrtle Young. Razem udali się pociągiem do Chicago, by dopełnić formalności związanych z planowanym ślubem. W drodze Martha Beck niemal siłą wymogła na narzeczonej "brata", by ta pozwoliła jej spać razem z nią w jednym przedziale. Miało to zapobiec nocnym odwiedzinom Fernandeza u narzeczonej.

Myrtle Young została następnie otruta środkami nasennymi, a jej zwłoki znalazły się w kolejnej piwnicy, tym razem w Chicago.

Przyznając się dobrowolnie do dwóch zbrodni, o których policja nie wiedziała, Martha Beck nie zdawała sobie zapewne sprawy z tego, że kręci stryczek na własną szyję. W stanie Michigan, gdzie zginęła pani Dowling, zniesiono karę śmierci, a więc za to zabójstwo Fernandez i Beck zostaliby skazani najwyżej na dożywotnie więzienie. Inne przepisy obowiązywały jednak w stanie Nowy York. Dlatego też policja postanowiła przenieść śledztwo do Nowego Jorku, gdzie można było postawić dobraną parę przed sądem za zabójstwo Janet Fay. Doprowadzając do procesu w Nowym Jorku, można było mieć pewność, że oboje trafią na krzesło elektryczne.

Mordercy, zorientowawszy się szybko w zamierzeniach policji i prokuratury, protestowali, rzecz jasna, gwałtownie przeciwko przewiezieniu ich do Nowego Jorku. Wynajęci przez nich adwokaci nic jednakże nie wskórali i wkrótce Fernandez i Beck stanęli przed nowojorskim sądem pod zarzutem zabójstwa Janet Fay.

Ku rozpaczy reporterów i tłumnie zgromadzonej publiczności większa część rozprawy odbyła się przy drzwiach zamkniętych. Jak szeptano w kuluarach sądowych, na sali ujawnione zostały szczegóły pożycia seksualnego Fernandeza i Marthy Beck, które okazały się tak drastyczne, że nie zostały nigdy podane do wiadomości publicznej. Można jedynie snuć domysły co do ich charakteru, skoro rzecz działa się w kraju, gdzie - jak wiadomo - w pogoni za sensacją gazety dostarczają codziennie wielu opisów najbardziej nawet okrutnych zbrodni.

Podano tylko, iż oskarżeni byli zupełnymi degeneratami. Tym też można tłumaczyć fakt, iż od pierwszego spotkania ta niedobrana pod względem wyglądu zewnętrznego para tak bardzo przypadła sobie do gustu.

22 sierpnia 1949 roku Raymond Fernandez i Martha zostali skazani na śmierć. Wyrok wywołał powszechny aplauz w oburzonym społeczeństwie.

Egzekucja miała miejsce 7 marca 1951 roku. Zanim do niej doszło, Fernandez i Beck wprowadzili nieco zamieszania w uregulowane życie więzienia Sing Sing. Bez przerwy opowiadali o swej ogromnej wzajemnej miłości i wykorzystywali każdą okazję, by móc choć spojrzeć na siebie z daleka. Gdy złośliwi współwięźniowie opowiedzieli Fernandezowi zmyśloną historię romansu Marthy Beck z pewną więźniarką z kobiecego bloku, ten niemal oszalał z gniewu i zazdrości. Prowadzeni na śmierć, wymieniali czułe spojrzenia.

Nie wiem, jak autor strony zapatruje się na kopiowanie jego tekstów, ale chyba warto zaznaczyć, że to ze strony:

http://radoslaw.ligas.webpark.pl/mordercy/glowna.html

A nawiasem mówiąc to swego czasu przeczytałem o wszystkich mordercach i trzeba powiedzieć, że są ludzie, którzy mają ostro nawalone pod kopułą...

Pozdrawiam serdecznie :).

BELLA GUNNESS

Wśród kobiet niewiele jest oszustek matrymonialnych, a i te nieliczne, które żerują na męskiej łatwowierności, na ogół nie posuwają się aż do mordowania swych ofiar.

Bella urodziła się w 1859 roku w miejscowości Trondheim w Norwegii. W 1876 roku wyemigrowała do Ameryki, gdzie wkrótce wyszła za swego rodaka, Maxa Sorensena, zamieszkałego w Chicago. Państwo Sorensen osiedlili się w miasteczku Austin w stanie Illinois. Bella urodziła troje dzieci, które bardzo kochała. Wydaje się, że w ogóle przez całe życie niezwykle lubiła dzieci. Nauczała w szkołach niedzielnych, systematycznie odwiedzała i wspierała finansowo sierocińce, a w jej domu zawsze rozbrzmiewały wesołe głosy dziecięce. Zapraszała też często swych podopiecznych na dłuższe i krótsze wakacje.

Pani Sorensen bardzo szybko (niektórzy uważają, że nieco przedwcześnie, choć nie ma na to dowodów) została młodą wdową. Cały majątek zmarłego Sorensena wydała na zakup pensjonatu w Chicago. Zanim jednak wprowadzili się doń pierwsi lokatorzy, budynek został doszczętnie zniszczony w wyniku pożaru. Wypłacono odszkodowanie, które pozwoliło Belli z kolei kupić piekarnię. Nie zdążyła jednak nawet zdobyć sobie stałej klienteli, gdyż piekarnia również spłonęła aż do fundamentów. Ze zrozumiałych względów zirytowane towarzystwo ubezpieczeniowe niechętnie wypłaciło kolejne odszkodowanie. Mimo pewnych podejrzeń nie zdołano zdobyć dowodów na to, że Bella maczała palce w tych następujących tuż po sobie nieszczęśliwych wypadkach. Dano jednak delikatnie, acz stanowczo do zrozumienia pani Sorensen, by swe dalsze interesy zechciała prowadzić w jakimś innym mieście.

Bella posłuchała rady i z trójką dzieci osiadła w maleńkim gospodarstwie rolnym w wiosce La Porte w stanie Indiana. Poznała tam zamożnego gospodarza nazwiskiem Gunness i wkrótce została jego żoną, a następnie wdową po nim - też w błyskawicznym tempie. Pan Gunness zmarł od rany głowy - powstałej w dość tajemniczych okolicznościach - zadanej siekierą. Przyodziana w ciężką żałobę i szlochająca rozpaczliwie wdowa wyjaśniła przysłuchującym się ze współczuciem policjantom, że siekiera "zsunęła się z półki" wprost na głowę pana Gunnessa. Warto wspomnieć, że podobnie jak pensjonat i piekarnia, pan Gunness był również ubezpieczony. Odszkodowanie zostało wypłacone.

Wówczas, jak się wydaje, wdowa Gunness postanowiła zerwać swe kontakty z towarzystwami ubezpieczeniowymi, uznawszy widać, że do trzech razy sztuka. Opracowała zatem nowy plan, pozwalający zdobywać gotówkę metodami bardziej bezpośrednimi.

Oto w większych gazetach w całej Ameryce ukazało się ogłoszenie następującej treści:
"Zamożna, przystojna wdowa z trojgiem dzieci, młoda, właścicielka dużej farmy, pozna niezależnego materialnie pana o kulturalnych upodobaniach. Cel matrymonialny."

Spośród wielu odpowiedzi Bella najpierw wybrała pewnego komiwojażera, który szczęśliwym zbiegiem okoliczności nie posiadał rodziny, ani bliskich przyjaciół, o czym nieopatrznie poinformował ją w swym pierwszym liście. Wdowa Gunness starannie ułożyła odpowiedź:
"Serce mi mówi, że jesteśmy dla siebie stworzeni... Czuję, że uszczęśliwi pan mnie i moje kochane maleństwa i że bez obaw mogę powierzyć panu wszystko, co mam... Potrzebny mi partner, któremu będę mogła całkowicie zaufać... Ponieważ nie znam tu nikogo, postanowiłam, by kandydat, którego uznam za odpowiedniego, złożył pewną ilość gotówki lub akcji jako gwarancję swej uczciwości. Sądzę, że jest to najlepszy sposób odstraszenia oszustów, którzy czyhają na takie okazje. Sama mam ponad 20 tysięcy dolarów, gdyby pan mógł zatem przywieźć ze sobą choćby 500 na dowód, że ma pan poważne zamiary, moglibyśmy wszystko omówić szczegółowo..."

Nic dziwnego, że adresat tak subtelnie sformułowanego wezwania pospiesznie stawił się w La Porte, przywożąc ze sobą zapewne (na co Bella liczyła) znacznie więcej niż owe 500 dolarów, które miało stanowić wzruszającą gwarancję uczciwości. Widziano go nawet na stacji kolejowej w La Porte, jak wysiadał z pociągu, dźwigając pokaźnych rozmiarów walizę. Nikt natomiast nie widział, by wyjeżdżał. Potem w La Porte pojawili się następni kandydaci do ręki Belli, z których żaden, podobnie jak pierwszy, nie opuścił już wioski.

Bella czasami zmieniała styl swych listów, dostosowując go zapewne do swej oceny charakteru adresata. Do jednego z nieszczęśników pisała:
"Jesteś moim królem... Wiem z Twych listów, że Twoje serce pragnie miłości. Przybądź do mnie. Twoja ukochana oczekuje Cię. Będziemy tu szczęśliwi jak para królewska, w najpiękniejszym domu w całej Północnej Indianie..."

Kolejni kandydaci na króla przybywali tłumnie, a każdy z nich dzierżył w dłoni finansowy dowód swej dobrej woli. Bella dokładnie przeszukiwała potem ich ubranie i bagaż, i skrzętnie zabierała każdego centa, zanim zakopała kolejnego kandydata na męża. Na ogół trafiali oni w najmniej romantyczne miejsce na całej "najpiękniejszej farmie Północnej Indiany", mianowicie do chlewika. Przypuszcza się, że Bella zabijała swe ofiary, gdy spały zmęczone trudami podróży, używając do tego celu siekiery. Wszystko wskazuje na to, że była to ta sama siekiera, która tak nieszczęśliwie ześlizgnęła się z półki prosto na głowę pechowego Gunnessa.

"Interes" kwitł i Bella systematycznie powiększała swój majątek, wydając pieniądze tylko na zamieszczanie nowych ofert matrymonialnych w gazetach. Wreszcie w roku 1908 jedno z jej ogłoszeń przeczytał niejaki Andrew Holdgren. Napisał do niej i otrzymał odpowiedź, z której wynikało, że wdowa uważa go za odpowiedniego kandydata. Podjął więc z banku większą sumę jako dowód poważnych zamiarów i udał się do La Porte na spotkanie swego szczęścia.

W 5 miesięcy później Bella Gunness otrzymała list, który musiał ją poważnie zdenerwować. Pisał brat Andrew Holdgrena, o którego istnieniu nie miała oczywiście, pojęcia. Na ogół starała się przecież wybierać kandydatów zupełnie samotnych. Tym razem jednak zbyt poważnie potraktowała liryczne sformułowanie z listu kandydata: "Żyję sam jak palec na tym bożym świecie. Nie mam nikogo, komu mógłbym powierzyć swe troski..."

Być może bracia nie żyli ze sobą najlepiej, gdy jednak Andrew przez tak długi czas nie dawał znaku życia, jego brat zaniepokoił się poważnie. Znał nazwisko i adres kobiety, którą Andrew miał poślubić, zdecydował się więc napisać do niej, by zasięgnąć informacji. W odpowiedzi otrzymał list zalany łzami:
"Oddałabym wszystko, co mam, by go odnaleźć. Wyjechał stąd już dawno temu. Wydawał się zadowolony, miał wkrótce wrócić i zostać ze mną już na zawsze. Od tamtego styczniowego dnia więcej go nie widziałam. Pójdę na koniec świata, by go odnaleźć..."

W rzeczywistości, o czym Bella dobrze wiedziała, podróż na koniec świata była zupełnie niepotrzebna. Wystarczyłaby znacznie krótsza podróż na koniec ogrodu, by znaleźć Andrew Holdgrena, tam bowiem, w chlewiku, dość płytko pogrzebany, leżał wraz z innymi kandydatami do ręki Belli.

Wymiana listów trwała dalej. W następnym liście Bella zaproponowała bratu swej ofiary, by wspólnie zorganizowali zakrojone na szeroką skalę poszukiwania zaginionego człowieka, który dla nich obojga jest przecież "najdroższą na tym świecie istotą". W tym momencie Bella, otrząsnąwszy się z szoku, jakim niewątpliwie był dla niej fakt, że Andrew Holdgren miał brata, ułożyła już pewien plan. Dla Holdgrena-brata owa akcja poszukiwawcza rozpoczęłaby się zapewne i zakończyła ostatecznie w La Porte, gdzie być może zostałby nawet umieszczony w pobliżu poszukiwanego.

Przypadek sprawił jednak, że Holdgren-brat i morderczyni nigdy się nie spotkali. Miał przybyć do La Porte, by omówić szczegóły poszukiwania Andrew Holdgrena, dnia 29 kwietnia 1908 roku wczesnym rankiem. Na kilka godzin przed umówionym terminem "najpiękniejszy dom w Północnej Indianie" spalił się doszczętnie. Znając Bellę, podejrzewamy od razu, że był ubezpieczony. Być może, lecz tym razem w domu spłonęła także ona sama i jej troje dzieci. Zwęglone ciała znaleziono wśród zgliszczy.

Policja przeprowadziła dochodzenie, w wyniku którego pod zarzutem podpalenia został aresztowany niejaki Roy Lamphere, robotnik, którego od czasu do czasu zatrudniała wdowa Gunness do różnych prac na swej farmie. Jeśli to istotnie on był sprawcą podpalenia, możliwe, że wiedział coś o zbrodniczej działalności swej chlebodawczyni i postanowił zemścić się na niej w imieniu nieszczęsnych ofiar. Może Bella szantażowała go, by milczał? Nie dowiemy się tego już nigdy, podczas swego procesu konsekwentnie odmawiał bowiem zeznań.

Tymczasem Holdgren, który zamiast kwitnącej farmy i zatroskanej narzeczonej swego brata zastał w La Porte dopalające się zgliszcza, postanowił działać dalej. Sądził, że być może Andrew znajdował się jednak w La Porte i z jakichś niezrozumiałych powodów ukrywał się przed nim. Tak długo nachodził miejscowe władze, aż wreszcie wydały one nakaz dokładnego przeszukania tego, co pozostało z posiadłości pani Gunness.

Holdgren odetchnął już z ulgą, bowiem przeszukanie zgliszczy nie ujawniło żadnych nowych zwłok. Zastanawiał się właśnie, gdzie w takim razie powinien szukać brata, gdy robotnicy natrafili na ludzkie kości w pobliżu chlewu. Wezwana policja nadzorowała rozkopywanie gruntu. Z płytkich grobów wydobyto 28 zmasakrowanych ciał, z czego połowa znajdowała się w samym chlewiku, między innymi również nieszczęsny zaginiony Andrew Holdgren. Byli to wyłącznie mężczyźni, wszyscy zginęli od ciosu w głowę, zadanego przy pomocy siekiery. Zwłoki zostały zidentyfikowane, Bella nie wyjmowała bowiem z kieszeni swych ofiar dokumentów, co pozwoliło na skreślenie sporej liczby osób z list zaginionych.

Nie ulega wątpliwości, że Bella Gunness popełniała swe czyny przede wszystkim z chęci zysku. Trzeba jednak przyznać, że nie wydawała zdobytych tą drogą pieniędzy na rozpustę. Na krótko przed swą śmiercią ofiarowała mianowicie większą część swego majątku pewnemu sierocińcowi w Chicago.

RICHARD RAMIREZ - NOCNY ŁOWCA

"Szatan zapewnia równowagę mojemu życiu, jest celem mojego istnienia, racjonalizuje mój świat - naprawdę w niego wierzę". - Richard Ramirez, Nocny Łowca.

"Richard Ramirez był współczesnym Kubą Rozpruwaczem, kimś, komu frajdę sprawiało zabijanie ludzi (...) Wdzierał się do ludzkich dusz i umysłów, był uosobieniem naszych najgorszych koszmarów". - Philip Carlo, autor książki pt. "The Night Stalker" (Nocny Łowca).

Richard Ramirez urodził się 29 lutego 1960 roku w El Paso, w Stanie Teksas. Był piątym i ostatnim dzieckiem w rodzinie Ramirezów, którzy przyjechali do Ameryki z Meksyku. Byli to biedni, ale pracowici ludzie. Jego ojciec w Meksyku był policjantem, w Stanach znalazł pracę na kolei. Był surowym mężczyzną, dla dzieci pewnie zbyt surowym. Nie rozpieszczała ich także, równie surowa i religijna matka. Oboje trzymali całą piątkę bardzo krótko. Kiedy jeden z chłopców ukradł radio z samochodu ojciec zbił go do nieprzytomności. Richard był cichym dzieckiem, mimo panującej w domu atmosfery terroru dobrze się uczył. Był nieśmiały, ale robił wrażenie miłego i przyjaznego dziecka. Miał powodzenie u dziewczyn, wszystkie się w nim podkochiwały. Przez sześć lat nie opuścił ani jednego dnia szkoły. Był dobrym uczniem, lubianym przez nauczycielki i dyrekcję - nie sprawiał żadnych kłopotów. Wszystko zmieniło się w 1971 roku, gdy kuzyn Richarda, Mike, wrócił z Wietnamu. Mike, komandos odznaczony za odwagę, był wzorem Richarda. Przeżycia wojenne zniszczyły go jednak psychicznie. Mike opowiadał Richardowi jak dla zabawy zabijał wietnamskie kobiety. Przywiązywał je do drzew, gwałcił, a potem mordował. Najpierw jednak fotografował swoje przerażone ofiary - przywiózł z Wietnamu cały karton takich przerażających zdjęć. Opowiadał Richardowi historie pełne wojennych okrucieństw, przemocy, gwałtów, na dowód pokazując zdjęcia. Nauczył go także, jak ukryć się w ciemnościach nocy. Szkolił go w używaniu broni małego kalibru, która uśmierca ofiarę cicho i z bliska. Najchętniej opowiadał mu jednak o nożach. Nauczył Richarda, że nóż należy wbić z boku szyi i pociągnąć go tak aby przeciąć gardło - znał ten sposób z wojska. Pewnego dnia Richard siedział w salonie kuzyna, gdy ten pokłócił się z żoną w kuchni. Mike, miał w lodówce nabitą 38-kę. Mawiał, że lubi gdy broń jest chłodna. Wyjął rewolwer z lodówki, obrócił się i strzelił do żony - zginęła na miejscu. Richard miał 11 lat - i oto kuzyn, który był jego idolem, wzorem, zabił na jego oczach własną żonę. To zdarzenie odcisnęło się na psychice małego Richarda głębiej niż inne. Mike`a osądzono i umieszczono w zakładzie dla psychicznie chorych. Richard nie powiedział swoim rodzicom, że był świadkiem zabójstwa. W szkole wszyscy jednak zauważyli zmianę w jego zachowaniu.

Eksperci uważają, że osobowość zabójcy kształtuje się już w dzieciństwie, gdy przyszły morderca bywa ofiarą, bądź świadkiem aktów przemocy. Richard Ramirez w wieku 11 lat - był już i ofiarą, i świadkiem. Szybko wpadł w środowisko złodziei i narkomanów. Miał 11, 12 lat kiedy zaczął kraść. Wolał to niż pracę - wybrał łatwe życie. Po wyrzuceniu ze szkoły średniej dostał pracę na nocną zmianę w hotelu. Dzięki kradzionym kluczom włamywał się do pokoi śpiących gości. Pewnej nocy podejrzał kobietę, która rozebrała się i poszła pod prysznic - chciał ją mieć - otworzył drzwi i wszedł. Kiedy się wykąpała zaszedł ją od tyłu, zakrył dłonią jej usta, powalił ją na podłogę i zaczął gwałcić. Mąż kobiety, który wyszedł tylko zaparkować wóz i kupić coś do jedzenia, wrócił do pokoju w trakcie gwałtu. Był potężnym Meksykaninem - zrobił więc z chłopaka miazgę. Ramirez został aresztowany, ale nie postawiono mu zarzutów. Przekazano go rodzicom - ci wyrzucili go jednak z domu. Przez kilka lat żył z kradzieży oraz z handlu narkotykami. Gdy ludzie zaczęli go wytykać palcami postanowił wyjechać do Los Angeles. Trafił do owianej złą sławą dzielnicy, w której działalność przestępcza była na porządku dziennym. Owa dzielnica była półświatkiem złodziei, kryminalistów, zboczeńców oraz handlarzy narkotyków, którzy panoszyli się w tej części miasta. To właśnie tam Ramirez zapuścił korzenie, to tam znalazł dom. Potrzebował coraz więcej kokainy, więc kradł żeby zaspokoić narkotyczny głód. Wstrzykiwał, łykał i palił kokainę, która zaostrzała jego psychozę. Jakiekolwiek miał problemy, po narkotykach było jeszcze gorzej. Ramirez był opętany satanizmem. Jak wyznał później uległ demonicznym treściom muzyki heavy metalowej. Żył w świecie mrocznych fantazji, zafascynowany okrucieństwem, dominacją i skrajnie sadystycznym seksem. Po aresztowaniu go za kradzież samochodu, jego zdjęcie i odciski palców znalazły się kartotekach policji - Ramirez spędził pół roku w więzieniu.

Lato 1985 roku, najgorętsze w Los Angeles od ponad 100 lat. Temperatura w Los Angeles przez wiele dni dochodziła do 40°C. Upał był nie do zniesienia.. Jednak nie tylko lejący się z nieba żar nie pozwalał ludziom spać - w mieście grasował seryjny morderca.

Śledczy Wydziału Zabójstw, Gil Carrillo, był pierwszym, który zauważył łączące zbrodnie podobieństwa. Poszukiwanie sprawcy stało się jego obsesją. W wieku 34 lat był najmłodszym pracownikiem Wydziału Zabójstw w okręgu Los Angeles, mimo to prowadził już ponad 100 śledztw w sprawach morderstw.

Mieszkańcy Los Angeles nazywali mordercę "Napastnikiem z Doliny" lub "Nieproszonym Gościem". Najbardziej jednak przylgnęło do niego określenie "Nocny Łowca", ponieważ atakował nocą. Był pierwszym zabójcą, który wchodził do domu tak niepostrzeżenie. Korzystał z osłony nocy, wtapiał się w ciemność.

Większość zabójców szuka ofiar na marginesie społecznym, ten mordował biznesmenów, pielęgniarki, studentów i emerytów. Polował na kobiety i mężczyzn, na starych i młodych, na białych, na Latynosów i na Azjatów. Policji najtrudniej było uwierzyć, że wszystkich zabijał ten sam sprawca.

Pierwszą zbrodnię Ramirez popełnił w 1984 roku. Krążył ukradzionym samochodem po gąszczu dróg, co potem stanie się jego obyczajem, i szukał ofiary. W końcu trafił w okolice Glendale. Wybrał słabo oświetlone mieszkanie, ostrożnie pokonał schody i korytarz. Otworzył drzwi i wszedł do mieszkania 79-letniej Jenni Vincow - której nie mógł odebrać niczego poza życiem. To było brutalne zabójstwo, zaatakował starszą kobietę - zupełnie mu odbiło. Ofiara miała rany obronne, ponieważ próbowała wyrwać mu nóż.

Początkujący technik z Wydziału Śledczego policji robił zdjęcia na miejscu zbrodni, gdy zauważył ważny ślad... odciski palców na parapecie. Powiedział o tym detektywom, którzy byli zdenerwowani tym faktem, ponieważ wcześniej ich nie zauważyli. Nikt z policjantów nie zdawał sobie jednak wtedy sprawy z tego, że są to odciski palców Richarda Ramireza. Nocnego Łowcy, który latem 1985 roku będzie terroryzował społeczność miasta Los Angeles.

Wtedy odciski palców nie były tak cennym dowodem jak dzisiaj. Mogły obciążyć sprawcę, ale dopiero po jego odnalezieniu. Nawet jeśli odciski zostawił zabójca, detektywom dawało to niewiele. W archiwum Departamentu Sprawiedliwości w Sacramento, były wtedy odciski 6 milionów osób. Jeśli pomnożyć to przez 10 (liczbę palców obu dłoni) otrzymamy liczbę 60 milionów - co uzmysławia jak trudno było porównać ten ślad z kartotekami. Sytuacja miała się zmienić rok później. Stan Kalifornia właśnie komputeryzował policyjne archiwa. System komputerowy dobrze rokował, ale jego ukończenie wymagało czasu - Nocny Łowca jednak nie czekał.

Kolejny mord popełnił 17 marca 1985 roku. Także tym razem ukradł samochód i rozpłynął się w gąszczu dróg. Zwrócił uwagę na wóz prowadzony przez 25-letnią Marie Hernandez. Gdy dojechała do celu wślizgnął się do garażu pod automatycznie zamykanymi drzwiami. Usłyszała go, odwróciła się i ujrzała uzbrojonego człowieka w ciemnym stroju. Ramirez strzelał jej w głowę, jednak kula odbiła się od kluczy, które Maria trzymała w dłoni - kobieta upadła. Udawała, że nie żyje... zabójca poszedł na górę. W ten sposób zbrodniarz znalazł koleżankę Marii Hernandez, 33-letnią Dayle Okazaki. Dayle usłyszała strzał i ukryła się za szafką w kuchni. Po chwili chciała sprawdzić co się tak naprawdę stało. Wychyliła się, strzelił - trafił ją w środek czoła - umarła na miejscu. Uciekający sprawca przebiegł koło Marii, która później podała policji jego pierwszy rysopis. Maria była jedną z niewielu ofiar Ramireza, które ujrzały jego twarz... i przeżyły. Ranną Marie Hernandez przewieziono do szpitala w Beverly Hills, rana nie zagrażała jej życiu. Maria wyszła cało z konfrontacji ze zbrodniarzem i teraz mogła go opisać. Był to wysoki mężczyzna o czarnych włosach i ciemnej karnacji. Zapamiętała także kilka innych szczegółów. Zabójca był ubrany na czarno, a przed strzałem przyjął wojskową pozycję. W garażu Marii Hernandez policja znalazła czapkę baseballową z logo heavy metalowej grupy AC/DC - Maria stwierdziła, że to własność sprawcy. Policjanci nie wiedzieli dokąd wiedzie ten ślad, zaczęli jednak rozumieć dlaczego morderca zabija - domyślali się, że szukał możliwości rozładowania napięcia seksualnego. To były morderstwa na tle seksualnym, chciał upokarzać, gnębić i poniżać kobiety. Podczas późniejszych rozmów Ramirez potwierdził te przypuszczenie.

Na miejsce zbrodni wezwano śledczego z Wydziału Zabójstw w Los Angeles, Gila Carrillo. Gil wychował się w hiszpańskojęzycznym, wschodnim Los Angeles. Jako syn meksykańskich imigrantów ciężko pracował, aby zapewnić godne życie swojej żonie i trzem córkom. Miał niezwykłe umiejętności i coś co nazywamy szóstym zmysłem. Bardzo szybko dostał się do Wydziału Zabójstw. Został śledczym tegoż Wydziału, po zaledwie 9 i pół rocznej służbie. Zwykle policjanci muszą odsłużyć minimum 15 lat. Carrillo wyróżnił się jednak podczas tajnej operacji skierowanej przeciwko gangom wschodniego Los Angeles. Teraz ten utalentowany policjant miał złapać jednego z najbardziej nieprzewidywalnych seryjnych morderców w historii kryminalistyki. Tego marcowego ranka zaczęło się najtrudniejsze śledztwo w jego karierze.

Tej samej nocy podniecony zabójca pojechał za kolejną młodą kobietą. 30-letnia prawniczka Tsai-Lian Yu spostrzegła jadący za nią samochód. Podeszła do niego gdy zatrzymali się na czerwonym świetle. Ramirez strzelił dwa razy - umarła następnego dnia.

Analizy balistyczne ze śledztw w sprawach morderstw Okazaki i Yu, wskazywały, że obie zbrodnie coś łączy - pociski wystrzelono z rewolweru kaliber 5,6 mm.

Policjanci chcieli schwytać zbrodniarza zanim w mieście wybuchnie panika. Gdyby znowu zaatakował mieli otoczyć ten fakt tajemnicą i szukać dalszych śladów - długo nie musieli czekać.

25 marca 1985 roku, zaledwie osiem dni po zabójstwach Dayle Okazaki i Tsai-Lian Yu, ktoś włamał się do domu w zamożnej okolicy Whittier. Morderca zakradł się pod dom Vincenta i Maxine Zazzara, którzy prowadzili miejscową restaurację. Sprawdził okna i drzwi - wszystkie były zamknięte, poza oknem w pralni. Stanął na plastikowym kuble i wszedł do środka. Wewnątrz znalazł dwie osoby Vincenta i jego żonę Maxine. Vincent usnął przed telewizorem w salonie - zginął od strzału w głowę. Wystrzał obudził Maxine. Próbowała uciec z domu, ale zabójca schwytał ją i związał. Gdy plądrował dom w poszukiwaniu biżuterii, Maxine uwolniła się z więzów i sięgnęła po leżącą pod łóżkiem strzelbę. Broń nie wypaliła - nie była nabita. Ramirez strzelił trzy razy - był tak wściekły, że chciał pokroić ofiarę. Znalazł w kuchni nóż rzeźnicki i wrócił żeby wyciąć jej serce. Nie przebił się jednak przez mostek, więc wydłubał jej oczy i zabrał je ze sobą.

Kiedy Carrillo dowiedział się, że sprawca użył rewolweru kaliber 5,6 mm, postanowił porozmawiać ze śledczymi prowadzącymi sprawę morderstwa Państwa Zazzara. W domu znaleziono także odcisk buta pasujący do odkrytego podczas śledztwa w sprawie porwania pewnego dziecka - but marki Avia rozmiar 11 i pół. Śledczy Carrillo sądził, że policja ma do czynienia z seryjnym mordercą. Był jednak najmłodszym członkiem ekipy dochodzeniowej, a jego bardziej doświadczeni koledzy mieli inne zdanie. Był uważany za nowego, więc trudno mu było przekonać kolegów, że mają do czynienia z seryjnym mordercą. Sam Carrillo musiał przyznać, że ma wątpliwości. Jeśli to naprawdę był seryjny morderca, to nie postępował według żadnego schematu - jego ofiar nic nie łączyło. Carrillo przedstawił więc sprawę komuś kto dobrze znał okolice Los Angeles, człowiekowi, który ścigał już seryjnych morderców - szukając aprobaty dla swoich przypuszczeń - Frankowi Salerno. Frank był sceptyczny, ale brał pod uwagę możliwość, że tych zbrodni dokonał jeden człowiek. Frank Salerno, był bardzo szanowanym i doświadczonym śledczym. To on w latach 70-tych pracował nad sprawą Dusicieli ze Wzgórz (Frank Salerno jest uważany za najlepszego śledczego w histrorii miasta Los Angeles). Odcisk buta oraz wyniki badań balistycznych przekonały Salerno, że domysły Carrillo mogą nie być bezpodstawne. Powołano więc mały zespół dochodzeniowy. Szefowie poszczególnych Komend, przydzielili do tej sprawy detektywów i policjantów mundurowych. Osiem osób bez przerwy odbierało telefony i sprawdzało tropy, które zgłaszali im ludzie. Jednak na razie, ani społeczeństwo, ani prasa nie miało pojęcia o ewentualnym seryjnym mordercy.

Tymczasem w Sacramento, eksperci z Depertamentu Sprawiedliwości, kończyli wpisywanie danych do Komputerowego Rejestru Odcisków Palców. Zespół pracował dniami i nocami, aby przenieść zawartość tradycyjnych kartotek na twardy dysk komputera. Zaczęli od odcisków palców sprawców poniżej 25 roku życia, ponieważ ludzie w tym wieku popełniają najwięcej przestępstw. W tej części zasobów były też odciski palców 25-letniego Richarda Ramireza, ale policja o tym nie wiedziała.

Zaczynało się upalne lato roku 85. Policja Stanu Kalifornia gorączkowo poszukiwała Nocnego Łowcę - na próżno. Morderca zatrzymał się w hotelu Cecil w samym centrum Los Angeles, kilkaset metrów od Komendy Miejskiej Policji.

Pod koniec maja 1985 roku Ramirez wszedł do domu należącego do 83-letniej staruszki i jej o trzy lata młodszej, niepełnosprawnej siostry. Były to wyzwolone kobiety, które odmawiały zamykania drzwi na klucz. Musiały go czymś zdenerwować. Morderca posłużył się młotkiem który znalazł w kuchni i zabił je nim. Roztrzaskał im głowy, ale przedtem związał obie kobiety i zgwałcił. Tym razem morderca był na tyle bezczelny, by zjeść w ich domu kolację - pozostawił po sobie stos odpadków. Frank i Gil liczyli na odciski palców, niestety sprawca nosił rękawiczki. Zabójca nie pozostawił odcisków palców, policjanci znaleźli jednak coś innego, pentagram narysowany na ścianie oraz na jeszcze jeden, na udzie jednej z ofiar. Pentagram kojarzony jest powszechnie z kultem szatana. Richard Ramirez wierzył, że szatan zawsze mu towarzyszy i strzeże jego bezpieczeństwa. Jeśli będzie zły w myślach i w czynach, szatan go nie opuści. Detektywi przesłuchiwali satanistów mieszkających w rejonie Los Angeles, ale żaden nie znał Nocnego Łowcy. O pomoc poproszono także psychologów, ci nie potrafili jednak uporządkować ogromnego materiału dowodowego. Richard Ramirez nie pasował do profili seryjnych morderców, znanych psychologom. Psycholog kieruje się logiką płynącą z kartotek, a czynach Ramireza nie było żadnej logiki - zmieniał broń, dusił ofiary gołymi rękoma, strzelał, zakłuwał nożem, zabijał żelaznym prętem, kopał na śmierć. Gil próbował określić znaczenie pentagramu oraz rolę satanizmu w tych zbrodniach. Pamiętał o czapce z logo AC/DC znalezionej w domu Marii Hernandez. Spytał o ten zespół jedną ze swoich córek. Dowiedział się, że AC/DC to grupa kojarzona z kultem szatana. Jedna z ich piosenek nosi tytuł "Nocny Gość" i opowiada o mordercy kręcącym się koło domu i obserwującym ludzi - podobieństwo było ewidentne. Carrillo i jego ludzie znaleźli także kolejny ślad, odcisk buta - odciśnięty we krwi.

Wiosną 1985 roku, gdy Ramirez zabijał na oślep, jego odciski palców czekały na wprowadzenie do bazy danych Departamentu Sprawiedliwości.

Szalone polowanie Nocnego Łowcy trwało. Zdrowy rozsądek podpowiadał policjantom, że ten potwór kiedyś musi przestać. Przecież widział, że wszędzie roi się od policji, że kiedyś musi wpaść - mimo to nie przestał.

Kilka dni po potwornym ataku na dwie staruszki Carrillo dowiedział się o włamaniu we wschodnim Los Angeles - w okolicy w której dorastał. Po raz kolejny odkryto ślad buta. Przestępca zaatakował zaledwie trzy ulice od rodzinnego domu Carrillo, w którym nadal mieszkała jego matka i siostra.

Następnego dnia funkcjonariusz policji drogowej zatrzymał ubranego na czarno mężczyznę za jazdę na czerwonym świetle. Identyfikując zatrzymanego nie usłyszał pilnego wezwania - w przeciwieństwie do mężczyzny w czerni. Richard Ramirez uciekł zanim policjant czegokolwiek się domyślił - był to kosztowny błąd.

30 maja 1985 roku, 42-letnia kobieta została pobita i zgwałcona. Opisała napastnika jako wysokiego, przystojnego Latynosa. Wspomniała też o jego zepsutych zębach i odorze z ust.

27 czerwca 1985 roku, 28-letnia Patty Higgins została zasztyletowana na śmierć - morderca prawie odciął jej głowę.

2 lipca 1985 roku, 75-letnia Mary Cannon została pobita i zasztyletowana. Rana na jej gardle była tak samo głęboka jak u Patty Higgins.

5 lipca 1985 roku, 16-letnia dziewczyna wróciła do domu nad ranem po obchodach Dnia Niepodległości - jej rodzice także świętowali, wrócili jednak około północy i teraz głęboko spali - zapomniała zamknąć drzwi... Jej ojciec znalazł ją wczesnym rankiem, została pobita łyżką do opon, zadano jej ponad 20 ciosów. Na ciele dziewczyny znaleziono 42 odrębne uszkodzenia. Założono jej aż 478 szwów - była bliska śmierci. Frank Salerno i Gil Carrillo mieli córki w podobnym wieku, dlatego też traktowali tą sprawę bardzo osobiście. Ten atak nimi wstrząsnął. Nie mieli do czynienia z nieznajomym, pobitym gdzieś w ciemnej ulicy, uzmysłowili sobie, że ofiarą tego potwora mogła być ich córka. Pomiędzy łóżkiem a szafą policja znalazła stos ubrań i części pościeli. Jako, że na podłodze nie było dużo krwi oglądali zakrwawione ubrania w nadziei, że na coś trafią. Badali je z każdej strony, nagle na różowym szaliczku znaleźli odcisk buta. Sprawca nie pozostawił odcisków palców - nie wiedział jednak, że policji równie pomocny może okazać się odcisk jego buta. Okazało się, że był to charakterystyczny but. Wyprodukowano tylko 1345 par modelu Avia 440, tylko 6 par dotarło do Kalifornii, jednak tylko jedna w rozmiarze 11 i pół. Okazało się więc, że morderca nosi jedyne takie buty w Los Angeles. Policja dotarła do sklepu w którym sprzedano buty marki Avia w rozmiarze 11 i pół. Sprzedawca nie pamiętał jednak klienta, któremu je sprzedał. Świadomość, że sprawca nosi charakterystyczne obuwie pozwoliła jednak powiązać ze sobą pozornie różne sprawy. Materiał dowodowy zaczął ujawniać ukryte wcześniej wskazówki. Jednak szaleniec wciąż był na wolności i nikt nie wiedział kto nim jest. Gil Carrillo - którego przez wiele tygodni, jedynym sojusznikiem był Frank Salerno - czuł się zrehabilitowany. Czuł, że ludzie którzy jeszcze niedawno naśmiewali się z jego teorii o seryjnym mordercy, teraz widzą w nim policjanta, który wie co mówi. Zauważyli w nim zawodowca, którego instynktom należy wierzyć.

