Filmweb sp. z o.o.
https://www.filmweb.pl/article/CANNES+2018%3A+Strefa+spadkowa-128238

CANNES 2018: Strefa spadkowa

  • autor: Adriana Prodeus, Michał Walkiewicz
  • Relacja
Kolejnego dnia na festiwalu w Cannes Michał Walkiewicz wybrał się na nowy film francuskiego klasyka Christophe'a Honore'a - "Sorry Angel". Z kolei Adriana Prodeus zobaczyła polsko-hiszpańską animację "Another Day of Life" Damiana NenowaRaúla de la Fuente.  

sorryangel.jpg

Niebiańskie istoty ("Sorry Angel", reż. Christophe Honoré)

W swoim nowym filmie Christophe Honoré ("Piosenki o miłości") stara się powiedzieć ciekawe rzeczy na temat wielu spraw, ale głównie przypomina o tym, że nikt tak pięknie jak Francuzi nie pali papierosów i nie czyta książek – z palcem zatkniętym za obwolutę i drugą ręką zawieszoną wielkopańsko w powietrzu. To w ogóle niezwykle piękny film i wszystko jest w nim piękne: noce i dnie, Eros i Tanatos, szczytowanie i umieranie. Jak mawiała kobieta z innego świata oraz innego kina: bardzo to ładne, ale na co właściwie patrzymy? 

Rozpoczyna się od ulicznej schadzki pisarza Jacquesa (Pierre Deladonchamps) z młodym kochankiem. Potem są kolejne spotkania, z których wyłania się portret spełnionego pisarza, czarującego aforysty oraz czułego ojca - faceta, który chce żyć szybko, ale wolałby nie umrzeć młodo. Są lata 90, wokół szaleje epidemia AIDS. Jacques też jest zarażony, lecz jak zapewnia lekarz – ciało wciąż pozostaje jego sprzymierzeńcem. Gdzieś po drugiej stronie tęczy nastoletni Arthur (Vincent Lacoste) odrzuca wdzięki swojej dziewczyny - nudzi mu się, poza tym i tak woli mężczyzn. Czyta książki, pali papierosy, chodzi do kina, wreszcie – spotyka Jacquesa. Romans wisi w powietrzu. Kilka metrów pod chmurką artystycznych pretensji. 

Swój wątpliwej jakości melodramat Honoré tka z ulotnych spojrzeń, seksownych gestów, naturalistycznych scen erotycznych i diatryb na temat potęgi literatury. Nie jest to lekkostrawna mieszanka, w czym – jak nietrudno się domyślić – główna zasługa diatryb. Chociaż reżyser odmalowuje portret paryskiej bohemy z dbałością o psychologiczne oraz scenograficzne detale, bohaterowie sprawiają wrażenie niebiańskich istot, które lewitują nad chodnikami i którym mieszczański motłoch kolektywnie odbiera tlen. Patrzy się na nich z zazdrością, ale słucha - z trudem. Nawet pomimo sporego wysiłku całej stawki aktorskiej, operatorskiego polotu Rémy'ego Chevrina oraz inscenizacyjnego talentu reżysera. 

Całą recenzję Michała Walkiewicza można przeczytać TUTAJ.

Confusao ("Another Day of Life", reż. Damian Nenow i Raúl de la Fuente)

Animacja to niewdzięczna pasja: powstaje bardzo długo w porównaniu do innych rodzajów kina, ale nie przekłada się to na jej metraż. Oglądamy ją na równi z dokumentem czy fabułą, lecz przyzwoitość każe pokłonić się i docenić wysiłek twórców, zawsze określany mianem "benedyktyńskiego". Przez lata buduje się również oczekiwania, gdyż autorzy muszą udzielać wywiadów i podkręcać temperaturę aż do premiery. W tym przypadku było to imponujące osiem lat - trzy tysiące dni z życia Damiana Nenowa, Raúla de la Fuente i wielu innych osób zaangażowanych w produkcję.Patrząc na to z tej perspektywy, nie wypada pytać, czy było warto. W końcu trzeba być idealistą, aby poświęcać tyle swego czasu na cokolwiek. Kino jest jednak niesprawiedliwe. To, co mogło być świetną ideą prawie dekadę temu, dziś jest dowodem na to, że świat nie stoi w miejscu: pełnometrażowych produkcji animowanych z roku na rok jest coraz więcej, zmienia się rynek i zmieniamy się my, widzowie.

Sam temat jest uniwersalny: reporter jedzie na front, próbując ustalić prawdę o przebiegu wojny. W tym przypadku jest to Ryszard Kapuściński w 1975 roku w Angoli, gdzie rozstrzygają się losy całej Afryki. Czy rzeczywiście granicę szturmują rzeczywiście bataliony RPA wspierane przez CIA? - oto pytanie, które spędza mu sen z powiek. Czy powinien poinformować świat o swoich odkryciach i wziąć pod uwagę, jak zmienią one przebieg konfliktu? To z kolei kwestia kluczowa dla filmu - aktualna również dziś, nawet jeśli zamiast maszyny do pisania i teleksu używamy telefonów satelitarnych i twittera.

another-day-of-life.jpg

Niestety, wojny informacyjne, hybrydowe przebiegają dziś zupełnie inaczej. Zmieniła się też perspektywa, z jakiej postrzega się pracę reportera wojennego. Wiemy dobrze, że zawsze jest zaangażowany - istotniejsza jest w tym wypadku jego postawa. Trudno też przekonać odbiorców, że zdjęcia twarzy umierających ludzi mogą być hołdem dla odchodzących, gdy media chorują na pornografię przemocy i publikując najróżniejsze "oblicza śmierci", kierują się skandalem. Jest więc "Jeszcze jeden dzień życia" bardzo wartościowym obrazem z historii reportażu. Można uczyć się na nim historii tego gatunku literatury. Jest też hybrydą animowano-dokumentalną, bo twórcy odnajdują bohaterów książki Kapuścińskiego i przeprowadzają z nimi wywiady. Trudno jednak zrozumieć, po co ten wysiłek. Żeby zweryfikować znane fakty? Potwierdzić prawdę w czasach nadużywanej "postprawdy"?
 
Całą recenzję Adriany Prodeus można przeczytać TUTAJ.

zobacz też: