Filmweb sp. z o.o.
https://www.filmweb.pl/article/CANNES+2018%3A+Gangsterzy+i+filantropi-128251

CANNES 2018: Gangsterzy i filantropi

  • autor: Michał Walkiewicz
  • Relacja
Festiwal na półmetku. Michał Walkiewicz wybrał się tym razem na dwa filmy – dramat gansterski "Ash Is Purest White" w reżyserii festiwalowego ulubieńca Jia Zhangke ("Dotyk grzechu") oraz nowy obraz irańskiego mistrza realizmu społecznego, Jafara Panahiego – "3 Faces". 


ashes08020203-r-c.jpg


Mahjong Mafia ("Ash Is Purest White", reż. Jia Zhangke)

W jednej ze scen "Ash Is Purest White" bohaterowie oglądają na wielkim ekranie "Zabójcę" Johna Woo - arcydzieło kina gangsterskiego oraz pean na cześć szorstkiej, męskiej przyjaźni. Jako że sami są gangsterami, rządzą i dzielą w górczniej mieścinie na terenach prowincji Shanxi, łatwo zrozumieć zarówno ich filmowe fascynacje, jak i rozczarowanie rzeczywistością nieprzystającą do ekranowej fantazji. W obiektywie chińskiego mistrza Jia Zhangke nie są ani idealizowani, a nie demitologizowani: nie głaszczą kotów na skórzanych fotelach, ale lubią od czasu do czasu pomachać sobie pistoletem. Ot, banda spoconych facetów, którzy od gruchotania czyichś kości wolą mahjonga.
  
Świat małomiasteczkowej gangsterki poznajemy oczami Qiao (Tao Zhao), miejscowej piękności oraz dziewyczny lokalnego bossa, Guo Bina (Liao Fan). Kiedy widzimy ją w trakcie zakupów, czułej opieki nad pijanym ojcem, czy w tanecznym szale na parkiecie, czujemy, że coś za piękne to wszystko, że wkrótce film przestanie się toczyć w rytmie YMCA. Zhangke nie wykorzystuje jednak ekspozycji w celu podkręcania napięcia, tylko tworzy z niej autonomiczną opowieść – to historia świata odchodzącego do lamusa, poddanego agresywnej modernizacji. Wstrząs nadchodzi w momencie, gdy Qiao, broniąc Bina przed bandą rzezimieszków, wypala w powietrze z jego niezarejestrowanej broni. Z miłości do swojego mężczyzny oraz – jak się domyślamy - lojalności wobec mafijnej braci, bierze na siebie winę, a po pięcioletniej odsiadce i odkryciu, że komitet powitalny zaspał, zadaje sobie fundamentalne pytanie: co teraz?

ashes07230044-r-c.jpg

Chociaż nakręcona w dwóch długich ujęciach scena, w której Bin kładzie pokotem małą armię zbirów, zawstydziłaby pewnie i samego Johna Woo"Ash Is Purest White" nie jest ani kinem akcji ani mrocznym thrillerem o zemście. To zarazem subtelne studium związku, klasyczny melodramat o niespełnionej miłości i społeczna panorama ewoluujących Chin. Słowem, koktajl, który twórca "Nawet góry przeminą" potrafi przyrządzić z zawiązanymi oczami. Qiao to zresztą kobieta, wokół której mógłby osnuć dowolną historię – postać napisana z takim wyczuciem psychologicznych niuansów i o tak wiarygodnych motywacjach, że trudno nie dostrzec w niej inkarnacji wszystkich dotychczasowych bohaterek z jego filmografii. W pierwszym akcie filmu jest nie tylko chińską Bonnie Parker, ale też cichą opiekunką miejscowych robotników oraz symboliczną strażniczką gangsterskiego kodeksu. Kiedy po latach wychodzi na wolność, w zgrzebnej bluzce i włosach związanych w kitkę, jawi się jako zupełnie inna kobieta. Gdy w celu zdobycia pieniędzy, nagabuje przypadkowych facetów i podaje się za rzekomą siostrę ich brzemiennej dziewczyny, okazuje spryt godny rebelianckiego trickstera i zarazem potrzebę symbolicznej zemsty na męskim gatunku.
 