Pościg za mordercą był wyczerpujący, Carrillo i jego ludzie pracowali na okrągło, czasem także w nocy - cierpiały na tym ich rodziny. Jego żona bała się zostawać w domu sama z dziećmi. On pracował całymi dniami i do domu zaglądał bardzo rzadko - złościła się, że nie wraca na noc. Mieli trójkę dzieci, a ona po prostu się o nie bała. Była przerażona jak większość mieszkańców Los Angeles. Rodzina Carrillo większość nocy spędzała poza domem, u krewnych lub znajomych. Carrillo był coraz bardziej załamany. Był głową rodziny, policjantem, nosił broń, a jego własna żona mówiła mu że boi się spać w ich własnym domu.

7 lipca 1985 roku, 63-letnia pielęgniarka szpitala psychiatrycznego obudziła się i tuż nad sobą zobaczyła obcego mężczyznę. Została pobita i zgwałcona a jej dom obrabowano. Kiedy błagała o litość napastnik zmusił ją do złożenia przysięgi na szatana.

Tej samej nocy, 61-letnia Joyce Nelson została pobita i uduszona. Policja skoncentrowała się na odciskach buta i miejscach gdzie można było je znaleźć. W przypadku Joyce Nelson było to wstrząsające. Policjanci znaleźli odcisk buta na jej twarzy. Napastnik kopnął ją tak mocno, że but odcisnął się na jej policzku.

Ramirez nadal zabijał. 19 lipca zastrzelił w Sun Valley 32-letniego Chitata Assawahem`a i zgwałcił jego 29-letnią żonę Sakimę. Po czym pojechał do Glendale, gdzie zabił Maxa i Lelę Kneiling`ów. Ich ciała znalazła córka - Judi Arnold. Był lipcowy poranek Judi czekała na rodziców, którzy w drodze do kościoła mieli wpaść do niej na kawę. Nie zjawili się, więc Judi pojechała do ich domu w Glendale. Weszła tylnymi drzwiami, były otwarte na oścież, poszła do sypialni. Jej ojciec leżał na łóżku - właściwie nie miał głowy. Matka Judi także była martwa - jej twarz była jedną wielką raną. W ten sposób Judi Arnold dowiedziała się o tajemnicy policji - w mieście grasował seryjny morderca. Sakima Assawahem pomogła policji sporządzić bardzo dobry portret pamięciowy sprawcy. Portret ten rozdano później wszystkim policjantom w Los Angeles.

Początkowo policja nie powiadomiła prasy - nie chciała wywoływać paniki. Jednak w lipcu, gdy ataki Nocnego Łowcy osiągnęły apogeum, policjanci doszli do wniosku, że w mediach powinny znaleźć się ostrzeżenia o konieczności zamykania drzwi i okien. Policja czyniła postępy, nie mogła jednak zagwarantować mieszkańcom Los Angeles pełnego bezpieczeństwa. Bezradna i sfrustrowana policja, po wielu miesiącach milczenia poinformowała opinię publiczną o szalejącym seryjnym mordercy - mieszkańcy Los Angeles wpadli w panikę. Ludzie nie wychodzili z domów, nie otwierali okien, nie umawiali się na randki. Kobiety wracały z pracy przed zmierzchem. Ludzie siedzieli w domach mimo rekordowych upałów. Popyt na psy obronne tak wzrósł, że sprowadzano je z innych stanów. Sierpień 1985 roku przyniósł też rekordowe zyski sprzedawcom broni - ludzie nie chcieli bezczynnie czekać na śmierć. Wszyscy zakładali dodatkowe zamki, alarmy, oświetlenia - bali się Nocnego Łowcy.

W hotelu Cecil, Ramirez oglądał telewizję i napawał się swoją "sławą". Bestialsko mordował, bił, gwałcił i okradał swoje ofiary - uważał się za nadczłowieka. Był bezkarny, choć szukała go cała policja z Los Angeles. Jego motywacją było zabijanie, reszta była tylko pochodną tego impulsu.

Do następnego ataku doszło w Diamond Bar, niedaleko domu Gila Carrillo. Dla jego żony Pearl była to kropla, która przelała czarę goryczy. Zabrała dzieci i wyjechała z Los Angeles. Na miejscu zbrodni Carrillo znalazł 28-letnią Suu Kyi Zia, którą zgwałcono u boku jej umierającego, 35-letniego męża Ahmeda.

Frank i Gil całymi dniami wydzwaniali po różnych miejscach pytając o jakiekolwiek postępy, czy informacje - cały czas w obawie, że morderca uderzy ponownie.

Gil Carrillo pracował na okrągło po 20, 24 godziny. Do domu - pustego domu bez rodziny - wracał śmiertelnie zmęczony. Niezwykle trudne i wyczerpujące, zarówno psychicznie, jak i fizycznie śledztwo, w które zaangażował się emocjonalnie oraz jego kłopoty rodzinne spowodowały, że był bliski załamania nerwowego. Sypiał z bronią przy łóżku - wcześniej tego nie robił. Biorąc pod uwagę napięcie w którym żył, nie było to zbyt bezpieczne. Budził się zlany zimnym potem, chwytał broń i przerażony, myśląc, że Nocny Łowca wdarł się do jego domu zaczynał go szukać.

Na początku sierpnia niebezpieczeństwo zaczęło maleć. Nocami ulice przemierzały obywatelskie patrole, policja była dosłownie wszędzie. Morderca nie przestał jednak zabijać, tylko rozszerzył terytorium swoich łowów. Ukradł samochód i pojechał do San Francisco, zatrzymał się w hotelu, w dzielnicy Tenderloin. 18 sierpnia 1985 roku, grupa dochodzeniowa dowiedziała się, że w San Francisco zastrzelono starsze chińskie małżeństwo - 66-letniego Petera Pan i jego 62-lenitą żonę Barbarę. Ich dom został obrabowany, a na ścianie sypialni morderca zostawił rysunek pentagramu oraz podpis "Jack The Knife" (Kuba Nożownik).

Policja była w trudnej sytuacji. Brak odcisków palców, czy DNA uniemożliwiał ewentualną identyfikację sprawcy. Jedynymi dowodami wciąż pozostawały łuski po pociskach oraz odciski buta. Aby pomóc policjantom z San Francisco, grupa dochodzeniowa na czele której stali Frank i Gil, powiadomiła swoich kolegów o małokalibrowej broni i odciskach buta marki Avia. Wszystkie te informacje dotarły w końcu do Pani Burmistrz Diane Feinstein, która wykorzystała je podczas konferencji prasowej. Pani Burmistrz nie tylko ujawniła wyniki badań balistycznych, ale też wyraźnie stwierdziła, że policja łączy pozornie różne morderstwa na podstawie znajdowanych na miejscu zbrodni odcisków buta. Próbowała uspokoić przerażonych ludzi, w rzeczywistości jednak poważnie utrudniła śledztwo. Było to typowe "zagranie" polityka nie grzeszącego wyobraźnią, nie rozumiejącego, że ujawnienie dowodów w trakcie trwającego śledztwa to rzucanie sobie kłód pod nogi. Kiedy tylko podano te informacje, policja miała już nigdy nie znaleźć na miejscach zbrodni odcisków butów marki Avia. Morderca oglądał konferencję prasową, zabrał więc broń i buty, wrzucił je do worka, pojechał na Most Golden Gate i utopił wszystko w Zatoce San Francisco.

Kiedy śledztwo utknęło w martwym punkcie do policjantów uśmiechnęło się szczęście, pewien nastolatek, który wieczorem naprawiał swój motor, zauważył mijającą go pomarańczową furgonetkę. Przez krótką chwile spoglądał w oczy mordercy. Gdy Nocny Łowca minął dom chłopca, skręcił w lewo i zaparkował dwie ulice dalej. Wszedł do jakiegoś domu - właściciele spali - i zastrzelił mężczyznę, po czym za włosy zaciągnął kobietę do pokoju krzycząc "Powiedz policji, że to dzieło Nocnego Łowcy, powiedz Frankowi Salerno i Gilowi Carrillo, że zrobił to Nocny Łowca". Następnie zgwałcił kobietę i ruszył szukać kolejnych ofiar. Nie wiedział, że jest obserwowany, chłopiec zapisał numery rejestracyjne jego samochodu. Opowiedział o tym rodzicom, a oni zgłosili się na policję, która w ten sposób poznała numery rejestracyjne samochodu użytego przez zabójcę. Ramirez czuł że policja jest coraz bliżej, uznał, że czas opuścić miasto. Porzucił samochód i kupił bilet autobusowy do Arizony. Wszyscy policjanci w Los Angeles szukali tego samochodu - i znaleźli. Okres jego bezkarności dobiegał końca. Odnaleziony pojazd trafił do laboratorium, gdzie technicy sprawdzili każdy zakamarek pod kątem odcisków palców. Mieli już dać za wygraną, gdy ktoś obejrzał osłonę bocznego lusterka - był na niej odcisk palca wskazującego lewej ręki.

Detektywi wiedzieli o skomputeryzowanym archiwum powstającym w Departamencie Sprawiedliwości. Choć wprowadzanie danych miało potrwać jeszcze kilka miesięcy, zwrócili się z prośbą o porównanie odcisku z zasobami. Pracownicy Departamentu Sprawiedliwości zareagowali na ich prośbę z jednej strony z rezerwą, z drugiej zaś z radością. Identyfikacja mogła przecież się nie powieść, co mogło oznaczać, że program nie działa. Gdyby jednak się udało, byłby to wielki sukces. Był to pierwszy test systemu. Na początku technicy musieli oznaczyć punkty charakterystyczne odcisku a następnie porównać je z 400 tysiącami już wprowadzonych zapisów w bazie danych i wytypować sprawcę. Gdy technicy zasiedli przed monitorami komputerów, detektywi sprawdzali inne ślady w tej sprawie. W San Francisco morderca sprzedał biżuterię, którą ukradł w domu Państwa Pan. Paser który ją kupił dał ją następnie swojej dziewczynie. Kiedy prasa opublikowała zdjęcia tych przedmiotów, uświadomili sobie, że mogą na tym zarobić i zadzwonili na policję. Powiedzieli, że osobą, która sprzedała im biżuterię był Richard Ramirez. Policjanci wpisali do komputerów imiona: Rick, Richard i Ricardo Ramirez. Ku ich konsternacji w bazie danych znajdowały się setki osób o tym nazwisku. Zajęli się więc odciskiem palca znalezionym w pomarańczowej furgonetce. Następnego dnia o godzinie 11.03 odcisk wprowadzono do systemu, trzy minuty później na komputerze pojawił się wynik. Odpowiedź była jednoznaczna - ten odcisk zostawił Richard Ramirez. W 1983 roku policja z Los Angeles zatrzymała go za kradzież samochodu - jego zdjęcie cały czas było na wyciągnięcie ręki. Wcześniej policja dotarła do człowieka, który powiedział, że mężczyzna imieniem Richard rozmawiał z nim o jednym z morderstw. Mężczyzna podawał szczegóły, które mógł znać tylko sprawca - wszystko ułożyło się w logiczną całość. Miliony ludzi w Los Angeles i w Ameryce dowiedziały się kim jest Nocny Łowca. Nocą 30 sierpnia 1985 roku Los Angeles skupiło się na szukaniu Ramireza. Jego zdjęcie ciągle pokazywała telewizja, takie same fotografie miała przynieść poranna prasa. Patrole policyjne krążyły po całym mieście.

Policja wiedziała, że mieszkał w okolicy przystanku autobusowego, liczyli więc, że gdy telewizja pokaże jego zdjęcie i poda nazwisko, Ramirez spróbuje uciec właśnie autobusem. Jednak nie mający pojęcia, o tym, że został zidentyfikowany, Richard Ramirez właśnie wracał do Los Angeles - oczywiście autobusem. Frank Salerno i Gil Carrillo rozkazali swoim ludziom zawracać uwagę na wyjeżdżających, nikt natomiast nie szukał go wśród przyjeżdżających do Los Angeles. Dziesiątki tajnych agentów czekały na niego by uniemożliwić mu ucieczkę. Wystarczył jego najmniejszy podejrzany ruch, a nie było by żadnych pytań - Ramirez by zginął, taki był rozkaz. Morderca dosłownie przemaszerował policjantom przed oczami, opuścił dworzec i wszedł do baru na kawę. Tam zobaczył swoje zdjęcie na pierwszych stronach gazet. Rozpoznała go jakaś kobieta, która zbladła jak ściana i zaczęła krzyczeć "Zabójca, zabójca". Ramirez wpadł w panikę, wbiegł do autobusu, ale ludzie zaczęli krzyczeć "To on, to on". Rzucił się do ucieczki, przebiegł ponad 3 km wzdłuż autostrady prowadzącej do wschodniej dzielnicy Los Angeles. Chciał ukraść samochód, próbował włamać się do jednego z domów, ale ludzie wezwali policję. Załogi 40 radiowozów i 7 śmigłowców przeszukiwały dzielnicę. Ramirez przebiegł ponad 7 km, by dotrzeć na ulicę Hubbard`a w meksykańskiej dzielnicy Los Angeles, gdzie próbował ukraść samochód kobiecie, która właśnie wybierała się po zakupy urodzinowe dla córki. Kobieta zaczęła krzyczeć, zza domu wybiegł jej mąż i pobił napastnika metalową rurką. Ramirez wybiegł z powrotem na ulicę i zaczął uciekać. Najpierw pobiegł za nim jeden mężczyzna, potem kolejni, po chwili gonił go niemal stuosobowy tłum. Nocny Łowca był w pułapce, uciekał przed ludźmi, którzy chcieli wymierzyć mu sprawiedliwość. Ktoś z tłumu krzyknął "Daj mi pistolet" - wiedzieli kogo gonią. Pościg dobiegł końca, a gdy zjawiła się policja, musiała ratować mordercę przed rozwścieczonym tłumem. Nocnego Łowcę aresztowano 31 sierpnia 1985 roku - dla policjantów była to wymarzona nagroda za miesiące ciężkiej pracy.

W garażu we wschodniej dzielnicy miasta znaleziono jego wóz, a w nim taką samą amunicję jakiej użyto podczas dwóch zabójstw. Odkryto także rewolwer, z którego zabito jedną z ofiar. W El Paso policja odzyskała 375 sztuk biżuterii, którą Ramirez ukradł ofiarom i wysłał swoim bliskim.

Nowe dowody łączyły Ramireza z kolejnymi przestępstwami. Prokuratura oskarżyła go o dokonanie 43 przestępstw. W tym o 13 zabójstw. Jednak Frank Salerno uważa, że Ramirez jest odpowiedzialny za śmierć ponad 20 osób.

Podczas procesu Ramirez nie okazał skruchy, w sądzie demonstrował swoje oddanie szatanowi - rysował pentagramy na rękach. Ludzie bali się na niego patrzeć. Cokolwiek jednak wymyślił, policja wykorzystała to przeciwko niemu. Dowiedli jego związku z innymi zbrodniami, na miejscu których znaleźli pentagramy lub satanistyczne hasła - wszystkie wybiegi obróciły się przeciw niemu.

Przekonał rodziny ofiar, że był zdolny do takich okrucieństw. Świadczyły o tym jego komentarze i śmiech, gdy pokazywano dowody. Czasem chichotał, kiedy słyszał płacz rodzin odwracał się i szydził. Było jasne, że Ramirez napawa się swoją osobliwą sławą. Miał nawet swoje wielbicielki, które tworzyły osobliwy fan klub. Fan klub Richarda Ramireza. W sądzie zjawiały się ubrane na czarno kobiety, które czekały, aż raczy się do nich uśmiechnąć. Pod więzieniem stała tak długa kolejka chętnych do odwiedzenia Ramireza, że sąd zakazał wszelkich widzeń.

20 września 1989 roku, po 55 dniach zeznań i po wysłuchaniu 165 świadków, sąd uznał Richarda Ramireza za winnego popełnienia 13 zabójstw i 30 innych przestępstw. Dowody i zeznania świadków nie pozostawiły wątpliwości co do jego winy i tydzień później, zgodnie z werdyktem ławy przysięgłych, Ramireza skazano na śmierć. Umieszczono go w celi śmierci więzienia San Quentin.


Po aresztowaniu, podczas procesu Ramireza, była dziennikarka, Doreen Lioy, nawiązała z nim bliższą, korespondencyjną znajomość, a w 1996 roku wzięła z nim ślub w więzieniu w San Quentin. "Jestem bardzo szczęśliwa i dumna, że zostałam żoną Richarda" - powiedziała dziennikarzom tuż po ceremonii. Ten ślub oburzył rodziny ofiar Ramireza. "Dlaczego mu na to pozwolili. Nie powinien mieć żadnych praw, moi rodzice już ich nie mają. Nigdy nie zobaczą swoich wnucząt" - tak ślub Richarda i Doreen skomentowała, oburzona tym faktem Judi Arnold, córka zamordowanych przez Ramireza, Maxa i Leli Kneiling`ów.

Ramirez nadal przebywa w celi śmierci. Automatycznej - według prawa Kalifornii - apelacji, jeszcze nie rozpatrzono. Prawnicy Ramireza potrzebują więcej czasu.

O swojej śmierci Ramirez mówi z dystansem i pogardą "To nieważne, wszyscy kiedyś umrzemy, nikt nie zna swojej śmierci. Widzimy ją i czujemy tylko przez kilka chwil, a potem już nas nie ma".


DAVID BERKOWITZ - SYN SAMA

23-letni chłopak bez tożsamości i znajomych. Wierzył, że to demon, "Sam Carr" kazał mu zabijać. W swej wyobraźni był synem Sama. Sługą szatana.

David Berkowitz urodził się 1 czerwca 1953 roku i od razu został oddany przez matkę do adopcji. 20-letnia Betty Broder - bo tak się ona nazywała - postanowiła oddać syna, za namową żonatego kochanka Josepha Kleinmana, który był ojcem Davida. Sama także pozostawała w związku małżeńskim z Tonym Falco, z którym miała już córeczkę Roslyn.

Davida adoptowało średniozamożne, żydowskie małżeństwo - Pearl i Nathan Berkowitz. Ci, nie mający swoich dzieci ludzie dali przybranemu synowi szczęśliwe i spokojne dzieciństwo. Cały czas obdarowywali go prezentami, jednocześnie nie skąpiąc miłości i uwagi. W trakcie trwania tej sielanki, nic nie zapowiadało, że z grzecznego i miłego chłopca - jak mówili o nim sąsiedzi - wyrośnie sadysta.. Syn Sama.

Gdy David miał 14 lat jego szczęśliwy świat zniknął. Stało się to za sprawą śmierci jego przybranej matki - Pearl zmarła na raka piersi. David był załamany. Po tym wydarzeniu jego wiara w Boga została poważnie zachwiana. Chłopak myślał, że to wydarzenie to początek czyjegoś planu. Planu, którego celem jest jego zniszczenie. Przypuszczenia swoje potwierdził, gdy jeszcze tego samego roku jego przybrany ojciec - Nathan - ożenił się powtórnie. Jego "nowa" mama nie spodobała mu się. Jednak długo nie musiał jej znosić, ponieważ "nowożeńcy" wyprowadzili się na Florydę, zostawiając Davida samemu sobie. On, nie wiedząc, co ze sobą począć zaciągnął się do armii, gdzie utrzymał się trzy lata. Wrócił w 1974 roku i postanowił odszukać swoich biologicznych rodziców. W jakimś urzędzie dowiedział się, że jego matka miała na nazwisko Falco. Tym tropem do niej doszedł. Mieszkała razem z jego 37-letnią siostrą Roslyn. David bardzo szybko nawiązał z nimi emocjonalną więź i przeprowadził się do nich. Jednak nie został długo. Już w styczniu 1976 roku ulotnił się. Matka i siostra martwiły się nie tylko jego zniknięciem, ale również stanem zdrowia, ponieważ - jak powiedziała Roslyn - brat narzekał wcześniej na częste bóle głowy i omdlenia. On natomiast, w lutym wynajął pokój w domu państwa Cassara w New Rochelle w Nowym Yorku. Jednak już dwa miesiące później wyprowadził się. Tak po prostu, nie zabierając nawet półrocznej kaucji za wynajem.

Od czasu śmierci przybranej matki, David trzykrotnie zaatakował kogoś nożem (ofiary przeżyły) i został zarażony chorobą weneryczną przez prostytutkę, z którą odbył tylko jeden stosunek. Najgorsze miało jednak dopiero nastąpić.

W kwietniu 1976 roku David przeprowadził się na Pine Street w dzielnicy Yonkers. Wtedy zaczęły się z nim dziać różne dziwne rzeczy. W szczekaniu psa słyszał głosy demonów, które kazały mu polować na krew młodych dziewczyn. Właścicielem psa był Sam Carr, który w mniemaniu Davida był demonem, najokrutniejszym z demonów. Dlatego właśnie David zaczął siebie nazywać Synem Sama.


Nowy York. 29 stycznia 1977 roku około północy, kapitan Joe Borelli wracał do domu ze służby, gdy odebrał wiadomość o tajemniczym postrzeleniu dziewczyny w Queens. W tej dzielnicy dość często dochodziło do strzelaniny, jednak nigdy w tej części, w której znaleziono konającą 26-letnią Christine Freund. Na miejscu Borelli dowiedział się, że Christine i jej przyjaciel, 30-letni John Daniel wyszli z baru i wsiedli do swojego samochodu, gdy nagle okno samochodu przebiły pociski. John wyszedł z tego cało, jednak dziewczyna została trafiona w głowę i zmarła w drodze do szpitala. Policjanci, będący na miejscu zbrodni, wykonując rutynowe czynności znaleźli ważny dowód w tej sprawie. Był to duży ołowiany pocisk, leżący w środku samochodu - pod przednią szybą. Pocisk pochodził z broni dużego kalibru - 0,44 cala.

Ponieważ już wcześniej policja w Nowym Yorku odnotowała jeden przypadek postrzelenia z broni tego samego kalibru, Joe Borelli postanowił poddać testom balistycznym oba pociski w celu znalezienia podobieństw. To był strzał w dziesiątkę. Okazało się bowiem, że oba pochodziły z rzadkiego kalibru broni. Ekspert od balistyki twierdził także, że mają do czynienia z wariatem. Nie miał na to dowodów, ale tak mu się wydawało. Rzadki kaliber broni użyty dwa razy w różnych miejscach. Broń ta była produkowana dla pilotów i tylko oni mieli do niej dostęp. Sprawcą w obu przypadkach był prawdopodobnie ten sam mężczyzna.

Niedługo po zabójstwie Christin, Borelli odebrał telefon, w którym męski głos z silnym latynoskim akcentem, powiedział mu, aby nie odkładał słuchawki. Twierdził, że nie jest wariatem, ale jego żona jest medium. Kobieta, którą Borelli słyszał w tle, mówiła po hiszpańsku a jej mąż tłumaczył jej słowa. Powiedziała ona, że niedługo zostanie popełnione morderstwo. Będzie to na jakiejś dziwnej ulicy, ale nie ulicy. W parku, ale nie dokładnie. Ofiarami będą dziewczyna i chłopak w czerwono-czarnym samochodzie. Borelli zapisał wszystkie informacje, jednak nie potraktował tego poważnie.

Niedługo po tym wydarzeniu, 8 marca 1977 roku policja otrzymała wiadomość o kolejnym morderstwie. Ofiarą była Virginia Voskerichian. Jej ciało znaleziono na chodniku w pobliżu miejsca gdzie wcześniej zostali postrzeleni Christine i John. Przyczyną jej śmierci był postrzał w głowę z broni kaliber 44. Dziewczyna wracała do domu, gdy nagle zwolniła kroku, aby przepuścić idącego tym samym chodnikiem mężczyznę. Mężczyzna wycelował w jej głowę broń. Ona jednak w ostatniej chwili zasłoniła się książkami i pocisk utknął w podstawie czaszki. Po porównaniach balistycznych policja stwierdziła, że w obu przypadkach mają do czynienia z tym samym człowiekiem.

Prasa zaczęła domagać się od policji konkretnych informacji na temat tego, co się dzieje w Nowym Yorku. Chcieli się dowiedzieć, czy policja wie, kto jest tym brutalnym mordercą i czy ma chociaż jakieś tropy. Borelli zgodził się przekazać prasie ogólny opis mordercy - biały mężczyzna, 180 cm wzrostu, ciemne włosy, wiek 25-35 lat. Mordercą mógł być więc prawie każdy. Zaraz po ukazaniu się w prasie tego opisu, na posterunku rozdzwoniły się telefony. Policja, nie mając żadnych konkretnych dowodów, musiała sprawdzić setki telefonicznych doniesień o domniemanych mordercach i każda musiała być zweryfikowana. Zdarzały się też takie telefony, gdzie głos w słuchawce mówił - "To ja je morduję. Nigdy mnie nie złapiecie". Doszło nawet do tego, że ktoś puścił pogłoskę na temat tego, że morderca jest impotentem. Wtedy też, rozdzwoniły się telefony od kobiet. Zgłaszały one swoich mężów bądź chłopaków, którzy byli impotentami. Aby zaspokoić głód informacji, szef policji zamieścił w prasie niedokładny portret pamięciowy i psychologiczny. To jednak mogło spowodować więcej fałszywych informacji.

Portret charakterologiczny wskazywał, że morderca jest człowiekiem wykorzystującym innych ludzi, aby zaspokoić swoje potrzeby. Jest psychopatą bez sumienia i ludzkich uczuć wobec innych. Pragnie natychmiastowej satysfakcji, nie potrafi czekać i chce wszystko dostać od razu. Żyje dniem dzisiejszym. To, co robi, musi być natychmiast skomentowane i opisane w prasie. Dba, żeby morderstwa były dramatyczne i efektowne. Cieszy go reakcja policji i mediów. W pracy natomiast, ma do czynienia z przedmiotami a nie z ludźmi.


16 kwietnia 1977 roku doszło do kolejnego morderstwa. Tym razem ofiarami byli 18-letnia Valentina Suriani i 20-letni Aleksander Esau. Oboje siedzieli w swoim... czerwono-czarnym samochodzie na obrzeżach Bronxu, gdy przez szybę samochodu przebiły się kule. Dwie z nich trafiły w głowę dziewczyny zabijając ją na miejscu, a następne dwie - w górną część głowy chłopaka. Zmarł po dwóch godzinach. Jeden z pierwszych policjantów, którzy przybyli na miejsce zbrodni, znalazł na kolanach jednej z ofiar kopertę zaadresowaną do kapitana Joe Borellego. Adresat listu, gdy przyjechał na miejsce zbrodni doznał szoku. Zobaczył czerwono-czarny samochód a w nim dwie ofiary. Wszystko, nawet miejsce zbrodni - wysadzana drzewami alejka w parku - pasowało do tego, co powiedziała kobieta-medium.


Najbardziej jednak, zaciekawił Borellego list. Zaczynał się on od słów:

"Bardzo dotknęły mnie opinie, że nienawidzę kobiet. Tak nie jest, ale jestem potworem. Synem Sama."

Na liście znaleziono wiele odcisków palców, ponieważ zanim dotarł on do Borellego, miało go w rękach kilku policjantów. Jednak, kiedy wyeliminowano wszystkich, zostało kilka słabych odcisków, które nie należały do żadnego z policjantów - nie wiadomo, do kogo należały. Najbardziej prawdopodobne było, że należą do mordercy. Z odcisków tych, specjalistom udało się skonstruować odcisk dłoni i był to na razie jedyny - nie licząc pocisku - konkretny dowód sądowy. Policjanci złapali jeszcze jeden punkt zaczepienia na liście - próbkę pisma. Było to, co prawda pismo komiksowe - specyficzne, drukowane litery - jednak wg specjalistów morderca specjalnie pisał w inny sposób. Zrobił też błąd w słowie "kobiety". Zamiast "women", napisał "wemon". Jednak wszyscy sądzili, że to także było zamierzone, aby zmylić policję i skierować śledztwo na inne tory.

W liście opisał także swoje satanistyczne życie:

"(...) Kiedy tata Sam upija się, staje się nieznośny. Bije swoją rodzinę. Czasem związuje mnie i zostawia na tyłach domu. Czasem zamyka mnie w garażu. Ojciec Sam lubi pić krew. Nakazuje mi: "Idź i zabijaj". Na tyłach naszego domu spoczywają niektórzy. Głównie młodzi, zgwałceni, zarżnięci. Ich krew już nie płynie. Zostały kości. Ojciec Sam czasem zamyka mnie na strychu. Wyglądam wtedy przez okno i patrzę na świat. Czuję się jak odmieniec. Nadaję na innych falach niż inni. Żeby mnie powstrzymać, musicie mnie zabić. Uważajcie policjanci! Zastrzelcie mnie pierwsi, albo ja się za was zabiorę. Tata Sam jest już stary. Musi pić dużo krwi, żeby pozostać młodym. Miał zbyt dużo ataków serca. (...) Jestem Belzebubem. Jestem tłuściutkim Behemotkiem. Uwielbiam polować. Chodzić po ulicach i wypatrywać zwierzyny. Smacznego mięsa. (...) Kobiety w Queens są najpiękniejsze ze wszystkich. To pewnie przez wodę, którą piją. (...) Chcę się kochać ze światem. Kocham ludzi. Nie pasuję do Ziemi. (...) Ludzie z Queens! Kocham was. Chcę wam życzyć udanej Wielkanocy! Niech Bóg was błogosławi w tym i następnym życiu. Na dziś mówię do widzenia i dobranoc. (...) Panie Borelli, nie chcę dalej zabijać, ale muszę złożyć hołd ojcu. Chcę, aby nękały pana moje słowa. Powrócę. To znaczy pif - paf. Z poważaniem. Mistrz morderstwa. Pan potwór."

List był opatrzony dziwnym znakiem i podpisany "Son of Sam" (Syn Sama). Mimo, że nigdy nie został opublikowany, to do prasy dostało się wystarczająco dużo fragmentów, aby miasto ogarnęła panika. Wszyscy poznali imię mordercy i od tej pory było ono obecne na ich ustach i cały czas gościło w nagłówkach rozmaitych gazet.

Tymczasem przez 10 tygodni "Zabójca Kaliber 44" - taki dostał przydomek - nie dał o sobie znać. Nie nastąpiły również absolutnie żadne postępy w śledztwie, mimo że, policjanci pracowali nawet po 36 godzin bez przerwy. Dodatkowe patrole jeździły po ulicach od 8.00 wieczorem do 4.00 rano w nadziei, że natkną się na zabójcę.

25 czerwca 1977 roku 19-letnia Judy Placido była jedną z niewielu kobiet, jakie widział "nocny patrol". Razem z przyjaciółką postanowiła uczcić koniec szkoły w pubie. Bawiły się razem, jednak około 3.00 nad ranem Judi wyszła z poznanym tam chłopakiem, 20-letnim Salvatorem Lupo. Przeszli kilkaset metrów dalej, gdzie chłopak zaparkował swój samochód. Wsiedli do niego i zaczęli się całować. Judi poczuła się niepewna z powodu Syna Sama i chciała odjechać, jednak nie zdążyła. Pocisk przeszył skórę jej głowy i utknął tuż nad skronią. Salvatore uciekł z samochodu każąc dziewczynie nie ruszać się. Wezwany przez niego radiowóz, jadąc na miejsce zbrodni minął auto uciekającego Berkowitz`a, ale policjanci o tym nie wiedzieli. Na miejscu zastali martwą Judi leżącą kilka metrów od samochodu, w którym została zaatakowana. Salvatore został "tylko" skaleczony w rękę, jednym z pocisków.

Policja w Nowym Yorku nie miała absolutnie żadnych, konkretnych dowodów, podejrzeń ani świadków. Jedyne, co im pozostało to zastawić pułapkę na mordercę lub czekać na jego błąd. Detektyw Coffey, także zajmujący się sprawą Davida Berkowitz`a, postanowił poprosić swoich kolegów z policji o pomoc. Było to coś więcej niż koleżeńska przysługa - Coffey poprosił ich o narażenia życia. Miał plan na złapanie "Mordercy Kaliber 44". Polegał on na tym, że w miejsca, gdzie najczęściej spotykają się zakochani, wyśle policjantów z manekinami kobiet w samochodach, aby udawali, że są na randce z ukochaną. Zgłosili się wszyscy. W ten sposób liczyli na to, że morderca będzie chciał ich zaatakować. To była bardzo ryzykowna próba złapania mordercy.


30 lipca 20-letnia Stacy Moskowitz umówiła się na randkę z poznanym trzy dni wcześniej, Bobbym Violante. Przed wyjściem z domu ojciec przypomniał jej o grasującym mordercy i zabronił gdziekolwiek parkować. Jednak dziewczyna nie przejęła się tym zbytnio, ponieważ uwierzyła w plotkę, że ofiarami mordercy są tylko brunetki, a sama była blondynką.

Tej samej nocy, na randkę umówili się także Debbie Crescendo i Tommy Zaino. Około 2.00 w nocy zaparkowali samochód na jednej z ulic na Brooklynie. Jednak Debbie bojąc się Syna Sama, kazała chłopakowi odjechać w mniej oświetlone miejsce. Po kilku minutach, na ich miejscu zaparkowali Stacy i Bobby. Chwilę później szybę ich samochodu przebiły pociski. Dwa z nich trafiły Bobby`ego w twarz, trzeci - Stacy w głowę. Parkujący nieopodal Tommy Zaino widział całe zajście w bocznym lusterku. Debbie zapytała "Co to było?" Tommy natychmiast odpowiedział "Ukryj się. To chyba Syn Sama!" Zaino udało się przez ułamek sekundy dojrzeć w lusterku twarz mordercy.

Strzały te słyszała także, mieszkająca nieopodal, Cecilia Davis, która wyszła w nocy na spacer z psem. Gdy wracała do domu minęła idącego szybkim krokiem mężczyznę o ciemnych, sterczących włosach, takich, jakie nosili hipisi. To oczywiście był David Berkowitz, uciekający z miejsca zbrodni, jednak ona o tym nie wiedziała. Zauważyła tylko jego wzrok, który, jak później powiedziała policji, speszył ją, a nawet wystraszył. Po chwili przypomniała sobie także, że widziała już wcześniej tego mężczyznę. Było to tej samej nocy. Około 2.00 godziny, koleżanka podwiozła ją do domu po dyżurze w pracy (Cecilia była pielęgniarką). Na ulicy, ten sam mężczyzna wyciągał mandat zza wycieraczki swojego samochodu, zaparkowanego obok hydrantu.

Postrzelona Stacy, zmarła 38 godzin po ataku. Bobby natomiast, przeżył, ale stracił lewe oko, a na prawe praktycznie nie widział. Pogrzeb Stacy transmitowany był przez telewizję, ponieważ policja miała nadzieję ujrzeć mordercę w tłumie.

Prasa chciała wiedzieć, dlaczego morderca jest nadal na wolności. Jednak bez dowodów, bez świadków, ani motywu, sprawa była nie do rozwiązania. Ale już nie długo.

Cecilia Davis dopiero 10 dni po zabójstwie Stacy Moskowitz odważyła się pójść na policję i opowiedzieć o zdarzeniu, jakie miało miejsce w nocy z 30 na 31 lipca. Opowiedziała o mężczyźnie, którego widziała owej nocy i otrzymanym przez niego mandacie. Policja postanowiła sprawdzić ten trop. Jednak mandat otrzymali dopiero kilka dni później. Nie było na nim ani imienia, ani nazwiska. Tylko numer rejestracyjny samochodu. Tym sposobem trafili na trop Davida Berkowitz`a. Z początku myśleli, że skoro był w pobliżu miejsca zbrodni tej nocy, to może coś widział. Jednak, gdy pojechali na lokalny posterunek i powiedzieli, że szukają Davida Berkowitz`a, miejscowy policjant przejrzał akta i okazało się, że Berkowitz figuruje tam z powodu sąsiada, który oskarżył go o zastrzelenie psa. W tym momencie zdali sobie sprawę, że Berkowitz nie jest świadkiem, lecz może być podejrzanym. Pojechali więc pod wskazany w aktach adres. Na podjeździe zobaczyli samochód. Jego numer rejestracyjny zgadzał się z tym z mandatu. Na tylnym siedzeniu zobaczyli dużą torbę, z której wystawała kolba karabinu. Przez małe okno odblokowali zamek i jeden z policjantów wsiadł do środka. Z torby wyciągnął półautomatyczny karabin maszynowy, ustawiony tak, aby pociski były wystrzelane jeden po drugim, oraz pojemniki na naboje. Pod przednim siedzeniem był ukryty list w białej kopercie. Zaadresowany był do Borellego. Policjant, gdy zaczął go czytać zaczął się trząść. Był w nim opisany plan zabicia kolejnych ofiar. Policjant krzyknął "Mamy go!" i kazał koledze jechać po nakaz aresztowania, a sam został na wypadek gdyby Berkowitz chciał uciec. Jak na ironię Berkowitz`owi nigdzie się nie spieszyło i musieli czekać około sześć godzin zanim wyszedł z domu.

