David Strathairn: Ten film wywoła dyskusję - wywiad

  • Filmweb
  • autor: Marcin Kamiński
  • Wywiad
Propozycja zagrania głównej roli w "Good Night, and Good Luck" była dla ciebie wielką niespodzianką...David Strathairn: To prawda. Wszystko zaczęło się od telefonu. Pewnego wieczoru zadzwonił do mnie George Clooney i powiedział, że kręci film o Edardzie Murrowie i chciałby zaproponować mi główną rolę. Byłem kompletnie zaskoczony. Nie wiedziałem co odpowiedzieć. George chyba to wyczuł, bo powiedział, że nie muszę podejmować decyzji przez telefon i że najpierw przyśle mi scenariusz i materiały na temat filmu, żebym mógł się z nim lepiej zapoznać. Kilka dni później dostałem skrypt, który bardzo mi się spodobał. Zacząłem na własną rękę szukać informacji o Murrowie, studiować jego postać, oglądać archiwalne programy z jego udziałem i kiedy George ponownie zadzwonił wiedziałem już, że chcę wystąpić w tym filmie. Mówisz, że dużo czytałeś na temat postaci. George Clooney nie chciał jednak, żebyś wiedział "wszystko" na temat osoby Edwarda Murrowa. To prawda. Na samym początku naszej współpracy George zaznaczył, że nie chce robić filmu biograficznego. "Good Night, and Good Luck" pomyślany jest jako opowieść o pewnym etapie z zawodowego życia Murrowa. Nie chciał, żebym studiował dokładnie jego biografię, poznawał historię jego życia sprzed i po konflikcie z McCarthym. Uważał, że to niepotrzebne, ale też nie zniechęcał mnie do moich studiów. Wręcz przeciwnie. Dostarczał wszelkie materiały, służył pomocą i radą. Uznał, że skoro potrzebuję tego by stworzyć na ekranie wiarygodną kreację, to nie powinien mi w tym przeszkadzać. Czy fakt, że film opowiada o niecałych dwóch latach z życia Murrowa, nie mówiąc jednocześnie nic o jego wcześniejszych i późniejszych doświadczeniach, nie był dla ciebie dodatkowym utrudnieniem. Musiałeś przeecież bez tych wszystkich informacji w scenariuszu pokazać na ekranie postać, której działania i pobudki będą wiarygodne i przekonujące dla widzów na całym świecie. Nie. "Good Night, and Good Luck" opowiada bowiem o takim fragmencie amerykańskiej historii, który jest doskonale znany we wszystkich krajach. Film nie wymagał ani specjalnego wstępu, ani przygotowania widzów. Oczywiście zależało nam na wiarygodności, ale zdecydowaliśmy się ją osiągnąć między innymi poprzez drobiazgowe przywiązanie do detali. Przygotowując się do roli Murrowa wiele czasu poświęciłem na studiowanie jego zachowania przed kamerą, sposobu w jaki prowadził swoje programy. Chciałem te zachowania wiernie oddać przed na planie jednocześnie wzbogacając o drobne niuanse, dzięki którym dla widza jasne byłoby, co mój bohater myśli w danej chwili, żeby rozumiał jego pobudki. W filmie wykorzystano bardzo wiele archiwalnych zdjęć. W wielu scenach musisz wręcz "grać" z prawdziwym senatorem, którego wizerunek pojawia się często w telewizyjnych wystąpieniach. Tak, to było bardzo dziwne uczucie, zupełnie jakby się obcowało z duchami albo brało udział w jakimś reality show. Z jednej strony pracowaliśmy nad filmem fabularnym, z drugiej jednak cały czas pojawiały się w nim fragmenty autentycznych wypowiedzi i sylwetki prawdziwych ludzi. Gdyby jakiś aktor wcielił się w postać senatora praca nad "Good Night, and Good Luck" wyglądałaby zapewne jak praca nad każdym innym filmem. Dzięki wykorzystaniu materiałów archiwalnych mogliśmy w pewien sposób poczuć się tak, jakbyśmy sami byli uczestnikami wydarzeń sprzed 50 lat. Sprzyjała chyba temu również scenografia, która na wzór realizowanych w latach 50. programów telewizyjnych utrzymana była w kolorze czarno-białym oraz fakt, że George Clooney nalegał, żeby wszyscy członkowie ekipy ubrani byli w kostiumy "z epoki". To prawda. Kolorystyka scenografii ograniczała się jedynie do 10 odcieni szarości, z których każdy opatrzony był innym numerem. Kiedy George chciał coś zmienić na planie wystarczyło, że powiedział o jaką rzecz chodzi i podał numer koloru, w którym chciałby, żeby była. Jedynymi kolorowymi elementami na planie byli aktorzy i ich kostiumy. Z początku czuliśmy się więc jak goście "Miasteczka Pleasantiville". (śmiech). George rzeczywiście chciał, żeby wszystkie osoby na planie ubrane były w kostiumy z lat 50., ale ostatecznie ten pomysł nie został