Casablanca

1942 1 godz. 42 min.
7,9 87 306
ocen społeczności
7,9 10 1 87306
42 058
chce zobaczyć
7,9 11
ocen krytyków
{"rate":7.90909,"count":11}

OPIS

Rok 1942, Casablanca. Maroko znajduję się pod wpływem nazistowskiego Vichy. Ulice patrolują odziały policji, panuje chaos i przerażenie. Wszędzie pełno uchodźców, którzy do Casablanki przyjechali z nadzieją przedostania się do Ameryki. Obok trwającej wojny, toczy się normalne życie. Rick Blaine (Humphrey Bogart), cyniczny Amerykanin, prowadzi, cieszący się ogromnym powodzeniem, nocny lokal. W tym miejscu można choć na chwile zapomnieć. Na fortepianie gra gruby Sam, alkohol leje się strumieniami, a mężczyźni grają w karty.
Pewnego dnia w klubie zjawia się Ilsa (Ingrid Bergman), dawna miłość Ricka. Kobiecie towarzyszy mąż Victor Laszlo (Paul Henreid), ważny działacz czeskiego ruchu oporu, poszukiwany przez nazistów. Jedyną szansą dla Laszlo jest ucieczka z pochłoniętej wojną Europy i dostanie się do Ameryki. Jedyna droga wiedzie z Casablanki. Rick Blaine przez przypadek jest w posiadaniu wiz podpisanych przez Charlesa de Gaulle?a, które umożliwiają spokojne i bezpieczne przemieszczanie się praktycznie po całym świecie. Mężczyzna staje przed dramatycznym wyborem. Przez lata starł się nie angażować w sprawy innych, czy ma pomóc kobiecie, która złamała mu serce? Czy sam ma skorzystać z cennych dokumentów? Wspomnienia powracają, a dawna miłość ożywa? Nic nie jest proste, ani oczywiste.

CIEKAWOSTKI

- Film zrealizowany został na motywach sztuki ?Everybody Comes to Rick's? Murraya Burnetta i Joan Alison.

- Rolę Ilsy miała zagrać Mich?le Morgan, ale zażądała wynagrodzenia w wysokości 55 tys. dolarów. Ingrid Bergman otrzymała o połowę mniejszą stawkę (25 tys.).

- Ponoć rolę Sama miała zagrać kobieta, a wśród kandydatek była sama Ella Fitzgerald.

- Budżet filmu był bardzo niski (950. tys. dolarów, i tak przekroczony o 100 tys.) nie pozwalał na sfilmowanie prawdziwego samolotu na lotnisku. Końcową scenę filmu kręcono w studio, a samolot był zrobiony z kartonu.

- Kawiarnia-bar ?U Ricka? była wzorowana na Hotel El Minzah w Tangerze.

- Długo krążyła plotka, że Michael Curtiz kręcił film nie mając kompletnego scenariusza (został skończony na 3 dni przed rozpoczęciem zdjęć). Curtiz posiadał scenariusz, po prostu aktorzy nie wiedzieli, jak potoczą się losy ich postaci. Jedynie Bogart znał zakończenie - według kontraktu miał prawo do wstępnej akceptacji scenariusza.

- Jak podaje filmweb.pl - w sporządzonym w październiku 2004 rankingu Amerykańskiego Instytutu Filmowego Casablanca zwyciężyła jako film, który najlepiej pomaga... mężczyznom w uwodzeniu kobiet.

- Casablankę kręcono w Flagstaff w Arizonie, na lotnisku Van Nuys w Los Angeles, studiach Warnera w Burbank w Kalifornii.

NAJSŁYNNIEJSZE CYTATY

- ?Zagraj to raz, Sam, przez wzgląd na dawne czasy?. ?Zagraj to, Sam. Zagraj: ?Jak mija czas? (?As Time Goes By?).?? ?Zagrałeś to dla niej, to zagraj i dla mnie. Jeśli ona to zniosła, to i ja wytrzymam! Zagraj!?.

- ?Zawsze będziemy mieli Paryż?.

- ?Ze wszystkich knajp we wszystkich miastach na całym świecie ona musiała wejść akurat do mojej?.

- ?Pocałuj mnie. Pocałuj mnie tak jakby to miał być ostatni raz?.

- ?Jeśli ten samolot odleci, a Ciebie w nim nie będzie ? przy nim... będziesz tego żałować. Może nie dziś, może nie jutro, ale pewnego dnia. I do końca swojego życia?.

CASABLANCA W OCZACH KRYTYKI

Zygmunt Kałużyński, fragment książki ?Kanon królewski. Jego 50 ulubionych filmów?

Zagraj to raz jeszcze
"Casablanka" jest obiektem kultu, który nas ominął, co jest wypadkiem rzadkim w dziejach polskiego snobizmu, który jak wiadomo, nie przepuszcza niczego, co tylko staje się modne w świecie. Ale w roku premiery - 1942 - byliśmy zajęci czym innym, potem też jakoś rzecz nie weszła do rozpowszechniania, i tylko obijała się od czasu do czasu na pokazach marginesowych. Gdy pojawia się obecnie, po upływie pół wieku, daje wybitną okazję do sprawdzenia, czy rzeczywiście - jak to się ostatnio słyszy - kino się zmieniło? Odpowiedź brzmi: tak, i to bezpowrotnie.

W wypadku "Casablanki" odczuwamy tę stratę - czy raczej, należałoby powiedzieć, tę zmianę - tym dobitniej, że nie mieliśmy okazji, w swoim czasie, by poddać się czarowi. Ale gdzie indziej nie został on zapomniany. Opowiadał mi znajomy, który wrócił właśnie z Włoch, w listopadzie roku 86! - że cały kraj zawalony jest olbrzymimi wielometrowymi "posterami", reklamami whisky, na których widnieje bar, z Murzynem siedzącym za pianinem oraz z dżentelmenem w eleganckim białym smokingu, i ze szklanką na stole, oraz z podpisem (po angielsku w Italii!): "Play it again, Sam" (Sam, zagraj to raz jeszcze). Jest to jeden z niezapomnianych tekstów z "Casablanki": Humphrey Bogart, czyli "Rick", który do tej pory nigdy nie pił, teraz zalewa się, bo w Casablance pojawiła się jego dawna miłość Ingrid Bergman, ale w towarzystwie kogoś innego. Nie jest to jedyny tekst, który pamiętają na zawsze adoratorzy dawnego kina, nie narażając się zresztą na zbyt intensywny wysiłek mnemotechniczny. Gdy znalazłem się niedawno - w bieżącym roku - w towarzystwie zagranicznych kolegów, i padło jakieś zdanie sentymentalne, ktoś zareagował: "Kaliber 77", co wywołało beczkę śmiechu wśród zebranych, wyłączając mnie, bo nie rozumiałem o co chodzi. Szło zaś o scenę, w której Bogart i Bergman, wtedy jeszcze nie w Casablance, lecz u szczytu szczęścia w Paryżu, reagują na zbliżający się front Niemiecki: "Czy to armaty, czy moje serce" - pyta Bergman. "Nie, to hitlerowskie działa 77" - odpowiada Bogart, który wie wszystko.

Jest to jeden z tekstów bezwiednie humorystycznych w "Casablance". Inne - jak ów z "Samem", mimo że melodramatyczne, są nastrojowe i mogą przejąć. Jeszcze inne są otwarcie komiczne. Szef francuskiej policji w Casablance, który wie, że Rick, Amerykanin-awanturnik, nie może wrócić do Nowego Jorku, bo ma tam porachunki z prawem, pyta go, skąd się wziął tutaj. "Przepisano mi leczenie w uzdrowisku", odpowiada Rick. "Ale w Casablance nie ma uzdrowiska". "Właśnie, wprowadzono mnie w błąd". Rozmowa Ricka z jedną z przelotnych natarczywych kochanek (był ich cały pakiet), której chce się on pozbyć: "Co robiłeś wczoraj wieczór?" "Nie pamiętam już". "Co będziesz robił dzisiaj?" "Nie planuję tak daleko".
Ale jakby nie było, humor czy nie humor, melodramat czy nie melodramat, jednak żadne słowo nie pada tu niepotrzebnie. Jest to dalibóg robota skalkulowana. Dlatego właśnie film może stanowić klasyczny przykład kina minionego, odrzuconego, i to w całości, tak, że nic nie pozostało przez nowoczesną sztukę ekranu. Jest tu bowiem dokładnie, w kwintesencji, w koncentracji, wszystko, co dzisiejsze kino, określane jako "trzy A" (autorskie, artystyczne, ambitne), potępiło, jako sfałszowane, sztuczne, ułożone z przygotowanych klocków, i co dzisiejsza wymagająca krytyka określa, jako "sztampowy Hollywood".