O 22.30 "Morderca Kaliber 44" wyszedł z domu i podszedł do samochodu. W tym momencie dobiegli do niego policjanci. Gdy go złapali i kazali mu podać nazwisko powiedział "Jestem Sam. David Berkowitz".

David Berkowitz przyznał się do wszystkich 6 morderstw i postrzelenia 7 osób. Wyznał, że robił to pod wpływem demonów, które ukazywały mu się pod postacią psa sąsiada, czarnego labradora, którego zresztą później zastrzelił. Liczył, że sąd uzna jego niepoczytalność.

Na rozprawę wieziono go w kawalkadzie ośmiu samochodów, a jego samego w stalowej furgonetce. Berkowitz dostał sześć wyroków dożywocia, co razem daje 365 lat więzienia. Z pewnością będzie w nim siedział... do końca życia.

W Stanie Nowy Jork uchwalono "prawo Syna Sama", które zabrania osadzonym w więzieniach, prowadzenia działalności, mającej na celu czerpać profity z popełnionych zbrodni. Owe prawo uchwalono po tym jak David Berkowitz - "Syn Sama" usiłował zarobić na publikacji książki w której opisał swoje czyny.

AILEEN CAROL WUORNOS

Aileen Carol Wuornos wychowała się w Michgan. Jej ojciec - Leo Dale Pittman - odszedł od Diane Wuornos, zanim jeszcze mała Aileen przyszła na świat. Skazany za zgwałcenie dziecka, został zabity w więzieniu. Matka zniknęła, gdy dziewczynka miała pół roku. Wychowywali ją dziadkowie alkoholicy. Aileen bardzo szybko zdobyła doświadczenia w sprawach seksu. Zaszła w ciąże w wieku 14-lat i odebrano jej dziecko. Wkrótce potem została prostytutką. Była biseksualistką. Nie stroniła od przemocy - odsiedziała dwa lata za napad z bronią w ręku. Seks i przemoc stały się jej głównym atutem, gdy ograbiła i zamordowała siedmiu mężczyzn w ciągu jednego roku.

Na początku lat 90-tych na Florydzie zastrzelono siedmiu mężczyzn. Ich ciała odnajdywano na poboczach dróg w całym stanie. Regularność zabójstw była zaskakująca, nikt nie znał motywu. Policja stanowa była gotowa na wszystko, by schwytać mordercę.

Był listopad 1989 roku, Daytona na Florydzie. Richard Mallory spędzał wieczór w zwykły dla siebie sposób. Przyjechał do baru, poderwał autostopowiczkę i zabrał ją w ustronne miejsce. Jednak tym razem Mallory trafił na Aileen Wuornos, kobietę która wkrótce stała się seryjną morderczynią. Wuornos miała 33 lata gdy zabiła Mallory`ego. Jej życie wypełniały pobyty w więzieniu, przemoc i seks. Nauczyła się nienawidzić mężczyzn i w końcu zrobiła to, czego zawsze pragnęła - zabiła mężczyznę tylko dlatego, że był... mężczyzną. Wuornos przykryła twarz Mallory`ego znalezionymi w pobliżu śmieciami, później odjechała jego samochodem. Zakrwawionego cadillaca znaleziono dwa dni później w Daytona. Numery rejestracyjne szybko zawiodły policję do osoby Mallory`ego. Dwa tygodnie później odnaleziono jego zwłoki.

Detektyw Bob Kelley rozpoczął dochodzenie. Jeszcze do niedawna pracował w Bostonie, teraz przeniósł się do Biura Szeryfa Hrabstwa Volusia. Policja chciała poznać bezpośrednią przyczynę śmierci Mallory`ego - przeprowadzono sekcję zwłok. Detektyw Bob Kelley był na miejscu jako obserwator. Sekcja zwłok wykazała, że Mallory otrzymał pięć strzałów w klatkę piersiową z pistoletu kaliber 0,22 cala.

Badanie przeszłości Mallory`ego doprowadziło policję do wniosku, że powinni szukać kobiety. Nie chodziło wyłącznie o to, że Mallory był bywalcem nocnych klubów i korzystał z usług prostytutek. Policja dowiedziała się, że nie miał zbyt wielu przyjaciół mężczyzn. Trzymał się wyłącznie z kobietami i nigdy nie zabrałby mężczyzny do samochodu.

Mallory wiódł samotne życie. Miał 42-lata i pracował jako elektryk. Wieczory spędzał przesiadując w licznych na Florydzie barach ze striptizem. Sypiał w motelach i często uprawiał seks z prostytutkami lub dopiero co poznanymi kobietami. Nie było tajemnicą, że przyjeżdżał do Daytona i parkował w pobliskich lasach zamiast na parkingu. Jednak nikt nie wiedział kto i dlaczego go zamordował.

Aby odnaleźć mordercę Bob Kelley był zmuszony poznać mroczny świat Mallory`ego. Świat płatnego seksu i "rozbieranych" lokali, od których ten mężczyzna nigdy nie stronił. Jednak Kelley nie mógł wiedzieć, że wkrótce trafi na ślad mordercy, a sprawa pochłonie dwa lata jego życia. Była to największa sprawa zabójstwa w jego karierze.

Pół roku po pierwszym morderstwie Aileen Wuornos zaatakowała ponownie - tym razem 500 km na północ od Daytona. 43-letni David Spears zatrzymał się, by zabrać autostopowiczkę. Śledztwem w jego sprawie zajął się detektyw Jerry Thompson z Biura Szeryfa Hrabstwa Orange. Zwłoki w zaawansowanym stanie rozkładu były rozebrane. Mężczyzna miał na sobie jedynie czapkę baseballową. Spears był rozwiedziony, miał dwójkę dzieci. Pracował przy obsłudze ciężkich maszyn budowlanych. Zginął od sześciu kul kalibru 0,22 cala. Policja nie potrafiła podać przejrzystego motywu tego morderstwa. Wydawało się, że był przez wszystkich bardzo lubiany, nawet jego rozwód z żoną odbył się w przyjacielskiej atmosferze.

Policjanci ustalili, że Spears jeździł wtedy ciężarówką. Zdobyli jej opis z chwili, gdy widziano go po raz ostatni. Kiedy wprowadzili jej dane do komputerowej bazy danych, okazało się, że samochód został odnaleziony jakiś czas wcześniej w Hrabstwie Marion. Wiedzieli już, że morderca podróżował z ofiarą, a następnie odjechał z miejsca zbrodni jej samochodem. Detektyw Jerry Thompson miał mniej informacji od Boba Kelley`ego, był jednak przekonany, że ktokolwiek siedział w ciężarówce niemal na pewno był mordercą. Specjalistka w dziedzinie sporządzania profili psychologicznych, Dayle Hinman, miała do dyspozycji te same dowody, którymi dysponował Thompson, lecz spojrzała na nie z innej perspektywy. Z pozycji w jakiej leżało ciało oraz z faktu, że było nagie, ale w czapce - wywnioskowała, że mężczyzna sam się rozebrał, a następnie włożył czapkę. Stąd płynął wniosek, że morderstwa musiała dokonać kobieta. Zdolność zwabienia mężczyzny w odludne miejsce i skłonienie go, by się rozebrać pasowała do wizerunku kobiety. Ustaliła także, że motywem morderstwa nie był rabunek. Według niej ta kobieta nie zabijała, aby zdobyć samochód czy pieniądze. Sześć kul wpakowanych w ciało Davida Spearsa wskazywało na to, że była prawdziwą morderczynią. Ograbiała go niejako przy okazji.

Podczas gdy Dayle Hinman starała się skonstruować profil mordercy, Bob Kelley wpadł na trop striptizerki i prostytutki o imieniu Chastity. Pół roku po pierwszym morderstwie, Chastity stałą się pierwszą podejrzaną Kelley`ego. Kobieta miała 27-lat, pochodziła z rozbitej rodziny i pracowała w seks biznesie od 15-tego roku życia. Była tanią prostytutką, a Mallory właśnie takich szukał - ucieleśniała wszystko czego pragnął. Wiele faktów wskazywało, że Chastity była zamieszana w to morderstwo. Mieszkała w Daytona i widywano ją z bronią - prawdopodobnie kalibru 0,22 cala. Policja miała także informacje o jej problemach z Mallory`m. Poza tym chwaliła się swojemu chłopakowi, że miała związek z jego śmiercią. Przekonany, że to Chastity dokonała zbrodni, Kelley postanowił ją przesłuchać. Z początku Chastity twierdziła, że nigdy nie słyszała o Mallory`m. W końcu jednak przyznała, że był jej stałym klientem. Jednym z wielu, ale interesował się nią bardziej niż inni. Powiedziała, że po raz ostatni spotkali się miesiąc przed jego śmiercią. Mallory zapłacił jej 100 dolarów za seks i pragnął mieć ją tylko dla siebie. Kobieta zaprzeczała jakimkolwiek powiązaniom z morderstwem, twierdziła, że spotykała się i sypiała z Mallory`m, ale w żadnym razie go nie zabiła. Dopiero po przesłuchaniu Kelley doszedł do wniosku, że interesuje się niewłaściwą osobą. To był najgorszy moment, należało zacząć wszystko od samego początku, policja musiała na nowo zacząć poszukiwania mordercy. Kelley włożył w to dochodzenie bardzo wiele pracy i w jednej chwili okazało się, że wszystko poszło na marne. Śledztwo utknęło w martwym punkcie.

Tymczasem w Hrabstwie Citrus, Jerry Thompson natrafił na kolejne nagie ciało mężczyzny. Znaleziono je pięć dni po śmierci Spearsa, morderca ukradł samochód ofiary. Mężczyzna nazywał się Charles Carskaddon. Oddano do niego - z bliskiej odległości - dziewięć strzałów w klatkę piersiową. Trzy tygodnie później Wuornos zaatakowała ponownie - ofiarą był Troy Burress.

Po tych morderstwach detektywi z rożnych Hrabstw utworzyli grupę dochodzeniową. Skoncentrowano się na nowych profilach psychologicznych, nie tylko zabójczyni, ale i ofiar. Za każdym razem ofiarą był mężczyzna poruszający się samochodem po dość ruchliwej trasie. Miał powyżej 30-lat i jeździł samotnie. Ten opis doskonale pasował do Petera Siemsa. Dwa tygodnie po odnalezieniu po odnalezieniu ciała Burressa, 65-letni misjonarz Peter Siems wyjechał z domu na spotkanie wspólnoty chrześcijańskiej. Był uczynnym człowiekiem i często zabierał autostopowiczów. Tamtego dnia słuch po nim zaginął. Peter Siems stał się piątą ofiarą bezwzględnej morderczyni. Mimo, iż nigdy nie odnaleziono ciała, jego samochód - marki Pontiac Sunbird - odegrał kluczową rolę w śledztwie.

Rhonda Bailey siedziała na werandzie swojego domku. Była świadkiem wypadku, chciała pomóc. Dwie rozhisteryzowane kobiety kazały trzymać się jej z daleka. Rhonda dopiero po chwili zdała sobie sprawę, że nie był to tylko zwykły wypadek. Kobiety miały coś do ukrycia, jedna z nich pośpiesznie wycierała przednią szybę i wnętrze samochodu. Bailey pomyślała, że chodzi o coś więcej niż tylko rozbity samochód - wezwała policję. Wezwani na miejsce wypadku funkcjonariusze ustalili, że samochód należał do zaginionego Petera Siemsa. Policyjni technicy rozpoczęli zabezpieczanie dowodów. Na oparciu drzwi - po stronie kierowcy - widniał krwawy odcisk dłoni. Rhonda Bailey pomogła policji sporządzić portrety pamięciowe kobiet. Dzięki nowym dowodom śledztwo ruszyło z miejsca.

12 września, mężczyzna o nazwisku Dick Humphreys staje się szóstą ofiarą. Miał 56-lat i pracował jako prywatny detektyw w Hrabstwie Marion - zginął od siedmiu strzałów.

Tymczasem w Daytona, Bob Kelley usiłował rozwikłać sprawę pierwszego morderstwa popełnionego przez Wuornos. Wciąż brakowało dowodów i motywów zbrodni. Kelley nie wiedział, że sprawa, którą prowadzi, jest jedynie pierwszym ogniwem długiego łańcucha morderstw. Wtedy odwiedził go kolega z sąsiedniego Hrabstwa. Na wyludnionych terenach odnajdywano mężczyzn, kilkukrotnie postrzelonych z broni kalibru 0,22 cala. Niektórzy byli nadzy, inni mieli oprużnione kieszenie. Ich samochody odnajdywały się kilkadziesiąt kilometrów od miejsca zbrodni, wszyscy oni podróżowali sami. To dokładnie pasowało do przypadku zabójstwa Mallory`ego. Wcześniej Kelley nie miał nawet pojęcia, że powołano grupę dochodzeniową. Skontaktował się więc z policjantami, z grupy dochodzeniowej. Przekazał im informacje na temat zabójstwa Mallory`ego i otrzymał faksem portrety pamięciowe podejrzanych - teraz to on stał się myśliwym.

W okresie niespełna roku zginęło siedmiu mężczyzn. Ostatnim zabitym był Walter Antonio 60-letni zastępca szeryfa, żonaty, czterokrotnie strzelono do niego 11 listopada.

Prawie rok po zabójstwie Mallory`ego detektyw Bob Kelley dołączył do zespołu detektywów z pięciu Hrabstw. Wszyscy szukali tej samej osoby, w jednakowym stopniu odpowiadali za śledztwo. Głosowali nad każdym nowym posunięciem, najczęściej podejmowali wspólne decyzje. Nie oznaczało to jednak, że nie dochodziło do sporów. Bob Kelley chciał włączyć do śledztwa media i opublikować portrety pamięciowe, Jerry Thompson z kolei wolał, aby media i opinia publiczna pozostały z daleka od tej sprawy. Ostatecznie wygrała jednak opcja Kelley`a. Policja nie chciała ujawnić zbyt wiele i jednocześnie pragnęła, aby społeczeństwo zdawało sobie sprawę z zagrożenia. Bezpieczeństwo ludzi stało się priorytetem, ale policjanci liczyli także na nowe wskazówki w sprawie. Portrety pamięciowe zostały opublikowane - nagle telefony zaczęły się "urywać". Kiedy powie się ludziom, że w ich okolicy grasuje seryjna morderczyni, należy się spodziewać najróżniejszych reakcji, tak ze strony mediów, jak i społeczeństwa. Policja zdawała sobie jednak sprawę z tego, że oprócz dobrych tropów napłynie do nich mnóstwo bezwartościowych informacji które będzie trzeba zweryfikować.

Do jednego z portretów dopasowano trzy nazwiska: Lori Grady, Cammie Green i Susan Blahovec. Do drugiego tylko jedno, Tyria Moore. Ponieważ większość informacji pochodziła z rejonu Daytona, policja przyjęła, że właśnie tam przebywają kobiety. Bob Kelley zaproponował, żeby sprawdzić miejscowe lombardy w poszukiwaniu rzeczy ofiar. Wkrótce policja odnalazła aparat fotograficzny i antyradar Richarda Mallory`ego, a także rachunek z lombardu, z odciskiem kciuka. Widniało na nim nazwisko Cammie Green - rzecz jasna, fałszywe. Następnym krokiem było sprawdzenie odcisku w stanowej kartotece w Orlando. Analitycy mieli z tym duże problemy. Ponieważ komputerowa baza danych zdała się na nic, a to oznaczało, że odcisku trzeba będzie szukać ręcznie. Należało odszukać przysłowiową "igłę w stogu siana", problem polegał jednak na tym, że nawet nie wiedziano, czy owa "igła" tam jest. Połowa kartoteki znajdowała się w lokalnym biurze szeryfa, było to około 10.000 kart. To niebywałe, ale po zaledwie piętnastu minutach przeglądania kart z odciskami palców, Jenny Ahearne - policyjny analityk ds. odcisków palców - odnalazła ten właściwy. Teraz twarz z portretu pamięciowego otrzymała prawdziwe nazwisko - Aileen Carol Wuornos. Pozostało odnaleźć kobietę, na tyle szybko, aby nie zdążyła popełnić kolejnej zbrodni.

Policja otrzymała setki telefonów, w kilku z nich powtarzała się informacja, że kobietę - podobną do tej z rysopisu - widywano w barach motocyklowych w Daytona, ponoć lubiła styl życia motocyklistów. Detektywi czuli, że są blisko. Do akcji włączono tajnych funkcjonariuszy, którymi kierował Mike Joyner, który pracował w Wydziale Antynarkotykowym w Hrabstwie Citrus. Był najlepszym policjantem w wydziale, potrafił przystosować się do każdej sytuacji. Mógł być rockersem, albo facetem w garniturze - to nie miało dla niego znaczenia. Mike Joyner i jego partner przebrali się stosownie do swoich ról i zatrzymali w jednym z osławionych w Daytona barów dla motocyklistów o nazwie "The Last Resort". Po kilku dniach picia piwa i gry w bilard, wciąż nic się nie działo. Nagle Joyner spostrzegł kobietę siedzącą za barem - była to Aileen Wuornos. Nereszcie policjanci wiedzieli, gdzie przebywa Wuornos i mieli nad nią kontrolę. Mike grał z Aileen w bilard i wszystko szło dobrze. Postawił jej piwo i kupił papierosy. Miał przykazane, żeby nie wsiadać z nią sam na sam do samochodu. Wiedział, że zawsze ktoś musi go pilnować - musieli być ciągle wśród ludzi. Wuornos zabiła siedmiu mężczyzn, a Mike był jej potencjalną ofiarą.

Gdy Joyner próbował wkraść się w łaski Wuornos, Bob Kelley czuwał nad akcją. Celem operacji było zebranie wystarczającej ilości - obciążających Aileen - dowodów. Podobnie jak w wielu tego typu operacjach wszystko odbywało się bez wiedzy lokalnej policji. Gdy w pobliżu baru pojawił się policyjny patrol akcja mogła skończyć się fiaskiem. Ktoś rozpoznał Wuornos i zawiadomił policję. Jeśli aresztowania dokonano by już teraz istniejące dowody mogły okazać się niewystarczające do skazania podejrzanej. Bob Kelley zadzwonił więc do komendanta policji Hrabstwa Orange, aby pozwolili Wuornos pozostać w barze. Wyjaśnił, że tajna grupa operacyjna śledzi jej każde posunięcie. Wyraził obawy, że mogą ją aresztować, zanim grupa operacyjna zbierze wystarczającą ilość obciążających ją dowodów. Komendant wyraził zgodę bez namysłu, powiadomił dwóch mundurowych funkcjonariuszy, aby natychmiast się wycofali i nie podejmowali żadnych działań.

Po trzech dniach nieustannego picia piwa, Wuornos powiedziała Joynerowi, że noc spędziła przed barem, na fotelu samochodowym. Mówiła także, że kończą się jej pieniądze, a jej koleżanka Tyria Moore wyjechała z miasta. Mike dowiedział się o imprezie - organizowano grilla - jaka miała się odbyć niedługo w barze. Zaczął się obawiać, że wśród setek motocyklistów Aileen może wypatrzyć kogoś kto ma więcej pieniędzy niż on. Gdyby Wuornos odjechała z nowopoznanym mężczyzną, grupa operacyjna straciła by nad nią kontrolę. Mike poszedł do łazienki i powiedział o tym kolegom ze wsparcia. Policjanci nie mogli ryzykować, że wsiądzie z kimś na motor i zniknie na dobre. Istniało jednak duże prawdopodobieństwo, że tak się stanie - postanowiono więc ją aresztować. Była to oczywiście zmiana planu, grupa operacyjna była jednak perfekcyjnie przygotowana do planu "B". Znaleziono stary nakaz aresztowania Wuornos za nielegalne posiadanie broni. Joyner wciąż perfekcyjnie odgrywał swoją rolę, niemal wdał się w bójkę z policjantami aresztującymi Wuornos oraz nie przebierał w kierowanych do nich słowach. Kobieta ufała mu i jego udział w mógł jeszcze okazać się potrzebny. Aresztowano ich razem, wsadzono na tylne siedzenie radiowozu i zaczęli rozmawiać.

Policjanci schwytali seryjną morderczynię, ale nie mogli jej udowodnić popełnionych zbrodni. Gdyby w tym momencie doszło do procesu nie mieli by żadnych szans aby skazać Aileen Wuornos za siedmiokrotne morderstwo. Wuornos w końcu znalazła się we właściwym miejscu - siedziała w areszcie - ale za niezbyt poważne wykroczenie (nielegalne posiadanie broni). Nie miała pojęcia, że jest podejrzewana o morderstwa. Próba zebrania dowodów przyniosła jednak pewne rezultaty. Podczas jednej z rozmów, Wuornos pokazała Joynerowi klucz do swojej skrytki i zdradziła jej miejsce. Wystarczyło jedynie zabrać klucz z jej zarekwirowanych rzeczy i sprawdzić zawartość skrytki. Wewnątrz było wiele przedmiotów o niewielkiej wartości dla śledztwa. Jednak większość z nich, w ten, czy inny sposób wiązała Wuornos z ofiarami. Dowody można było wykorzystać w sądzie, były także użyteczne dla psychologów.

Wiele z odnalezionych przedmiotów nie przedstawiało żadnej wartości materialnej, przypominały raczej trofeum. Nowe dowody, podobnie jak krwawy odcisk dłoni w samochodzie Petera Siemsa, były jedynie poszlakowe. Odcisk wskazywał wyłącznie na to, że Aileen Wuornos była w samochodzie - nie zaś, że zamordowała Siemsa. Być może poszlaki wystarczyłyby do skazania kobiety, ale nikt nie miał pewności. Policja potrzebowała stuprocentowej jasności sytuacji. Jednym ze sposobów było zmuszenie Wuornos do przyznania się do winy.

Kluczem do rozwiązania sprawy okazała się Tyria Moore. Poznały się w 1986 roku w barze dla gejów i lesbijek, w Daytona - od tego czasu pozostawały kochankami. W pokoju motelowym, Jerry Thompson i Mike Joyner wymyślili jak wykorzystać Moore do nakłonienia byłej wspólniczki, aby przyznała się do winy. Kobieta zaczęła współpracować, ale nie tylko z obawy o własną skórę, ostatnie lata spędzone z Wuornos były dla niej "trudne" - Moore żyła w ciągłym strachu. Podczas przesłuchania Moore, okazało się, że nie brała bezpośredniego udziału w morderstwach. Była szczęśliwa, że będzie mogła pozbyć się Aileen - bardzo się jej bała i była pod jej wpływem. Poczuła ulgę, gdy mogła rozpocząć współprace z policją, nie musiała już przed nikim uciekać. Tyria zadzwoniła do aresztu i zostawiła wiadomość z prośbą, aby Wuornos oddzwoniła do niej na numer motelu. Detektywi mieli nadzieję, że rozmowa prędzej, czy później zejdzie na temat morderstw - podsuwali Moore pytania jakie miała zadawać Aileen. Wuornos domyśliła się jednak, że telefon w areszcie może być na podsłuchu i skutecznie unikała tematu. Podstęp prowadził donikąd. Godziny rozciągały się w dni. W końcu Wuornos zaczęła mówić o zbrodniach, ale zaprzeczała, że ich dokonała. Po trzech dniach Thompson i Joyner opracowali nową taktykę. Pytanie brzmiało: czy Wuornos przyznałaby się do morderstw, gdyby usłyszała, że jej kochance grozi aresztowanie?. Moore wzbudzała w Wuornos poczucie winy, Aileen powoli zmieniała się z bezwzględnej morderczyni w czułą kochankę. W końcu zgodziła się porozmawiać z policją i przyznać do zabójstw. Plan się powiódł. Wiele miesięcy pracy w końcu się opłaciło, miała zamiar przyznać się morderstw - policjanci poczuli dużą ulgę. Rankiem, 16 stycznia 1991 roku, Aileen Wuornos przyznała się do winy i opowiedziała o wszystkim policji. Jednak w trakcie procesu rok po aresztowaniu, Wuornos utrzymywała, że jest niewinna. Sądziła, że uda się jej ogłupić sędziów. Gdy okazało się, że nie, wpadła we wściekłość.

Proces trwał trzy dni, ławnicy wydali ostateczny werdykt 16 stycznia 1992 roku. Ława przysięgłych uznała oskarżoną, Aileen Carol Wuornos za winną, a sędzia skazał ją na śmierć, na krześle elektrycznym.
"CYTATY"
DETEKTYW BOB KELLEY

"Kiedy ją pierwszy raz zobaczyłem, widziałem, że patrzę na seryjną morderczynię. Pasowała do tego wizerunku - była twarda i wyrachowana, nie przystawała do norm uznawanych w społeczeństwie. Nie wracała do domu na noc, nie miała rodziny. Robiła to wszystko by przeżyć kolejny dzień, a jeśli musiała kogoś zabić... to trudno".

"Aileen Wuornos to klasyczna egoistyczna morderczyni, nie liczył się dla niej nikt inny. Nie była chora psychicznie, miała pełną świadomość tego co robi. Gdy zabiła Mallory`ego reszta przyszła łatwo".

"Byłem zadowolony, że ją skazano. To dobrze, że ludzie otrzymują to na co zasłużyli. Członkowie rodzin ofiar pewnie czują się z tym lepiej, dal mnie to tylko część pracy. (...) taką karę przewidział dla niej nasz kraj i muszę się z tym zgodzić, ale nie czerpię z tego satysfakcji".
DETEKTYW JERRY THOMPSON

"Najważniejsze jest to, że gdy zidentyfikujemy mordercę, pomagamy bliskim ofiary. Nie będą musieli budzić się w środku nocy i rozmyślać kto zabił ich ojca, czy męża - już to wiedzą".
PSYCHOLOG DAYLE HINMAN

"Wiem, że jeśli nie zostałaby schwytana robiłaby to dalej. Mogłoby zginąć jeszcze wielu innych mężczyzn i kolejne rodziny utraciłyby bliskich".

ALBERT DeSALVO - DUSICIEL Z BOSTONU

W latach 1962-64 sprawca określany jako "Dusiciel z Bostonu" zamordował 13 przypadkowo wybranych kobiet w Bostonie i okolicy.

Kobiety z tego miasta - i ich mężczyźni - żyli w ciągłym strachu, kiedy policja ścigała sadystycznego, perwersyjnego mordercę. Co doprowadziło tego spokojnego, szczęśliwie żonatego mężczyznę do popełniania jednej zbrodni po drugiej?. Niestety odpowiedź na to pytanie, umarła wraz z nim.

--==Ofiary==--

Anna Slesers (55), zmarła 14 czerwca 1962 roku. Została uduszona własnym paskiem. Znalazł ją syn.

Mary Mullen (85), zmarła 28 czerwca 1962 roku. Zabójca pozostawił kartkę z noworocznymi życzeniami pomiędzy palcami lewej stopy ofiary.

Nina Nichols (68), zmarła 30 czerwca 1962 roku.

Helen Blake (65), zmarła 30 czerwca 1962 roku. Po tym morderstwie policja poprosiła psychiatrę sądowego, aby sporządził profil psychologiczny mordercy.

Ida Irga (75), zmarła 19 sierpnia 1962 roku.

Jane Sullivan (67), zmarła 20 sierpnia 1962 roku.

Sophie Clark (20), zmarła 5 grudnia 1962 roku. Po odnalezieniu ciała Sophie Clark podejrzenia, że morderca był "mordercą matek" upadły. Wcześniej mordował jedynie kobiety w podeszłym wieku, lecz teraz teoria o "matkobójcy" nie miała sensu.

Patricia Bissette (23), zmarła 31 grudnia 1962 roku.

Mary Brown (69), zmarła 9 marca 1963 roku.

Beverley Samans (23), zmarła 6 maja 1963 roku.

Evelyn Corbin (58), zmarła 8 września 1963 roku.

Joann Graff (23), zmarła 23 listopada 1963 roku.

Mary Sullivan (19), zmarła 4 stycznia 1963 roku. Aby wejść do domu ofiary morderca podał się za detektywa. Działania mordercy odbiegły od jego charakterystycznej metody działania.
--==Specyfikacja, sposób działania==--

DeSalvo poświęcał trochę czasu na wybieranie ofiary, zdobywał dostęp do ofiar podszywając się pod osobę upoważnioną do załatwienia jakiejś sprawy w domu ofiary.

Wszystkie ofiary to kobiety, zgwałcone a następnie uduszone, przeważnie rajstopami. W niektórych przypadkach gwałtom i duszeniu towarzyszyło bicie do nieprzytomności i ciosy nożem.

Z niewiadomych sobie powodów DeSalvo układał ciało ofiary w obscenicznej pozycji, tak aby ktokolwiek kto wejdzie do domu natychmiast zobaczył szokujący widok.
--==Motywy==--

Po zamordowaniu Helen Blake, poproszono psychiatrów sądowych, aby sporządzili profil mordercy popełniającego te zbrodnie na kobietach.
W rezultacie otrzymano:
- młody mężczyzna w wieku 18-40 lat,
- cierpi na manię prześladowczą
- nienawidzi matki (teoria powstała przed odkryciem młodszych ofiar).

5 listopada 1962 roku, teoria o tym, że morderca nienawidzi matki upadła - ponieważ znaleziono ciało 20-letniej Sophie Clark.

Sporządzono nowy profil psychologiczny mordercy, został on sporządzony przez "ojca" Amerykańskiego Profilowania Psychologicznego, Dr Jamesa Brussela. Teraz zabójca miał mieć 30 lat, silną budowę ciała, wzrost średni, ogolony z prostymi czarnymi włosami. Prawdopodobnie pochodzenia hiszpańskiego lub włoskiego. Schizofreniczny paranoik. Po schwytaniu Alberta DeSalvo, profil nakreślony przez Dr Brussela okazał się niezwykle trafny.
--==Cytaty==--

Podczas przesłuchania DeSalvo zapytany dlaczego atakował taki wachlarz kobiet, od młodych do tych w podeszłym wieku. Odpowiedział bez wahania. "Ich atrakcyjność nie grała roli. Gdy nadchodzi moment wybór jest natychmiastowy. Kiedy to czuję, zwalniam się z pracy. Zaczynam jechać, buduje sobie obraz w głowie i dla tego nie wiem gdzie jadę."
--==Komentarze==--

Pomimo wysiłku wszystkich osób ścigających "Dusiciela", to on sam spowodował własne zatrzymanie.

27 października 1964 roku, udając detektywa wszedł do domu młodej kobiety. Przywiązał ją do łóżka i zaczął gwałcić, ale nagle wyszedł mówiąc "przepraszam". Opis podany policji przez kobietę oraz publikacja rysopisu sprawcy spowodowała zatrzymanie Alberta DeSalvo. Do chwili publikacji rysopisu DeSalvo nie był podejrzewany o związek z gwałtami i morderstwami, które trwały przez okres dwóch lat. Oskarżony o gwałt - Albert DeSalvo - w końcu przyznał się do tego, że jest "Dusicielem z Bostonu", a następnie szczegółowo opisał jak przebiegały zbrodnie.

Nie znaleziono jednak żadnych konkretnych dowodów, aby potwierdzić z całą pewnością, że jest odpowiedzialny za zbrodnie do których się przyznał.

DeSalvo przyznał się do 11 zbrodni i szczegółowo je opisał, a nawet dodał informacje o dwu innych. Do dziś nie jest pewne, czy to DeSalvo był "Dusicielem". Kwestionowano wiarygodność jego zeznań, złożonych w 1965 r. w szpitalu psychiatrycznym, gdzie przebywał na obserwacji po dokonaniu licznych włamań i gwałtów. Zbrodnie te dały mu miano "Zielonego człowieka", gdyż w trakcie napadów ubrany był w kombinezon takiego koloru. Za te przestępstwa skazano go na dożywocie. W listopadzie 1973 roku nieznany sprawca zasztyletował go w więzieniu Walpole. W 1968 roku Richard Fleischer nakręcił film "Dusiciel z Bostonu" oparty na losach Alberta DeSalvo.

BOBBY JOE LONG

Bobby Joe Long urodził się 14 października 1953 roku. Był socjopatą. Miał dodatkowy (żeński) chromosom X - w okresie dojrzewania rosły mu piersi. W medycynie tą genetyczną anomalię określa się mianem zespółu Klinefeltera. Wierzył, że został zdradzony przez wszystkie kobiety, które spotkał w życiu: byłą żonę, matkę i dziewczynę - pielęgniarkę w szpitalu w którym pracował. Kiedy zobaczył, że jego dziewczyna spotyka się kimś innym wpadł we wściekłość - zapragnął zemsty na wszystkich kobietach świata. Bobby Joe Long od lat popełniał zbrodnie na kobietach, w Miami nazywano go "Gwałcicielem z ogłoszenia". Szukał ogłoszeń w stylu "Sprzedam dom" lub podobnych; jeśli drzwi otworzyła mu kobieta, i jeśli była sama gwałcił ją i okradał. Jego ofiarą padło kilkadziesiąt kobiet na początku lat 80-tych. Po prawie 10 latach seria gwałtów w Miami nagle dobiegła końca. Pojawiła się nadzieja, że sprawca został schwytany i osadzony w więzieniu za inne przestępstwa lub, że po prostu - choć to mało prawdopodobne - zaniechał gwałtów. W rzeczywistości, Bobby Joe Long przeprowadził się do Tampy, gdzie od gwałtów przeszedł do morderstw.


W 1984 roku metodyczny, bezduszny, brutalny, nieustępliwy seryjny morderca przemierzał dzielnicę "Czerwonych Latarni" w Tampie na Florydzie - mścił się na kobietach i przez wiele miesięcy wodził za nos policję.

Jego sprawę prowadził śledczy Gary Terry który, w miarę jak rosła liczba ofiar, zaczął się zastanawiać czy kiedykolwiek zdoła schwytać mordercę.


Wiosna 1984 roku w okręgu Hillsborough była gorąca i duszna. Był 10 maja 1984 roku, Nebraska Avenue - miejscowe centrum seksualnej rozrywki - nie narzekało na brak klientów. 21-letnia Lana Long - tancerka egzotyczna - skończyła właśnie pracę w klubie ze striptizem i wracała do domu, jednak nigdy tam nie dotarła. Kilka dni później dwaj chłopcy znaleźli jej ciało w odludnej części okręgu - spotkał ją okrutny los. Porucznik Gary Terry został właśnie awansowany na szefa małej grupy dochodzeniowej na terenie okręgu Hillsborough, które leży w Tampa. Poprzedni zajmował się napadami i narkotykami i nie miał doświadczenia w sprawach dotyczących morderstw. 13 maja 1984 roku - Gary Terry piastował swoje nowe stanowisko zaledwie od dwóch tygodni - pojawił się raport o odnalezieniu ciała młodej kobiety. Ofiara miała groteskowo rozłożone nogi, ręce związane na plecach, na szyi miała pętlę połączoną z czymś w rodzaju smyczy. Została związana, pobita, zgwałcona i uduszona. Na miejscu zbrodni znaleziono niewiele śladów. Terry nakazał wykonanie odlewu odciśniętych w ziemi opon. Spod ciała wydobyto także, kilka czerwonych nylonowych włókien. Mimo, że w przypadku pojedynczego morderstwa raczej się tak nie postępuję, śledczy Terry wysłał materiał dowodowy do laboratorium FBI w Waszyngtonie - miał przeczucie, że morderca uderzy ponownie. Tożsamość ofiary przez kilka dni pozostawała nieznana. Policja poinformowała prasę, że w południowym rejonie okręgu Hillsborough znaleziono niezidentyfikowane zwłoki kobiety. Kilka tancerek przeczytało artykuł i pomyślało, że to może być Lala. Tancerki skontaktowały się z policją - ofiarą była Lala Long. Od tancerek policjanci dowiedzieli się także, że Lala nie była prostytutką, tańczyła w klubie, pozwalała stawiać sobie drinki, ale kiedy kończyła pracę wracała do domu, do swojego chłopaka.

27 maja 1984 roku - w innej, lecz równie odległej części okręgu Hillsborough - odnaleziono drugie ciało. Zwłoki znalazł mężczyzna spacerujący z psem - sprawca nie próbował ich nawet ukryć. Nie sądził, że policja znajdzie je tak szybko i zapewne, w ogóle go to nie obchodziło. Ofiara została związana, a sprawca próbował ją udusić; bezpośrednią przyczyną śmierci było jednak poderżnięcie gardła. W tym czasie policja otrzymała od FBI raport, dotyczący czerwonych włókien znalezionych na miejscu pierwszej zbrodni. Tutaj także znaleziono czerwone włókna.


Po zaledwie miesiącu pracy na nowym stanowisku, śledczy z Wydziału Zabójstw na Florydzie, Gary Terry musiał rozwiązać zagadkę dwóch morderstw. Podobnie, jak w przypadku pierwszej zbrodni, Terry wysłał zebrany materiał do laboratorium w Waszyngtonie. Tym razem znalazł nie tylko czerwone włókna, lecz także nasienie oraz włosy nie należące do ofiary. Policja zaczynała podejrzewać, że ma do czynienia z seryjnym mordercą. Ślady opon z miejsca drugiej zbrodni wydawały się pasować do śladów z pierwszej, które zidentyfikowano jako rzadko spotykaną oponę Vogue. Istniał także inny związek, druga ofiara, 22-letnia Michelle Simms, także bywała w dzielnicy "Czerwonych Latarni" w Tampie.

Policjanci potrzebowali pomocy; mieli kilka tropów, ale ani o krok nie zbliżali się do rozwiązania sprawy. Poprosili więc psychologów - którzy zajmowali się podobnymi przypadkami - aby sporządzili psychologiczny portret sprawcy. Specjaliści z FBI doszli do wniosku, że morderca jest białym mężczyzną, w wieku około 20-30 lat - jednak informacje zdobyte od psychologów wnosiły do sprawy niewiele nowego.