zaakceptowany. Po kilku próbach członkowie ekip technicznych zbuntowali się i otrzymali pozwolenie na pracę w koszulkach, szortach i sandałach.Od kilku lat filmy biograficzne cieszą się olbrzymim zainteresowaniem widzów i krytyków, w tym również członków Akademii Filmowej. W zeszłym roku były to "Aviator", "Marzyciel" i "Ray", w tym są "Good Night, and Good Luck", "Spacer po linie" i "Capote". Czym spowodowana jest taka popularność filmów biograficznych. To bardzo ciekawe pytanie, ale nie wiem, czy będę w stanie na nie odpowiedzieć. Myślę, że ludzi od zawsze interesowały historie z życia wzięte, czy to w kinie, czy w literaturze. Lubimy podziwiać losy tych, którzy w jakiś sposób są wyjątkowi, osiągnęli to, czego nie udało się innym. W ich historiach znajdujemy odbicie własnych marzeń i pragnień, przekonujemy się, że osiągnąć swój cel w życiu może praktycznie każdy, niezależnie od wykształcenia, pochodzenia, czy majątku. Jednocześnie biografie opowiadają o naszej historii, często służą jako komentarz wydarzeń współczesnych. "Good Night, and Good Luck" jest jednym z takich filmów. Wydaje mi się, że te właśnie elementy w połączeniu z wydarzeniami politycznymi ostatnich lat przełożyły się na wzrost zainteresowania biografiami. Aktorzy odtwarzający główne role w biografiach często mówią, że najtrudniejsze w ich pracy było znalezienie złotego środka pomiędzy naśladownictwem a stworzeniem kreacji aktorskiej, którą mogliby uznać za własną. Czy podobnie było w Twoim przypadku? Oczywiście, choć w przypadku tej roli zwyczajnie nie mogłem pozwolić sobie na zbyt dużą swobodę. Murrow był postacią popularną, jego wystąpienia i programy zachowały się w materiałach archiwalnych, wciąż żyje bardzo wiele osób, którego znały, współpracowały z nim oraz oglądały programy z jego udziałem. Musiałem o tym pamiętać pracując nad rolą. Nie mogłem pokazać na ekranie człowieka, który dla tych ludzi byłby kimś obcym, kimś, kogo wcześniej nigdy nie widzieli. Wcielenie się w postać Murrowa wiązało się zatem z ogromną odpowiedzialnością. Jednocześnie nie mogłem ograniczyć się jedynie do wiernego odtworzenia tej postaci. Chcieliśmy bowiem, żeby widz patrząc na głównego bohatera filmu wiedział jakie kierują nim pobudki i co w danej chwili odczuwa. Jak układała się współpraca na planie z Georgem Clooneyem? Bardzo dobrze. George jest nie tylko utalentowanym reżyserem, ale przede wszystkim aktorem dlatego też wie doskonale, jak współpracować z kolegami do fachu, jak wydobyć z nich to, co chce zobaczyć na ekranie. Ponadto potrafi stworzyć na planie wyjątkową, ciepłą atmosferę dzięki czemu praca nad filmem przebiega w miłej atmosferze. Przed "Good Night, and Good Luck" postrzegany byłeś przez krytyków jako specjalista od ról drugoplanowych. Czy kreacja Murrowa i sukces filmu sprawił, że teraz będziemy oglądali cię tylko w rolach pierwszoplanowych? Wydaje mi się, że ten film tak naprawdę niewiele zmieni w mojej karierze. "Good Night, and Good Luck" jest produkcją, która opiera się nie na jednym, ale na wielu aktorach. Ja miałem szczęście wcielić się w postać najważniejszej osoby tego dramatu. W moim przekonaniu swój sukces obraz zawdzięcza w dużej mierze całej obsadzie, której ja byłem członkiem i wspólnie z innymi starałem się jak najlepiej wykonywać swój zawód. Na koniec chciałbym się zapytać kim dla ciebie był Edward R. Murrow. Na pewno człowiekiem, który przyczynił się do upadku McCarthy'ego, ale czy tylko? Bardzo się cieszę, że o to pytasz. Mam nadzieję, że "Good Night, and Good Luck" zostanie odebrany w Polsce, podobnie jak w wielu innych krajach, jako komentarz współczesnych wydarzeń i kondycji dziennikarstwa. Edward R. Murrow był człowiekiem zasad, dziennikarzem, który już w latach 50., w czasach kiedy telewizja dopiero powstawała, troszczył się o jej rozwój i walczył o to, żeby nie stała się medium typowo rozrywkowym. Jak wiemy jego obawy, niestety, się sprawdziły. Wierzę jednak, że takie filmy, jak nasz mogą to zmienić. Po premierze "Good Night, and Good Luck" w Stanach rozpoczęła się dyskusja na temat kondycji mediów. Co ciekawe zainicjowali ją młodzi dziennikarze zafascynowani postawą Murrowa i jego przekonaniami. Mam nadzieję, że w Polsce film wywoła podobny oddźwięk. Dziękuję bardzo za rozmowę.