Dzikie pola Hollywoodu
Rzeczywiście. Zaczyna się od tego, że wszystko nakręcone jest w atelier i nawet ostatnia scena odlotu samolotem zrobiona jest w hangarze, gdy tymczasem film nowoczesny żąda prawdy tła. I dalej: dzisiaj lansuje się szkoły narodowe, charakter miejscowy, lokalną autentykę, gdy "Casablanca" jest kosmopolityczna, i to dosłownie: reżyser Michael Curtiz (Kertesz) jest Węgrem, Ingrid Bergman Szwedką, Conrad Veidt, grający odrażającego majora hitlerowskiego - jest aktorem niemieckim z czasów ekspresjonizmu, kochanka Ricka Le Beau jest Francuzką, zaś całość, mimo natłoku w czołówce nazwisk z różnych branż, jest robotą anonimową, fachowym produktem wytwórni na użytek rynku światowego, z udziałem biur branżowych dostarczających mechanicznie co trzeba, od badania opinii, do odpowiedniego guzika do kostiumów. Jest to wielka fabrykacyjna epoka Hollywoodu. Zaś kino robi się tu według receptury.
A więc zestawia się składniki. 1) Egzotyzm: Casablanca, gdzieś w roku 41, Maroko francuskie, nieokupowane, neutralne, lecz które musi liczyć się z Niemcami, "no man`s land", gdzie szaleje przemyt, kombinacje, hazard, prostytucja, międzynarodowe porachunki przestępcze: ulubiony kinowy groźny teren dzikiej przygodowej rozgrywki. W rezultacie, zwrot "Casablanca" stał się w prasie na długo symbolem podobnej półfantastycznej, podniecającej okolicy. 2) Intryga: znalazł się tu bohater ruchu oporu, zbiegły z obozu niemieckiego, "Laszlo", który mimo nazwiska węgierskiego pochodzi z Pragi, lecz reprezentuje kontakty z krajami okupowanymi, wymienionymi tu kolejno, łącznie z Atenami, ale ciekawe, bez Polski! G. Weinberg w swoich wspomnieniach z Hollywoodu pisze, że to pominięcie nie było bez powodu: rząd polski w Londynie wdał się wtedy w przetargi z ZSRR kłopotliwe dla koalicji, i były polskie wystąpienia antysemickie na emigracji, które zniechęciły opinię do Polaków. W każdym razie "Laszlo" wraz z żoną Bergman, musi zdobyć dokumenty, by odlecieć do USA. Znajdują się one w rękach Amerykanina Ricka, właściciela knajpy i domu gry, ale który kocha żonę Laszlo! Pomoże, czy też nie? Oto główne "suspense"! 3) Patos: major hitlerowski Strasser ze swoimi śpiewa po niemiecku w barze, ale Laszlo przebija go intonując "Marsyliankę", podjętą przez chór miejscowych przemytników oraz przez puszczalską Yvonne, z twarzą zalaną łzami z gliceryny. 4) Wielki romans: Bogart i Bergman kochają się absolutną miłością hollywoodzką, ale on jednak załatwia jej ucieczkę wraz z mężem, zastrzeliwszy własnoręcznie majora Strassera.

Producenci "Casablanki" zastanawiali się do ostatniej chwili nad finałem: czy Bergman powinna zostać z Bogartem, czy z Laszlo? Ale gdy nakręcono próbnie, jako pierwszą, scenę rozstania Bogarta i Bergman, wypadła ona tak dobrze, że ją zostawiono. Ta niepewność producentów co do zakończenia świadczy, jak bardzo film był sfabrykowany. Dlaczego Niemcy honorują podejrzane dokumenty wyjazdu, nie jest wyjaśnione. Dlaczego Laszlo bardziej jest potrzebny w USA, nie pod okupacjami, gdzie powinien być jego teren walki, nie jest wyjaśnione. Wyjazd do Ameryki zresztą stanowi wymarzoną ostatnią szczęśliwą szansę, w przekonaniu wszystkich barwnych postaci "Casablanki". W ogóle wiele jest tu albo niewyjaśnione, ale przedstawione, z założenia, jako pewnik bezdyskusyjny.
I wreszcie, główna sensacja: 5) Wielkie giwazdy. Bergman jest jedną z ostatnich przedstawicielek "star system" (Garbo, Dietrich itd.), kultu idolów, potępionego przez nowoczesne kino ambitne, które żąda, by kobiety w filmie były podobne do życia, nie zaś mitologicznie upozowane i zgoła nie budzące nawet znikomej nadziei, że coś takiego spotkamy na co dzień, i że będzie wolno na to bóstwo popatrzeć z bliska, mimo że o dotknięciu choćby brzeżka sukni mowy być nie powinno. Być może Bergman jest bardziej ludzka niż gwiazdy kina niemego, niemniej wciąż należy do świata owych zbliżeń kinematograficznych całej twarzy na cały ekran trwających bez końca, który to obraz działał na wielbicieli wręcz hipnotycznie. Sam Bogart, skądinąd imponujący w scenach dramatycznego napięcia, jednak gdy znajdzie się przy niej, wygląda nieważny jak kij od szczotki. Zarzucano mu zresztą, że nie umie całować, Luiza Brooks pisze w pamiętnikach, że wysuwał usta jak koń biorący kawałek cukru. Rzeczywiście, widzi się to w "Casablance"! Bogart zresztą miał bliznę na wardze, którą rozgrywał skutecznie w sytuacjach groźnych: siedzi się wtedy w podnieceniu na brzegu krzesła, oczekując, by poruszył wreszcie ustami.

Ja chcę "Draculę"
A jednak, wszystko to razem znajduje się na odległość ułamka najcieńszego włosa od parodii, kroczy niby na linie po znikomej granicy między napięciem i absurdem, między nastrojem i bezwiednym komizmem, między stylem i śmiesznością. Zresztą "Casablanca" nie została przyjęta bezdyskusyjnie: krytyk francuski Moussinac, który już wtedy reprezentował podnoszące z wolna głowę kino literackie, z zapleczem kulturalnym - odradzał swoim czytelnikom "Casablankę", i radził, żeby już raczej poszli na jakąś głupią zdrową komedię z Flipem i Flapem.

Bowiem zaczęło się już wtedy rysować rozdwojenie gustu filmowego, które doprowadziło do nowoczesnego kina artystycznego. A jednak, gdy bierzemy do ręki jakiś dzisiejszy przewodnik po kinie światowym, np. angielski Halliwella, znajdujemy tam ze zdziwieniem najwyższą ocenę - cztery gwiazdki - właśnie przy "Casablance". Również przy innych pamiętnych mitologicznych pozycjach Hollywoodu: "Frankenstein", "King-Kong", "Dracula" - odesłanych na śmietnik przez współczesną ambitną krytykę. I obok tego, tenże Halliwell daje te same cztery gwiazdki "Pancernikowi Potiomkinowi", filmom Felliniego, Viscontiego, Pudowkina, Bergmana...
Jak więc jest z tą "Casablanką"; gdy amator wartościowego kina powie nam, że jest to szmira, czy będzie można zaprzeczyć? Owszem, "Casablanca" mieści się w klimacie, który można by nazwać "trzecią rzeczywistością". Pierwsza to jest życie. Druga to obraz życia sfałszowany, odwrócony, wykrzywiony, jak bywa w marnych powieścidłach. Trzecia rzeczywistość zjawia się w niektórych filmach. Nie daje ona prawdy życia, ale nie jest też sfałszowana. Występuje ona, np. w dobrych filmach kryminalnych lub westernach, pokazujących świat przestępczy czy kowbojski, jakiego nigdzie nie ma; albo w "Casablance", gdzie jest sytuacja epoki wojny, niepodobna do jakiejkolwiek rzeczywistości historycznej. Nie można jednak powiedzieć, by owe dramaty były nieprawdziwe. Jesteśmy w pełni fantastyki socjalnej; a jednak dziejopisowie kina zgadzają się, że filmy gangsterskie odtwarzają klimat moralny epoki prohibicji i kryzysu w Ameryce, jak żaden inny dokument. Jest to coś niby owe piosenki, odbywające się w świecie zaiste księżycowym, owe "Przecudny kwiecie ty... zabrałeś spokój mi..." - nikt tak w życiu nie mówi, a jednak słuchacze mają łzy w oczach i każdy wspomina coś z jakiejś swojej szczerości, którą zdarzyło mu się istotnie przeżyć.

Ballada filmowa. Świat pokazany w "Casablance" jest od początku do końca fantastyczny - a jednak jest w szczególny aluzyjny sposób związany z prawdą. Jest ona uczuciowa - bo istnieje taki rodzaj prawdy! - i widzowie są wdzięczni za owo kino, które pod mistyfikacją nie z tej ziemi - w sposób trudny do wyjaśnienia - pulsuje przecież autentyką emocjonalną. A jednak, jest to gatunek, który bezpowrotnie należy do przeszłości, i w epoce kina-sztuki, kina-wideo, kina-TV, nie da się go odtworzyć, mimo że trafiają się takie próby retro-pastiszu-parodii, ale to już nie to! Uwielbiam tę jedyną w historii poetyczną magię, pragnę "Draculi", "Dyliżansu", "Casablanki", i mam absolutnie dosyć kina nowej fali, kina autorskiego, kina-prawdy, kina moralnego niepokoju, Kina Wysoce Wartościowego Nie Nadającego się Do Oglądania. Do "Casablanki" mam tylko jedną pretensję, za nieprawdopodobny, niesłychany, niedopuszczalny błąd w scenariuszu: mianowicie, że Ingrid Bergman zadaje się z Bogartem, nie zaś ze mną Z. Kałużyńskim.
Zygmunt Kałużyński, ?Kanon królewski. Jego 50 ulubionych filmów?  Instytut Wydawniczy Latarnik, Warszawa 2005