Miesiąc po odkryciu pierwszych zwłok pewien wędkarz natrafił na trzecie ciało, w Orange Grove, na południowy-wschód od miasta. Zwłoki - 22-letniej Elizabeth Loudenback - były w stanie zaawansowanego rozkładu. Jej matka zgłosiła zaginięcie córki 16 dni wcześniej. To morderstwo było jednak inne; zwłoki były ubrane, nie było też śladów wiązania czy przemocy na tle seksualnym. Badając sprawę morderstwa Elizabeth Loudenback, policjanci odkryli wiele różnic w stosunku to dwóch poprzednich morderstw. Ofiara pracowała w fabryce, mieszkała w domu z matką. Podczas rewizji jej mieszkania znaleziono notatkę, w której opisywała znajomość z pewnym mężczyzną - napisała, że jeśli cokolwiek jej się stanie odpowiedzialny będzie właśnie on. Ów mężczyzna stał się głównym podejrzanym, nie miał alibi, miał motyw, poza tym nie przeszedł testu na wykrywaczu kłamstw. W świetle tych poszlak sprawę przekazano innej grupie dochodzeniowej i skupiono się na dwóch pierwszych morderstwach.

Zarówno Lala Long i Michelle Simms zostały porwane z Nebraska Avenue. Policjanci zaczęli przeczesywać okolice; przesłuchano policjantów zajmujących się tym rejonem, właścicieli okolicznych sklepów i barów, a nawet tamtejsze prostytutki.

Początkowo prostytutki nie chciały współpracować, myślały, że policjanci są z obyczajówki i, że chcą je aresztować za uprawianie nierządu. Kiedy zrozumiały, że są z Wydziału Zabójstw i, że szukają mordercy Michelle Simms stały się wspaniałym źródłem informacji; opisywały samochody wszystkich stałych bywalców, podawały ich nazwiska oraz numery rejestracyjne ich samochodów.


Późną nocą 29 września 1984 roku, Bobby Joe Long zabrał Chanel Williams z ulicy. Tej samej nocy zgwałcił ją w swoim samochodzie. Następnie pojechał na północ od miasta, na odludne ranczo i tam ją zamordował. Podobnie jak w przypadku trzeciego morderstwa, początkowo sądzono, że sprawcą jest ktoś inny. Ofiara była czarna w przeciwieństwie do pozostałych - seryjni mordercy zazwyczaj "trzymają" się swojej rasy - biali mordują białych, czarni czarnych. Dlatego - początkowo - policja sądziła, że ma do czynienia z innym mordercą, zginęła bowiem kobieta innej rasy. Zwłoki Chanel znaleziono w pobliżu drogi wiodącej na ranczo, nie była związana. Większość ubrań leżała obok ciała, tylko jej biustonosz zwisał z bramy rancza. Widać było ślady walki, ale Chanel Williams nie została uduszona - zginęła od kuli. Niezwykłe było to, że zabito ją strzałem z broni małokalibrowej, wymierzonym w tył głowy -
także ten fakt potwierdzał hipotezę, że mordercą Chanel jest inny człowiek.
Vicky Elliott
Seryjni mordercy zabijają zwykle
gołymi rękoma, daje im to poczucie bliskości z ofiarą. Identyfikacja zwłok Chanel nie była problemem, odciski jej palców znajdowały się w aktach okręgu Hillsborough, w areszcie który niedawno opuściła. Gdy FBI przesłało policjantom wyniki badań materiału dowodowego znalezionego przy zwłokach Chanel Williams - znaleziono czerwone nylonowe włókna - okazało się, że mordercą Chanel był człowiek, którego szukają. Od odnalezienia trzeciej ofiary, Elizabeth Loudenback, minęły 3 miesiące. Long nie pozostawał bezczynny; w sierpniu brutalnie zgwałcił kobietę spędzającą wakacje w Miami, zabił też kolejną ofiarę - kelnerkę, Vicky Elliott - w tym czasie policja nie odnalazła jeszcze jej ciała.

Jako, że policja nie wiązała śmierci Elizabeth Loudenback z dwoma pierwszymi morderstwami nie dokonano porównań materiału dowodowego z trzech miejsc zbrodni. Pod koniec września FBI przesłało wyniki testów ubrań Elizabeth - po raz kolejny natrafiono na czerwone włókna.

14 października 1984 roku, znaleziono zwłoki 22-letniej Karen Dinsfriend. Była związana - podobnie jak dwie pierwsze ofiary. Policjanci rozpoznali ją natychmiast; od wielu lat zatrzymywali ją w związku z narkotykami i prostytucją.


Pod koniec października FBI potwierdziło obecność czerwonych włókien na ubraniu kolejnej ofiary. Włókna wciąż pozostawały jedynym wiążącym sprawy dowodem jakim dysponował śledczy Terry.

31 października 1984 roku, w północno-wschodniej części okręgu znaleziono kolejne ciało. Nagie zwłoki Kimberly Hoops leżały w rowie od ponad 4 tygodni - zginęła więc po Chanel Williams, ale przed Karen Dinsfriend. Zwłoki znajdowały się w stanie zaawansowanego rozkładu, na ciele ofiary nie było żadnych więzów.

Od pierwszego morderstwa minęło 5 miesięcy, policja znalazła już 6 ciał i wciąż szukała sprawcy - 4 ofiary były prostytutkami pracującymi w tej samej części miasta. Te 6 morderstw łączyło tylko jedno - fragmenty czerwonych, nylonowych włókien. Policjanci znajdowali ciało za ciałem, w końcu postanowili zmienić taktykę. Wybrano dwie policjantki, które miały udawać prostytutki, oczywiście wyposażono je w sprzęt podsłuchowy. Jednak, jako że ich ubranie było dość skromne, policjantki miały problem z jego ukryciem. Nad bezpieczeństwem kręcącej się po ulicy policjantki czuwał zespół od 4 do 6 funkcjonariuszy. Podstawiona policjantka przede wszystkim nie mogła wsiadać do samochodów, policja miała podsłuchiwać jej rozmowę z ewentualnym klientem, a ona w tym czasie miała przyglądać się jemu i jego samochodowi - chodziło o kolor tapicerki i numery rejestracyjne. Pod żadnym pozorem nie wolno jej było wsiąść do samochodu, musiała w jakiś sposób spławić faceta i czekać na następnego. Tego typu operacja wiązała się z dużym ryzykiem, ale policjantom brakowało innych opcji. W przypadku wciągnięcia policjantki siłą do samochodu, wszyscy wiedzieli co robić - Terry rozkazał swoim ludziom, by w takim wypadku zatrzymać samochód za wszelką cenę. Kiedy ludzie Terry`ego prowadzili swoją operację, Bobby Joe Long szukał następnej ofiary.


3 listopada 1984 roku, 17-letnia Lisa McVey skończyła właśnie pracę w cukierni, była godzina 2.25 w nocy. Jadąc do oddalonego o 3km domu, zauważyła, że kilkakrotnie minął ją ten sam czerwony samochód. Po zgwałceniu Lisy, Long zmienił styl postępowania - zamiast wywieźć ją za miasto i zabić, zabrał ją do swojego mieszkania. W ciągu następnych 26 godzin, Long wielokrotnie zgwałcił Lisę - była związana, na oczach miała opaskę. Co ciekawe między napadami szału jej oprawca udawał, że są zgodną parą. Long nastawił budzik na środek nocy - prawdopodobnie po to by nikt nie widział jak pozbywa się Lisy. Jednak po raz kolejny odstąpił od schematu, wciąż udawał, że są kochającą się parą, potem pocałował Lisę na pożegnanie i... wypuścił. Gdy jechali samochodem Lisa zdołała przesunąć opaskę na oczach na tyle by zauważyć kilka szczegółów we wnętrzu jego samochodu.
Virginia Johnson


Jesień dobiegała końca, poszukując mordercy policjanci odstraszyli wielu amatorów płatnego seksu, jednak mimo wysiłków wciąż nie znano nazwiska, ani nawet wyglądu sprawcy, co gorsza pojawiały się nowe ofiary. 11 listopada 1984 roku, znaleziono zwłoki przy szosie numer 275. Ofiarą była 18-letnia Virginia Johnson, kolejna prostytutka, jej zwłoki znaleziono na polu w sąsiednim okręgu. Ósme zwłoki znaleziono na przedmieściach Tampy, niedaleko miejskiego aresztu, 12 listopada 1984 roku. Kim Swann została pobita, związana, zgwałcona, uduszona, a następnie porzucona przy drodze.

Przełom w sprawie nadszedł, w monencie gdy policjanci byli już bliscy rozpaczy. Gary Terry otrzymał informacje - z laboratorium FBI w Waszyngtonie - że znaleziono włókna pasujące do seryjnych morderstw mających miejsce w okolicy Tampy. Okazało się, że FBI znalazło włókna na ofierze gwałtu, Lisie McVey, pasujące do tych odnajdowanych przy zwłokach. Wynikało z tego, że jeżeli policja znajdzie źródło włókien ze sprawy o gwałt, będzie to także źródło włókien z dochodzeń o morderstwo. Nareszcie policja miała kogoś, kto spotkał się z mordercą i... przeżył - Lisę McVey. Jej sprawę prowadził Wydział Dochodzeniowy w Tampie; sprawa ta nie zwróciła uwagi policjantów zajmujących się schwytaniem seryjnego mordercy ponieważ ofiara nie została zamordowana. Policjanci z grupy Terry`ego zbytnio skupili się na samych morderstwach. Lisa zeznała, że sprawca wiózł ją przez Tampe w środku nocy z zawiązanymi oczyma, zatrzymał się przy bankomacie aby pobrać pieniądze, potem pojechali na stację benzynową. Udało się jej poluzować opaskę na oczach, na desce rozdzielczej zauważyła napis MAGNUM - w roku 1984 jeździły tylko Dodge Magnum. Później dostrzegła znak autostrady międzystanowej nr 75 i neon motelu Howarda Johnsona. W okręgu Hillsborough było tylko jedno miejsce, w którym międzystanowa 75 biegnie obok motelu Howarda Johnsona. Dla śledczych najważniejsze było słowo, które Lisa zauważyła na desce rozdzielczej. Takie oznaczenie miały jedynie Dodge Magnum z roczników 78 i 79. Policjanci natychmiast zdobyli dane wszystkich miejscowych właścicieli Dodge`ów Magnum, w ich posiadaniu znalazł się także wydruk wszystkich transakcji przeprowadzonych w bankomatach między 22.00 a 3.00 rano - lista zawierała 15 stron, na stronie 14 widniało nazwisko Roberta Joe Longa.

Tuż przed południem, następnego dnia, dwaj śledczy zauważyli na Nebraska Avenue mijającego ich czerwonego Dodge`a Magnum - Terry poinstruował ich jak mają się zachować się w takiej sytuacji. Policjanci powiedzieli zatrzymanemu kierowcy, że szukają podejrzanego o włamanie. Kierowca mieszkał niedaleko, na Flower Aveniu, poza tym idealnie pasował do opisu podanego przez Lise. Policjanci zapytali czy mogą zrobić mu zdjęcie, ku ich zaskoczeniu mężczyzna wyraził zgodę, jednak nie zgodził się na przeszukanie samochodu. Kiedy policjanci przekazali raport Terry`emu kierowca czerwonego Dodge`a Magnum został aresztowany. Godzinę później Lisa McVey zjawiła się w Biurze Szeryfa. Pokazano jej 6 zdjęć - wybrała fotografię Bobby`ego Joe Longa. Lisa była jedyną osobą, która mogła pomóc w zidentyfikowaniu mordercy, stwierdziła, że to właśnie on porwał ją i zgwałcił. Prokurator Stanowy stwierdził, że Bobby`ego Joe Longa można - jak na razie - oskarżyć jedynie o porwanie i gwałt, ale nie o morderstwa. Śledczy Terry był pewien, że schwytał seryjnego mordercę, ale musiał się zgodzić z prokuratorem. W czasie gdy przygotowywano nakaz aresztowania, Bobby Joe Long został poddany dyskretnej obserwacji.

Long wiedział, że popełnił błąd w przypadku Lisy. Wiedział, że policja zarzuca mu gwałt, nie spodziewał się jednak oskarżenia o morderstwo. Nie wiedział, że policjanci są tak blisko, w przeciwnym wypadku na pewno próbowałby uciec. Przygotowywano właśnie nakaz rewizji samochodu i mieszkania Bobby`ego, kiedy powiadomiono policję, że Long gdzieś wyjeżdża. Opuszczał dom a policja nie mogła go jeszcze aresztować. Śledzono go do kina, w chwili gdy oglądał "Zaginionego w akcji" ze wszystkich stron otaczali go policjanci w cywilnych ubraniach. Obserwowano jego mieszkanie, samochód, całe sąsiedztwo. Jeden z policjantów sprawdził samochód i zadzwonił do Terry`ego, że opony z samochodu Bobby`ego pasują do odcisków znalezionych na miejscach dwóch pierwszych zbrodni. Kiedy Long wychodził z kina na zewnątrz czekała na niego policja.

Podczas przesłuchania Long przyznał się do zgwałcenia Lisy McVey, jednak pytany o morderstwa początkowo zaprzeczył. Wtedy przedstawiono mu zgromadzony materiał dowodowy, w tym także wyniki analiz z laboratorium FBI dotyczące czerwonych włókien. Powiedziano mu, że znaleziono je przy wszystkich ofiarach i, że pasują do dywanika z jego samochodu. Widząc, że policja ma niezbite dowody Bobby Joe Long przyznał się do popełnienia morderstw i zaczął opisywać ich szczegóły. W areszcie Long powiedział policji gdzie porzucił ciało Vicky Elliott - wraz z nią liczba ofiar wzrosła do dziewięciu. Dziesiątą ofiarę - Artis Wick - odnaleziono miesiąc później.

W 1985 roku Bobby Joe Long przyznał się popełnienia ośmiu morderstw - przysięgli uznali go winnym popełnienia wszystkich zbrodni i skazali na śmierć, na krześle elektrycznym. Skazano go także za porwanie i gwałt na Lisie McVey. Podczas z każdej z trzech rozpraw Lisa musiała patrzeć na Bobby`eg Joe Longa i opisywać swoją gehennę.
"CYTATY"
LISA McVEY (OFIARA GWAŁTU)

"Robert Joe Long był złym człowiekiem, wiedziałam to już w chwili gdy się na mnie rzucił. Kiedy mnie więził udawał, że jesteśmy zgodną parą. Kiedy spytałam go: dlaczego mi to robi; odparł, że: jestem małą dziewczynką i, że zapłacę za wszystkie krzywdy, które w przeszłości wyrządziły mu kobiety - On nienawidził wszystkich kobiet".

JOHN WAYNE GACY - MORDERCA W PRZEBRANIU


Kto mógłby się spodziewać, że John Wayne Gacy, szanowany obywatel, działacz społeczny, prezentujący się w stroju Clowna na przyjęciach dla Dzieci, członek partii demokratycznej a także właściciel dość dobrze prosperującej firmy, będzie jednym z najsłynniejszych seryjnych morderców w USA.

John Gacy urodził się w 1942 roku w Chicago. Zamieszkał w północnych krańcach miasta razem z dwiema siostrami i rodzicami. Jak twierdzą autorzy książki, "Killer Clown" Tery Sullivan i Peter Maiken, dzieciństwo Gacyego przebiegało spokojnie, oczywiście nie licząc nieprzyjemnych incydentów z ojcem. Jak twierdzą, ojciec Gacyego nadużywał alkoholu i często bił swoje dzieci. John w wieku 11 lat został uderzony huśtawką prosto w głowę co spowodowało u niego krwiaka mózgu, wykrytego dopiero pięć lat później.

Gacy był przenoszony ze szkoły do szkoły ponieważ miał problemy z nauką. W pewnym momencie rzucił szkołę i przeniósł się do Las Vegas. Zatrudnił się tam w zakładzie pogrzebowym, parę miesięcy później niezadowolony ze swojej pracy przeniósł się z powrotem do Chicago, gdzie ukończył studia menadżerskie. Wkrótce znalazł pracę w jednej z dobrze prosperujących firm odzieżowych.

W 1964 roku John ożenił się z jedną z współpracownic - Marilyn Myer. W niedługim czasie para przeprowadziła się do Waterloo w stanie Iowa, gdzie John dostał pracę w restauracji teścia, którą zresztą teść po niegługim czasie przekazał mu na własność. Tym sposobem John stał się jednym z najbardziej szanowanych obywateli Waterlo.

Takie sielskie zycie trwało do 1968 roku, gdy to John został aresztowany za próbę gwałtu na jednym ze swoich współpracowników. Było to dużym zaskoczeniem dla Marilyn która miała z Johnem dwoje uroczych dzieci. John został skazany na 10 lat w Męskim Zakładzie Korekcyjnym w stanie Iowa. Jego żona wystąpiła o rozwód, Gacy rozwścieczony powiedział że nie chce więcej widzieć jej i dzieci. Po osiemnastu miesiącach Johna zwolniono warunkowo. Udał się do Chicago gdzie pięć miesięcy później został powtórnie aresztowany za próbę gwałtu. Jak poinformował nieznany mężczyzna, John zaprosił go do swojego domu pod pretekstem wypicia drinka. Sprawę jednak umorzono, ponieważ chłopak nie pojawił się na rozprawie.

W 1975 John założył własną firmę budowlaną i ponownie się ożenił. Tym razem jego żoną została koleżanka z czasów szkolnych. Para przeprowadziła się do Des Plaines na przedmieściach Chicago, Gacy miał talent do ineresów.Doskonale prowadził firmę. Oszczędzał mnóstwo pieniędzy zatrudniając młodych chłopców (pięciu z nich padło potem jego ofiarą). Firma prosperowała coraz lepiej. W wolnych chwilach Gacy przebierał się za Clowna i dawał przedstawienia dzieciom w okolicznych szpitalach. Udzielał się charytatywnie i należał do Partii Demokratów.

W marcu 1976 druga żona wystąpiła o rozwód, podobno nie mogła znieść ciągłych wahań nastroju męża.

12 grudnia 1978 roku zaginął Robert Piest, nastoletni chłopak którego ostatni raz widziano w towarzystwie Johna. Policja dowiedziała się że Gacy już kilka razy był aresztowany za napaść na młodych chłopców, dlatego szybko dostała pozwolenie na rewizję jego domu. Policjanci kilka dni obserwowali dom Johna. Jednak obserwowany szybko zorientował się że coś jest nie tak. Pewnego dnia zaprosił policjantów na ciepły posiłek. Skorzystali oni z zaproszenia. Kiedy weszli do domu poczuli nieprzyjemny zapach zgnilizny unoszący się w powietrzu. Gacy tłumaczył go gnijącą podłogą. Policjanci znaleźli w jego domu sygnet który należał do jednej z ofiar, zanieśli go więc do ekspertyzy. Okazało się że należał do chłopaka który zaginął w Des Plaines rok temu. Następnego dnia znów wrócili przeprowadzając rewizję. Na miejscu odkryli straszną prawdę i wiele dowodów wskazujących na winę Johna m.in.: rachunek z apteki należący do Roberta Piesta.

To jednak nie było najstraszniejsze. Coraz większy smród wydobywający się z podłogi niepokoił policjantów, następnego dnia znów wrócili. Pod podłogą znaleźli szczątki 27 osób. W miarę coraz większej ilości dowodów John zaczął zeznawać oraz postanowił pokazać gdzie leży reszta ciał. Część z nich znaleziono w pobliskiej rzece.

Łącznie znaleziono 33 ciała i 200 przedmiotów należących do ofiar.

Gacy przyznał się do morderstw. Wyjawił, że pierwsze popełnił w styczniu 1972 roku. Większości ofiar zakładał kajdanki pod pretekstem pokazania sztuczek magicznych, potem je ogłuszał, gwałcił i brutalnie mordował. Morderca utrzymywał że ma trzy oblicza: John Clown, John Biznesmen i John Morderca, zwany Jackiem Harleyem. Utrzymywał że jest chory psychicznie, jednak lekarze nie dali się zwieść i udowodnili mu że podczas popełniana zbrodni był całkowicie poczytalny i świadomy swoich okrutnych czynów.

Proces Gacyego rozpoczął się 6 lutego 1980 roku w Cook Country Criminal Courts w Chicago. Powołano 100 świadków. Obrońca Johna ogłaszał niepoczytalność klienta, jednak ława przysięgłych odrzuciła tę wersję. W ciągu dwóch godzin udowodniono mu winę.

10 maja 1994, tuż po północy wstrzyknięto Johnowi Wannowi Gacye'mu dożylnie truciznę. Ponoć jego ostatnie słowa brzmiały "Kiss my Ass"...

LUIS ALFREDO GARAVITO CUBILLOS


Życiorys Luisa Alfredo Garavito Cubillosa niewiele różni się od innych seryjnych morderców. I on w dzieciństwie był ofiarą. Ojciec bił go, najczęściej za jakiekolwiek kontakty z dziewczętami. Chłopiec był natomiast systematycznie gwałcony przez dwóch sąsiadów. Niewykluczone, że tak bardzo dbający o moralność małego Alfreda ojciec również wykorzystywał go seksualnie. Wszystkich szczegółów nie uda się jednak najprawdopodobniej wyjaśnić. Rodzina Garavito pochodzi z miasta Genova, w znanej z plantacji kawy prowincji Quindio. Mieszkańcy miasta są wstrząśnięci zbrodniami pedofila, ale nikt nie pamięta rodziny Garavito Cubillosa.

Wiadomo, że Garavito w wieku 16 lat uciekł z domu i zarabiał przez jakiś czas jako uliczny sprzedawca dewocjonaliów. Dużo pił, kilka razy próbował popełnić samobójstwo.

Polował głównie w pobliżu szkół na chłopców w wieku od ośmiu do szesnastu lat. Zapraszał ich na spacer, a potem gwałcił i brutalnie mordował. Często obcinał im głowy.

Zeznania 42-letniego seryjnego mordercy Luisa Alfredo Garavito Cubillosa, który w śledztwie powiedział, że w ciąga trwającej siedem lat krwawej orgii zgwałcił, torturował i zamordował 14O dzieci wstrząsnęły Kolumbią.

Główny rządowy sędzia śledczy tej zbrodni, Fabio Elias Gonzalez, określił Garavito jako "zabójcę bez żadnych hamulców".

Aresztowany w kwietniu 1999 roku pedofil-morderca podawał się za ulicznego handlarza lub zakonnika. Polował głównie w pobliżu szkół na chłopców w wieku od ośmiu do szesnastu lat Zapraszał ich na spacer, a następnie gwałcił i brutalnie mordował. Często obcinał im głowy.

Policja odnalazła w pobliżu około 60 miast 114 ofiar zbrodniarza. Władze kolumbijskie badają również poszlaki wskazujące, że Garavito mógł być sprawcą zniknięcia i śmierci pewnej liczby dzieci w sąsiednim Ekwadorze. Pedofila, noszącego przydomki "Głupkowaty", "Ksiądz" i "Szaleniec", zatrzymano w kwietniu podczas próby zgwałcenia chłopca w mieście Villavicencio, we wschodniej części kraju. Przyznał się do makabrycznej serii morderstw na terenie kraju dopiero podczas przesłuchań 29 października 1999 roku, kiedy przedstawiono mu niezbite dowody. Co więcej, pokazał wówczas policjantom notes, w którym kreską zaznaczał każde zabite dziecko. Kresek tych było dokładnie 140.

Podczas konferencji prasowej w Bogocie prokurator generalny Kolumbii Alfonso Gomez powiedział, że Garavito włóczył się wzdłuż i wszerz kraju, zapraszał uczniów na długie spacery na bezludne tereny wiejskie. Kiedy chłopcy byli zmęczeni, przywiązywał ich nylonowymi sznurkami, spajał alkoholem, sam także go sobie nie żałował. Kiedy był już pijany, wpadał w szał, torturował i gwałcił, a na koniec podrzynał gardła lub obcinał głowy. "Jest to największe tego rodzaju dochodzenie jakie kiedykolwiek prowadzono w Kolumbii" - oświadczył Gomez.

Jak mogło dojść do tego, że działał tak długo? Licząca 40 milionów mieszkańców Kolumbia ma jeden z najwyższych w świecie wskaźników zabójstw. Rocznie morduje się tam około 25 tysięcy ludzi. Większość to ofiary wojny prowadzonej przez lewackich partyzantów z siłami rządowymi. Działają tu także ultraprawicowe szwadrony śmierci, które eliminują wszystkich podejrzanych o kontakty z lewicą oraz przeprowadzają akcje "oczyszczania" ulic z bezdomnych dzieci. Trwają także walki między narkotykowymi gangami. Nic więc dziwnego, że zabitych chowa się w masowych grobach i nikt nie zawraca sobie głowy prowadzeniem śledztwa. Kiedy w ubiegłym roku odnaleziono jeden z cmentarzy, na których Garavito chował swoje ofiary, policja nie przypuszczała nawet, że ma do czynienia z seryjnym mordercą. Podejrzewano, że są to ofiary rytuałów satanistycznych lub czarnej magii. Zniknięcia dzieci wiązano zaś ze świętem Halloween.

Księga Rekordów Guinnessa wymienia innego Kolumbijczyka Pedro Armando Lopeza, nazywanego "Potworem Andów", jako największego seryjnego mordercę wszech czasów. Przypisuje się mu zabicie 300 młodych dziewcząt w Kolumbii, Peru i Ekwadorze. Został uwięziony w 1980 roku w Ekwadorze pod zarzutem popełnienia 57 zbrodni.

Miejsce, w którym uwięziono Garavito utrzymywane jest w ścisłej tajemnicy. Władze obawiają się samosądu. Zbrodnie, jakich się dopuścił, wstrząsnęły mieszkańcami Kolumbii i sprawiły, że wielu z nich domaga się przywrócenia kary śmierci. W kraju tym najwyższym wyrokiem jest 30 lat więzienia. Tyle właśnie grozi Garavito.

JAVED IQBAL MOGUL - MORDERCA STU DZIECI
"Mam zamiar sprawić, że wiele matek zapłacze. Wyślę ich synów na tamten świat bez trumien, rynsztokiem."


Javed Iqbal Mogul pochodził z zamożnej rodziny. Jego ojcem był Muhhamad Mogul, dobrze prosperujący biznesmen. Chłopak mógł więc do woli korzystać z wszystkich dóbr materialnych dostępnych bogatym rodzinom w Pakistanie. Jako młody chłopak, Javed był bardzo kochany przez rodziców. Był najinteligentniejszy i najprzystojniejszy z rodzeństwa. W szkole zawsze w czołówce najlepszych uczniów. Javed był też bardzo agresywny i trudny do pokierowania. Bywało, że dla zabawy zabijał zwierzęta i bijał młodszych kolegów. Po ukończeniu szkoły ojciec powierzył mu, jako swemu ulubieńcowi, kierowanie fabryką maszyn. Javed zatrudniał w niej wielu młodych chłopców ze względu na niskie koszty. Pracujące dzieci w Pakistanie to codzienność. Wtedy właśnie zaczęło go do nich ciągnąć. Jednak dalej zachowywał pozory i wiódł swoje spokojne, dostatnie życie. Miał żonę, córkę, pieniądze i ... kamerę video, którą filmował swoje szczęśliwe życie.

W 1992 roku Javed zbudował wspaniałą rezydencję, wydając na nią znaczną część z 3 milionów rupii odziedziczonych po zmarłym ojcu. Była to naprawdę wspaniała rezydencja w której trzymał dzikie zwierzęta (tygrysy, małpy i węże) oraz hodował egzotyczne kwiaty. Za wysokimi murami i ogrodzeniem pod napięciem Javed mógł być sobą. Razem z przyjaciółmi rozkoszował się niezwykłymi atrakcjami, które sam tam wprowadzał. Dni spędzone w tym domu były, jak sam powiedział, najszczęśliwszymi w jego życiu. Ta sielanka, w trakcie której zainteresowanie Javeda młodymi chłopcami ani trochę nie zmalało, trwała do 1997 roku, kiedy to zaczęły kończyć mu się pieniądze i musiał się wyprowadzić. Zamienił luksusowy pałac na tańsze w utrzymaniu mieszkanie w robotniczej dzielnicy Lahore. Kupił je za pośrednictwem podinspektora policji, swojego serdecznego przyjaciela, który przy różnych okazjach odwiedzał go ze swoimi kolegami, zawsze przyjeżdżając wozem policyjnym. Javed powiedział swoim sąsiadom, że jest oficerem policji wysokiego stopnia oraz zastępcą nadinspektora wydziału do spraw walki z korupcją. Sąsiedzi nie mogli pojąć jak to możliwe, że tak wysoko postawiony człowiek zamieszkał w tak biednej dzielnicy. Jednak widząc codziennie 7-8 policjantów przyjeżdżających do domu Mogula i bywających u niego na obiedzie, o nic nie pytali. Wręcz przeciwnie, to podnosiło jego prestiż w ich oczach. Czuli wobec niego respekt.

W 1999 roku Javed został aresztowany za zgwałcenie dwóch młodych chłopców. Jego czyny okryły rodzinę wielką hańbą i wstydem. Opuściła go żona, z którą był od 10 lat. Rodzina natomiast zebrała 165 tyś. Rupii i zapłaciła policji za wypuszczenie Javeda, po czym postanowiła zerwać z nim wszelkie kontakty. W lokalnej prasie ukazał się artykuł na temat aresztowania Javeda. Sąsiedzi przeczytawszy go, zażądali od przebywającego już na wolności Javeda, wyjaśnień oraz tego aby natychmiast się wyprowadził. Jednak on powiedział im, że całe to zdarzenie było zmyślone i postanowił zlekceważyć żądania sąsiadów. Sam nadal zabawiał się z młodymi chłopcami. Ze znalezieniem takich nie miał absolutnie żadnych kłopotów. Jak sam powiedział chłopcy sami do niego przychodzili i bez namysłu oferowali swoje usługi. Mówili co mogą zrobić jeśli chodzi o seks a czego nie. W większości przypadków byli to uciekinierzy z domu, którzy szukali w Lahore lepszego życia. Ich rodzice nie byli w stanie się nimi zaopiekować. Nie mogli wydać nawet najmniejszej sumy na ich utrzymanie, zdrowie a tym bardziej wykształcenie. Gdy któreś z dzieci znikło z domu, członkowie rodziny nie byli tym zbytnio poruszeni. Wręcz przeciwnie, byli radzi że jednego ubyło. Chłopcy uciekali ze wsi do dużych miast z nadzieją że zostawiają za sobą biedę i rodziny, wydzierające z ziemi pożywienie, posiadające mało zwierząt ale za to dużo dzieci, które nie mając na wsi nic do roboty słuchają opowieści o dużych miastach. Z otwartymi buziami słuchają o wysokich budynkach i jasnych światłach. Następnie bez namysłu wsiadają do autobusu i wysiadają w najbliższym dużym mieście. Przyjeżdżają mając ze sobą tylko marzenia o lepszym życiu, lecz po przyjeździe zostają sami. Nie mają tu nikogo, kto ich obroni, kto im pomoże. Są na łasce ogółu. Za grosze w dzień pracują w barach, zajazdach i fabrykach a w nocy są wykorzystywani seksualnie. Jeśli chłopak ma szczęście zostaje zabrany przez jednego z pracowników jakiegoś przytułku dla uciekinierów i odesłany do domu. Jeśli jednak ma pecha, to wpada w ręce kryminalistów, takich jak Javed Iqbal Mogul. I Javed właśnie o tym wiedział. Wiedział, że ci chłopcy są ufni i łatwowierni, przez co stają się dla niego łatwym łupem. Cały proces pozyskania nowego chłopca do zabawy jest bardzo prosty. Javed podchodzi do upatrzonego wcześniej chłopca i pokazując mu zdjęcie lub pocztówkę przedstawiającą jakieś dziecko mówi, że to jego zaginiony syn i jednocześnie prosi o pomoc w jego odnalezieniu. Gdy oferuje do tego nagrodę pieniężną chłopiec jest już jego. W taki właśnie sposób zwabił do siebie m.in. chłopca o imieniu Isabab, także uciekiniera z domu, który dzięki późniejszym wypadkom zdołał się wyrwać ze szponów Iqbala i opowiedzieć o swoich przeżyciach policji.

Isabab - " (...) Javed podszedł do mnie gdy siedziałem pod drzewem w parku. Miał pocztówkę przedstawiającą jakiegoś chłopca. Powiedział, że szuka swojego zaginionego syna. Poprosił bym pomógł mu go poszukać. To był podstęp, abym poszedł do jego domu. Ostrzegł mnie, że gdybym narobił krzyku albo próbował uciekać to mnie zastrzeli. Za bardzo się bałem żeby uciekać. Cały czas mnie bił. Ilekroć wychodził z domu, zamykał mnie w pokoju. Sprowadzał do domu chłopców których poderwał aby uprawiać z nimi w domu seks. Pewnego razu sprowadził dwóch chłopców, którzy mieli zaledwie 7 czy 8 lat. Jeden z nich płakał. (...) Pewnego razu kazał mi się rozebrać. Najpierw odmówiłem, ale mnie uderzył. Wtedy się rozebrałem. Nie byłem dość silny aby stawić opór dorosłemu mężczyźnie. Wtedy mnie zgwałcił. Kiedy skończył, spokojnie się ubrał. (...) Innym razem przyprowadził do swojego domu chłopaka i zabrał go do sypialni na masaż. Później ten chłopak był wściekły. Iqbal go zgwałcił. Potem poszliśmy spać. Iqbal na łóżku, my dwaj na podłodze. Chłopak był dalej wściekły z powodu tego co go spotkało."

Jak się później okazało, w trakcie, gdy Javed spał, zgwałcony przez niego chłopak zaatakował go kolbą jednej z jego strzelb. Javed nie rozbudził się do końca, a potem stracił przytomność. Krzyki dochodzące z mieszkania zaalarmowały sąsiadów. Znaleźli oni nieprzytomnego Iqbala leżącego w kałuży krwi. Tym razem sąsiedzi nie dali się oszukać i zapewnili sobie, że Javed zostanie wyrzucony z mieszkania.

Według psychologa Akhtara Aliego, to zdarzenie było w jego życiu punktem zwrotnym. Wywołało w nim jeszcze większą irytację, zemstę i więcej agresji. Javed stał się szalony, bo nie spodziewał się po tym chłopaku agresji i czegoś podobnego. Sam był agresywny, a agresywny człowiek nie spodziewa się, że sam może stać się ofiarą czyjejś agresji.

Po tym zdarzeniu przyjaciele z policji opuścili Iqbala. Zdrowie mu szwankowało, a pieniądze się skończyły. Przeprowadził się więc do slumsów w Lahore. Zamieszkał w obskurnym mieszkaniu przy ulicy Ravi Road 16B.

Javed Iqbal Mogul - "Przez całe życie zyskałem dużo szacunku. Miałem dobrze prosperującą firmę, duży dom, luksusowy samochód. To wszystko mi odebrano. Upadam, bo zostałem zaatakowany przez jakiegoś uciekiniera z domu. Przebyłem wiele operacji, które kosztowały mnie majątek. Zostałem kaleką i bezużytecznym człowiekiem zależnym od innych. Nienawidzę tego świata. Moja kochana matka, która była dla mnie wszystkim, zmuszona był oglądać mój upadek. Pielęgnowała mnie przez 7 miesięcy. Później dostała ataku serca i umarła. Piekło mi się otworzyło. Sprawię, że inne matki będą cierpiały i płakały, tak jak moja matka płakała i cierpiała. Będę zabijał każdego dnia. Będę zabijał i zabijał. Przeczytałem gdzieś, że można całkowicie rozpuścić ludzkie ciało w beczce, w której połączy się dwa kwasy. Postanowiłem przeprowadzić eksperyment na małym uciekinierze. Udało się. Jego ciało uległo całkowitemu rozpuszczeniu w ciągu 12 godzin. Zmieniło się w ciecz. Odtąd ciała płynęły jak woda. Pierwsze morderstwo mi się udało, więc zdecydowałem, że moja misja powinna się zacząć."

Po zabiciu pierwszego dziecka Javed poczuł się naprawdę uspokojony. Wolny od lęku, niepokoju, przygnębienia i płaczu. Ale u podstaw wszystkich tych objawów było poczucie, że zrobił coś wielkiego. Coś wspaniałego. Dlatego nie poprzestał na jednym morderstwie. Podstępnie zwabiał chłopców do swojego mieszkania i tam uśmiercał. Niekiedy ich truł, innym razem dusił łańcuchem. Zawsze jednak ich ciała rozpuszczał w beczce z kwasem. Zawartość wylewał do toalety. Sąsiedzi narzekali jednak na zapach kwasu, więc postanowił wylewać zawartość beczek do rzeki, razem z nieczystościami. Nikt nie podejrzewał co robi Javed. Nieraz w ciągu jednego dnia potrafił zabić trzech chłopców, a następnego ranka "wylewał ich" do rzeki... i z głowy.

22 listopada 1999 roku, reporter kryminalny "Daily Jang" dostał przesyłkę zawierającą zdjęcia młodych chłopców ponumerowane od 1 do 100, list oraz 32 stronicowy pamiętnik. Była to przesyłka od Javeda Mogula i dotyczyła popełnionych przez niego zbrodni. Jamil uznał to początkowo za dzieło szaleńca lub niewybrednego kawalarza, jednak w miarę lektury pamiętnika zaczęły mu się jeżyć włosy na głowie. Po przeczytaniu pamiętnika postanowił to sprawdzić. Pojechał do domu Javeda i znalazł tam wszystko to, o czym przeczytał. Następnie zawiadomił policję.

Fragmenty listu - "Dziś zrealizowałem mój plan zabicia 100 dzieci. W załączaniu przesyłam zdjęcia ofiar z informacjami kim są i skąd pochodzą. Chcę żebyś za pośrednictwem swojej gazety powiedział światu co zrobiłem. Darowuję ci mój 32 stronicowy pamiętnik. To moje wyznanie dotyczące popełnienia 100 morderstw. Chcę, żebyś zobaczył dowód. Jest w moim domu przy Ravi Road 16B. Znajdziesz wąską alejkę prowadzącą do mojego mieszkania. Szukaj ostatnich drzwi po prawej. Na ścianach mojego domu znajdziesz afisze. Zawierają szczegóły przebiegu morderstw. Znajdziesz odzież i buty setki dzieci. W beczkach znajdziesz części ciała wielu dzieci. (...) Gdybym nie napisał tego listu, nikt by nie zauważył, że ci chłopcy znikneli. Miasto dostało ostrzeżenie. (...) Czasem zabijałem z zemsty, czasem z pogardy, a czasami dla przyjemności. Nie jestem zaniepokojony, ani zasmucony tym co zrobiłem. (...) Doszedłem w liczeniu do setki. Z bożą łaską wypełniłem moją misję. Łzy pociekły mi po policzkach. Przekonam się, czy moja misja, moje przesłanie dotrze do świata."

Policjanci zastali w domu Iqbala przerażający widok. Stosy ubrań i butów oraz częściowo rozpuszczone w dwóch beczkach z kwasem, ciała trzech chłopców.

Zaraz po tym makabrycznym odkryciu, rozpoczęły się gorączkowe poszukiwania Javeda. Szukano go przez pięć tygodni w całym kraju. Bezskuteczne zresztą. Iqbal przez ten czas ukrywał się w jaskiniach. Ponieważ były to dla niego zbyt trudne warunki, oddał się w ręce dziennikarza, do którego wysłał przesyłkę.

Wywiad dziennikarzy z Iqbalem przeprowadzony przed rozprawą sądową:
- Zabiłeś setkę niewinnych dzieci.
- Tak
- Zabiłeś stu chłopców, a dlaczego nie dwustu czy trzystu?
- Gdybym miał dość pieniędzy, zabiłbym ich pięciuset.
- Mówi się, że kilkoro z tych dzieci, które jak twierdzisz zabiłeś, wróciło do domów.
- Niemożliwe. Żadne nie wróciło do domu. Żadne nigdy nie wróci do domu.
- Dlaczego przetrzymywałeś te wszystkie rzeczy. Ich fotografie, ubrania. Dlaczego opisałeś tak szczegółowo każde dziecko, które zamordowałeś?
- Gdybym tego nie zrobił, kto by o tym wiedział. Musiałem zachować dowody. Dlatego zacząłem to przetrzymywać. To był jedyny powód.

Według prokuratora generalnego Burhama Malika, to był najlepszy dowód poszlakowy z jakim się spotkał. Podczas rozprawy świadkowie oskarżenia nagabywali sędziego, aby oddał w ich ręce Javeda. Rodzice zamordowanych dzieci, żądali od pakistańskiego rządu, aby zalał Iqbala jogurtem i rzucił na pożarcie psom. Prokurator zażądał w imieniu oskarżenia, aby Iqbal został ukarany na podstawie prawa muzułmańskiego, którego zasadą jest: ręka za rękę, oko za oko i śmierć za śmierć.

Proces trwał 32 dni. Po tym czasie zapadł historyczny wyrok. Javed Iqbal Mogul został skazany na śmierć przez uduszenie w obecności rodzin ofiar, a następnie jego ciało ma zostać pocięte na 100 kawałków i rozpuszczone w kwasie. Na twarzy Javeda po usłyszeniu wyroku pojawił się sztuczny, wymuszony uśmiech.

Javed Iqbal Mogul - "Czy coś się zmieni? Czy zawartość mojego pamiętnika spowoduje jakąś zmianę? Czy rząd albo ktoś inny zajmie się zagrożeniami i kłopotami uciekających z domu chłopców?"

Psycholog Akhtar Ali - "Wiem, że do tej pory podjęli tylko jedną decyzję. Ustanowili zakaz swobodnej sprzedaży materiałów żrących."

Javed Iqbal Mogul - "Gdyby moja misja była zła, to Bóg by mnie powstrzymał. Gdzie on był gdy zabijałem jednego, dwóch, trzech, stu chłopców? Gdzie był Bóg?"

Cześc maciek pomyslałam że wpadnę nie męczysz się tak pisząc długie notki bo ja bym się zmęczyła pozdrawiam.

Witaj,widze,że nietypowy temat i dość oryginalny.Co do tematu to Ci wszyscy mordercy to straszni popaprańcy.Szkoda mi rodziny Polańskiego,że zgineła przez takiego świra jakim jest Charles Manson.

Pozdrawiam

Przerażające odkrycie
17 listopada 1957 roku policja rozpoczęła rewizję domu Eda Geina. Ed podejrzany był o dokonanie rozboju i kradzieży w pobliskim sklepie. Uważano też, że ma coś wspólnego ze zniknięciem właścicielki owego sklepu, niejakiej Bernice Worden. Był on ostatnim klientem, i widziano go wałęsającego się wokół pobliskich zabudowań. Jego dom, w opustoszałej okolicy, był wielkim śmietnikiem. Wewnątrz wszędzie były śmiecie i gnijące odpadki. Utrudniały poruszanie się po domu. Zapach zgnilizny i zepsucia był wszędzie. Kiedy szeryf Artur Schley przeszukiwał kuchnie, zauważył że coś kapie mu na marynarkę. Spojrzał w górę i jego oczom ukazał się okropny widok. Do sufitu przymocowana była wielka padlina. To 'coś' nie miało głowy, wnętrzności były na wierzchu. Szeryf pomyślał że to padlina jelenia. Wokół pełno ich było, a teraz jeszcze był na nie sezon łowiecki. Jednak gdy lepiej przyjrzał się temu czemuś, zobaczył że to ciało kobiety będące w głębokim rozkładzie. Gnijące, wypatroszone zwłoki, pozbawione głowy. Bernice Worden, pięćdziesięcioletnia matka jednego z jego podwładnych została znaleziona. Podczas dalszego przeszukiwania mieszkania, policjanci już wiedzieli, że na tym się nie skończy. Przebywali teraz w zagrodzie śmierci. śmiesznie 'patrząca' miska wykonana była z ludzkiej czaszki. Abażury i kosze na dokumenty wykonane były z ludzkiej skóry.
Makabryczne było wyposażenie tego domu. Fotel obity ludzką skórą. Kobiece narządy rodne w szklanych gablotkach. Pas zrobiony z ludzkich brodawek, ludzkiej głowy, czterech nosów i serca. Im bardziej szukali, tym większe okropieństwa odkrywali. Najgorszy chyba był garnitur wykonany z ludzkiej skóry. Policjanci zaczęli się gubić, gdy próbowali policzyć ile kobiet zginęło z rąk Eddiego.
Dzieciństwo
Nasuwa się pytanie: jak dziecko może wyrosnąć na Eda Geina? Bliższa analiza jego dzieciństwa pozwoli chociaż częściowo odpowiedzieć na to pytanie.
Edward Theodore urodził się 27 sierpnia 1906 roku. Rodzice: Augusta i George Gein mieszkali w miejscowości La Crosse w Wisconsin. Eddie był ich drugim dzieckiem, po Henrym, który był w dniu jego narodzin miał 7 lat.
Augusta, fanatycznie religijna kobieta, chciała wychować chłopców stosownie do swojego surowego kodeksu moralnego. świat dla Augusty pełen był grzeszników i chciała uchronić od grzechu swoje dzieci przez codzienne czytanie i rozważanie biblii. Bez przerwy powtarzała swoim synom twierdzenia, że kobiety są niemoralne i rozwiązłe, mając nadzieję, że to zniechęci ich do jakichkolwiek seksualnych pragnień, i przez to uratuje ich przed ogniem piekielnym.
Augusta była dominującą i twardą kobietą, która wierzyła, że jej światopogląd jest jedynym słusznym i prawdziwym. Nie miała problemów z silnym narzuceniem swoich przekonań mężowi i synom.
George, słaby i mający zamiłowanie do alkoholu mężczyzna, nie miał nic do powiedzenia w kwestii wychowywania chłopców. Augusta gardziła nim i uważała za bezwartościowe stworzenie, które nie potrafi utrzymać stałej pracy i sama zajęła się opieką nad ich dziećmi. Brała na siebie nie tylko wychowywanie dzieci zgodnie ze swoimi wyobrażeniami ale również finansowe utrzymanie rodziny.
Zaczęła interesy w branży spożywczej w La Crosse w roku, w którym Eddie przyszedł na świat. To spowodowało spory dopływ pieniędzy i podniosło status materialny rodziny Gein. Pracowała ciężko i oszczędzała pieniądze aby mogli się przenieść w bardziej wiejskie tereny, z dala od zdemoralizowania jakie niosło ze sobą miasto i grzeszników je zamieszkujących. W 1914 roku przenieśli się do Plainfield, również w Wisconsin, na 195-cio akrową farmę odizolowaną od złych wpływów, które mogłyby rozbić rodzinę. Najbliżsi sąsiedzi byli oddaleni prawie o ćwierć mili.
Chociaż Augusta pilnie próbowała trzymać swoich chłopców z dala od świata zewnętrznego, to jednak nie udało jej się to do końca, gdyż musieli oni uczęszczać do szkoły. Postępy Eddiego w szkole były przeciętne, ale mimo to był bardzo dobry w czytaniu. To lektura przygodowych książek i magazynów pobudzała wyobraźnię Eddiego i pozwalała mu choć na moment uciec do swego własnego świata.
Dziwny Eddie
Koledzy szkolni unikali Eddiego ponieważ był zniewieściały i nieśmiały. Nie miał przyjaciół a kiedy próbował takowych zdobyć jego matka beształa go niesamowicie. Chociaż niechęć matki do zawierania przez niego przyjaźni smuciła go, to jednak uważał ją za wcielenie dobra i wypełniał jej surowe nakazy najlepiej jak potrafił.
Augusta rzadko kiedy była zadowolona ze swoich chłopców i często ich karała, myśląc, że ich przeznaczeniem było stać się życiowymi nieudacznikami jak ich ojciec. Podczas dojrzewania i przez wczesną dorosłość chłopcy pozostawali odizolowani od ludzi z zewnątrz i mieli tylko swoje własne towarzystwo.
Eddie był wpatrzony w swego starszego brata i widział w nim ciężko pracującego człowieka o silnym charakterze. Po śmierci ich ojca w 1940 roku podejmowali się dorywczych prac aby finansowo wesprzeć matkę i przyczynić się do utrzymywania farmy. Eddie starał się naśladować starszego brata i obaj byli postrzegani przez ludzi z miasteczka jako pracownicy godni zaufania, na których można polegać. Głównie pracowali fizycznie jako "złote rączki", a Eddie czasem również jako opiekun do dzieci sąsiadów. To właśnie opieka nad dziećmi sprawiała Eddiemu najwięcej satysfakcji, ponieważ z dziećmi łatwiej mu było się związać niż z rówieśnikami. Był pod wieloma względami społecznie i emocjonalnie opóźniony w rozwoju.
Henry martwił się o niezdrowy stosunek Eddiego do ich matki. Przy kilku okazjach Henry otwarcie krytykował matkę, co wstrząsało Eddiem. Eddie uważał swą matkę za czystą dobroć i martwiło go, że jego brat nie miał tego samego zdania na jej temat. To prawdopodobnie były te wydarzenia, które doprowadziły do przedwczesnej i tajemniczej śmierci Henry'ego w 1944 roku.
16 maja Eddie i Henry walczyli z pożarem traw, który miał miejsce niebezpiecznie blisko ich farmy. Według policji, obaj udali się w różne kierunki aby zgasić ogień. Podczas gaszenia zapadł zmrok i Eddie stracił Henry'ego z oczu. Gdy pożar został ugaszony Eddie przypuszczalnie zaczął się martwić o brata, który zniknął i zawiadomił policję.
Policja zorganizowała grupę poszukiwawczą i została zaskoczona, że Eddie poprowadził ich dokładnie do "zaginionego" Henry'ego, który leżał martwy na ziemi. Policjantów zastanowiło kilka okoliczności dotyczących tej śmierci. Na przykład Henry leżał na kawałku ziemi, który nie został tknięty przez ogień i miał stłuczenia na głowie.
Choć Henry został znaleziony w dziwnych okolicznościach, policja szybko odrzuciła możliwość zabójstwa. Nikt nigdy nie uwierzyłby, że nieśmiały Eddie był zdolny do zabicia kogokolwiek, a zwłaszcza swego brata. Później lokalny koroner zaprotokołował, że przyczyną śmierci było zaduszenie się.
Jedyną żyjącą osobą, która pozostała Eddiemu była jego matka i była ona jedyną osobą jakiej potrzebował. Niestety miał swoją matkę wyłącznie dla siebie jeszcze tylko przez krótki okres.
29 grudnia 1945 roku Augusta zmarła. Wstrząsnęło to światopoglądem Eddiego. Harold Schechter w swojej książce "Dewiant", opisuje, że Eddie "stracił jedynego przyjaciela i jedyną prawdziwą miłość. I był absolutnie sam na świecie."
Pozostał na farmie po śmierci matki i żył z niewielkich dochodów jakie przynosiły mu prace dorywcze. Pokoje, w których matka przebywała najczęściej, traktował jak relikwie i pozostawił nietknięte przez najbliższe kilka lat. Zamieszkiwał na niższym poziomie domu robiąc użytek z kuchni i małego pokoju tuż obok niej, którego używał jako sypialni.
Samotność a kobiety
Eddie spędzał czas na czytaniu magazynów poświeconych śmierci i przygodowych historii. Innym razem zagłębiał się w swoje dziwaczne hobby, z wizytami na cmentarzysku włącznie.
Po śmierci matki Eddie był coraz to bardziej samotny. Spędzał dużo ze swojego wolnego czasu na czytaniu pop-magazynów i książek o anatomii. Pokoje, w których mieszkał pełne były periodyków o nazistach i nie tylko. Ze swych lektur Eddie nauczył się wiele o procesie ekshumacji zwłok i o anatomii ludzkiego ciała. Te dziwaczne historie stały się jego obsesją i zaczął je opowiadać dzieciom, którymi się czasem opiekował. Eddiego cieszyła również lektura lokalnych gazet. Jego ulubioną sekcją były nekrologi.
To właśnie z nekrologów Eddie dowiadywał się o najnowszych przypadkach śmierci lokalnych kobiet. Nie mając jeszcze nigdy przyjemności towarzystwa osoby płci przeciwnej, zaspokajał swoje pragnienia odwiedzając w nocy groby. Chociaż później przysięgał policji, że nigdy nie miał stosunku płciowego z żadną ze zmarłych kobiet, które ekshumował ("pachniały zbyt brzydko"), to jednak kilka razy pozwolił sobie na przyjemność zdarcia z nich skóry i wkładania jej na siebie. Był ciekawy jak to jest mieć piersi i pochwę, często marzył też, że jest kobietą. Był zafascynowany kobietami z powodu ich siły i władzy jaką miały nad mężczyznami.
Zebrał całkiem sporą kolekcję części ludzkich ciał, która zawierała m.in. obcięte głowy. Pewnego razu odwiedził jego farmę młody chłopiec, którym się czasem opiekował. Potem powiedział, że Eddie pokazywał mu ludzkie głowy, które trzymał w swojej sypialni. Eddie twierdził, że to były osuszone głowy z Południowych Mórz (South Seas), pozostałości po łowcach głów.
Kiedy młody chłopiec opowiedział to co widział, wszyscy odprawiali go mówiąc, że ma zbyt dużą wyobraźnię. Nieco później ludzie zmienili zdanie, kiedy dwóch młodych mężczyzn złożyło wizytę na farmie Eddiego. Oni również widzieli poucinane kobiece głowy ale uznali je za dziwne kostiumy na Halloween. Zaczęły chodzić pogłoski i wkrótce większość mieszczan plotkowała o dziwnych obiektach jakie Eddie prawdopodobnie posiadał.
Jednak nikt nie brał tych historii poważnie dopóki nie zniknęła Bernice Worden. Ludzie często żartowali z Eddiego, że ma poucinane głowy a Eddie tylko się uśmiechał albo robił aluzje do posiadania ich w swoim pokoju. Nikt nie myślał, że mówi prawdę albo może nikt nie chciał uwierzyć, że to może być prawdą.
Zaginięcia
Podczas późnych lat 40-tych i 50-tych policja Wisconsin zaczęła odnotowywać rosnącą liczbę zaginionych osób. Były cztery sprawy, które całkowicie zmieszały policję. Pierwsza to zniknięcie ośmioletniej dziewczynki o nazwisku Georgia Weckler, która zniknęła wracając ze szkoły do domu 1 maja 1947 roku. Setki mieszkańców i policja przeszukiwały teren w odległości 10 mil od miejsca zniknięcia w poszukiwaniu młodej dziewczynki. Niestety, Georgii już nikt nigdy nie ujrzał ani nie usłyszał. Nie było dobrych podejrzanych i jedynym dowodem jaki miała policja były ślady opon znalezione niedaleko miejsca, w którym widziano Georgię po raz ostatni. ślady opon wskazywały na Forda. Sprawa pozostała nierozwiązana i nie ruszona przez kilka lat aż do czasu, kiedy skazano Eddiego Geina za morderstwo.
Inna dziewczynka zniknęła sześć lat później w La Crosse, w Wisconsin. Piętnastoletnia Evelyn Hartley opiekowała się dzieckiem kiedy zniknęła. Ojciec Evelyn próbował kilka razy się dodzwonić do domu, w którym miała być Evelyn ale nikt nie podnosił słuchawki.
Zaniepokojony, niezwłocznie pojechał do tego domu. Nikt nie reagował na dzwonek do drzwi. Kiedy zajrzał przez okno zobaczył jeden z butów swojej córki - Evelyn i jej okulary na podłodze. Próbował dostać się do domu ale wszystkie drzwi i okna były pozamykane. Wszystkie, oprócz jednego - okna do piwnicy z tyłu domu. To właśnie przy tym oknie znalazł plamy krwi. Osłupiały wszedł do domu i ujrzał ślady walki.
Natychmiast zawiadomił policję. Kiedy policja przyjechała do domu, znalazła więcej dowodów walki z plamami krwi na trawniku przed domem włącznie, jak również krwawy odcisk dłoni na sąsiednim domu, ślady stóp i drugi but dziewczyny w piwnicy.
Prowadzono lokalne poszukiwania ale Evelyn nie została nigdzie odnaleziona. Kilka dni później policja odkryła kilka zakrwawionych części odzieży należącej do Evelyn niedaleko autostrady na obrzeżach La Crosse. Spodziewano się najgorszego.
W listopadzie 1952 roku, dwóch mężczyzn zatrzymało się na drinka w barze w Plainfield, przed planowanym polowaniem na jelenia. Victor Travis i Ray Burgess spędzili w barze kilka godzin przed wyjściem. Tych dwóch mężczyzn i ich samochodu już nikt nigdy nie widział. Zostały przeprowadzone masowe poszukiwania, ale nigdzie nie było po nich śladu. Po prostu zniknęli.
W zimie 1954 roku właścicielka tawerny w Plainfield, Mary Hogan tajemniczo zniknęła ze swojego baru. Policja zaczęła podejrzewać przestępstwo kiedy odkryła na podłodze ślady krwi prowadzące na parking.
Policja odkryła też pusty nabój pistoletu na podłodze. Można było tylko spekulować co mogło się stać z Mary bo podobnie jak w czterech pozostałych przypadkach, nie było żadnych ciał i tylko małe, użyteczne dowody. Jedynym wspólnym mianownikiem dla zniknięć był fakt, że zostały dokonane w pobliżu albo w Plainfield, w Wisconsin.
17 listopada 1957 roku, po odkryciu pozbawionego głowy ciała Bernice Worden i innych okropnych rzeczy w domu Eddiego, policja rozpoczęła wyczerpujące przeszukiwanie pozostałych części farmy i okolicznych terenów. Wierzyli, że Eddie może być zamieszany w większą ilość morderstw i że ciała mogą być zagrzebane w jego ziemi, prawdopodobnie liczyli, że znajdą ciała Georgii Weckler, Victora Travisa i Ray'a Burgess'a, Evelyn Hartley i Mary Hogan.
Przesłuchanie
Podczas gdy na farmie trwały "prace wykopaliskowe", Eddie był przesłuchiwany w areszcie Wautoma County przez śledczych. Z początku Gein nie przyznawał się do żadnego z zabójstw. Jednak po ponad dniu milczenia zaczął opowiadać straszliwe historie jak zamordował panią Worden i skąd wziął części ciała znalezione w jego domu. Gein miał trudności z zapamiętaniem wszystkich szczegółów, ponieważ, jak mówił, był oszołomiony podczas planowania i dokonywania morderstw. Teraz przypomniał jak wyciągał ciało pani Worden do swojej ciężarówki - Forda - i kasę ze sklepu, i jak zabrał je do domu. Nie pamiętał, że strzelił jej w głowę z pistoletu kaliber 22, co - jak później wykazała autopsja - było przyczyną zgonu.
Zapytany o to skąd wzięły się w jego domu inne części ciał odpowiedział, że ukradł je z lokalnych grobów. Eddie przekonywał, że nie zabił żadnej z osób, których szczątki zostały znalezione w jego domu, poza panią Worden.
Jednak po dniach intensywnego wypytywania w końcu przyznał się do zabójstwa Mary Hogan. Znów twierdził, że był oszołomiony w czasie gdy mordował i nie pamiętał dokładnych detali tego co się wydarzyło. Jedyne co pamiętał to fakt, że przypadkowo ją zastrzelił.
Eddie nie okazywał żadnych oznak skruchy czy emocji podczas wielogodzinnego przesłuchania. Kiedy mówił o morderstwach i o nocnych eskapadach, kiedy okradał groby, mówił bardzo rzeczowo, czasem nawet z lekką ironią. Nie miał pojęcia o potworności swoich zbrodni.
Zdrowie Geina stało pod znakiem zapytania i sugerowano, że podczas procesu może zostać uniewinniony z powodu obłąkania. Gein przeszedł serię psychologicznych testów, z których wynikało jasno, że był emocjonalnie osłabiony. Psychologowie i psychiatrzy, którzy z nim rozmawiali zapewniali, że był schizofrenikiem i "seksualnym psychopatą".
Jego stan przypisywano niezdrowym stosunkom jakie miał z matką i jego wychowaniu. Gein najwidoczniej cierpiał z powodu różnych uczuć co do kobiet, jego naturalnego zafascynowania seksualnego i nienaturalnego podejścia, które wszczepiła mu matka. To miłosno-nienawistne uczucie rosło ciągle i ostatecznie wyolbrzymiło się w rozwiniętą psychozę.
Podczas gdy Eddie przechodził przez kolejne testy i przesłuchania, śledczy kontynuowali przeszukiwanie okolic jego farmy. Policja odkryła w tym obszarze szczątki dziesięciu kobiet. Pomimo zapewnień Eddiego, że pozostałe części ciała ośmiu kobiet to właśnie te zabrane z pobliskiego cmentarza, policja była nastawiona sceptycznie.
Wierzyli, że jest wielce prawdopodobnym fakt, że szczątki pochodzą z ciał kobiet, które Eddie zamordował. Jedynym sposobem na stwierdzenie czy rzeczywiście te szczątki pochodzą z cmentarza było zbadanie tych grobów, które Eddie rzekomo okradł.
Po wielu kontrowersjach co do moralności ekshumacji ludzkich ciał, policja ostatecznie otrzymała pozwolenie na odkopanie grobów, o których Ed mówił, że z nich wziął znalezione szczątki. Wszystkie trumny nosiły ślady włamań. W większości przypadków brakowało ciał, albo ich części.
Kolejne odkrycie ciała pozwoliłoby nabrać pewności co do tego, że Ed zabił więcej osób. 29 listopada, na farmie Eda, policja wykopała zwłoki kolejnej ofiary. Prawdopodobnie było to ciało niejakiego Victora Travisa, który to zaginął kilka lat temu. Pobrano próbki do analizy i okazało się, że szkielet nie należał do Travisa. Były to zwłoki dosyć tęgiej kobiety, w średnim wieku, kolejnej zabranej z cmentarza.
Pomimo starań, policja nie potrafiła połączyć osoby Eda z zaginięciami Victora Travisa i trzech innych ludzi, które to osoby zaginęły w okolicy Plainfield. Póki co, Ed odpowiadał tylko za morderstwa Bernice Worden i Mary Hogan.
Sława
Kiedy policja ujawniła to co znalazła na farmie Eda, wieści te szybko zaczęły się rozprzestrzeniać. Reporterzy z całego świata zaczęli przyjeżdżać do tego małego miasteczka w Wisconsin. Plainfield stało się sławne, Eddie stał się sławny.
Psychologowie z całego świata zaczęli zastanawiać się co kierowało Edem. W latach pięćdziesiątych, jego przypadek był bardzo sławny. Jego sprawa ta była typowym przykładem przypadku tak zręcznie łączącego w sobie nekrofilię, transwestytyzm i fetyszyzm. Nawet dzieci które znały wyczyny Eda śpiewały o nim piosenki i opowiadały żarty. Te żarty miały nawet swoją nazwę, "Geiner's" i szybko stały się popularne na całym świecie.
W Plainfield mieszkający tam ludzie przezywali istny najazd reporterów, zasypujących ich pytaniami o Eda. Niektórzy z nich dali się wciągnąć w ta manię, i stawali się płatnymi informatorami. Plainfield stało się znane na świecie jako miasteczko niesławnego Eda Geina.
Większość ludzi mówiła o Edzie same dobre rzeczy, niektórzy mówili, że jest normalnym człowiekiem. Niczym się nie wyróżniał. 'Miał dziwne zęby i równie dziwne poczucie humoru.' Nikt nie sądził, że może popełniać tak okrutne zbrodnie. Jednak prawda była zupełnie inna. Ten mały, nieśmiały, spokojny człowiek był tak naprawdę mordercą, niszczącym groby zboczeńcem.
Po tym jak Ed spędził trzydzieści dni w zakładzie dla umysłowo chorych, po tym jak został uznany za niepoczytalnego, nie mógł być sądzony jako winny morderstwa pierwszego stopnia. Ludność z Plainfield wyrażała swoje niezadowolenie, ludzie mówili, że Ed nie byłby w stanie zamordować pani Bernice Worden. Póki co, była tam mała grupa ludzi którzy mogli wpłynąć na decyzję sądu. Eddie został przeniesiony do Central State Hospital w Waupun, w stanie Wisconsin. Jego farma została wystawiona na aukcję, razem z resztą rzeczy które do niego należały.
Tysiące ciekawskich ludzi przybyło do Plainfield by zobaczyć co zostało wystawione na aukcję. Kilka jego rzeczy zostało sprzedanych, między innymi samochód, meble, instrumenty muzyczne. Spółka która się tym zajmowała pobierała od każdego ciekawskiego opłatę wysokości 50 centów. Mieszkańcy Plainfield byli tym faktem oburzeni. Uważali że dom Eda staje się 'muzeum obłąkanego' i mieli nadzieje, że władze miasta szybko coś z tym zrobi, że to zakończy. Mimo tego, że spółka została zmuszona do zaniechania pobierania opłat, mieszkańcy nadal byli niezadowoleni.
Wczesnym rankiem, 20 marca 1958 na farmę Eda została wezwana straż pożarna. Dom Eda stał w płomieniach. Wokół było pełno gapiów. Policja była pewna, że za pożar odpowiedzialni są właśnie ci ludzie, gdyż w domu nie było żadnej instalacji elektrycznej, która mogła doprowadzić do pożaru. Pomimo dochodzenia w tej sprawie, nigdy nie znaleziono winnych.
Gdy Ed dowiedział się o pożarze, powiedział zwyczajnie: "Tak bywa".
Chociaż ogień zniszczył większość, z tego co należało do Eda, wiele rzeczy udało się ocalić. To co zostało, nadal sprzedawane było na aukcji. Jak już wspomnieliśmy, jego Ford sedan z 1949 został sprzedany za 760 dolarów. To ten sam Ford, którego Ed używał do przewożenia zwłok. Wszyscy chcieli mieć ten samochód. Człowiek który kupił to auto, później wystawiał go na widok publiczny, zarabiając na tym 'samochodzie demona Geina'. Ludziom z Plainfield wydawało się, że fascynacja Edem nigdy się nie skończy.
Więzień doskonały
Po spędzeniu dziesięciu lat w zamkniętych zakładach dla obłąkanie chorych, sąd uznał, że Ed może mieć proces. Postępowanie rozpoczęło się 22 stycznia 1968 roku. Proces miał zdecydować czy Ed był winny, czy tez nie - z powodu swojej choroby umysłowej - był winny śmierci Bernice Worden. Właściwy proces rozpoczął się 7 listopada 1968 roku.
Ed uważnie przyglądał się siedmiu świadkom. Byli to pracownicy laboratorium, w którym przeprowadzono autopsję Bernice, były i ówczesny szeryf. Dowody które zostały zgromadzone przeciwko Eddiemu pozwoliły sędziemu podjąć decyzje już po tygodniu. Eddie został uznany winnym morderstwa pierwszego stopnia. jednak z powodu tego, że uznano go niepoczytalnym podczas popełniania morderstwa, po pewnym czasie został uznany za nieświadomego swego czynu i niejako 'oczyszczony' z winy. Po skończonym procesie został przewieziony do zamkniętego stanowego zakładu dla osób chorych psychicznie.
Rodzina Bernice i Mary, jak również rodziny ludzi których groby zostały zniszczone nigdy nie uważały by sprawiedliwości stało się zadość. Uważali, że Ed uniknął kary ponieważ opłacił sądy. Jednak ci ludzie nic nie mogli zrobić by cofnąć, by zmienić decyzję sądu.
Eddie miał pozostać w szpitalu, gdzie mógł spokojnie wydawać zarobione pieniądze, gdzie mógł spokojnie żyć. Żyć szczęśliwie i komfortowo.
Oto krótki opis Eda jako pacjenta:
Eddie był w szpitalu szczęśliwy, może nawet szczęśliwszy niż kiedykolwiek w życiu. Dość dobrze dawał sobie radę z innymi pacjentami, ale większość przemyśleń zatrzymywał dla siebie. Nadal był wytrwałym czytelnikiem. Lubił regularne rozmowy z psychologami i swoją pracę - polerowanie kamieni i inne formy terapii zajęciowej. Rozwijał swoje zainteresowania i pozwolono mu wydawać zarobione pieniądze na niedrogie drobiazgi.
Ogólnie rzecz biorąc Eddie był bardzo uprzejmym, pojętnym pacjentem, jednym z niewielu, których 'szaleństwa' nie trzeba było nigdy zwalczać lekami. W każdym razie, potrafił w niepokojący sposób ciągle gapić się na pielęgniarki i personel płci żeńskiej w ogóle, który zastanawiał się nad jego światopoglądem - ciężko było w ogóle stwierdzić, że był jakoś szczególnie zwariowany...
Dyrektor szpitala zapewniał reporterów, że Gein był wzorowym pacjentem. 'Gdyby każdy z pacjentów był taki jak Eddie, nie mielibyśmy w ogóle z nimi problemów.'

26 lipca 1984 roku, po wieloletniej walce z rakiem, Ed Gein zmarł. Został pochowany na cmentarzu w Plainfield, obok swojej matki, niedaleko grobów, które przed laty niszczył.

Wstęp
"...lubiłem pić ciepłą krew i zabijałem jak nikt inny z Krakowa..."

Prawie świtało, gdy Karol z rodzicami zakończył świętować zdaną maturę. Spałby więc jeszcze, ale nie mógł znieść łomotania do drzwi.
- Obywatel Karol Kot? - spytał wytworny jegomość, w nienagannie skrojonym płaszczu, stojący w otoczeniu kilku cywili.
- Tak słucham - odparł młodzieniec.
Funkcjonariusze milicji, którym polecono doprowadzenie 19-letniego Karola Kota do komendy , zdumieli się. Zobaczyli przed sobą sympatycznego chłopca, o niezwykle przyjemnej twarzy, miłego i grzecznego, którego powierzchowność musiała budzić zaufanie.
- Jesteśmy z milicji, obywatel jest zatrzymany, proszę się ubrać, jedziemy do komendy - padła zwyczajowo powtarzana formuła.
- Panowie, ale o co chodzi? - zdziwił się Karol.
- Wyjaśnimy na miejscu - uspokajali policjanci.
- No dobrze, ale tylko szybko wyjaśniajcie, bo złożyłem papiery do Wyższej Szkoły Oficerskiej i chcę w terminie przystąpić do egzaminów wstępnych.
Tymczasem do wyjaśnienia zebrało się sporo, na początek dwa dokonane zabójstwa, cztery usiłowania oraz jedna groźba zabójstwa. Gdy w komendzie zdradzono o co chodzi Karol Kot nie zaprzeczył temu. Przyznał się również przed prokuratorem. Nie były to zresztą wszystkie krwawe owoce jego krótkiego życia.
12 lipca 1966 Kraków odetchnął. Komunikaty prasowe obwieściły bowiem o wielkim sukcesie, o ujęciu szalejącego od dwóch lat potwora. Skończył się dręczący niepokój, ustąpił paniczny strach i groza. W każdym przecież zaułku, w każdej bramie i klatce schodowej, w każdym miejscu i o każdej porze czaił się złowieszczy cień tego zwyrodnialca. W najmniej spodziewanym miejscu czyhała z jego ręki nagła śmierć. Ból i dramat tych, których dosięgnął, były udziałem wszystkich. Błyskawiczne ciosy jego noża godziły w mieszkańców Krakowa, w ich serca i poruszały do głębi sumienie każdego. Kraków żył dotąd w ustawicznym napięciu, drżał przed następnym atakiem, zastanawiając się kto będzie następną ofiarą potwora. Wszyscy głęboko przeżywali i wstrząsającą okrutną śmierć zaledwie 11-letniego Leszka, 8 kłutych ran których doznała malutka Małgosia, cios noża zadany w przedsionku Klasztoru, który trafił w serce zniedołężniałej staruszki, nagłe bolesne uderzenie nożem w plecy innej starszej kobieciny powodujące trwałe kalectwo, ból jaki dosięgnął jeszcze inną kobietę po ugodzeniu ją nożem podczas modlitwy w kościele. Następną ofiarą mogło być każde dziecko i każda bezbronna staruszka. Wiele kobiet, zwłaszcza starszych, wkładało pod ubrania metalowe płyty, poduszki, albo inne przedmioty aby chronić swoje życie przed ciosami wampira. Kraków miał zawsze "szczęście" do głośnych morderstw, ale jeszcze nigdy dotąd nikt nie targnął się na życie dzieci. Karol Kot był pierwszym. Toteż komunikat o jego pojmaniu wywołał spodziewaną reakcję. Telefony, listy, osobiste wizyty mieszkańców Krakowa w KW MO z podziękowaniem za ulgę, za przywrócenie bezpieczeństwa dzieciom i starszym nie miały końca. Wszystkich intrygował jednak wiek mordercy, zastanawiano się, w którym momencie zrodziło się to, co wyzwoliło w nim zbrodniarza. Przecież chodził do szkoły, zdał maturę. Pytano czemu nikt w porę nie wytrącił mu noża z ręki, gdzie byli rodzice, koledzy, wychowawcy, a w konsekwencji czy ofiary te były konieczne.
Spodziewano się, że na te pytania odpowie proces. Tak się niestety nie stało, przeszkodziła temu postawa oskarżonego. Rozprawa rozpoczęła się 3 maja. Urząd prokuratorski zarzucił Kotowi 2 zabójstwa dokonane, 10 zabójstw usiłowanych (w tym 6 przez otrucie) oraz 4 zbrodnicze podpalenia. W toku przewodu przesłuchano 64 świadków oraz wysłuchano opinii biegłych psychiatrów.
Przemówienia stron trwały wiele godzin. Prokurator Zygmunt Piątkiewicz, wnosząc o wymierzenie Karolowi Kotowi kary śmierci, powiedział na zakończenie : "(...) Niech wyrok Wasz Obywatele sędziowie, wyrok jedyny jaki może zapaść w tej strasznej, ponurej sprawie (...) usunie raz na zawsze rozpostarty nad Krakowem cień krwawego wampira, przywróci poczucie bezpieczeństwa w starych zaułkach naszego miasta, da satysfakcje tak strasznie sponiewieranemu poczuciu prawnemu i moralnemu społeczeństwa, przywróci zachwianą wiarę w człowieczeństwo natury ludzkiej. A zarazem wyrok Wasz - który z tej koszmarnej od oparów zbrodni sali, za pośrednictwem prasy, radia i telewizji wybiegnie na szeroki słoneczny świat, od krańca po kraniec Polski - niech będzie też groźnym memento - ostrzeżeniem dla wszystkich tych tchórzliwych bohaterów, którzy kierując się egoistycznymi pobudkami, poważyli się targnąć na najwyższe dobro społeczne, jakim jest życie człowieka, targnąć na życie staruszek, targnąć na życie dzieci!!!"
Wyrok ogłoszono 14 lipca 1967 roku. Przewodniczący składu orzekającego - sędzia Sądu Wojewódzkiego A. Olesiński, uzasadniając skazanie Karola Kota na karę śmierci, powiedział, ze: ,,(...) czyny, jakie oskarżony popełnił wykazują, ze jest groźniejszy od dzikiej bestii, bo obdarzony rozumem, (...) ten drugi jego życiorys pisany był męczeństwem, cierpieniem i krwią niewinnych ofiar, życiorys ujawniający cechy okrucieństwa i narastającego chłodu uczuciowego, życiorys, którego treścią było zabijanie, niszczenie, podpalanie i trucie (...)." Wyrok uspokoił społeczeństwo Czyny Kota tak mocno wstrząsnęły miastem, że nie było człowieka, który miałby choć cień litości dla tego zwyrodnialca. Długo jeszcze powtarzano słowa prokuratora Piątkiewicza: "Kot urodził się na nieszczęście ludzi, na swoje własne i swoich bliskich."
Przypadek Karola Kota nie dawał jednak spokoju tym, którzy chcieli go poznać, chcieli wiedzieć, kim był naprawdę, wtargnąć do jego mrocznego wnętrza i rozszyfrować psychikę, tym, którzy szukali jego prawdziwej twarzy. Licząc na więcej szczerości ze strony Karola Kota aniżeli okazał na rozprawie, przeprowadzono z nim wiele rozmów. Karola Kota zobaczyłem po raz pierwszy na sali rozpraw. Wiedziałem już o nim sporo od prokuratora, z gazet i z opowiadań funkcjonariuszy MO. Ciągle jednak czegoś brakowało w wiedzy o nim. Jaki jest zwyrodnialec prywatnie, w rozmowie sam na sam, czy jest równie nonszalancki, cyniczny i zadufany w sobie, jak to pokazał przed sądem?
Niektóre fragmenty rozmowy z nim zachowałem do dzisiaj.
Wywiad
- Kilka miesięcy temu Sąd Wojewódzki w Krakowie skazał Pana, nieprawomocnym co prawda wyrokiem, na karę śmierci. Rozmowy na którą się Pan zgodził, proszę nie traktować jako objawu współczucia czy wyróżnienia. Z tego bowiem co wiem, Pana młode życie pisane było suto krwią, sprowadziło wiele nieszczęść, bólu i strachu , niewarte jest przypomnienia. Jeśli jednak powracam do niego, to jedynie dlatego, ze, chcąc ustrzec się podobnych przypadków należy bliżej poznać Pana, poznać Pana poglądy na wiele spraw i w ten sposób może doszukać się prawdziwej Pana twarzy i znaleźć źródła zbrodniczej działalności.

- Mój przykład jest ostatnim w historii tego miasta; lepszego ode mnie nie będzie, choć jestem przegrany. Niewiele dni mi zostało, może to i moja ostatnia rozmowa. Co chce Pan wiedzieć?

- Proszę powiedzieć coś o sobie.

- No cóż, chyba się najpierw urodziłem. Było to krótko przed gwiazdką 1946 r. Tu w Krakowie. Jestem spod znaku Koziorożca, przez 8 lat byłem jedynakiem. Potem urodziła się siostra. Matka nie pracowała, nie chodziłem do przedszkola. Łatwo zaliczyłem podstawówkę i startowałem do technikum łączności. Z braku miejsc nie zostałem jednak przyjęty. Długo nie mogłem tego zrozumieć. Potem zdawałem do technikum energetycznego na Loretańskiej. Przyjęli mnie. Chodziłem tam aż do zdania matury.

- Czy Pan chorował w tym czasie, gdzieś się leczył?

- Pamiętam, że mając 10 lat zachorowałem na dyfteryt. Leżałem nawet w szpitalu. Poza tym zawsze byłem sprawny i zdrowy, jak żołnierz.

- Jak szła nauka?

- Nigdy nie miałem kłopotów. Lubiłem przedmioty techniczne. Byłem średnim uczniem. W technikum byłem słaby z języka polskiego i z przedmiotów elektrycznych. Niepowodzenia w nauce przezywałem mocno. W ostatniej klasie w budzie przeżyłem załamanie psychiczne, bo miałem poprawkę z "polaka". Matka chciała nawet zaprowadzić mnie do psychiatry.

- Czy należał Pan do szkolnych organizacji?

- Tak. byłem członkiem ZMS, LOK. a od czwartej klasy należałem nawet do ORMO przy Komendzie Dzielnicowej Kraków - Stare Miasto.

- W czasie rozprawy mówił pan na temat swojego niecodziennego hobby.

- To długi temat, pewno nie skończylibyśmy go omówić do kolacji powiem tytko, że interesowało mnie to, co służy na wojnie niszczeniu człowieka i jego dobrobytu, a wiec: trucizny, noże, broń palna oraz sposoby ich najskuteczniejszego używania. Miałem sporą kolekcję noży : finki, noże sprężynowe, monterskie, rybackie i inne. Milicja zwinęła mi 17 sztuk. Należałem do sekcji strzeleckiej w klubie "Cracovia". Byłem najlepszym strzelcem z k.b.k.s. w Krakowie. Zbierałem atlasy medyczne i podręczniki z medycyny sądowej, studiowałem przebieg żył i umiejscowienie narządów, których rażenie powoduje nagłą śmierć. Czy Pan wie, że najłatwiejsza droga do serca prowadzi przez plecy?

- Miał Pan też wiele szczególnych upodobań.

- Widzę, ze coś Pan wie o tym, wiec w skrócie. Przyjemność sprawiał mi widok zarzynanych zwierząt i ich rozbierania. Z rodzicami jeździłem na wakacje do Pcimia (to taka dziura pod Myślenicami). Było nudno, chodziłem więc do tamtejsze] rzeźni i asystowałem przy zabijaniu cieląt. Lubiłem ten widok i w końcu zasmakowałem w cieplej krwi. Piłem krew z cielęcia i wieprza. Dawali mi rzeźnicy, ile chciałem. Wiedziałem, ze ich to bawiło, i dziwili się mi, a ja z tego korzystałem. Zabijałem potem żaby. kury, gawrony, krety i cielęta. Matka o tym nic nie wiedziała, a dla niepoznaki odmawiałem jej zabicia ryby czy drobiu na obiad, choć to powstrzymywanie się dużo mnie kosztowało, bo przecież tak lubiłem wydłubywać oczy ptakom, pruć ich flaki i lizać krew. Inne upodobanie, to namiętne rysowania noży, gilotyn, szubienic i broni palnej. Gdy wiatrówkę miałem w domu strzelałem do książek, do mięsa, które matka przynosiła na obiad, aby zbadać energię i siłę pocisku. Dobrze operowałem nożem. Nosiłem go zawsze ze sobą. Wiele ćwiczyłem, np. refleks wyrabiałem sobie, uderzając nożem między swoimi rozłożonymi palcami Doszedłem do takiej wprawy, że przebijałem na wylot 3 cm deskę. Bardzo lubiłem niszczyć bilon. Miałem tego całą kolekcję. Rzucałem nożem do kart od gry - zawsze wybierałem na ofiary damy. Od czwartej klasy ćwiczyłem karate. Zbierałem tez truciznę, bo to przecież jeden z rodzajów broni wojskowej. Miałem także proch strzelniczy.

- Co na to mówili koledzy, nauczyciele, rodzice?

- Wszyscy traktowali moje upodobania jako niewinne dziwactwa. Koledzy z klubu byli zdania, że rzucanie nożem to takie samo ćwiczenie, jak wiele innych. Kiedy zaś nauczycielka w technikum odebrała mi nóż, którym dziobałem po ławce, powiedziała coś w rodzaju, ze jestem za duży na zabawy w Indian. Rodzice też nie mieli nic przeciwko temu, matka nigdy nie odmawiała forsy na nabycie nowego noża lub na jego zrobienie. Wiedziałem, ze się cieszyli, ze syneczek ma jakieś zamiłowanie.

- Czy były takie osoby, którym Pan ufał, komu się zwierzał? Jakie było miejsce w tym rodziców?

- Pewnie że miałem, byłem przecież normalnym człowiekiem. Najbliższe mi osoby to rodzice, dwóch kolegów szkolnych, koleżanka klubowa oraz trener klubu strzeleckiego "Cracovia". Matka była mi bliższa od ojca. Miałem odwagę zwracać się do niej o usprawiedliwienie opuszczonych lekcji. Była nieraz zła na mnie, gniewała się, ale pisała fałszywe oświadczenia tłumaczące moją nieobecność. Jej zwierzałem się z niepowodzeń, mówiłem o tym, że koledzy mi dokuczają. W ogóle to rodzice nie mieli zbyt wiele czasu dla nas. Bardziej zajęci byli pracą zawodową i społeczną. Poniekąd ich rozumiałem, przecież nawet się nie domyślali, kim jestem naprawdę, pamiętam, że jak w domu czytaliśmy o kolejnych napadach wampira, to matka mówiła, ze jest to wyjątkowy drań, ojciec był podobnego zdania, powiedział kiedyś "tylko drań może zdobyć się na takie ohydne czyny". Co ja wtedy sobie myślałem, to łatwo się domyśleć. Byłem zwyczajnym chłopcem, może nie geniusz, ale i nie głupi, choć przepraszam, w sprawach wojskowych nie było w szkole większego znawcy ode mnie. Do rodziców miałem pretensje tylko o jedno - że więcej kochali moją siostrę. Była ode mnie młodsza o 8 lat. Nie powiem, tez ją lubiłem, troszczyłem się o nią jak była mała. Gdy trochę podrosła, denerwowała mnie, z byle powodu ją karciłem, gdy rodziców nie było w domu, bo u mnie dyscyplina wojskowa to rzecz pierwsza i święta. Biłem ją też, aby się wyładować po jakichś niepowodzeniach na strzelnicy czy w budzie. Tłukłem ją czym popadło - ręką, paskiem a nawet kiedyś, pamiętam, wieszakiem. Waliłem byle gdzie, kiedyś o mało nie wybiłem jej oka. Gdy beczała, zamykałem ją w pokoju, jak żołnierza, który przeskrobał, wsadza się do celi. Jak już mówię o pretensjach do rodziców, to powiem Panu, ze nie zapomnę to im tego, iż nie chcieli kupić mi skórzanej kurtki strzeleckiej. Wiem, ze nie było ich stać na to, była droga, ale przecież jak ja chciałem, to powinno być to ważniejsze. Proszę nie myśleć, ze byli chytrusami, o nie, regularnie dawali mi przecież kieszonkowe, a gdy np. zapragnąłem sportowego karabinka, to mi kupili. Widzi Pan dlaczego nie mogę im wybaczyć tej kurtki. 2 kolegów poważałem, Roberta i Andrzeja. Przychodzili do mnie, razem się uczyliśmy, ale w ogień za nimi bym nie skoczył. Gdy będę już tam, w grobie, wspominać będę sobie o moim trenerze klubowym, był to fajny chłop. Nie poznał się na mnie, tak jak i rodzice. Wyróżniał mnie ze wszystkich, może dlatego że miałem talent, ze byłem najlepszym strzelcem. Zrobił mnie nawet swoim zastępcą do spraw gospodarczych sekcji. Miałem więc klucze od Pomieszczeń, w których przechowywany był sprzęt i amunicja. To wszystko było moje, mogłem wytłuc cały Kraków, a wie Pan, że tego nie zrobiłem. Trenerowi dużo pomagałem. Bywałem u niego w domu. Miał on syna jedynaka i nieraz mówił do niego "..popatrz, bierz przykład z Karola, chcę żebyś był taki, jak Karol". Kiedy coś przeskrobał, to trener kazał mi go karcić, nieraz więc złoiłem mu skórę. Trener był mądry chłop, literat i malarz, ale nie wiedział, ze jego syneczek był na mojej liście straceń, tyle że nie na medalowym miejscu. Gdy czytałem akta śledztwa, widziałem pismo trenera wystosowane do Ministerstwa Sprawiedliwości i paru innych osobistości, w którym protestował przeciwko mojemu aresztowaniu. Szczerze się uśmiałem. Ale i on chyba przejrzał, bo w kilka miesięcy później przysłał mi list pełen oburzenia i wymówek. Pisał, abym odpiął odznakę sportową i ją oddał, bo niegodny jestem miana sportowca, i wiedział on o moim zamiłowaniu do noży, nawet sam dał mi swój nóż fiński, za to zrewanżowałem mu się później i podarowałem nóż z zakrzywioną rękojeścią. Dajmy mu spokój i tak dostał za swoje. Bardziej szkoda mi mojej dziewczyny. Była ode mnie starsza. Studiowała sztuki piękne. Poznałem ją na treningach. Była to miłość platoniczna, nie skonsumowana, choć bardzo tego chciałem. Jej perswazje łagodziły moje zapędy. Ona znała moją tajemnicę. Zimą 1966 r. w czasie pobytu w Tyńcu pod Krakowem zwierzyłem jej się za swoich skłonności sadystycznych, mówiłem jej, że zadawanie ran sprawia mi przyjemność. Zresztą doznała tego na sobie. Kiedyś znów pojechaliśmy do Tyńca. Chciała coś tam rysować. Szliśmy jakimś wałem, przewróciłem ją na ziemię i przytknąłem nóż do jej gardła. Powiedziałem, że ją zabiję. Była spokojna, mówiła, że to nie ma sensu, przecież ludzie znajdą ciało, a milicja mnie złapie, bo wiadomo, że byłem z nią. Darowałem jej życie, jednak gdy wracaliśmy, znów ją dusiłem, ale ponownie puściłem ją wolno. Widziałem, że moje zachowanie traktowała jako żart, wtedy pokazałem jej szkło, które miałem w kieszeni. Zgłupiała kompletnie, a ja mówię, że przygotowałem je po to, aby po morderstwie poprzecinać jej żyły i upozorować czyn samobójczy, a potem ciało rzucić do rzeki. Gdyby ją znaleźli, wszyscy by potwierdzili, ze z miłości do mnie to zrobiła. Przeraziła się wtedy chyba na dobre. Następnego dnia namówiła mnie, abym poszedł z nią do lekarza. Dali mi jakieś witaminy. Więcej już nie byłem i powiedziałem jej, że i tak to już za późno. Ona jedna wiedziała przed napadem na tę małą, chyba Małgosię, ze muszę kogoś zgładzić. Wtedy jeszcze nie dowierzała. Nie mogłem jej zawieść, więc jak powiedziałem, tak zrobiłem.

- Jaki miał pan stosunek do nauczycieli?

- Szanowałem wszystkich, byłem zdyscyplinowany i usłużny. Pilnie wykonywałem różne ich polecenia. Bywało też, że informowałem ich o różnych wybrykach kolegów. Gdy to się wydało, mówili na mnie "donosiciel". Byłem średnim uczniem, nie mieli ze mną kłopotu. Myślę, ze ładnie ich zaskoczyła wiadomość o moim aresztowaniu.

- Porozmawiajmy teraz choć chwilę o koleżankach z klasy, z klubu.

- Tak na dobrą sprawę nie miałem prawdziwej dziewczyny bo tak myślę, czy plastyczka, o której mówiłem, była rzeczywiście moja. Nazywali mnie w związku z tym "Lolo erotoman' Byłem chyba wulgarny wobec koleżanek. Jak się nawinęły, klepałem je po pośladkach.

- Miał Pan jakieś zwierzęta?

- W domu mieliśmy dwa koty. Były to koty siostry. Może dlatego znęcałem się nad nimi. Kopałem je, rzucałem z pokoju do pokoju, uderzałem o ścianę. Nie mogłem natomiast patrzeć jak prowadzili na rzeź cielęta, jak zabijano kury i świniaki. Płakałem jak bóbr. Może dla złagodzenia ich bólu i ze współczucia lubiłem ich krew. To prawdziwy napój bogów. Świadomość, że pijesz krew. która przed chwilą była żywa, to coś wzniosłego. Wy, którzy zostajecie wśród żywych, nie pojmiecie tego, zrozumieć to mogą tylko wybrani. Ja byłem naznaczony na tej ziemi, aby to odczuwać i sycić swój organizm odchodzącym życiem innych istot.

- Szkoła to nie sama nauka, jest tez czas na zabawy, na uczestnictwo w kółkach zainteresowań, a jak to było z Panem?

- Nie należałem do żadnych kółek, bo nie było takich, które mnie interesowały. Wyżywałem się więc w przerwach między nauką i na wspólnych wycieczkach. Jak już mówiłem, zaczepiałem dziewczyny, ale przede wszystkim sprawdzałem swoje umiejętności na kolegach. Zaskakiwałem ich od tylu i dusiłem. Kiedyś Jackowi zarzuciłem sznurek na szyję i tak ścisnąłem, ze przez wiele dni miał ślad na szyi, albo Mańka podduszałem przewodem elektrycznym. Czerwienił się, dusił, ale oswobodzić się nie mógł - taką miałem wprawę. Zabawiałem się w Indian, wydawałem dzikie okrzyki, fingowałem atak, składałem ręce, jakbym celował. Nosiłem z sobą noże, wyciągałem je zawsze na przerwie i pozorowałem rozpruwanie ciała, podrzynanie gardła, zadawanie ciosów. Chciałem pokazać, aby się mnie bali, dziewczynom chciałem tym zaimponować, bo one lubią brutali, i to najbardziej te niewinne, nieśmiałe, co to nie wiedzą rzekomo, po co są stworzone. Lubiłem jak piszczały, chowały się, podniecało mnie to. Goniłem je wtedy a jak dopadłem, udawało mi się nieraz dotknąć ich miejsc niedostępnych i osamotnionych. Dziewczyny mi się podobały. Planowałem różne orgietki z nimi, ale nie zdążyłem ich zrealizować. Wyjeżdżałem też na wycieczki ze szkołą. Byliśmy kiedyś w Oświecimiu. Zachwyciła mnie organizacja i idea obozów koncentracyjnych. Ja wymyśliłbym jeszcze okrutniejsze tortury.

- Przyzna Pan, ze nie było to normalne zachowanie, czy spotykały Pana za to jakieś przykrości?

- Na początku budy może tak, ale później - niechby się jakiś znalazł. Choć już w II klasie, gdy pobił mnie silniejszy Janusz, nie dałem za wygraną, wyciągnąłem nóż i zraniłem go w rękę. Już od wtedy wiedzieli, że ze mną to nie przelewki. Wiedzieli, że jestem silny, na ich oczach przebijałem nożem ławki i rzucałem nim celnie, czego oni nie potrafili. W związku z moimi licznymi upodobaniami różnie mnie nazywali. Przede wszystkim byłem określany jako "Lolo" lub "Lolek", do tego dodawali "rozpruwacz", "krwawy" "erotoman", "wariat", "benzyna". Sam nazywałem siebie: "Lolo-rozpruwacz", "Lolo-pirotechnik", "Anastazja" i "AI Capone". Mnie to nie obrażało, no może poza przezwiskiem "Lolo-donosiciel", choć była to prawda.

- No tak, prawda boli najbardziej. Pomówmy teraz o Pana marzeniach i planach życiowych.

- Zaskoczę Pana. Byłem cholernie ambitny, chciałem być kimś, mieć dobre stanowisko, coś znaczyć w tym społeczeństwie. Pierwszym moim marzeniem było zostać komandosem. Przypadła mi do gustu ich odwaga, zimna krew, żelazna dyscyplina i twarde życie. Potem marzyłem o karierze wojskowej, chciałem skończyć szkołę oficerską i zostać wysokim dowódcą. Złożyłem nawet podanie do takiej szkoły. Z moich marzeń zdążyło się spełnić jedno, chciałem i byłem katem ludzi, choć myślałem o większej rzezi, o prawdziwym dużym krematorium. Gdyby była wojna, chciałbym być szefem obozu koncentracyjnego, obcinałbym piersi kobiet i kładł je pod hełmy żołnierzy, aby nie uciskały ich w głowę. Marzyły mi się masowe mordy w komorach gazowych, łapanki, ćwiartowanie ludzi. Chciałem wymordować wszystkie kobiety, może poza dwoma - moją siostrą i kuzynką. Niestety, nie zdążyłem. Nie wiem , kto na tym stracił.

- Ciekaw jestem Pana poglądów i rozumienia pewnych pojęć i zjawisk; czy wie Pan, że morderstwo jest czynem potępianym?

- Wiem dobrze, o ile pamiętam, to kodeks zakazuje takiego rozstawania się ludzi z życiem.

- Jak Pan ocenia swoje czyny?

- Nie mam i nie miałem żadnych obiekcji moralnych.

- Co to w takim razie jest postępowanie etyczne, zgodne z moralnością?

- Według mnie jest to takie postępowanie, które sprawia przyjemność, które odpowiada człowiekowi. Co jest przyjemne, to jest moralne. Jeśli wiec mnie sprawiało satysfakcję i zadowolenie zgładzanie ludzi, to było to postępowanie zgodne z moją moralnością. Byłem oburzony, gdy rodzice komentowali opisywane w gazetach wypadki mordu i mówili, że robi to drań. Ja siebie nie uważam za drania. Drań to taki, który jest pijakiem, złym człowiekiem. Ja zaś uważam siebie za dobrego człowieka. Dokonywane przeze mnie mordy to była moja prywatna sprawa. Byłbym złym człowiekiem, gdybym pil wódkę i zadawał się z prostytutkami. Można więc być mordercą i zarazem dobrym człowiekiem, tak jak ja.

- Przezywano Pana wampirem.

- Tak, mówiły tak na mnie dziewczęta. Dla mnie wampir to taki osobnik, który zabija młode kobiety, rozkoszuje się widokiem krwi i ją pije.

- Czy Pan się modli?

- Teraz już nie, bo i tak nic już nie wymodlę. Kiedyś tak, nieczęsto może, ale tak. Modliłem się o to, aby w szkole nie być pytanym, czy o to, aby planowane morderstwo się udało.

- Czy rozumie Pan uczucie miłości?

- Myślę, że tak, przecież kochałem rodziców.

- W śledztwie mówił Pan jednak, ze nie lubi matki i pragnie śmierci ojca.

- Faktycznie tak mówiłem, ale było to co innego. Robili ze mną takie dziwne testy, pytali o skojarzenia i tak powiedziałem, ale mogę zapewnić, i to będzie chyba jedyna pociecha dla moich rodziców, że ich kochałem faktycznie.

- A ból i cierpienie?

- Samo cierpienie jest pięknem, a zadawanie komuś bólu lub cierpienia jest dziełem sztuki, a nie każdy to potrafi.

- Pana credo życiowe?

- Powiem krótko: zabijać i pić krew ofiar, niszczyć ludzi i ich majątek.

- Jak zrodziła się w Panu chęć zabijania ludzi?

- Początkowo było to upodobanie, bardzo lubiłem patrzeć na nienaganny profil noży. Było to wiele lat temu. Zbierałem je, kupowałem, wymieniałem, zamawiałem noże według moich projektów. Nosiłem je zawsze przy sobie. Kochałem je i tak myślę, ze była to moja największa chyba miłość - miłość do przedmiotu. Dla mnie nóż był żywym tworem, lubiłem jego mowę, cieszyłem się jego dziełem, równo uciętą połacią mięsa, przebitą deską. Nóż to byłem ja. Stale mnie coś ciągnęło i namawiało, abym spróbował jak nóż wchodzi w ciało człowieka. Bałem się jednak. Obawa przed karą hamowała moją rękę, bo wiedziałem, ze za to wieszają. Rozpocząłem więc od istot nieludzkich, chodziłem na łąki, gdzie było dużo żab. Wbijałem im ostrze kozika w wypukłe brzuszki i rzucałem za siebie. Potem były krety, ptaki i gołębie. Kiedyś spostrzegłem, że krew tych istot robi na mnie dziwne wrażenie. Lubiłem patrzeć, jak spływa po nożu, jak krople padają w ziemię i jeszcze do niedawna żywe wsiąkają w podłoże. Krew ciągle żyła, była ciepła. Potem była rzeźnia w Pcimiu. Patrzyłem jak ubijali cielaki i świnie. Krwi było pełno, jej ciepły zapach podniecał mnie. Piłem szklankami Kiedyś będąc z dziadkiem na wsi, złapałem cielaka za mordkę i zarżnąłem. Była to pierwsza większa sztuka. Stale prześladowała mnie myśl, aby spróbować tego z człowiekiem. Pamiętam, że będąc nieletnim jeszcze chłopcem, nieraz w czasie zabawy z Janką przymierzałem swoją finkę do jej pleców. Nie miałem jednak odwagi wbić noża w jej drobne ciało. Postanowiłem ćwiczyć obycie z ciałem przeciwnika, dusiłem więc kolegów, rzucałem się na nich, uderzałem karate. Ale to ciągle nie było to, bo pragnąłem krwi człowieka.

- No właśnie, czy tylko dlatego Pan mordował?

- Wie pan, początkowo po to, aby zdobyć odwagę, jak również dla własnej przyjemności, dla pokonania samego siebie. Później przyczyną była niechęć do ludzi. Wydawało mi się ciągle i to mnie męczyło, że nikt mnie nie lubi, i dlatego ja nikogo nie lubiłem. Pamiętam, że mówiłem o tym do plastyczki, mówiłem jej że będę mordercą, będę zabijał, bo ludzie są dla mnie źli. Mam z tego powodu kompleksy i będę się mścił za najlżejsze szyderstwo, każde złe słowo. Kto tego nie przeżywa, to nie zrozumie moich natarczywych myśli, które nurtowały mnie, nie dawały spokoju, które mówiły, że muszę kogoś zabić. Było to bardzo męczące, a po to, żeby się od tego uwolnić, musiałem wybiec na miasto i gonić za ofiarą. Niektórzy mówili, że wampir działa bez motywów, ale to nieprawda, przecież dogadzałem swoim zachciankom i uwalniałem się od obezwładniających mnie myśli. Pasjonował mnie widok krwi, cierpienie ofiary i dzieło zniszczenia. Prawdę powiedział o tym prokurator "gdyby Kot chciał, to mógł odmówić sobie przyjemności zabijania, lecz nie chciał, bo wolał zabijać".

- Pokrótce wiemy dlaczego Pan zabijał, wiemy też, że był Pan świadomy, iż nie wolno zabijać, że za to wieszają - czym w takim razie usprawiedliwia Pan zabijanie, jak można było dokonać tak potwornych zbrodni, przecież trzeba do tego odwagi, a i możliwość umknięcia kary jest minimalna?

- Rozumiem, o co Panu chodzi. Zbrodniarze hitlerowscy usprawiedliwiali przed sobą i przed sumieniem świata swoje niesłychane zbrodnie oddaniem i wierną służbą dla Fuhrera i Vaterlandu, a czym tłumaczy swoje zbrodnie Karol Kot, czyż nie tak?

- Właśnie o to spytałem.

- Wytłumaczenie jest we mnie, w moim wnętrzu, w mojej filozofii, w moich poglądach na dobro i zło. Mówiłem już dzisiaj, ze dobrem jest to co sprawia przyjemność, w takim razie, skoro zabijanie dawało mi zadowolenie, wiec jest dobrem, a ja porządnym człowiekiem. Nie jestem wiec draniem czy zbrodniarzem, ale tylko mordercą. Wierze w to, że jestem porządnym człowiekiem. To, że mordowałem niewinnych to moja osobista, prywatna sprawa.

- Jaką filozofię wcielał Pan w życie, czyli po prostu, co ma Pan na sumieniu?

- Zaraz, mam tu ze sobą akt oskarżenia, to będzie łatwiej o wszystkim powiedzieć. Był wrzesień 1964 r. Coś od rana chodziło za mną, gnało mnie, nakłaniało, aby kogoś ugodzić nożem. Zabrałem dwa noże i wyszedłem szukać obiektu. Pomyślałem, ze najpewniej będzie zamordować w pustym kościele jakąś starą, modlącą się kobietę. Wpierw zajrzałem do kościoła Kapucynów, a potem do Sercanek. Wszedłem do wnętrza, ukląkłem, przeżegnałem się i tak bezmyślnie czekałem na jakąś starowinę. Jak na złość żadna nie przychodziła. Już wychodziłem gdy w drzwiach zobaczyłem starą kobietę. Gdy uklękła, podszedłem do niej, wyjąłem bagnet i ciosem od dołu dźgnąłem ją silnie w plecy, mierząc na wysokości serca, tak aby cios był śmiertelny. Wyszedłem zaraz z kościoła. W jednej z bram otarłem bagnet palcem. a krew zlizałem. Jeszcze w tym samym miesiącu, kilka dni później musiałem znów kogoś zabić. Spostrzegłem staruszkę i szedłem za nią. Gdy weszła do kamienicy i była na półpiętrze, uderzyłem ją nożem w plecy. Również kolejną ofiarę przyuważyłem na ulicy. Wszedłem za nią do przedsionka klasztoru Prezentek i tam uderzyłem nożem w plecy. Potem w najbliższej bramie starłem krew z noża i palec oblizałem, W lutym 1966 r, było to w niedzielę, nie mogłem usiedzieć w domu. Pojechałem na Kopiec Kościuszki. Dzień był ładny, leżało sporo śniegu. Gdy dochodziłem do Kopca, słyszałem odgłosy jakiś zawodów. Szedł akurat mały chłopczyk, ciągnął za sobą sanki. Spytałem "czy są, tu jakieś zawody lub spartakiada". Odpowiedział, że tak i wskazał jak mam iść. Gdy się odwrócił, przyciągnąłem jego główkę do siebie i prawą ręką uderzałem go nożem w okolicach łopatek i nerek. Wracając, kupiłem ciastka i zawiozłem do domu. W kwietniu tego roku znów poczułem "natchnienie". Wszedłem do jednej z kamienic. Po chwili zeszła mała dziewczynka do skrzynki z listami. Lewą ręką złapałem ją za szyję, a prawą zadawałem nożem ciosy w plecy, brzuch i okolice serca. Noża nie schowałem od razu do pochwy, aby nie zetrzeć krwi. Wracając do domu, wszedłem do KW MO, aby przedłużyć zezwolenie na broń. Muszę też powiedzieć o próbach zabójstwa na koleżankach. Oprócz wspomnianych już dziś dwóch zamachów na plastyczkę, przypominam sobie również trzeci, było to w piwnicy, gdy odmówiła zbliżenia, strzeliłem do niej z biodra, ale chybiłem. Myślałem też o zamordowaniu czterech innych dziewczyn, dwie odmówiły pójścia ze mną na spacer i to je uratowało. Trzecia, której chciałem pomóc zejść z tego świata, nie była sama w domu, a czwartą uratowało to, iż chciałem brzytwą rozciąć jej głowę "od ucha do ucha", ale nie miałem pieniędzy na brzytwę. Jak Pan wie, próbowałem tez zabijać trucizną. Podjąłem cztery próby, ale chyba żadna się nie udała, choć doprawdy nie wiem jak to było możliwe. Kupiłem kiedyś dwie butelki piwa i wsypałem do nich po około łyżeczce uwodnionego arsenianu sodu. Jedną butelką postawiłem w bramie przy ul. Wawrzyńca, a drugą przy ul. Bożego Ciała. Stałem i czekałem, aż się ktoś złakomi. Dopóki wytrzymałem, nikt nie skusił się na piwo. Innym razem butelkę piwa z trucizną postawiłem w bramie przy ul. Dzierżyńskiego, gdzie mieszkała moja koleżanka - w nadziei, że może ona da się złapać. Kolejny raz zadziałałem inaczej. Zabrałem ze sobą sproszkowaną truciznę i po spożyciu obiadu w restauracji "Sielanka" wsypałem ją do stojącej na stole oranżady ale znów nic z tego chyba nie wyszło. Ostatni raz wsypałem truciznę do buteleczki z octem w barze ,,Przy Błoniach". Myślałem tak, jak posmakuje ktoś oranżadę, to może nie dopić i wylać, a w occie nigdy nie wykapuje. Czytałem potem gazety, pytałem, ale nikt nie słyszał o żadnym otruciu. Może ono poszło na konto kogo innego a może lekarze uznali, ze to zawal serca, nie wiem, choć chciałbym wiedzieć. Najgorzej jest przecież wtedy, gdy robota idzie na marne albo coś się zrobi, a z wyniku korzysta ktoś inny. Może już starczy o tych truciznach, muszę się sprężać, więc teraz o moim zamiłowaniu do ognia. Od najmłodszych lat lubiłem zabawy z ogniem. Pamiętam, ojciec nauczył mnie takiej sztuczki: w usta nabierałem naftę, potem ją rozpraszałem w powietrzu i zapalałem zapałkę albo umywalkę napełniałem wodą, na to lałem naftę lub benzynę i podpalałem. Efekty były wspaniałe i tak przyzwyczajałem się do płomienia. Ogień na wojnie jest jednym ze środków niszczenia nieprzyjaciela, to i ja pomyślałem, że trzeba go też wykorzystać w moich planach. Gdy pierwszy raz spróbowałem, był to pamiętam maj, było już ciepło. Wyszedłem ze szkoły, kupiłem ćwierć litra rozpuszczalnika i chodziłem po różnych bramach w poszukiwaniu najlepszego obiektu na podpalenie. Pamiętam, że na ul. Gołębiej znalazłem poddasze z drewnianym schowkiem i jakimiś papierami. Polałem je rozpuszczalnikiem i podpaliłem. Wyszedłem, a gdy po jakimś czasie wróciłem, aby zobaczyć jak pali się dom, zdziwiłem się, nie było nawet dymu. W tydzień później podpaliłem drewnianą ubikację na strzelnicy, ale ugasił ją dozorca. W czerwcu wszedłem do piwnicy domu przy Straszewskiego. Leżało tam sporo szmat i papierów. Polałem je benzyną i podpaliłem. Czekałem potem długo na ulicy, ale tez bez efektu. Widzi Pan, jak miałem się nie denerwować, skoro nic mi nie wychodziło, nie miałem po prostu szczęścia, a teoretycznie to wszystko wyglądało tak oczywiście. Po co te moje przygotowania, studiowanie podręczników, wyrabianie zręczności, kiedy nie mogłem tego wykorzystać. Czuję taki niedosyt, a głupio umierać ze świadomością, że nie spełniło się swojego posłannictwa na tym świecie, może na tamtym, w uznaniu zasług, będę jakimś szefem destrukcji, ale Pan i tak mi w tym nie pomoże. Wezmę z sobą akt oskarżenia i wyrok, może to ich przekona.

- Co Pan czuł w momencie zabijania?

- Chce Pan dotknąć moich czułych miejsc, a niech tam. Każdy mój czyn poprzedzała dziwna myśl, taka natrętna, drążąca cały mózg, dręczyła mnie, prześladowała, chodziła za mną, krępowała moje poczynania. Nie mogłem spać, uczyć się, cierpiałem okrutnie. Musiałem więc szybko myśleć, gdzie i kogo zabić. Warunki zbrodni były niby proste, musiałem być ja, musiała być ofiara i musiał być spokój. Szukałem ofiary w miejscach odludnych, a więc w kościołach, na oddalonych peryferiach miasta czy na pustej klatce schodowej. Z ofiarą musiałem być sam na sam, choćby przez ułamki sekundy, ale sam. Gdy tak nie było, potrafiłem zrezygnować. Prokurator w związku z tym, że potrafiłem zaatakować tylko słabszych ode mnie i gdy byli sami, nazwał mnie tchórzem A co, miałem zabijać na oczach setek, kto wtedy za mnie zabijałby następnych. Czcza demagogia. Przed samym momentem uderzenia, gdy stwierdziłem, że są do tego warunki, ogarniało mnie silne podniecenie, którego nie mogłem opanować. W chwili zaś uderzania miałem jakieś zakłócenia w widzeniu, choć cios pierwszy i ostatni rejestrowałem dobrze, a te środkowe to waliłem na oślep. Przyjemności doznawałem, gdy nóż wchodził w mięso, jest to uczucie nie do opisania, przeżycie warte jest szubienicy. Zazdroszczę chirurgom, jak tak na okrągło tną ciało, tyle że brak im tej atmosfery, tego napięcia, ze ktoś ich nakryje, a w dodatku pacjent nic nie przezywa, bo jest uśpiony. Kiedy przykładałem nóż do gardła plastyczki, chciałem widzieć obłędny strach i grozę w jej oczach, słyszeć krzyk rozpaczy i przerażenia, błaganie o darowanie życia, a po wbiciu ostrza - słyszeć rzężenie konającej. Dlatego też tak rzadko uciekałem się do innych narzędzi. W przypadku użycia trucizny przyjemnie byłoby jedynie przeczytać w gazecie, że ktoś się otruł w restauracji, bo można wyobrazić sobie jego cierpienia przed śmiercią.

- Czy mordowanie dawało Panu zadowolenie seksualne?

- Cierpienie ofiary dawało mi zadowolenie, ale czy było to zadowolenie ze sfery seksualnej, tego nie wiem, bo nigdy nie doznałem zadowolenia z kobietą. Mogę jedynie opisać, jak się czułem po mordzie. Momentalnie się uspokajałem, byłem jakiś swobodny, złe głosy odstępowały ode mnie, lepiej spałem, nie czułem potrzeby biegania za ofiarą, byłem zadowolony jak po otrzymaniu oczekiwanego prezentu.

- Z tego co słyszałem w sądzie i co dziś Pan mówi można wnioskować, że przestępcze działanie Pana było przemyślane, podstępne i chytre. W Tyńcu przed próbą zamachu na plastyczkę udawał Pan zwichnięcie nogi, przed atakiem pod Kopcem Kościuszki uśpił Pan czujność tego chłopca, zagadując go na temat zawodów, gdy Małgosia dochodziła do skrzynki z listami, udawał Pan, ze jej nie widzi, przed wbiciem noża w ciało jednej ze staruszek klęczał Pan i odmawiał modlitwę itd. itd.

- Ma Pan rację, bo ja potrafiłem zabijać, robiłem to jak nikt inny. Proszę zauważyć, że działałem w otoczeniu tysięcy ludzi, a jednak nie ujęto mnie na gorącym uczynku. Nie byłem przecież szaleńcem - jak słusznie mówił prokurator - który opętany żądzą mordu biega po mieście z nożem w ręku i uderza bez zastanowienia, gdzie popada. Ja działałem z rozeznaniem, przez to byłem groźny i nieuchwytny.

- Jak Pan scharakteryzowałby swoje zachowanie się po czynie?

- Jako czujne i ostrożne, ale był i czas na cieszenie się z dobrej roboty. Przede wszystkim uciekałem z miejsca przestępstwa, a odprężenie, jakiego doznawałem po czynie, pozwalało mi zachowywać się normalnie i nie popełniać błędów. Dlatego też, jak już dzisiaj mówiłem, po ataku na Małgosię spokojnie poszedłem do KW MO przedłużyć ważność pozwolenia na broń, a potem zjadłem obiad. Po zabiciu Leszka pod Kopcem pojechałem do kolegi, oglądaliśmy albumy i prospekty, a potem kupiłem ciastka i pojechałem do rodziców. Po każdym czynie przez jakiś czas nie nosiłem ze sobą noży, a nóż, którym zabiłem Leszka, oddałem nawet na przechowanie plastyczce. Zwłok nie starałem się nawet ukrywać, przecież małego Leszka mogłem wrzucić do pobliskiego wąwozu i długo by go nie znaleźli. Jedynie gdy chodzi o plastyczkę, planowałem upozorować samobójstwo i wrzucić jej ciało do Wisły, ale to zrozumiałe, bo gdybym tego nie zrobił, to zabójstwo skojarzono by zaraz ze mną, a tak to jeszcze współczuliby mi, że straciłem dziewczynę. Chwilą radości dla mnie po czynie było, gdy ścierałem palcem krew z noża, a potem go oblizywałem. Robiłem to jak najszybciej, w pierwszej lepszej bramie.

- Jak dziś ocenia Pan swoje zachowanie, czy wyraża żal lub skruchę z tego powodu?

- Ja się cieszyłem z tego, co udało mi się zrobić. Gdy w gazecie ukazało się zdjęcie Leszka, pobiegłem do kolegi i pochwaliłem się, że to moje dzieło, planowałem nawet tymi zdjęciami wytapetować swój pokój. Gdy zaś nożem podźgałem Małgosię, to nie mogłem powstrzymać się, aby nie powiedzieć o tym plastyczce. Nie żałuję niczego, a gdybym mógł, mordowałbym dalej. Do żalu musi być jakiś powód, fakt zaś ewentualnej kary śmierci nie wzbudza we mnie żalu, bo wierzę w przeznaczenie, będzie tak, jak być musi. Jak się coś robi dla przyjemności lub z namiętności, to według mojego pojmowania prawa nie jest to przestępstwo. Nie wiem, dlaczego nie rozumie tego prokurator i twierdzi, ze to art. 225. Gdyby chodziło o zabójstwo na tle rabunkowym lub z zemsty, to tak, trzeba dawać dookoła wojtek lub huśtawkę tzn. dożywocie lub karę śmierci, ale mnie, za co, no za co, czy ktoś zdoła mi to przetłumaczyć. Pytał Pan też o skruchę - otóż powiem, że nigdy skruchy nie czułem. Prawdą jest, ze w śledztwie mówiłem, że żałuję tego, co zrobiłem, ale tylko dlatego, ze milicjanci tak nudzili mnie napominałem o skrusze, ze wreszcie powiedziałem, jak chcieli. Ale za to już przed sądem mówiłem prawdę, ze nie czułem i nie czuję żadnej skruchy, no bo niby dlaczego.

- Czy współczuł Pan ofiarom, tym które przeżyły, one przez wiele miesięcy walczyły ze śmiercią, cierpiały?

- Uczucie współczucia znam dobrze, ale jeśli komuś współczułem, to tylko sobie. Nigdy nie przyszło mi na myśl, ze należy współczuć ofiarom czy ich rodzinom. Cieszyła mnie moja robota, krew, śmierć, cierpienie ofiar i to było najważniejsze. Powiem więcej, gdy się dowiedziałem, że niektórzy wylizali się z moich uderzeń, to byłem zły na siebie, że mogłem tak spartaczyć robotę.

- A obawa przed ujęciem?

- Mógłbym powiedzieć, że się nie bałem, i musiałby Pan przyjąć to za dobrą monetę, ale ja powiem prawdę, bałem się przez jakiś czas po czynie, stąd - jak mówiłem - nie nosiłem ze sobą tego noża, którym zabiłem, przez kilka dni. Potem wszystko ustępowało i czekałem, kiedy najdą mnie myśli, żeby ruszyć w Kraków na polowanie.

- Pana krwawe konto stale się powiększało, czy nie było momentów refleksji, że należy się opamiętać i zaprzestać dalszych morderstw?

- Wie Pan, ze mną było jak w tym porzekadle "ciało puszczone w ruch puszcza się dalej". To był taki nałóg, jak w niego wpadłem, nie mogłem żadną miarą z niego się wydostać. Zresztą muszę szczerze powiedzieć, że nawet na myśl mi me przyszło, aby z niego się wygrzebać, myśli były ode mnie silniejsze, one dowodziły moim umysłem, ja byłem jak posłuszny żołnierz. Prawdą jest, ze zwierzałem się z moich wyczynów, ale nie po to, aby osoby, którym to mówiłem, ratowały mnie. Najwięcej wiedziała plastyczka. Powiedziałem jej nawet o tym, że wsypałem truciznę do butelki octu w restauracji. Ona chyba chciała mnie ratować. Wiedziałem, że już za późno, ale dla świętego spokoju poszedłem z nią do lekarza. Jeden raz, więcej nie poszedłem.

- Czy utkwiły w Pana pamięci jakieś szczególne momenty ze śledztwa?

- Tak, chodziło o okazywanie mnie staruszkom, które uderzyłem w kościele i które przeżyły. Jedna, pamiętam, wskazała na mnie i powiedziała "to bydlę napadło mnie w kościele". Zdenerwowało mnie to, że mówiła prawdę, a ja jej to umożliwiłem, partacząc robotę. Gdy druga staruszka też wskazała na mnie, nie wytrzymałem i przy milicjantach walę prosto z mostu: "dobrą ma pani pamięć, niech pani podejdzie do mnie, to do reszty z pani farbę wytoczę".

- Pomówmy chwilę o procesie, o Pana zachowaniu się na rozprawie.

- Sądowi i dziennikarzom nie podobało się moje pogodne usposobienie. Chcieli, abym wył z bólu, szlochał i mdlał. To co miałem udawać i wtedy byłbym "dobrym"? Ja byłem sobą. Co w tym złego, że gdy sąd kazał mi wyjaśniać, ja spytałem, czy dobrze słychać przez te mikrofony i czy mogę już zaczynać. Nieraz sąd przywoływał mnie do porządku i żądał powagi. Albo gdy sąd pytał jak z moim zdrowiem w więzieniu, a ja powiedziałem, że jem, śpię dobrze, a nawet przytyłem - to co, miałem powiedzieć nieprawdę, ze schudłem, bo przeżywam tragedię życiową. Prawda, że nieraz śmiałem się i bawiłem, gdy zeznawali świadkowie. Śmiałem się z kłopotliwej sytuacji, w jakiej się znaleźli. Śmieszy mnie shocking profesorów, trenera, kolegów, gdy w układnym, grzecznym chłopcu odkryto przed nimi twarz okrutnego mordercy. Nie obyło się bez incydentów. Matka Leszka dwukrotnie próbowała mnie uderzyć torebką, w twarz, ja również zaatakowałem fotoreportera, bo mnie sprowokował, huknąłem go dwa razy w brodę, chyba popamiętał Kota. Wybaczy Pan, że nie powiem o dwóch krytycznych momentach w procesie, gdy zrobiło mi się słabo. Kolega mówił o planowanych przez nas orgietkach i nie wytrzymałem.

- Dużo czasu w toku procesu zajęła sprawa Pana poczytalności.

- Nie jest to przecież chyba normalne, ze 19-letni chłopak ma już tak spaćkane sumienie. Mówiłem o tym plastyczce, powiedziałem jej, ze jestem chyba chory na schizofrenię lub psychopatie, bo zabiłem dwóch lub trzech ludzi. Biegli byli innego zdania, twierdzą, że nie jestem chory. Ja myślę sobie tak, czemu moi koledzy, rówieśnicy nie popełniali takich czynów jak ja, a skoro ja mordowałem i jestem zdrowy psychicznie, jak i oni, to chyba dla nich jest krzywdzące, że zaliczam się do tego samego grona normalnych chłopaków, ale trudno, biegli są mądrzejsi. Prokurator miał na to gotową odpowiedź. Mówił, że przecież wielu groźnych przestępców też było normalnych. Mówił o jakimś dusicielu 8 pielęgniarek z Chicago, o facecie, który ukrył bombę w samolocie, powodując śmierć 44 osób, oraz o pielęgniarzu z Niemiec, który dla popsucia reputacji lekarzowi otruł arszenikiem kilkunastu operowanych przez niego pacjentów. Widzi Pan, w jakim jestem towarzystwie. Nie wiem, czy Pan wie, że siedziałem w sądzie na tej samej ławie oskarżonych, na której byli przede mną Mazurkiewicz i Zdanowicz. Czyżby do trzech razy sztuka?

- Wróćmy do Pana ostatniego słowa w procesie.

- Nie powiedziałem nic, przecież to nie miało sensu. Sąd mnie wyraźnie naciągał na wypowiedź, pytano, czy mam może prośbę w sprawie wyroku - powiedziałem też, że nie.

- Czy znalazłby Pan jakieś pozytywne cechy u Karola Kota?

- Sam prokurator powiedział, że nie miałem amputowanego sumienia i miał rację, mogę wymienić wiele dobrego u Kota, choćby to, że był bardzo wrażliwy, użalał się nad losem cieląt i trzody chlewnej pędzonej na rzeź, płakał z powodu otrucia psa, potępiał zadawanie się z prostytutkami, kradzieże, picie alkoholu, przebywanie w złym towarzystwie, nieuctwo i brak zdyscyplinowania, był prawdomówny i ambitny, marzył o karierze wojskowej, uprawiał sport i osiągał w nim liczące się wyniki, przeżywał niepowodzenia w nauce, darzył sympatią plastyczkę, był religijny. Gdy tak mówię o Karolu Kocie, to aż nie chce mi się wierzyć, że to ja, bo tyle tego pozytywnego, a tymczasem skazany jestem, choć nieprawomocnie, na karę śmierci.

- Dlaczego w takim razie tak ułożyły się losy Karola Kota, czemu nie pielęgnował i nie rozwijał tych cech pozytywnych?

- W ten sposób wracamy do początku rozmowy, może wiec powiem tylko, że dużo nad tym myślałem i doszedłem do tego, że niemało w tym winy mojej rodziny, a konkretnie mojego dziadka, który byt tęgim rozrabiaką. Jestem więc może dziedzicznie obciążony, choć dziadkowi daleko do moich wyczynów. Przerosłem go. Dobrze, że ja nie miałem dzieci, co by z nich wyrosło, gdyby miały mnie prześcignąć w zbrodniach. Czy to nie jeszcze jedna pozytywna cecha Kota, że nie zostawił po sobie zbrodniczego potomstwa?

- Czego się Pan obawia obecnie?

- Śmierci, własnej śmierci, choć staram się o tym nie myśleć. A gdy takie chwile przychodzą, odsuwam je od siebie.

- A więc strach przed karą, boi się Pan, bo sytuacja zagraża życiu a to, że Pan sam tylu wysłał na tamten świat, to nie robiło na Panu wrażenia?

- W chwili zbrodni nie myślałem o karze dla siebie, lecz o przyjemności. Teraz boję się kary, chcę żyć, ale wiem, ze mój los został przesądzony już w chwili pierwszego mordu. Co mi teraz zostało, to tylko przygotować sobie watę, żeby stryczek za bardzo nie uwierał.

- Co by Pan robił w razie zwolnienia z więzienia?

- Kpi Pan sobie ze mnie, dlatego na więcej pytań już nie odpowiem. Choć muszę dodać na pożegnanie, ze miałem bogate plany zbrodnicze, o których myślę z ubolewaniem, że ich nie zrealizowałem. Przede wszystkim miałem mordować młode dziewczyny. Wymyśliłem cały przebieg poszczególnych morderstw, wiele miało mieć postać orgietek zakończonych torturami i śmiercią. Planowałem też wysadzenie wiaduktu kolejowego, mordowanie dzieci i starych. Nie zdążyłem, trudno.

- Skoro kończymy już naszą rozmowę, powiem szczerze, iż według mojej orientacji będzie Pan najprawdopodobniej stracony. Trudno nawet przecież myśleć, że wyrok Sądu Wojewódzkiego ulegnie zmianie w drugiej instancji, przed Sądem Najwyższym. Rozstanie się więc Pan z życiem, mając tyle zła na koncie, tyle wyrządzonych nieszczęść i bólu, czy nie widzi Pan potrzeby choćby moralnej rekompensaty tym osobom, ich rodzinom?

- Niedługo spotkam się z ofiarami, tam gdzie się wybieram, to sobie pogadamy, tu na ziemi nie mam z kim rozmawiać.


Po tej rozmowie rewizję od wyroku Sądu Wojewódzkiego w Krakowie wnieśli do Sądu Najwyższego prokurator (bo sąd skazał Kota na karę śmierci jedynie za zabójstwo Leszka C.) oraz obrońcy. Sąd Najwyższy w składzie zwykłym, wyrokiem z 22 listopada 1967 r., zmienił wyrok i skazał Karola Kota na karę łączną dożywotniego więzienia. Zdaniem bowiem sądu, młodociany wiek oskarżonego i stwierdzona u niego psychopatia stanowią przesłanki przemawiające przeciwko wymierzeniu mu kary śmierci. Od tego prawomocnego wyroku rewizję wniósł Prokurator Generalny PRL. W dniu 11 marca 1968 r. Sąd Najwyższy w składzie siedmioosobowym ogłosił wyrok : Karol Kot został skazany łącznie na karę śmierci (w tym za zabójstwo Leszka C. i usiłowanie zabójstwa Małgosi P. na karę śmierci) i utratę praw obywatelskich na zawsze. W uzasadnieniu sąd podał m.in., że "szczególnie okrutny sposób działania oskarżonego przy zabójstwie 11-letniego Leszka C. i próba zabicia 7-letniej Małgorzaty P., godzenie w bezbronne istoty, jego cynizm i brak skruchy sprawiają, że jedynie słuszną karą za nie jest kara śmierci". Rada Państwa PRL nie skorzystała wobec Karola Kota z prawa łaski i wyrok wykonano w dniu 16 maja 1968 r.
Przerażenie ogarnia na myśl, co by się stało, gdyby Karol Kot pozostał wśród żywych.

Dane
Urodził się 24 listopada 1946 w Pensylwanii a zmarł 24 stycznia 1989 na Florydzie (krzesło elektryczne). Interesował się polityką, lubił jazdę na nartach. Mordował tylko młode, ładne kobiety, z powodu zawodu miłosnego. Prawie zawsze gwałcił i dusił, ewentualnie bił metalowym prętem.
Ofiary: Lynda Ann Healy, Kimberly Leach, Lisa Levy, Margaret Browman...
Atak!
Nie spała, jak myślały jej współlokatorki, kiedy podeszły do łóżka Joni Lenz popołudniem 4 stycznia 1974 roku. Znalazły ją leżącą w kałuży krwi sączącej się z jej głowy i twarzy. Przerażone, zdjęły przykrycie z ciała Joni i ich oczom ukazał się jeszcze straszniejszy widok. Jeden z prętów został wyrwany z łóżka i bestialsko wepchnięty do jej pochwy. Niedługo po jej znalezieniu, Joni została przewieziona do szpitala i leżała w śpiączce, a przez resztę życia cierpiała na uszkodzenie mózgu. Miała jednak szczęście, że uszła z życiem. Joni była jedną z nielicznych ofiar, które przeżyły atak Teda Bundy, seryjnego mordercy siejącego postrach w całych Stanach Zjednoczonych w latach 70-tych. Było znacznie więcej ofiar przed i po Joni, które nie miały na tyle szczęścia, aby przeżyć. Około 36 kobiet mogło paść ofiarą Bundy'ego, ale tylko on wiedział to na pewno. Jest to liczba, którą Bundy zabrał ze sobą do grobu.
Lata młodości
Po spędzeniu kilku ostatnich miesięcy ciąży w domu dla samotnych matek w Burlington w stanie Vermont, 22-letnia Eleanor Louise Cowell, pochodząca z Filadelfii w stanie Pensylwania, 24 listopada 1946 roku urodziła syna - Theodora Roberta Cowella. Biologiczny ojciec Teda, Lloyd Marshall, który był weteranem Sił Powietrznych a później marynarzem, pozostał mu nieznany do końca życia. Niedługo po narodzinach Teda, on i jego matka przeprowadzili się z powrotem do Filadelfii i zamieszkali z rodzicami Eleanor, których uważał on później za swoją matkę i ojca. Ta gra pozorów pozwoliła Eleanor uniknąć surowej krytyki i uprzedzeń za bycie samotną matką. Theodore dorastał uważając swoją własną matkę za starszą siostrę.

W wieku 4 lat Ted przeprowadził się ze swoją biologiczną matką do Tacomy w stanie Waszyngton. Zamieszkali tam z krewnymi. Tam też legalnie zmienili swoje nazwiska. Ted stał się Theodorem Robertem Nelsonem a jego matka została Louise Cowell. Rok po przeprowadzce do stanu Waszyngton, Louise Cowell poślubiła wojskowego kucharza Johnniego Culpeppera Bundy'ego, którego drugie nazwisko Ted przybrał na resztę życia. Nazwisko, które stało się później synonimem morderstwa.

Louise i Johnnie mieli jeszcze czworo innych dzieci, z którymi Ted spędzał sporo czasu opiekując się nimi w czasie wolnym od szkoły. Ted nigdy tak naprawdę nie polubił swojego nowego ojca, który bezskutecznie próbował wychowywać go jak swojego własnego syna, zabierając go na wypady na campingi i inne typowe dla ojca i syna zajęcia. Ted miał swoje własne pomysły i myślał o sobie bardziej jako o Cowellu niż jako o Bundym. Jedynym człowiekiem, którego kiedykolwiek podziwiał był jego dziadek mieszkający w Pensylwanii. Był jedynym mężczyzną, którego szanował, a jednak Ted był zmuszony opuścić go i przeprowadzić się do obcego, nowego miejsca na drugim końcu kontynentu.

W młodości Ted był okropnie nieśmiały. W szkole podstawowej był często przedrzeźniany i padał ofiarą głupich żartów chuliganów. Bez względu na czasami upokarzające przeżycia, których doświadczał, zdołał utrzymać wysoką średnią ocen przez całą szkołę średnią i później w collegu. Przyjaciele ze szkoły średniej wspominali Teda jako osobę bardziej popularną niż ta, którą był w szkole podstawowej. Chociaż był bardzo nieśmiały, uchodził za "dobrze ubranego i o nienagannych manierach". A jednak nikt nie przypominał sobie, aby w tym okresie umawiał się z kimś na randki. Właśnie w szkole średniej Ted zaczął poważnie interesować się polityką.

W 1965 roku Ted ukończył szkołę średnią i dostał się na Uniwersytet Puget Sound, a w 1966 roku przeniósł się na Uniwersytet Waszyngtoński, gdzie rozpoczął intensywną naukę języka chińskiego. Pracował przez cały swój pobyt na uniwersytecie, podejmując niskopłatne zajęcia jako chłopiec na posyłki i niższy urzędnik. A jednak nigdy nie utrzymał się na dłużej na żadnym stanowisku. Przez niektórych pracodawców był uważany za człowieka niegodnego zaufania. Chociaż był mało konsekwentny w pracach poza szkołą, bardziej skupiał się na tym, co miał do zrobienia w szkole i zdołał utrzymać wysoką średnią ocen. Ale jego zainteresowania zmieniły się wiosną 1967 roku, kiedy zaczął związek, który raz na zawsze zmienił jego życie.

Stephanie Brooks była ucieleśnionym ideałem marzeń Teda o kobiecie. Była piękną i światową młodą damą z zamożnej kalifornijskiej rodziny. Ted nie mógł uwierzyć, że ktoś z jej "klasy" mógł zainteresować się kimś takim jak on. Pomimo wielu dzielących ich różnic, oboje uwielbiali jeździć na nartach i to właśnie podczas ich wielu wspólnych wypadów na stoki zaczęli się w sobie zakochiwać. Stephanie była pierwszą miłością Teda i pierwszą kobietą, z którą zaczął uprawiać seks. Ted i Stephanie spędzali razem mnóstwo czasu robiąc rzeczy, które robi większość młodych zakochanych par, jak na przykład romantyczne wycieczki na narty, długie spacery i przytulne obiadki. Stephanie nie była tak zadurzona w Tedzie, jak on był w niej. W rzeczywistości, bardzo lubiła Teda, ale sądziła, że nie ma on realnego celu ani planów na przyszłość. Stephanie pragnęła kogoś, kto dostosowałby się do jej stylu życia i nie wierzyła, że to właśnie Ted jest tą osobą. Ted usilnie próbował zrobić na niej wrażenie, nawet jeśli oznaczało to kłamstwo, którego ona tak bardzo nie lubiła.

W 1968 roku, po ukończeniu Uniwersytetu Waszyngtońskiego, Stephanie zerwała stosunki z Tedem. Ted nigdy nie doszedł do siebie po tym rozstaniu. Nic, nawet szkoła, nie miało już znaczenia i w końcu zrezygnował ze studiów, oniemiały i przygnębiony zerwaniem. Jego jedyna prawdziwa miłość opuściła go i jego świat zdawał się rozpadać. Zdołał pozostać z nią w kontakcie pisząc listy po jej powrocie do Kalifornii, jednak ona wydawała się nie być zainteresowana tym, aby ponownie byli razem. Ale Ted miał obsesję na punkcie Stephanie i nie mógł wymazać jej ze swojej pamięci. Była to obsesja, która trwała przez całe jego życie i doprowadziła do serii wydarzeń, które zaszokowały świat.
Czas zmian
Na domiar złego, w 1969 roku Bundy dowiedział się o swoim prawdziwym pochodzeniu. Jego "siostra" była tak naprawdę jego matką, a jego "rodzice", jak odkrył, byli w rzeczywistości jego dziadkami. W tym okresie życia Bundy "został owładnięty swego rodzaju lodowatym postanowieniem". Zmienił się z nieśmiałej i zamkniętej w sobie osoby w bardziej przyciągającą uwagę i dominującą osobowość. Zmierzał do tego, aby wykazać się przed światem, a co ważniejsze, przed Stephanie. Ted był człowiekiem z misją. Ponownie zapisał się na Uniwersytet Waszyngtoński i studiował psychologię - przedmiot, z którego był doskonały. Bundy stał się jednym z najlepszych studentów i był bardzo lubiany przez swoich profesorów na uniwersytecie.

To właśnie w tym czasie Ted poznał Meg Anders - kobietę, z którą był związany przez prawie 5 lat. Meg pracowała jako sekretarka. Była nieco nieśmiałą i spokojną kobietą. Była też rozwódką, której wydawało się, że w Tedzie Bundym znalazła idealny wzór ojca dla swojej córki. Meg od samego początku była bardzo zakochana w Tedzie i pewnego dnia pragnęła go poślubić. Jednak Ted nie był jeszcze gotowy na małżeństwo, ponieważ czuł, że wciąż jest przed nim wiele do osiągnięcia. Meg wiedziała, że Ted nie kochał jej tak mocno, jak ona jego. Czuła to wiele razy, gdy spotykał się z innymi kobietami. A jednak myślała, że z czasem uda się jej go odzyskać i że on w końcu zmieni swoje zwyczaje. Meg nic nie wiedziała o jego dawnym związku ze Stephanie i o tym, że ciągle utrzymują ze sobą kontakt i odwiedzają się nawzajem. Swego czasu Ted wspomniał bliskiemu przyjacielowi, że Stephanie "była jedną jedyną kobietą, którą kiedykolwiek tak naprawdę kochał. To było zupełnie coś innego niż to, co czuł do Meg."

Z pozoru życie Teda w latach 1969-1972 wydawało się zmieniać na lepsze. Był bardziej pewny siebie i patrzył w przyszłość z wielkimi nadziejami. Zaczął rozsyłać aplikacje do rozmaitych szkół prawniczych, w tym samym czasie aktywnie zaangażował się w działalność polityczną. Pracował przy kampanii wyborczej gubernatora Waszyngtonu, co pozwoliło mu nawiązać kontakty z ludźmi mającymi silne wpływy polityczne w Partii Republikańskiej. Ted odbył także praktyki wakacyjne w pogotowiu psychiatrycznym. Był zadowolony ze sposobu w jaki w tym czasie toczyło się jego życie, wszystko zdawało się zmierzać we właściwym kierunku. Dostał nawet pochwałę od policji w Seattle za uratowanie życia trzyletniemu chłopcu, który topił się w jeziorze.

W 1973 roku, podczas podróży służbowej do Kalifornii dla waszyngtońskiej Partii Republikańskiej, Ted spotkał się ze swoją dawną miłością Stephanie Brooks i umówili się na wieczorne wyjście. Stephanie była zdumiona przemianą Teda. Był dużo bardziej pewny siebie i dojrzały, wydawał się mieć cel w życiu, nie tak jak wtedy, gdy widzieli się ostatnio. Spotkali się potem jeszcze kilkanaście razy, za plecami Meg. Podczas swoich podróży służbowych Ted romantycznie zabiegał o względy Stephanie i ona znowu się w nim zakochała.

Małżeństwo było tematem nieraz poruszanym przez Teda w trakcie wielu romantycznych spotkań tamtej jesieni i zimy. Jednak, tak nagle jak ich romans się zaczął, zmienił się radykalnie. Raz Ted hojnie obdarzał Stephanie uczuciem, po czym nieoczekiwanie stawał się oziębły i przygnębiony. Wydawało się jakby zupełnie stracił nią zainteresowanie w ciągu zaledwie kilku tygodni. Stephanie była niewątpliwie zmieszana tą nagłą zmianą w Tedzie. W lutym 1974 roku, bez uprzedzenia czy wyjaśnienia Ted zerwał wszelki kontakt ze Stephanie. Jego plan zemsty powiódł się. Porzucił Stephanie tak jak kiedyś ona porzuciła jego. Stephanie już nigdy nie zobaczyła Teda ani nie otrzymała od niego żadnej wiadomości.
Czas grozy
6 grudnia 1973 roku, dwoje młodych ludzi natknęło się na szczątki 15-letniej dziewczynki w McKenny Park, w stanie Washington. Ostatni raz przyjaciele widzieli Kathy Devine 25 listopada jak jechała autostopem do Oregonu, próbując uciec z domu. Niedługo po rozpoczęciu swojej podróży, jak stwierdzili patolodzy, napotkała śmierć. Kathy Devine uduszono, zgwałcono i podcięto jej gardło. Natychmiast wszczęto dochodzenie, ale na miejscu zbrodni pozostało niewiele materiału dowodowego. Kathy Devine nie była ostatnią ofiarą, która zginęła w podobnych okolicznościach tamtego roku. Miesiąc po znalezieniu Kathy, została zaatakowana Joni Lenz, po czym wkrótce nastąpił jeszcze bardziej makabryczny napad.

Kiedy Lynda Ann Healy 31 stycznia 1974 roku nie pojawiła się ani w pracy, ani na obiedzie, przyjaciele i rodzina zaczęli się martwić. Rodzice Lyndy natychmiast wezwali policję. Wkrótce po przybyciu na miejsce, policjanci znaleźli mnóstwo krwi na materacu Lyndy Ann. Niedaleko łóżka policja znalazła także koszulę nocną z krwią wokół kołnierzyka. Ale gdzie była Lynda Ann? Detektywi znowu byli w kropce. Nie było niczego, co mógłby pomóc w naprowadzeniu ich na ślad Lyndy Ann Healy.

Podczas tamtej wiosny i lata jeszcze siedem innych studentek nagle i niewytłumaczalnie zniknęło w obrębie stanów Utah, Oregon i Waszyngton. Pomiędzy wieloma przypadkami zachodziły uderzające podobieństwa. Na przykład, wszystkie kobiety były białe, szczupłe, niezamężne, w chwili zaginięcia nosiły spodnie, miały długie włosy i przedziałek na środku głowy i wszystkie one zaginęły wieczorem. Także w czasie tych zniknięć policjanci przesłuchiwali studentów collegu, którzy powiedzieli im, że widzieli nieznanego mężczyźnie noszącego gips albo na ręce, albo na nodze. Podobno nieznajomy nie mógł unieść wszystkich swoich książek i poprosił stojące niedaleko młode kobiety o pomoc. Inni naoczni świadkowie zeznali, że widzieli nieznajomego mężczyznę na parkingu przed campusem, miał gips i prosił o pomoc przy samochodzie, VW garbusie, który nie chciał mu zapalić. Co ciekawe, w tym samym rejonie, w którym dwie z kobiet tajemniczo zniknęły, był widziany właśnie taki mężczyzna noszący gips na ręce albo nodze.

W końcu, w sierpniu 1974 roku, w Lake Sammamish State Park w stanie Waszyngton, zostały znalezione szczątki kilku zaginionych kobiet a dwie z nich później zidentyfikowano. To niezwykłe, że policja zdołała zidentyfikować dwa ciała biorąc pod uwagę to, co z nich zostało, a były to kosmyki różnego koloru włosów, pięć kości udowych, dwie czaszki i kość żuchwy. Zidentyfikowanymi kobietami były Janice Ott i Denise Naslund, które zniknęły tego samego dnia, 14 lipca.

Ostatni ludzie, którzy widzieli Janice, para będąca niedaleko na pikniku, zapamiętała przystojnego młodego mężczyznę podchodzącego do młodej kobiety. Z tego co zdołali usłyszeć z rozmowy pomiędzy Janice i młodym mężczyzną, miał on na imię Ted i nie mógł sobie poradzić z załadowaniem łodzi na samochód z powodu złamanej ręki. Poprosił Janice o pomoc i ona zgodziła się mu pomóc. Był to ostatni raz, kiedy widziano 23-letnią Janice Ott żywą.

Denise Naslund spędzała popołudnie ze swoim chłopakiem i przyjaciółmi, kiedy poszła do publicznej toalety w parku i już nigdy nie wróciła. Tamtego popołudnia, w pobliżu miejsca, w którym zniknęła, mężczyzna noszący gips i proszący o pomoc przy łodzi podszedł do dwóch kobiet. Nie mogły pomóc atrakcyjnemu młodemu mężczyźnie. Jednak Denise Naslund była typem dziewczyny, która pomagała każdemu w potrzebie, szczególnie komuś ze złamaną ręką - przysługa, która kosztowała ją życie. Denise Naslund nie była ostatnią kobietą, która zaginęła i została znaleziona martwa.

Miejscowy szef policji w Utah - Louis Smith miał 17-letnią córkę, którą często ostrzegał przed niebezpieczeństwami tego świata. Widział zbyt wiele podczas swojej kariery i martwił się o jej bezpieczeństwo. A jednak jego najgorsze obawy stały się rzeczywistością 18 października 1974 roku, kiedy zniknęła jego córka Melissa. Została znaleziona 9 dni później - uduszona i zgwałcona.

Trzynaście dni później podczas Halloween, 17-letnia Laura Aime zaginęła. Została znaleziona w Święto Dziękczynienia w górach Wasatch. Leżała martwa nad rzeką. Napastnik bił ją w głowę i twarz łomem, zgwałcił. Z powodu braku krwi na miejscu zbrodni, podejrzewano, że została zabita w innym miejscu. Poza ciałem, nie było żadnych innych fizycznych dowodów, które mogłyby posłużyć policji.

Podobieństwa pomiędzy morderstwami w stanach Waszyngton i Oregon przykuły uwagę lokalnej policji w Utah, która nerwowo poszukiwała człowieka odpowiedzialnego za te straszliwe zbrodnie. Z każdym kolejnym morderstwem gromadzono coraz więcej dowodów. Policja w Utah skonsultowała się z detektywami w stanach Oregon i Waszyngton. Prawie wszyscy zgodzili się, że jest wysoce prawdopodobne, że ten sam człowiek, który popełnił zbrodnie w stanach Oregon i Waszyngton był odpowiedzialny za zabójstwa w Utah. Dzięki zeznaniom naocznych świadków o mężczyźnie z gipsem widzianym niedaleko miejsc gdzie wiele kobiet zniknęło, udało się sporządzić portret pamięciowy domniemanego zabójcy, który sam siebie nazywał "Tedem."

Kiedy Lynn Banks, bliska przyjaciółka Meg Anders, zobaczyła w gazecie relację o morderstwie Melissy Smith i portret pamięciowy domniemanego zabójcy, wiedziała, że to Ted Bundy musi być tym mężczyzną. Nie tylko uczucie niechęci i brak zaufania do chłopaka Meg kazały jej wierzyć, że to Ted był poszukiwanym, ale także fakt, że wyglądał on bardzo podobnie do mężczyzny z portretu pamięciowego w gazecie. Meg także musiała się zgodzić, że rysunek zabójcy przypominał Teda, a jednak nie mogła uwierzyć, że mężczyzna, którego kochała i z którym żyła mógł zrobić coś tak potwornego. Z pewnym wahaniem, jesienią 1974 roku, za radą swojej przyjaciółki skontaktowała się z policją. Meg była jedną z pięciu osób, które doniosły na Bundy'ego. Jej zeznania, razem z innymi, trafiły do akt i zostały zapomniane na kilka lat. Policjanci byli tak zalani wskazówkami, że kiedy doszli do Teda Bundy'ego, powszechnie szanowanego człowieka, odrzucili go i zajęli się innymi bardziej prawdopodobnymi podejrzanymi.

Był 8 listopada 1974 roku, kiedy oficerowie policji dokonali przełomu w sprawie, na który czekali. Tamtego piątkowego wieczoru, przystojny, obcy mężczyzna w księgarni wielkiego centrum handlowego w Utah podszedł do 18-letniej Carol DaRonch. Nieznajomy powiedział jej, że widział jak ktoś próbuje włamać się do jej samochodu i poprosił ją, żeby poszła z nim na parking i zobaczyła czy nic nie zostało ukradzione. Carol pomyślała, że mężczyzna musi być pracownikiem ochrony, ponieważ wydawał się całkowicie panować nad sytuacją. Kiedy doszli do samochodu, sprawdziła samochód i poinformowała go, że wszystko jest na swoim miejscu. Mężczyzna, który przedstawił się jako oficer Roseland, nie był zbytnio zadowolony i chciał odwieźć ją do kwatery głównej policji. Chciał, żeby zidentyfikowała domniemanego przestępcę i wniosła skargę. Kiedy zaprowadził ją do VW garbusa, zaczęła coś podejrzewać i poprosiła o legitymację. Szybko pokazał jej złotą odznakę a potem odprowadził ją do swojego samochodu.

Szybko odjechał w kierunku przeciwnym do posterunku policji i po krótkiej chwili nagle zatrzymał samochód. W Carol DaRonch narastały obawy. "Oficer policji" nagle chwycił ją i próbował założyć jej kajdanki. Carol prosiła, aby darował jej życie. Kiedy zaczęła krzyczeć, mężczyzna wyciągnął pistolet i zagroził, że ją zabije jeśli nie przestanie. Carol została wypchnięta z samochodu a potem nagle przewrócona przez napastnika. Miał łom w ręce i był gotowy rozbić jej głowę. Przerażona, kopnęła go w krocze i zdołała uciec. Pobiegła w kierunku drogi i przykuła uwagę dwojga ludzi przejeżdżających w pobliżu. Zatrzymali się i Carol nerwowo wskoczyła do ich samochodu. Płakała histerycznie i powiedziała im, że jakiś mężczyzna próbował ją zabić. Natychmiast zawieźli ja na policję.

Szlochając, z kajdankami wciąż wiszącymi u jej nadgarstków, powiedziała policjantom, co zrobił jeden z ich ludzi. Ale tam nie pracował żaden mężczyzna o nazwisku Roseland. Policja natychmiast została wysłana na miejsce, gdzie zaledwie godzinę wcześniej Carol walczyła o życie, ale szaleniec już dawno zniknął. Policjanci mogli jedynie zdobyć opis mężczyzny i jego samochodu a kilka dni później, grupę krwi zdjętą z płaszcza dziewczyny. Krew była grupy 0, takiej samej jak Teda Bundy, jak dowiedziała się później policja.

Tego samego wieczoru, Jean Graham pracowała za kulisami reżyserując sztukę w szkole średniej w Viewmont, kiedy podszedł do niej przystojny mężczyzna i poprosił ją o pomoc w zidentyfikowaniu samochodu. Była zbyt zajęta i odmówiła mu. Później znowu do niej podszedł i poprosił ją o pomoc, a ona znowu mu odmówiła. Było coś dziwnego, prawie przerażającego w tym mężczyźnie, ale zignorowała to i wkrótce wróciła do swojej pracy. Zaniepokoiła się widząc mężczyznę ponownie w tyle widowni. Zastanawiała się, czego on tak naprawdę chce.

Debby Kent, która oglądała wieczorne przedstawienie razem ze swoimi rodzicami, wyszła wcześnie, aby przywieźć brata z kręgli. Powiedziała swoim rodzicom, że wkrótce po nich wróci, ale nigdy tego nie zrobiła. W rzeczywistości nigdy nie wsiadła do samochodu, który stał pusty na szkolnym parkingu. Debby Kent nigdzie nie można było znaleźć. Kluczykiem, który znaleziono w miejscu zniknięcia Kent można było otworzyć kajdanki DaRonch. Prawie miesiąc później, jakiś mężczyzna wezwał policję i powiedział, że w wieczór, w którym zniknęła Debby, widział żółtobrązowego VW garbusa odjeżdżającego z dużą prędkością z parkingu przed szkołą.

12 stycznia 1975 roku Caryn Campbell, jej narzeczony - Raymond Gadowski i dwoje jego dzieci wybrali się w podróż do Kolorado. Caryn miała nadzieję, że będzie się dobrze bawić podczas urlopu i spędzi więcej czasu z dziećmi, podczas gdy jej narzeczony będzie chodził na seminarium. Kiedy odpoczywała w holu hotelowym z Gadowskim i z dziećmi, uświadomiła sobie, że zapomniała czasopisma i wróciła do pokoju aby je zabrać. Jej narzeczony i dzieci na próżno czekali na jej powrót. Raymond wiedział, że nie czuła się zbyt dobrze tego dnia i wrócił do pokoju, aby zobaczyć, czy nie potrzebuje pomocy. Caryn nie było nigdzie w zasięgu wzroku. W rzeczywistości, nigdy nie dotarła do pokoju. W południe, zmieszany i zmartwiony Gadowski poinformował policje o jej zniknięciu. Przeszukali każdy pokój w hotelu, ale nie znaleźli żadnego śladu Caryn. Prawie miesiąc później, kilka mil od miejsca, w którym zniknęła pracownicy parku rozrywki znaleźli nagie ciało Caryn, leżące niedaleko drogi. Jak wiele ofiar znalezionych w Waszyngtonie, Oregonie i Utah, Caryn zginęła od wielokrotnych ciosów w głowę. Na miejscu zbrodni znowu znaleziono niewiele materiału dowodowego. Najwyraźniej została zabita zaledwie kilka godzin po zniknięciu.

W kilka miesięcy po znalezieniu ciała Caryn Campbell, odkryto szczątki innej osoby dziesięć mil od miejsca, w którym zostały zlokalizowane zwłoki Naslund i Ott. Była to Brenda Ball, jedna z siedmiu kobiet, które zniknęły wcześniej tamtego lata. Przyczyną śmierci były ciosy w głowę zadane tępym narzędziem.

Policja przeszukała góry Taylor gdzie znaleziono ciała. Zaledwie parę dni później odkryto kolejne zwłoki. Było to ciało Susan Rancourt, która także zaginęła wcześniej tamtego lata. Góry Taylor stały się cmentarzyskiem szaleńca znanego jako "Ted." W tym samym miesiącu znaleziono kolejne dwa ciała; jednym były zwłoki Lyndy Ann Healy. Wszystkie ofiary doznały poważnych obrażeń głowy tępym narzędziem, możliwe że był to łom.

Policja bezskutecznie kontynuowała poszukiwania zabójcy. Jeszcze pięć innych kobiet zginęło w Kolorado w podobnych okolicznościach. Nie były one ostatnimi ofiarami ogarniętego szaleństwem zabijania Teda.
Podejrzany
16 sierpnia 1975 roku, oficer patrolu drogowego w Utah - Bob Hayward siedział w swoim służbowym samochodzie, patrolując teren wokół Salt Lake County, kiedy spostrzegł podejrzany żółtobrązowego VW garbusa jadącego obok. Doskonale znał okolicę i prawie wszystkich żyjących tam mieszkańców i nie mógł sobie przypomnieć, aby kiedykolwiek wcześniej widział tam taki samochód. Kiedy włączył światła, aby lepiej widzieć tablicę rejestracyjną VW, kierowca tego auta wyłączył swoje światła i zaczął uciekać.

Sierżant Hayward natychmiast zaczął pościg za pojazdem. Samochód przejechał na dwóch czerwonych światłach zanim w końcu zatrzymał się na pobliskiej stacji benzynowej. Bob Hayward zatrzymał się za brawurowym kierowcą i obserwował jak wysiada on ze swojego samochodu i podchodzi do wozu policyjnego. Hayward poprosił młodego mężczyznę o dowód rejestracyjny i prawo jazdy, które były wystawione na nazwisko Theodore Robert Bundy. Właśnie wtedy dwóch innych policjantów, oficer Fife i Twitchell, zatrzymali się za VW. Hayward zaczął iść w kierunku samochodu Bundy'ego i zauważył, że nie było w nim siedzenia dla pasażera. Z coraz większą podejrzliwością, za pozwoleniem Bundy'ego, trzech oficerów przeszukało auto. Oficerowie znaleźli łom, maskę, sznur, kajdanki, drut i szpikulec do lodu. Bundy został natychmiast osadzony w areszcie z podejrzeniem o kradzież z włamaniem.

Wkrótce po aresztowaniu Bundy'ego policja zaczęła znajdować związki pomiędzy nim a mężczyzną, który zaatakował Carol DaRonch. Kajdanki znalezione w samochodzie Bundy'ego były tego samego gatunku i marki jak te, których użył jej napastnik a samochód, który prowadził był podobny do tego, który opisała. Ponadto łom znaleziony w samochodzie Bundy'ego był podobny do broni, którą wcześniej grożono DaRonch. Podejrzewano także, że Bundy był człowiekiem odpowiedzialnym za porwanie Melissy Smith, Laury Aime i Debby Kent. Było już zbyt wiele podobieństw pomiędzy przypadkami, żeby policja mogła je zignorować. Policjanci wiedzieli, że potrzebują znacznie więcej dowodów, aby rozpocząć dochodzenie przeciwko Bundy'emu.

2 października 1975 roku Carol DaRonch razem z Jean Graham i przyjaciółką Debby Kent stanęły przed rzędem siedmiu mężczyzn, wśród których znajdował się główny podejrzany - Bundy, na posterunku policji w Utah. Detektywi nie byli zaskoczeni, kiedy Carol DaRonch zidentyfikowała Teda jako mężczyznę, który ją zaatakował. Jean Graham i przyjaciółka Debby Kent także wskazały Teda jako człowieka, którego widziały w pobliżu widowni w wieczór zniknięcia Debby Kent. Chociaż Ted wielokrotnie twierdził, że jest niewinny, policjanci byli prawie pewni, że schwytali sprawcę. Wkrótce po tym, jak został zidentyfikowany, detektywi wszczęli rozwinięte śledztwo nad mężczyzną znanym im jako Theodore Robert Bundy.
Śledztwo
Pod koniec 1975 roku, oficerowie śledczy zaczęli uważniej przesłuchiwać Meg Anders, by jak najwięcej dowiedzieć się na temat Teda Bundy. W końcu to ona zaalarmowała policję o swoich podejrzeniach co do swojego chłopaka. Oficerowi wiedzieli, że tylko Meg może udzielić im kluczowych informacji na temat zwyczajów i osobowości Teda. Oczywiście to czego się dowiedzieli pomogło im połączyć osobę Teda z morderstwami kobiet.

16 września 1975 roku Meg została wezwana do King County Police Major Crime Unit i tam przesłuchiwana przez trzech detektywów. Byli to Jerry Thompson, Dennis Couch i Ira Beal. Dziewczyna była wyraźnie zdenerwowana, ale skłonna udzielić policjantom potrzebnych informacji. Gdy detektywi spytali o Teda, Meg powiedziała, że w czasie morderstw nie mogła na niego liczyć. Nie było go przy niej. Powiedziała też policjantom, że po tych nocach Ted spał cały dzień, i wieczorem znów gdzieś wychodził. Przyznała się też do tego, że Ted nie wykazywał już takiego zainteresowania jej ciałem. Jedyne co go wtedy podniecało, to stosunki w których była mu całkowicie uległa. Gdy oświadczyła mu ze nie ma już dłużej ochoty służyć mu w łóżku za niewolnicę, Ted bardzo się na nią zdenerwował.

W czasie kolejnego przesłuchania, Meg przypomniała sobie, że Ted miał w samochodzie siekierę i łom. Przypomniała sobie również, że w lipcu Ted spędził kilka dni w Lake Sammamish Park, gdzie miał jeździć na nartach wodnych. W tym samym czasie w Lake Sammamish Park zaginęły Janice Ott i Denise Naslund.

Po wielogodzinnych przesłuchaniach Meg oficerowie przenieśli swoją uwagę na Stephanie Brooks. Stephanie zaczęła opowiadać jak Ted zmienił swój stosunek do niej. Z kochającego i czułego mężczyzny stał się zimny i okrutny. Detektywi zauważyli, że Ted przez jakiś czas spotykał się z obiema kobietami jednocześnie, ale żadna z nich nie wiedziała o istnieniu drugiej. Ted prowadził podwójne życie, przesycone kłamstwami i zdradą. To nieco wykraczało poza przypuszczenia detektywów co do jego osoby.

Im dłużej trwało śledztwo, tym więcej było dowodów przeciwko Tedowi. Lynda Ann Healy okazała się znajomą kuzyna Teda, wiele osób rozpoznało Teda w Lake Sammamish Park w czasie, gdy zaginęły panie Ott i Naslund. Stary przyjaciel Teda zeznał, że zauważył w jego samochodzie rajstopy, oraz że Ted spędzał dużo czasu w Taylor Mountains gdzie znaleziono ciała ofiar. Kolejnym dowodem przeciwko Tedowi były rachunki za benzynę. Kupował ją w miejscowościach, w których zgłaszano zaginięcia kobiet. W końcu, któryś z przyjaciół widział Teda z ręką w gipsie, podczas gdy w żadnym szpitalu nie był notatki o tym, że Ted złamał rękę. Było coraz więcej dowodów obciążających Teda, ale on wciąż twierdził, że jest niewinny.
Problemy
23 lutego 1976 roku rozpoczął się proces Teda, w którym oskarżono go o porwanie Carol DaRonch. Podczas rozprawy Ted był rozluźniony i spokojny. Był pewien, że nie ma wystarczających dowodów by go skazać. Gdy na miejscu dla świadków usiadła sama poszkodowana, opowiedziała dokładnie o wszystkim, co przeżyła szesnaście miesięcy wcześniej. Zapytana czy jest w stanie wskazać człowieka który to zrobił, rozpłakała się i wskazała na mężczyznę, który wtedy nazywał siebie "Oficer Roseland". Wszyscy obecni spojrzeli teraz na Teda, który zimno wpatrywał się w Carol, gdy ta wskazywała na niego. Później Ted powiedział, że nigdy nie widział tej kobiety, ale nie ma też wiarygodnego alibi w dniu ataku.

Sędzia spędził kilka dni przyglądając się sprawie i ogłosił wyrok. Uznał Teda Bundy'ego za winnego. 30 czerwca, Ted Bundy został skazany na 15 lat pozbawienia wolności, z możliwością ubiegania się o przedterminowe zwolnienie.

W więzieniu Ted poddawany był badaniom psychiatrycznym, o które wcześniej poprosił sędzia. Anne Rule w swojej książce "The Stranger Beside Me" tak opisuje stan psychiczny Teda: "psychotyczny, neurotyczny, ofiara choroby mózgu na tle organicznym, alkoholik, uzależniony od leków, cierpi na zaburzenia osobowości oraz amnezję, nie jest dewiantem seksualnym." Psychiatrzy zauważyli również, że Ted odczuwał silna zależność od kobiet, i ta zależność wydawała mu się podejrzana. Ted bardzo obawiał się upokorzenia w jego relacjach z kobietami.

Gdy Ted spędzał czas w Więzieniu Stanowym w Utah, detektywi zbierali dowody łączące go z morderstwami Caryn Campbell i Melissy Smith. Bundy nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, że czekają go jeszcze większe problemy. W jego VW znaleziono włosy, które po przebadaniu okazały się włosami pani Campbell i pani Smith. Badania czaszki pani Campbell pozwoliły dokładnie określić jakiego narzędzia użyto by ją zabić. Był to łom, idealnie pasujący do tego, który znaleziono w samochodzie Teda. 22 października 1976 roku policja w Colorado dysponowała wystarczającymi dowodami by oficjalnie oskarżyć Teda o zamordowanie Caryn Campbell.

W kwietniu 1977 roku Ted został przewieziony do Garfield County Jail w stanie Colorado by tam czekać na kolejny proces. Bundy był wyraźnie niezadowolony z prawnika, który go reprezentował. Uważał go za niekompetentnego i nieprzygotowanego. W końcu go zwolnił. Ted miał doświadczenie w prawie i uznał, że sam może się bronić. Zaczął się do tego przygotowywać. Otrzymał zgodę na opuszczanie więzienia, na przykład po to by odwiedzać bibliotekę w Aspen w celu przygotowywania się do obrony. Nikt nie wiedział o tym, że Ted planuje ucieczkę.
Wielka ucieczka
7 czerwca, podczas kolejnej wizyty w bibliotece Tedowi udało się wyskoczyć przez okno. Zranił się w kostkę, ale był wolny. Nie nosił żadnych kajdanek czy obręczy na nogach, więc nie rzucał się w oczy na ulicach Aspen. Była to ucieczka pod wpływem impulsu, nadarzającej się okazji. Policja natychmiast zablokowała drogi wyjazdowe z miasta, ale Ted wiedział, że przez jakiś czas musi ukrywać się właśnie w mieście. Rozpoczęto wielkie poszukiwania, z użyciem tresowanych ogarów i 150 ludzi wyspecjalizowanych w szukaniu zbiegów. Jednak Ted był na tyle sprytny, że wciąż pozostawał na wolności, w głębokim ukryciu.

W tym czasie Ted żywił się tym, co udało mu się ukraść z pobliskich kampingów, sypiał w dziwnych, opuszczonych miejscach. Wiedział, że potrzebuje samochodu, wtedy mógłby nieco pewniej pokonać policyjne bariery. Nie mógł ukrywać się w Aspen w nieskończoność. W końcu znalazł samochód z kluczykami w stacyjce. Gdy próbował opuścić miasto, został zatrzymany przez dwóch policjantów. Znów wrócił do więzienia, po sześciu dniach wolności.

Od tamtego momentu, przed każdym wyjściem do biblioteki Zakładano Tedowi kajdanki i obręcze na nogi. Jednak Bundy nie był typem człowieka, który lubił być związany.

Prawie siedem miesięcy później Ted znów spróbował uciec. Tym razem wyglądało to znacznie lepiej. 30 grudnia wdrapał się na dach więzienia, przedostał do innej części budynku. Poczekał jakiś czas i przez inny otwór dostał się do pustego już pokoju, w którym przebywają strażnicy. Znów odczekał jakiś czas i przez nikogo nie nękany, opuścił więzienie. O jego ucieczce władze więzienia dowiedziały się dopiero 15 godzin później.

Gdy zawiadomiono policję, Ted był już w drodze do Chicago. Zatrzymał się jeszcze kilka razy zanim przybył na słoneczną Florydę. Od połowy stycznia 1978 roku Ted Bundy, znany teraz jako Chris Hagen, zamieszkał w komfortowym, jednopokojowym apartamencie w Tallahassee, na Florydzie.

Ted cieszył się wolnością, którą znalazł w miejscu gdzie nikt nic nie wiedział o jego przeszłości. Często bywał na pobliskim Uniwersytecie Stanowym. Wiele czasu spędzał na spacerach po tamtejszym campusie, często tez wpadał na co ciekawsze wykłady. Często też siedział w swoim pokoju oglądając telewizję z odbiornika, który ukradł. Złodziejstwo to była druga natura Teda. Prawie wszystko, co miał w tym pokoju pochodziło z kradzieży. Nawet za jedzenie płacił kradzionymi kartami kredytowymi. Wydawałoby się, że Ted mógł być w tych warunkach szczęśliwy. Jednak bardzo brakowało mu jednej rzeczy. Brakowało mu przyjaciół, znajomych.
Morderca znów atakuje
W sobotę, 14 stycznia, mało dziewcząt znajdowało się w domu bractwa Chi Omega. Większość z nich bawiła się gdzieś na terenie campusu. Od czasu, gdy zniesiono godziny powrotu do domów, nie było w tym nic dziwnego. Poranne powroty były czymś normalnym. Jednak żadna z dziewcząt nie była przygotowana na to, co spotkały po powrocie do domu.

O 3 nad ranem, jedna z dziewcząt, Nita Neary wracała ze swoim chłopcem z jednego z przyjęć na terenie campusu. Zanim jeszcze zbliżyła się do drzwi, zauważyła, że te są otwarte. Gdy tylko weszła do środka, usłyszała jakiś hałas na górze. Gdy zdała sobie sprawę że ktoś właśnie zaczyna schodzić po schodach, szybko schowała się w cieniu drzwi. Zauważyła zbiegającego mężczyznę, na głowie miał czapkę robiona na drutach. W dłoni trzymał jakiś pręt zawinięty w szmatę. Mężczyzna zbiegł po schodach i wyszedł z domu.

Pierwsze o czym pomyślała Nita było to, że dokonano włamania. Natychmiast obudziła swoją koleżankę, Nancy Dowdy i opowiedziała jej o spotkanym mężczyźnie. Dziewczyny nie były pewne co robić. Udały się do opiekunki domu. Zanim dotarły do jej pokoju, zauważyły kolejną koleżankę, Karen Chandler. Dziewczyna czołgała się po podłodze. Miała cała głowę we krwi. Nancy zaczęła pomagać Karen, a Nita obudziła opiekunkę. We dwie zaczęły sprawdzać kolejne pokoje. Znalazły Kathy Klein. Dziewczyna żyła, ale była w strasznym stanie. Była cała we krwi, która tryskała z ran na głowie. Nancy szybko pobiegła do telefonu i zawiadomiła policję.

Policja znalazła kolejne dwie dziewczyny. Leżały martwe w swoich łóżkach. Ktoś zaatakował je, gdy spały. Lisa Levy była pierwszą, którą znaleźli policjanci. Patolodzy ustalili, że dziewczyna najpierw została ogłuszona ciosem w głowę, potem zgwałcona. Przyczyną śmierci było uduszenie. Znaleźli też ślady zębów na jej pośladkach i wokół jednego z sutków. Sutek ten został dosyć mocno ugryziony, prawie odgryziony. Została także wykorzystana seksualnie przy pomocy pojemnika ze sprayem do włosów.

Pośmiertne badanie drugiej ofiary, Margaret Bowman, ujawniło wiele ran na jej ciele. Jednak dziewczyna nie została zgwałcona. Nie było tez śladów po ugryzieniu. Została uduszona parą pończoch. Była tez bita czymś twardym w głowę do tego stopnia, że czaszka uległa pęknięciom i wokół znajdowały się kawałki mózgu. Nie było żadnych śladów mówiących o tym by dziewczęta walczyły o życie.

Detektywi przesłuchujący świadków nie dowiedzieli się niczego. Żadna z dziewcząt nie pamiętała niczego podejrzanego tamtej nocy. Tak samo jak dwie martwe kobiety, inne dziewczęta spały, gdy zostały zaatakowane. Jedynym przydatnym świadkiem była Nita Neary, która była w stanie opisać mężczyznę opuszczającego dom tuż przed odkryciem zwłok. Napastnik nie oddalił się zbytnio. Tej samej nocy znalazł kolejną ofiarę.

Niecałą milę dalej, Debbie Ciccarelli została obudzona przez hałasy dochodzące z pokoju obok. Zastanawiała się co jej przyjaciółka mogła robić o tej porze. Była czwarta rano. Ponieważ podejrzane hałasy ciągle trwały, Debbie obudziła swoją współlokatorkę, Nancy Young. Dziewczyny zaczęły się przysłuchiwać. W pewnym momencie usłyszały jęki Cheryl Thompson. Wystraszone dziewczyny postanowiły do niej zadzwonić i spytać czy wszystko w porządku. Gdy nikt nie odbierał telefonu, wezwały policję.

Policjanci przybyli prawie natychmiast. Nie mieli daleko. Weszli do apartamentu zajmowanego przez Cheryl. Znaleźli ja w sypialni. Siedziała na łóżku. Jej twarz była przeraźliwie spuchnięta od ciosów. Była ledwo świadoma i pół naga, ale szczęśliwa, że żyje. Przy jej łóżku policjanci znaleźli maskę. Jak pisze Anne Rule w swojej książce "The Stranger Beside Me", maska ta bardzo przypominała tą którą znaleziono w samochodzie Teda, gdy został aresztowany w sierpniu 1975 roku.

Oficerowie śledczy pracowali ciężko nad dowodami, które znaleźli. Pobrali próbki krwi napastnika, próbki spermy, smugi odcisków palców. Wszystko to znaleźli na miejscach zbrodni. Jednak okazało się, że większość tego typu dowodów była nieprzydatna. Jedyne dobre ślady to włosy znaleziona na masce, ślady zębów na ciele jednej z ofiar i świadek, który widział napastnika. Detektywi nie mieli podejrzanego i Ted Bundy wciąż pozostawał w ukryciu.

9 lutego 1978 roku w Lake City zgłoszono zaginięcie 12-letniej Kimberly Leach. Rodzice było zrozpaczeni. Policja rozpoczęła szerokie poszukiwania dziewczynki, która zniknęła z terenu szkoły. Ostatni raz widziana była przez jej przyjaciółkę, Priscillę Blackney. Widziała ją jak wsiadała do samochodu, w którym siedział obcy mężczyzna. Niestety nie zapamiętała dokładnie ani samochodu ani tego jak wyglądał ten mężczyzna. Po ośmiu tygodniach znaleziono zwłoki Kimberly Leach w stanowym parku w Suwannee County w stanie Floryda. Niestety patolodzy nie dowiedzieli się prawie niczego o przyczynie śmierci dziewczynki. Zwłoki były już w stanie poważnego rozkładu. Jednak policjanci znaleźli dowód łączący ze sprawą Teda Bundy.

Kilka dni przez zniknięciem Kimberly, pewien dziwny człowiek w białym vanie zaczepił czternastoletnią Leslie Parmenter. Dziewczyna czekała na brata, który miał ją gdzieś podwieźć. Przedstawił się jako ktoś ze straży pożarnej i zapytał czy uczęszcza do niedalekiej szkoły. Wydało jej się dziwne, że strażak jest tak ubrany. Leslie zaczęła czuć się dziwnie. Jej ojciec zawsze upominał ją by nie rozmawiała z obcymi. A jej ojcem był dowódca detektywów w Departamencie Policji Jacksonville. Wreszcie przyjechał jej brat i dziewczyna odetchnęła z ulgą. Jej brat Danny również uznał, że ten mężczyzna jest jakiś dziwny. Zanotował numer rejestracyjny jego samochodu, które potem pokazał ojcu.

Gdy detektyw James Parmenter usłyszał o dziwnym nieznajomym w białym vanie, natychmiast sprawdził numer rejestracyjny tego samochodu. Dowiedział się, że właścicielem jest niejaki Randall Ragen i postanowił złożyć mu niezapowiedzianą wizytę. Ragen powiedział detektywowi, że ukradziono mu tablice rejestracyjne, i właśnie czeka na wyrobienie nowych. Po pewnym czasie detektyw dowiedział się, że van, który widziały jego dzieci również został skradziony. Wtedy wpadł na pewien pomysł. Zabrał dzieci na komisariat i pokazał im kilka zdjęć. Wśród nich było również zdjęcie Teda. Nie zdawał sobie sprawy jak blisko był utraty swojej córki. Danny i Leslie rozpoznali człowieka z furgonetki. Był nim Ted Bundy.

Ted szybko pozbył się vana. W podróż do Pensacoli na Florydzie udał się wygodniejszym w prowadzeniu VW garbusie. 15 lutego oficer David Lee patrolował okolice West Pensacola gdy o godzinie 22 zauważył pomarańczowego VW. Znał tę okolicę i jej mieszkańców dobrze, więc wiedział, że jest to nowy samochód. Policjant postanowił sprawdzić numery rejestracyjne tego samochodu. Dowiedział się że został on skradziony. Natychmiast włączył syreny i zaczął pościg za pomarańczowym garbusem.

Po raz kolejny Ted Bundy uciekał. W pewnym momencie zatrzymał samochód. Oficer Lee kazał mu wyjść z auta i położyć się na ziemi z rękami na głowie. Gdy ten podszedł do niego i chciał zakuć go w kajdanki, Ted odwrócił się i zaczął walczyć z policjantem. Poradził sobie z oficerem i zaczął uciekać. Gdy tylko zaczął to robić, Lee oddał w jego kierunku strzały. Bundy upadł udając, że został zabity. Gdy oficer znów się do niego zbliżył, Ted ponownie zaatakował. Jednak teraz to policjant był górą. Zakuty w kajdanki Ted Bundy wylądował na komisariacie.

Ted znów siedział w więzieniu a detektywi znów zbierali materiały. Znaleziono biała furgonetkę. Znaleziono również trzech świadków, którzy zeznali, że widzieli go w tym aucie w dniu uprowadzenia Kimberly Leach. Badania dowiodły, że włókna materiału znalezione w samochodzie pochodziły z ubrania Teda.

Po zbadaniu śladów krwi, które znaleziono na wykładzinie furgonetki okazało się, że to krew Kimberly. Podobnie było z nasieniem i krwią znalezioną na bieliźnie leżącej przy zwłokach dziewczynki. Krew i sperma należały do Teda. 31 lipca Ted Bundy został oskarżony o spowodowanie śmierci Kimberly Leach. Wkrótce potem został również oskarżony o morderstwa w domu bractwa Chi Omega. Stając w obliczu kary śmierci, Ted postanowił sam się bronić i udowodnić swoją niewinność.
Procesy
Theodore Robert Bundy miał w przeciągu trzech lat trzy procesy. Pierwszy proces - 22 lutego 1978 roku - oskarżony o morderstwa członkiń bractwa Chi Omega. Trzy miesiące później kolejny proces, również morderstwa członkiń bractwa Chi Omega. 7 styczeń 1980 roku - proces w sprawie morderstwa Kimberly Leach. Już wyrok z pierwszego procesu przypieczętował los Teda Bundy.

Podczas pierwszego procesu Ted bronił się sam. Miał nadzieję na piękną obronę. Dwunastu przysięgłych, głównie afroamerykanów przyglądało się tej obronie. Ted walczył w przegranej bitwie. Były dwa wydarzenia, które skierowały przysięgłych przeciwko Bundy'emu. Pierwsze to zeznanie Nity Neary - zeznanie o tym, co widziała podczas tej nocy, gdy popełniono morderstwo. To ona wskazała Bundy'ego jako mężczyznę zbiegającego po schodach i wybiegającego z budynku bractwa Chi Omega. Drugie wydarzenie to zeznania doktora Richarda Souvirona.

Doktor Souviron opisał dokładnie ślady ugryzień na ciele Lisy Levy. Pokazał przysięgłym powiększenia tych śladów, następnie porównał je ze zdjęciami zębów Bundy'ego. Idealnie do siebie pasowały. Nie było jakichkolwiek wątpliwości, że to zęby Teda pozostawiły te ślady na ciele Lisy Levy. To właśnie te zdjęcia były koronnym dowodem przeciwko Tedowi.

23 lipca Ted oczekiwał wyroku. Po siedmiu godzinach obrad przysięgli wrócili z werdyktem. Nie okazując żadnych emocji, Ted wysłuchał wyroku, który brzmiał: WINNY. W czasie drugiego procesu, Ted również został uznany winnym spowodowania śmierci Kathy Klein i Karen Chandler. 31 lipca Theodore Robert Bundy został skazany na śmierć na krześle elektrycznym.

7 stycznia 1980 roku miał miejsce ostatni proces Teda. W wyniku przedstawionych dowodów został uznany winnym spowodowania śmierci Kimberly Leach. Po raz trzeci został skazany na karę śmierci. W końcu przyznał się do zamordowania 28 kobiet, jednak jest to raczej zaniżona liczba ofiar. Nikt nie wie ile ofiar miał na swoim koncie Ted Bundy. I nikt się już tego nie dowie. Egzekucja miała miejsce 24 stycznia 1989 roku.
Własnymi słowami...
"Wyodrębnienie pewnych rzeczy nie jest prostą sprawą. Mam na myśli wydarzenia, które mogą dekoncentrować, powodować stres, napięcie. Musicie zaważyć to, jak one działają na poszczególne osoby. Nie możecie przewidywać lub generalizować tych spraw. Nie możecie przewidzieć takich zachowań. Społeczeństwo chce wierzyć, że potrafi rozpoznać złych ludzi... to niemożliwe... Jeśli ktoś robi coś aspołecznego, jest to manifestacja czegoś, co dzieje się wewnątrz. Ludzie raz zrobią coś takiego i już mają etykietkę. Nie można niczego przewidzieć dopóki to nie będzie miało miejsca."

"Wydaje mi się, że moglibyście powiedzieć, że wpływ warunków, w jakich człowiek został wychowany ma ogromne znaczenie. Jednak nie jest to aż tak ważne. Czasem brakuje sił by pokonać pewne pragnienia, obsesje, które powstały... w tym przypadku, wpływ rodziny i środowiska, w którym wychowywała się ta osoba był jak najbardziej pozytywny, jednak nie na tyle pozytywny by dobrze przygotować tę osobę..."

"Bierzecie pewną osobę, o której tu mówimy... poddajecie ją stresowi. Stres pojawia się przypadkowo, jednak jego wpływ na tę osobę już nie jest przypadkowy, jest szczególny. W wyniku tego stresu powstaje chaos, zakłopotanie, frustracja. Osoba stara się znaleźć ofiarę swoich frustracji. Nieustanne działanie stresu osłabia jego osobowość, razem z innymi czynnikami wzmaga chęć znalezienia celu dla jego frustracji, lub ucieczkę od rzeczywistości. I w ten sposób otrzymujemy sytuację, w jakiej się teraz znajdujemy, o której teraz mówimy... Nie ma żadnego cyngla, to jest bardziej wyrafinowane niż się wydaje."

"Nie znoszę etykietek, które nadają psycholodzy i psychiatrzy. Nie ma żadnych stereotypów, i jeśli zaczynasz używać etykietek, przestajesz widzieć fakty."

"On nie czuł żadnej nienawiści do kobiet; w jego otoczeniu, przeszłości nie wydarzyło się nic takiego, co wskazywałoby, że był on wykorzystywany przez jakiekolwiek kobiety... istnieje jakiś rodzaj słabości, który wyzwala jego zainteresowanie stosowaniem przemocy seksualnej, która stopniowo przenika do jego fantazji... on nie wyobrażał sobie siebie samego robiącego tego typu rzeczy, ale odczuwał zadowolenie czytając o innych tego typu przypadkach. W końcu był tak spragniony nowych doznań, że zaspokojenie mógł znaleźć tylko w coraz to nowych, odrażających książkach."

"Powiedzmy, że on szedł ulicą, i pewnego wieczora, zupełnie przez przypadek... spojrzał w górę, i w oknie domu zobaczył rozbierającą się kobietę... I zaczął, z pewną regularnością, hm, z regularnością typową dla społeczeństwa, w którym żył... Zaglądając w okna, obserwując rozbierającą się kobietę, lub obserwując wszystko, co tylko można było zobaczyć, wiecie, przez cały wieczór, traktując to jako jakiś plan, zagłębiał się w to dosłownie przez lata... Te okazje, hm, sprawiały, że przemierzał okolice szukając kandydatek do... szukając miejsc, w których... mógł zobaczyć to, co chciał zobaczyć... wszystko to było narzucone... narzucone przez normalne życie tej osoby. Wiec nie odwołałby spotkania albo opóźnił czegoś ważnego, hm, nawet... nie zmieniłby swojego życia... by przystosować to, hm, zaspokajanie woyerystycznych potrzeb... Dzięki temu czerpał z tego ogromną przyjemność. W końcu stał się w tym bardzo dobry - tak samo jak ktokolwiek staje się bardzo dobry w czymś, co robi bardzo często... To, co zaczynało się dziać było... ważne rzeczy nie były podporządkowywane, nie przeszkadzały w jego woyerystycznych zachowaniach, ale wraz ze zwiększającą się regularnością, te rzeczy było odwlekane lub inaczej planowane, by w końcu, hm, spędzać, hm, całe godziny na ulicach, w nocy czy nad ranem."

"...co sprawia że znajdujemy się w takim położeniu... i jakie muszą być predyspozycje by przemoc stała się skłonnością. Ponieważ to wszystko się rozwija, cele i cechy stają się coraz bardziej wyraźne, wszystko zaczyna zabierać więcej czasu... jest pewna ilość napięcia, hm, walki, między normalną osobowością a tą, hm, psychopatologiczną... Napięcie między normalną osobą, hm, między jej normalną świadomością i wymaganiami spowodowanymi rywalizacją... to wewnętrzne napięcie domaga się większej uwagi... I to nie jest coś samodzielnego... nic tego nie włącza i nic nie wyłącza. Oni są w tym samym czasie bardziej lub mniej aktywni. Czasem są bardziej aktywni..."

" ...osiągnęlibyśmy jakiś punkt, gdybyśmy mieli to wszystko, ten zbiornik wzrastających napięć... Wciąż wzrastających. W końcu, nieuchronnie, ta siła wywoła przełom... Może nie wielki przełom, ale ten przełom będzie znaczący - napięcie będzie tak wielkie, i żądania i oczekiwania z tym związane osiągną punkt w którym nie będzie można ich kontrolować. I wtedy po raz pierwszy zobaczymy konsekwencje."

"Myślę, że lepiej to zrozumiecie gdy zastanowicie się nad działaniem alkoholu. To ważne... Kiedy ta osoba jest pijana, wtedy zmniejszają się jej zahamowania. On zrozumiałby że jego pragnienia związane z woyeryzmem, lub wycieczki do księgarni powinny być bardziej natarczywe. Przy każdej okazji do takiego zachowania on czuł się jak odurzony."

"Pewnego wieczoru, gdy był mocno pijany... i spacerował po barze, zauważył kobietę która właśnie z niego wychodziła, i szła ciemna uliczką. I powinniśmy powiedzieć nie... dla chęci zrobienia czegoś tej osobie, która to chęć go opanowała - w pewnym sensie nigdy wcześniej tego nie czuł.... a to mocno nim zawładnęło. I wtedy, hm, mając całą masę myśli, zaczął szukać wokół siebie czegoś, hm, czym, hm, mógłby ją zaatakować. Bez problemu znalazł coś małego, i zaczął śledzić tę dziewczynę... i doszedł do punktu, hm, w którym był gotowy to zrobić - już nic nie było pod kontrolą... odkrycie tego doświadczenia i oszalałego pragnienia, które nim zawładnęło, hm, wydawało się że zapoczątkowało nowy wymiar czegoś, czegoś czym został obsesyjnie zawładnięty... przemoc, kobieta i podniecenie, zaspokojenie seksualne - połączenie tych zjawisk. Wtedy jeszcze nie zdawał sobie z tego sprawy, dopiero później wiedział co to jest."

"Mówimy o anonimowych, abstrakcyjnych, żyjących i oddychających ludziach... ale oni są nieznani. W zasadzie to symbole, hm, ale od czasu do czasu, w czasie spotkań, gdy nasze losy się krzyżują, stają się indywidualni, hm, stają się, moglibyście powiedzieć, problemami... to nie jest to słowo... tak jest wtedy gdy ktoś racjonalny, normalny, jest powierzchowny i, i reaguje ze strachem i przerażeniem... Ale rozpoznając stan pewnych spraw, mogą uporządkować to wszystko, w porozumieniu z inną częścią siebie, ukryć takie zachowanie. Chęć przeżycia wzięła górę nad wyrzutami sumienia... Normalna osoba zaczyna tłumaczyć sobie, że jest bez winy, bez winy, używając do tego rozmaitych mechanizmów. Tłumaczy sobie że to było uzasadnione, hm, było do zaakceptowania, było konieczne i tak dalej..."

"On nie doznawał żadnej przyjemności krzywdząc lub wyrządzając ból osobom które atakował. Nie doznawał jakiegokolwiek zadowolenia wyrządzając ból, i zrobiłby wszystko co możliwe, w granicach rozsądku, by nie torturować tych ludzi, chociażby nie fizycznie."

Nadchodzi, nadciąga....

Druga edycja KWIZu filmowego.

Zapraszam do siebie 16 lipca o 21:00

Pozdrawiam.

zarz sobie poczytam ale i tak Punisher jest najfajniejszy heheh ;] pozdrawiam dzięki za komnetarz ;]

Strasznie mi się tnie twój blog jak piszesz takie długie posty skracaj je to nie będzie mi się ciął twój blog.

http://killer.radom.net/~sermord/zbrodnia.php?dzial=mordercy...

Ostry koleś :/ pozory mylą

u ciebie portrety, u mnie charakterystyka...

Dobry temat:] pozdrawiam i czekam na sylwetki zabójców

Bardzo ciekawy temat, ale przyznam szczere, że jeszcze nie przeczytałam:P. Jak znajdę troszke więcej czasu to na pewno to zrobię;).
Pozdrawiam i zapraszam do mnie:).

A gdzie psychopatyczny morderca z Wrocławia "BACHUS"??:-)

użytkownik usunięty

jaki temat:) chcialo ci sie tyle pisac? podziwiam ale ogólnie ciekawe to:) pozdrawiam

Zgłoś nadużycie

Opisz, dlaczego uważasz, że ten wpis nie jest zgodny z regulaminem serwisu:

Wpis został dodany do obserwowanych

Zarządzać obserwowanymi blogami i wpisami możesz na stronie Obserwuję > blogi

Obserwujesz ten wpis

Zarządzać obserwowanymi blogami i wpisami możesz na stronie Obserwuję > blogi

Przestałeś obserwować wpis

Blog został dodany do obserwowanych

Zarządzać obserwowanymi blogami i wpisami możesz na stronie Obserwuję > blogi

Obserwujesz tego bloga

Zarządzać obserwowanymi blogami i wpisami możesz na stronie Obserwuję > blogi

Przestałeś obserwować bloga

dodaj komentarz

blogi moich znajomych

WTF:false,ads:true