Relacja

BERLINALE 2012: To prawie koniec

Filmweb / autor: /
https://www.filmweb.pl/article/BERLINALE+2012%3A+To+prawie+koniec-82492
Nasza korespondentka Joanna Ostrowska relacjonuje na bieżąco odbywający się właśnie w stolicy Niemiec festiwal filmowy. Tym razem prezentujemy Wam jej recenzje filmów "War Witch" oraz "A Royal Affair".

Tegoroczny konkurs główny berlińskiego festiwalu zbliża się do końca. Podstawowe pytania, które nasuwają się po obejrzeniu wszystkich siedemnastu filmów konkursowych, brzmi: Jak wygląda selekcja? Kto dobiera filmy konkursowe? Co tak naprawdę liczy się przy dobieraniu tego repertuaru w Berlinie? Ze wszystkich stron słychać głosy rozczarowania odnoszące się do poziomu tegorocznej selekcji.

Jednym z najbardziej oczekiwanych i reklamowanych filmów w konkursie głównych Berlinale był film duńskiego reżysera Nikolaja Arcela "A Royal Affair". Współscenarzysta szwedzkiego "Millennium: Mężczyzn, którzy nienawidzą kobiet" (2009) przeniósł na ekran historię niemieckiego lekarza Struensee'ego, który pod koniec XVIII wieku zostaje nadwornym medykiem króla Christiana VII. Dzięki swojemu uporowi i zaufaniu króla Struensee ma szansę wprowadzić w Danii oświeceniowe ideały, które zmienią królestwo.

Nikolaj Arcel w wywiadach deklaruje, że nakręcenie "A Royal Affair" było jego marzeniem. Epizod oświeceniowego reformatora na duńskim dworze to dla Duńczyków jeden z najważniejszych momentów ich narodowej historii. W związku z tym adaptacja filmowa tego XVIII-wiecznego "incydentu" była tylko kwestią czasu.

"A Royal Affair" jest klasycznym kostiumowym filmem historycznym, w którym wielkie idee stają się punktem wyjścia do opowiedzenia historii miłosnej. Struensee (Mads Mikkelsen) po przyjęciu posady na dworze zostaje najbardziej zaufanym poplecznikiem chorego psychicznie Christiana VII (Mikkel Følsgaard). Jednocześnie rozkochuje w sobie młodą królową Caroline (Alicia Vikander), która cierpi w osamotnieniu, kompletnie niezrozumiana przez swoich nowych poddanych i samego małżonka. Niemiecki lekarz to nie tylko wprawny kochanek i miłość jej życia. Królowej imponuje jego zaangażowanie w sprawy reform w kraju, dzięki którym lud będzie mógł czuć się choć odrobinę bardziej swobodnie. Wśród pism oświeceniowych autorów: Diderota, Rousseau czy Woltera dwutorowo rozwija się przyjaźń z szalonym monarchą i uczucie do władczyni.

Nikolaj Arcel, pewnie zgodnie z oczekiwaniami swoich rodaków, stworzył historyczno-patriotyczny monument, którego projekcje w Danii rzeczywiście mogą wywołać uczucie narodowej dumy. XVII-wieczna Dania w tym filmie to kraj, w którym rozpoczęła się epoka oświecenia. Mimo iż proces reform bardzo szybko został zahamowany przez zwolenników starego porządku, to już panowanie następnego monarchy było kontynuacją myśli Struenssee'ego.

Oprócz dość buńczucznego patriotycznego manifestu "A Royal Affair" to filmowy portret klasycznego dworskiego mezaliansu, który nie był rzecz jasna jedynie środkiem w drodze do reform. Relacja między królową a nadwornym lekarzem to kwintesencja melodramatu z tragicznym zakończeniem.

Próżno oczekiwać po "A Royal Affair" jakichkolwiek niestereotypowych rozwiązań w przedstawieniu wydarzeń historycznych. Tradycyjnie fabuła ma delikatnie odnosić się do czasów współczesnych. Tradycyjnie na dworze królewskim najpierw następuje renesans i dekrety Struensee'ego zmieniają ciemną, zacofaną Danię w krainę "mlekiem i miodem płynącą". Tradycyjnie w końcu zdradliwa macocha i jej poplecznicy niszczą "nowy ład". Bohaterstwo reformatorów zostaje docenione dopiero przez "historię", która ma to do siebie, że czasami wymaga egzekucji w imię idei.

Ostatnim filmem pokazywanym w tegorocznym konkursie głównym festiwalu w Berlinie był "War Witch" Kima Nguyena. Obraz kanadyjskiego reżysera był polecany między innymi przez Dietera Kosslicka, dyrektora artystycznego Berlinale.

"War Witch" to historia dwunastoletniej afrykańskiej dziewczynki, która zostaje porwana przez grupę partyzantów. W trakcie ataku na jej wioskę giną praktycznie wszyscy. Komona jest zmuszona zamordować własnych rodziców. Zabójstwo bliskich to rodzaj chrztu bojowego. W ten sposób dziewczynka staje się jedną z wojowniczek.

Porwane przez partyzantów dzieci uczą się życia w dżungli. Każde z nich dostaje karabin, który ma być odtąd ich matką i ojcem. Komona, podobnie jak wszyscy nowi rekruci, bierze udział w akcjach zbrojnych przeciwko żołnierzom. W trakcie jednej z nich widzi duchy, które ostrzegają ją przed niebezpieczeństwem. Od tego momentu zostaje "wojenną czarownicą" przywódcy. Jej obecność na "polu bitwy" ma gwarantować spokój.

Film Nguyena to kolejny obraz pokazywany na berlińskim festiwalu, w którym konflikt zbrojny (tym razem reżyser odwołuje się do wojny domowej w Kongo) jest tylko tłem historii pojedynczej ofiary. Komona w trakcie partyzanckiego epizodu zakochuje się w jednym z partyzantów, który jest czarownikiem. Młodzi w końcu biorą ślub i próbują zacząć żyć na nowo. Niestety, wojna jak to wojna nie pozwala na powrót do normalności.

"War Witch" miał być portretem niewinnej, straumatyzowanej dziewczynki. Koniec końców przypomina absurdalne wspomnienie przeszłości (historia Nguyena to wizualizowany list matki do dziecka), w którym wojna zostaje ograniczona jedynie do tragicznego epizodu. Szansą na wyjście z traumy jest tylko i wyłącznie wiara, że kiedyś wszystko będzie dobrze...

Najbardziej banalnym wyjaśnieniem, w jaki sposób działają partyzanci, jak przystosowują dziecięcych rekrutów do nowych zadań, jest filmik instruktażowy. Na ekranie w pewnym momencie pojawia się twarz Jean Claude'a van Damme'a nawołująca rzecz jasna do przemocy. Poza tym liczy się magia i odrobina terroru...

Komona od pewnego momentu widzi duchy rodziców – czarnoskórych ludzi pomalowanych na biało, którzy proszą o pochówek. Nie ma wątpliwości, że dziewczynka znajdzie ukojenie dopiero, kiedy spełni ich prośbę. Koniec naiwnej "bajeczki" jest oczywiście szczęśliwy. W końcu na świat przychodzi "mały człowiek", a jak to w bajkach bywa: nadzieją jest zawsze świetlana przyszłość.
Udostępnij: