Cenię sobie różnorodność - wywiad z Robertem Elswitem

  • -
  • autor: Marcin Kamiński
  • Wywiad
W Stanach Zjednoczonych "Good Night, and Good Luck" został przez niektórych dziennikarzy odebrany jako film lewicowy. Czy zgadzasz się z takim jego odebraniem?
Robert Elswit: Filmy poruszające tematy polityczne są bardzo często narażone na takie interpretacje. Krytycy i dziennikarze są skłonni przypisywać im opowiadanie się za jakimiś ideologiami. Fakt, że George Clooney ma bardzo wyraźne poglądy polityczne i nie kryje się z nimi na pewno w tym przypadku również nie pozostał bez znaczenia. Sęk w tym, że "Good Night, and Good Luck" nie jest w moim przekonaniu filmem opowiadającym o polityce, czy próbą oceny działalności McCarthy'ego. Historia opowiedziana jest w taki sposób, że widz nie ma wątpliwości, iż senator jest tutaj "czarnym charakterem", ale tak naprawdę nie to jest w niej najważniejsze.
"Good Night, and Good Luck" jest opowieścią o dziennikarzach, o odpowiedzialności jaka na nich spoczywa i o samej telewizji, która od czasów Murrowa drastycznie się zmieniła schlebiając, czego obawiał się Murrow, niskim gustom i koncentrując na rozrywce. Jakość informacji ustąpiła miejsca oglądalności. Co gorsza, dziś w amerykańskich mediach nie ma już takich ludzi jak Murrow. Są oczywiście wybitni dziennikarze, ale nie zdarza się by tak wiele uwagi poświęcali kształtom mediów, ich rozwojowi i przyszłości. Edward R. Murrow był wyjątkowym człowiekiem i wyjątkowym dziennikarzem.

Podczas wizyty na festiwalu Camerimage mówiłeś, że wizualnie film zainspirowany został prasowymi fotografiami lat 50.
To prawda. Dzisiejsza technologia pozwala na oświetlenie planów w sposób jak najbardziej naturalny, zbliżony do rzeczywistego. Korzystamy z nowoczesnych obiektywów, kamer i technologii. 50 lat temu telewizja była w powijakach. Już sama realizacja programu była wyzwaniem. Wczesna telewizja nie miała nawet własnego stylu wizualnego. Grę świateł, czy sposób kadrowania, który zobaczyć można w "Good Night, and Good Luck" jest bezpośrednim nawiązaniem do czarno-białej fotografii dziennikarskiej z tego okresu, która miała swoją unikalną poetykę.

David Strathairn powiedział, że taki film jak "Good Night, and Good Luck" mógł powstać tylko dlatego, że w jego realizację zaangażował się George Clooney. Zgadzasz się z tym?
Oczywiście. Co do tego nie ma najmniejszych wątpliwości. George sam skompletował budżet. Część pieniędzy wyłożył z własnej kieszeni, część pochodziła od prywatnych sponsorów. Studio Warner Bros. pozwoliło mu go zrobić tylko dlatego, że George jest gwiazdą i inne jego filmy zarabiają dla wytwórni miliony dolarów. Szefowie studia przekonali się do tej produkcji dopiero po jej obejrzeniu i pierwszych sukcesach na festiwalu w Wenecji.

Jak wspominasz współpracę z Clooneyem na planie?
George jest bardzo miły facetem. Spokojnym, opanowanym, skoncentrowanym na swojej pracy. Co ciekawe, jest jednym z niewielu ludzi potrafiących jednocześnie wykonywać kilka czynności i każdej z nich poświęcać dostarczenie wiele uwagi. Bardzo często na planie byłem świadkiem jak George grał, wydawał polecenia aktorom i jeszcze obserwował monitor z podglądem realizowanego właśnie materiału. To było niesamowite.

Zgrany duet reżysersko-operatorski tworzysz z Paulem Thomasem Andersonem, z którym zrealizowałeś między innymi "Boogie Nights" i "Magnolię".
Tak. Znamy się i współpracujemy od lat. Jednakże współpraca z Paulem wygląda zupełnie inaczej niż z Georgem. Paul ma wszystko poukładane w głowie. Wchodząc na plan wie dokładnie jak chce, żeby wyglądał film. Operator jest tylko jednym z narzędzi mających pomóc mu w odtworzeniu jego wizji. George zostawia znacznie więcej swobody. Podczas pracy na planie koncentruje się głównie na aktorach wierząc, że pozostali członkowie ekipy dobrze wykonają swoją pracę bez jego nadmiernej ingerencji.

Czy fakt, że na planie praktycznie wszyscy musieli palić papierosy nie przeszkadzał ci w twojej pracy?
Nie w sensie technicznym. Przeszkadzał mi jedynie wszechobecny dym bowiem zapach był zupełnie przyjemny. Większość aktorów paliła specjalnie przygotowane papierosy z aromatycznym tytoniem fajkowym.
Tylu palaczy na planie wcześniej nie widziałem, ale tego wymagał scenariusz. Murrow był nałogowym palaczem. W większości swoich programów występował z papierosem, co stało się jego znakiem rozpoznawczym. Zresztą w latach 50. papierosy były niezwykle popularne. Palili wszyscy współpracownicy Murrowa. Większość z nich już nie żyje.



Kinem podobno zainteresowałeś się dzięki George'owi Lucasowi?
To prawda. Zafascynowały mnie jego "Gwiezdne wojny". Moje pierwsze filmowe zainteresowania ograniczały się do kina fantastycznego z mnóstwem efektów specjalnych. W 1979 współpracowałem nawet przy realizacji pełnometrażowego filmu "Star Trek". Tam stawiałem swoje pierwsze kroki w zawodzie jako współtwórca efektów specjalnych. Jak się szybko okazało nie miałem w tym kierunku specjalnego talentu zatem zostałem operatorem. Jednakże udało mi się jeszcze popracować na planach "Imperium kontratakuje" i "Powrotu Jedi".

W swojej pracy najbardziej cenisz sobie różnorodność, możliwość realizacji zdjęć zarówno do filmów niskobudżetowych jak i kosztownych megaprodukcji. Dlaczego?
Ponieważ mam okazję za każdym razem robić coś innego, nowego. Osobiście bardzo bym chciał, żeby każdy film kosztował 50 milionów dolarów, ale doskonale wiemy, że nie jest to możliwe. Przy dużych produkcjach ma się dostęp do najnowszych technologii. Można się wiele na ich temat nauczyć, wypróbować je w działaniu. Takie filmy jak "Good Night, and Good Luck" - niskobudżetowe, atrakcyjne wizualnie wymagają od operatora olbrzymiej kreatywności. Musi bowiem te ograniczone środki, która ma dyspozycji, wykorzystać w taki sposób, żeby na ekranie osiągnąć efekt wymagany przez reżysera.
"Good Night, and Good Luck" kosztował 7 milionów dolarów. Zdjęcia zostały zrealizowane w ciągu 30 dni w jednym studiu i z bardzo niewielką ekipą. Dla porównania zdjęcia do "Syriany", kolejnego filmu George'a Clooneya, trwały 95 dni, były realizowane w kilku krajach świata z budżetem w wysokości 50 milionów dolarów i olbrzymią ekipą. Sztuką jest tak zrobić film, żeby mimo niewielkich środków finansowych, na ekranie prezentował się on również dobrze jak superprodukcja.

W twojej filmografii są bardzo różne produkcje - "Powrót żywych trupów 2", "Kraina wód", "Gra o miłość", czy wreszcie "Good Night, and Good Luck". Ciekaw jestem przy filmach jakiego gatunku lubisz pracować najbardziej?
Najbardziej lubię pracować przy produkcjach w pewien sposób ocierających się o kryminał. Jednakże dużo większą wagę przykładam nie do gatunku filmu, ale jego reżysera. Są twórcy, z którymi uwielbiam współpracować. Na pewno chciałbym jeszcze kiedyś spotkać się na planie z Curtisem Hansonem, z którym w 1994 roku zrealizowałem "Dziką rzekę".
Filmem, który osobiście uważam za dzieło mistrzowskie i który do dnia dzisiejszego mnie inspiruje jest "Werdykt" Sidneya Lumeta według scenariusza Davida Mameta i zdjęciami Andrzeja Bartkowiaka. Fascynuje mnie w nim wszystko. Począwszy od treści, przez aktorstwo, na warsztacie skończywszy. Chciałbym, żeby każdy z moich obrazów miał w sobie coś z tego filmu.

Masz na swoim koncie również niesławny film "Gigli" - jedną z najbardziej spektakularnych porażek ostatnich lat.
Tak, choć muszę przyznać, że nie uważam tego filmu za zły. Martin Brest jest zdolnym reżyserem i doświadczonym fachowcem. Tym razem jednak zaangażował się w produkcję filmu, w którym - tak naprawdę - niewiele od niego zależało. Życie prywatne odtwórców głównych ról było ważniejsze od pracy na planie a o kształcie obrazu decydowali producenci. Rezultaty tego zamieszania znamy. A nie musiało tak być. Scenariusz był ciekawy i gdyby Martin nie robił tego filmu w Hollywood i nie z najgorętszą parą sezonu w rolach głównych na pewno odniósłby sukces.