Oczywiście, przed miłoścą – nawet u tak chętnie ironizującego reżysera jak Zhangke – nie ma ucieczki, więc bohaterowie dopisują kolejne rozdziały do życiowego dramatu. Opowieść o ich związku, nakręcona kilkoma różnymi kamerami, w trzech formatach i rozłożona na prawie siedemnaście lat, przenika się na niemal organicznym poziomie z historią regionu Shanxi. Zaś pukająca do bram kolejnych miast nowoczesność wchodzi w klincz z tradycją reprezentowaną przez stare mafijne zwyczaje. Czasem reżyser traktuje ją z sarkastycznym dystansem: ilekroć Bin wkłada do ust papierosa, melduje się przed nim cały garnizon podwładnych z zapalniczkami. Zwykle jednak jest śmiertelnie poważny i traktuje etykietę gangsterskiego podziemia niezbywalną część lokalnej kultury.

Całą recenzję Michała Walkiewicza można przeczytać TUTAJ.  

Aktorzy prowincjonalni (recenzja filmu "3 Faces", reż. Jafar Panahi)

 Jeden klaskon - nadjeżdża samochód. Dwa - priorytetowy przejazd. Dłuższy klakson - sprawa nie cierpiąca zwłoki. "W końcu muszą być jakieś zasady" - informuje reżysera Jafara Panahiego jeden z mieszkańców wioski w tureckojęzycznym regionie Iranu położonym na azerskiej ziemi. Tyle że łatwość, z jaką miejscowi ustalają reguły na drodze, nie przekłada się niestety klarowne zasady życia społecznego. W "Trzech twarzach" prowadzi to do tragedii. Albo i nie - w końcu obraz filmowy najłatwiej poddać manipulacji. 

3_visages.jpg


 Panahi opuszcza Teheran i przyjeżdża na daleką prowincję wraz z gwiazdą irańskiego kina, Behnaz Jafari. Celem wyprawy jest rozwiązanie zagadki śmierci lokalnej nastolatki, Marziyeh Rezaei. W otwierającej utwór, nagranej telefonem komórkowym scenie widzimy, jak dziewczyna, niedoszła studentka filmowego konserwatorium, rozdziela odpowiedzialność za swoje samobójstwo na znajomych, nieznajomych oraz - co zaskakujące - Jafari, po czym wiesza się na gałęzi. Ale czy to, co oglądamy, wydarzyło się naprawdę? Aktorka kwestionuje autentyczność nagrania. Reżyser twierdzi, że jeśli istotnie zostało ono przemontowane, była to robota profesjonalisty - a tych w zabitej dechami dziurze ze świecą szukać. Śledztwo wiedzie aż do domu dziewczyny. Jednak znając chociaż trochę Panahiego, wiemy, że nie o śledztwo tutaj chodzi.

 Od pytania, gdzie leży prawda, istotniejsza jest dla reżysera opowieść o roli artysty w hermetycznej i konserwatywnej kulturze. To wątek, który powraca w jego twórczości regularnie ("To nie jest film", nagrodzone berlińskim Złotym Niedźwiedziem "Taxi-Teheran") i który wielokrotnie ustawiał go na kursie kolizyjnym z władzą. W oczach rodaków, zarówno Panahi, jak i Jafari pozostają narodowymi bohaterami, lecz status, który osiągnęli, wiąże się również z odpowiedzialnością - większość z napotkanych po drodze ludzi traktuje filmowców jak rzeczników swojej sprawy. W bodaj najlepszej scenie filmu, jeden z gospodarzy prosi aktorkę, by ta zabrała do Teheranu napletek jego obrzezanego syna. Zgodnie z tradycją, ma to przynieść chłopakowi sukces w wielkim świecie.

Całą recenzję Michała Walkiewicza przeczytacie TUTAJ

zobacz też: