Artykuł

DEKADA XXI WIEKU: Filmowe podróże do Azji (czyli donikąd)

Filmweb / autor: /
https://www.filmweb.pl/article/DEKADA+XXI+WIEKU%3A+Filmowe+podr%C3%B3%C5%BCe+do+Azji+%28czyli+donik%C4%85d%29-67582
Pierwszy był Marco Polo i jego "Opisanie świata". Na gruncie filmowym podróże na Wschód prawdziwy rozkwit przeżywały jednak dopiero w ostatniej dekadzie.

Mówiąc o podróżach do Azji, wypada na początku zastanowić się, co właściwie ten termin oznacza. Jeżeli przyjąć normatywizm terminologii historycznej, wyjdzie nam, że tak odległe kultury jak perska, syberyjska i chińska mają ze sobą więcej wspólnego niż, dajmy na to: Norwegia, Kanada i Argentyna, leżące na różnych kontynentach. Perspektywa ta zatem okazuje się z gruntu europocentryczna i na dobrą sprawę idiotyczna. Jeśli natomiast niegdysiejszemu podziałowi Pangeii przez wielkie wody przyjrzymy się ze stricte geograficznego punktu widzenia, tym bardziej oczywiste staje się, że Europy od Azji żaden ocean nie oddziela. Mówiąc wprost – Azja nie istnieje, ani z punktu widzenia logiki, ani geografii, tym bardziej nie jako wspólnota kulturowa. To, że Azja jest tylko kiepsko uzasadnionym tworem zachodniej terminologii i ignorancji, udowadniał nieraz w swoich wykładach i publikacjach japoński profesor Sekiguchi Tokimasa. Biorąc pod uwagę bogactwo i różnorodność niektórych azjatyckich kultur, nie dziwi więc fakt, że po odrzuceniu imperialnych i kolonialnych zapędów, człowiek Zachodu zaczął wybierać się na Wschód, nie by zdobywać, ale by się uczyć. Z różnym zresztą skutkiem, co skrzętnie odnotowali filmowcy w ostatniej dekadzie.

Niegdyś z kamerą do Azji często podróżował David Lean, którego kino badane jest obecnie najczęściej pod kątem obecności imperialnych resentymentów. "Wielki realizm" Leana miał na celu (uświadomionym czy nie) apoteozę brytyjskiej korony i jej ekspansjonistycznej polityki ("Most na rzece Kwai" 1957, "Lawrence z Arabii" 1962, "Droga do Indii" 1984). Podobnie jak niegdysiejsze westerny (rozbrojone antywesternem) czy romanse bez seksu z czasów kodeksu Hayesa, takie spojrzenie należy już do przeszłości. Co najmniej od Ery Wodnika szeroko rozumiana Azja stanowi raczej główny cel pielgrzymek duchowych, niż imperialnych podbojów. Jest mekką dla wszelkich znudzonych życiem lub mocno przez nie poturbowanych przybyszy, poszukujących odmiennej duchowości. W ostatniej dekadzie powstało na ten temat kilka lepszych lub gorszych filmów, ale motyw ten zaczął funkcjonować również jako pewien symbol, skrót, charakteryzujący określony rodzaj osobowości. Najczęściej ucieczką dla niespokojnych dusz, nie radzących sobie w zachodnim świecie, będzie podróż do Indii. Pocztówkę z nich wyśle nieodpowiedzialny utracjusz w finale wchodzącego na nasze ekrany 4 grudnia "Śniadania ze Scotem". Do Indii nad wyraz często wybierają się też postaci grane przez Scarlett Johansson, po tym jak rozedrganie emocjonalne doprowadza je do złamania sobie serca. Po nieudanych miłosnych perypetiach do Indii wybrać się będzie chciała Scarlett z "Vicky Cristina Barcelona" (2008) i Scarlett z "Kobiety pragną bardziej" (2009). W podobnych przypadkach dawna perła w koronie funkcjonuje jako symbol egzaltacji, placebo dla pogubionych egocentryków.

Wszystko zaczęło się latach 60., kiedy co bardziej newage’owo nastawione dzieci kwiaty czytały "Siddharthę"  Hermana Hessego, a na medytacje u Maharishiego podążali Beatlesi, Mia Farrow i Donovan. Dziś, kiedy podróżowanie stało się tańsze, orientalna turystyka zdemokratyzowała się, ale wciąż jest bardzo en vogue. W tę tendencję doskonale wpisuje się postać grana przez Julię Roberts w "Jedz, módl się, kochaj", która po nażarciu się we Włoszech wyruszyła do Indii pomodlić się i fotogenicznie się uduchowić. A może chodziło tylko o zrzucenie paru kilogramów po wcześniejszych gastronomicznych orgiach? Wielkousta podróżniczka wszystko bowiem konsumuje bardzo naskórkowo, jak pisał Jakub Socha na łamach "Dwutygodnika", kolejni mędrcy są dla niej tylko narzędziami, maszynkami, które wyrzucają z siebie swoje świetliste słowa. Bohaterce ucieka, że są to mądrości zawsze podparte osobistym doświadczeniem, wierzy niezachwianie, że można je stosować jak tabletki – połykać i czekać aż minie gorączka.


"Jedz, módl się i kochaj"

Inaczej Indie odbierała Australijka Ruth (Kate Winslet) w "Świętym dymie" Jane Campion – doznaje oświecenia, zatraca się, spazmuje.  Ale podczas poszukiwania trzeciego oka, znajduje też wysłannika uważającej ją za wariatkę rodziny (Harvey Keitel), który zatrudniony został, by sprowadzić ją z powrotem. Campion inteligentnie rysuje tu nie tylko postać Ruth, ale i metaforę sytuacji kobiet, którym nie wolno poszukiwać. Bohaterka musi stoczyć walkę o samo prawo, by móc się mylić. W dodatku bierze Indie na serio, roztapia się w tamtejszych kultach, traci zachodni dystans, poluźnia więzy. Aranżuje własny indyjski pokój, czego rodzina nie akceptuje i postanawia ją ubezwłasnowolnić. Film przeistacza się w końcu w love story, ale Indie urastają w nim do symbolu prawdziwie "innego" stylu życia, na wybór którego nie godzi się społeczeństwo, z którego się wyrosło.

Nie zawsze jednak było na serio - trzy lat temu do Indii wyruszyli komiczni bohaterowie "Pociągu do Darjeeling" Wesa Andersona, reżysera, który mógłby stanowić duchowego ojca minionej dekady. Trzej bracia (Adrien Brody, Jason Schwartzman, Owen Wilson) borykają się z typowo zachodnimi problemami, takimi jak traumy z dzieciństwa, śmierć bliskich, alienacja, niespełniona miłość, a u źródła ich życiowych niepowodzeń leży, jak się wydaje, porzucenie przez matkę (Angelica Houston), która właśnie w Indiach postanowiła skoncentrować się na samej sobie. Podróż do schroniska matki służy konsolidacji braci we wciąż żywym micie drogi, który stał się kluczowy dla amerykańskiego kina. Klasyczne dla road movie przeciwstawienie sfery square – narzuconego kwadratowego ładu mieszczańskiej rzeczywistości, sferze beat (błogość, szczęśliwość) znajduje uzasadnienie nie poprzez kulturę kraju, w którym znajdują się bohaterowie, ale poprzez samą drogę. Choć dowiedzą się, że do łona matki powrotu nie ma, doznają pewnego katharsis poprzez kontakt ze śmiercią, której bliskość i oczywistość staje się pouczająca dla przybyszów wychowanych w kulturze, w której śmierć bądź się demonizuje, bądź usuwa ze świadomości. Po raz kolejny, choć nie od razu, potwierdza się uniwersalistyczny mit samopoznania przez podróż. Anderson wykorzystał bowiem Indie jedynie jako malowniczą scenerię, pokazując, że ludzie Zachodu nie są w stanie odebrać tej kultury inaczej niż powierzchownie - wszak zawsze patrzymy swoimi oczyma.


"Pociąg do Darjeeling"

Poza optykę turysty próbował z całkiem niezłym skutkiem wyjść Danny Boyle, zdobywając serca kinomanów oraz kilka Oscarów "Slumdogiem. Milionerem z ulicy". Choć nie brak w filmie hollywoodzkich i bollywoodzkich klisz, wykorzystana jest też poetyka dokumentu, która uwiarygodnia dzieło. Reżyser ten już wcześniej zapuszczał się na tereny azjatyckie, gdzie kręcił "Niebiańską plażę" (2000), przestrzegającą przed zachodnim utopizmem, przenoszonym na azjatycki grunt. Azja Południowo-Wschodnia w ogóle kojarzy się zachodnim filmowcom zdecydowanie gorzej niż Indie. Tytułowa "Niebiańska plaża" Boyle’a pośród arkadii tajskich wysp skrywa przerażające porządki. Misję skupienia się na przyjemnościach i odczarowania posępnego obrazu Tajlandii z filmu Boyle’a ma "Kac Vegas 2", którego akcja toczy się właśnie w światowej stolicy seks-turystyki, ale i prostytucji dziecięcej. Jeszcze gorzej na taśmach Hollywoodu zapisała się Malezja. "Powrót do raju" Josepha Rubena (1998, polska premiera w 2000 roku) opowiadał o studentach, którym przyszło zapłacić najwyższą cenę za chwilowe zapomnienie na Półwyspie Malajskim, i zachęcał, by przed każdą wyprawą zapoznać się z systemem penitencjarnym kraju, do którego się udajemy. Najgorszą sławę mają i tak Indochiny, jednak zważywszy na bogatą filmografię wojny w Wietnamie, dokąd Amerykańscy żołnierze przyjeżdżali bynajmniej nie po to, by kształtować w sobie nową wrażliwość (to przyszło samo, niestety w dość drastyczny sposób), w tej dekadzie nie cieszyły się one wieloma przedstawieniami filmowymi. Według Hollywoodu, Azja Południowo-Wschodnia to generalnie krew, strach i śmierć, w najlepszym wypadku turystyka seksualna w Tajlandii.

Jeżeli filmowe Indie kojarzyły się w ostatnich latach z (udaną czy nie) duchową odnową, a Indochiny z grozą reżimowych dyktatur i czyhającymi na przybyszy zasadzkami, Japonia jako kraj idealnie wręcz konsumpcyjny, gdzie infantylizacja kultury jest posunięta jeszcze dalej niż w USA, może uczyć zepsutych przybyszy z Zachodu tylko poprzez pokazanie im uwydatnienie ich życiowej pustki. Doświadczenie samotności w nieprzyjaznej miejskiej dżungli Tokio, miasta-molocha, sprawia, że para bohaterów z "Między słowami" orientuje się w swoich potrzebach. Choć tokijscy rozbitkowie z filmu Sofii Coppoli nie są w stanie nawet musnąć Japonii, poruszając się tylko po drogich hotelach i rozmawiając wyłącznie z rodakami, mają gorzką świadomość alienacji, która stała się ich doświadczeniem. Podejmują więc desperackie próby przełamania szklanej powłoki, oddzielającej ich od świata i zanurzenia się w lokalnej kulturze, czy będą nią tokijskie kluby karaoke, czy wycieczka do duchowego centrum kraju – Kyoto. Świadomość niemocy nie tylko identyfikacji, ale i poznania otaczającego świata jest może największą wartością filmu Coppoli.


"Między słowami"

"Między słowami" to jeden z najważniejszych filmów minionej dekady, ale trzeba pamiętać, że w latach zerowych zdarzały się też kurioza pokroju, nakręconego w tym samym roku, co film Coppoli (2003) "Ostatniego Samuraja", gdzie Tom Cruise pouczał Japończyków, jak wygrywać wojny. Film będący niezamierzoną karykaturą leanowskiej tradycji kina "wielkiego realizmu", trącił nie tylko nieuchronnym anachronizmem, ale i sporą dozą arogancji czy zwyczajnym niedouczeniem. Bo wypunktować można w filmie Zwicka całą masę nieścisłości i przekłamań, poczynając od tego, że armia cesarska w XIX-wiecznej Japonii jest w tym filmie budowana na wzór amerykański, choć de facto oparta była na wzorze pruskim, dowódca buntowników - Katsumoto świetnie mówi po angielsku, co jest rzadkością nawet w dzisiejszej Japonii, kończąc na tym, że oglądamy tu Japonię nakręconą w Nowej Zelandii. Jadący w 2003 roku na wojenkę narcystyczny Cruise, nie zorientował się, że od Azji dziś można się wiele nauczyć, zamiast ją pouczać.

Wydaje się, że nawet filmy tak miałkie jak "Ostatni Samuraj" zachowują jednak więcej szacunku dla kultur azjatyckich niż niektórzy turyści odwiedzający te regiony: lubieżni starcy w poszukiwaniu tajskiej sex-turystyki, których opisywał Houellebecq w "Platformie", albo rozpieszczeni surferzy narkotyzujący się na Bali. Nawet jeśli z podróży do Azji nie wraca się z trzecim okiem czy niewzruszonym spokojem nirwany, wypada wrócić chociażby z podstawową wiedzą na temat kontynentu. Można oczywiście dokształcić się zawczasu, czytając chociażby zmarłego niedawno Tiziano Terzaniego, który Azję rozumiał jak mało kto, czy naszego Kapuścińskiego. No i oglądać, na ile jest dostępne, autentyczne kino azjatyckie, bo nawet najlepsze zachodnie projekcje na temat tych krajów mówią więcej o nas samych niż o tym, co zwykliśmy nazywać Azją.

***

Adam Kruk - dziennikarz filmowy i muzyczny. Współpracuje m.in. z "Dwutygodnikiem", "Hiro" i Filmwebem. Współautor książek "Cóż wiesz o pięknem?" i "Polskie kino niezależne" oraz strony popvictims.pl.
Udostępnij: