Artykuł

GRANICE KINA: Prawda w obrazkach

Filmweb / autor: /
https://www.filmweb.pl/article/GRANICE+KINA%3A+Prawda+w+obrazkach-80681
Film animowany wcale nie musi lewitować nad ziemią zbyt wysoko i operować abstrakcyjnym językiem. Dokument zaś niejednokrotnie odrywa się od ziemi i unosi w rejony gatunkowego pogranicza. Spotykają się w pół drogi.

Hybryda, którą nazwano po prostu animowanym dokumentem, największe tryumfy święciła po premierze "Walca z Baszirem" Ariego Folmana. Został nawet okrzyknięty pierwszym animowanym dokumentem, co oczywiście nie jest prawdą. W 1918 roku jeden z najważniejszych animatorów w historii filmu Winsor McCay przedstawił w filmie "Zatopienie Lusitanii" tragiczne losy amerykańskiego transatlantyku. Trzy lata przed jego powstaniem niemiecki U-Boot storpedował pasażerski statek, powodując śmierć 1198 osób. McCay, posiłkując się szczegółami zajścia, stworzył realistyczną rekonstrukcję. Do tamtej pory film animowany był traktowany jedynie jako medium rozrywki, które nie miało wiele wspólnego z rzeczywistością. McCay jako pierwszy zmierzył się z prawdziwymi wydarzeniami, przedstawiając je w realistycznej formie. Nie ustrzegł się jednak ideologii – silny ładunek emocjonalny i przemilczenie kilku niewygodnych faktów spowodowało, że "Zatopienie Lusitanii" stało się sztandarowym przykładem animacji na służbie polityki. Wymowa filmu jest prawdziwie dramatyczna, śledzimy rejs statku, który został przerwany przez dwie podstępne, niemieckie torpedy. Najwięcej miejsca McCay poświęcił kadrom kłębiącego się dymu nad topiącą się "Lusitanią", z której masowo skaczą do morza bezbronni pasażerowie. Warstwa wizualna została wzbogacona o informacje faktograficzne, a nawet portrety najbardziej znanych ofiar. Właśnie dzięki tym elementom, łączącym animowane obrazy z rzeczywistością, możemy nazwać "Zatopienie Lusitanii" animowanym dokumentem. Gdyby McCay pozbawił swój film informacyjnych plansz, animacja byłaby jedynie autorską wizją wydarzenia, które kiedyś miało miejsce. Gdzie więc kończy się fantastyczny świat autorskiej wyobraźni animatora, a zaczyna dokument?


"Walc z Baszirem"

Sheila Sofian, która sama tworzy animowane dokumenty, mówi, że są to "wszystkie animowane filmy, które zawierają w sobie niefikcjonalny materiał". Zdaje się, że jest to najprostsza i najbardziej celna definicja tej rodzajowej hybrydy. Pole dla twórców jest ogromne – wszystko zależy od ich wyobraźni. Mogą do partii animowanych włączać sceny żywej akcji, posiłkować się rysunkami swoich bohaterów czy bazować na autentycznych materiałach i obiektach. Jednak najczęściej wykorzystywaną strategią jest wzbogacanie niefikcjonalnej ścieżki dźwiękowej animowanymi ilustracjami.

Bardzo ciekawymi przykładami wykorzystywania autentycznego dźwięku w animacji są filmy Johna i Faith Hubley z lat 50. i 60. W dwóch filmach – "Moonbird" i "Windy day" – małżeństwo animatorów wykorzystało zarejestrowane podczas zabawy dialogi ich dzieci. Pod tę ścieżkę dźwiękową stworzono niezwykle barwne, wypełnione dziecięcą fantazją animacje. We wcześniejszym "Moonbird" śledzimy zabawę synów, którzy pod osłoną nocy czają się na egzotyczne zwierze, przypominające nieco zdziwionego strusia. Ścieżka dźwiękowa wypełniona jest przez rozentuzjazmowane dziecięce głosy. Strona wizualna jest ilustracją rozbuchanej dziecięcej wyobraźni – chłopcy zamieniają się w poszukiwaczy przygód, a ścigane egzotyczne zwierze materializuje się na ekranie. Jeszcze bardziej szalone przygody przeżywają dwie córki małżeństwa Hubleyów w "Windy day". W tytułowym dniu siostry postanawiają stworzyć przedstawienie. Ich wyobraźnia jest zdecydowanie mniej zdyscyplinowana niż u chłopców. Animacja z trudem za nią nadąża: siostry raz są księżniczkami, by za chwilę zamienić się w rycerzy, wiedźmy, wróżki, a nawet smoka. Akcja nieustannie przeskakuje z zamku do dzikiego lasu i smoczej groty. Fantazja dzieci nie zna granic, podobnie jak animacja. Dlatego tak wspaniale do siebie pasują.

 
"Moonbird"

Klasycznym przykładem wykorzystania autentycznego dźwięku w filmie animowanym jest seria "Lip Synch: Going Equipped" Petera Lorda, wyprodukowana przez słynne studio Aardman Animations, odpowiedzialne za filmy o Wallasie i Gromicie. W filmie Lorda słuchamy wypowiedzi kryminalistów, którzy opowiadają o swoich zbrodniach. Nie zdecydowali się jednak na pokazanie twarzy ani autentycznych przestrzeni. Dlatego zastąpiono je plastelinową animacją, pozostawiając autentyczne wywiady. Dzięki temu połączeniu oglądamy plastelinowe awatary faktycznych przestrzeni i osób. Śledzimy rzeczywiste wydarzenia, mimo że nie widzimy ich na ekranie. Przypomina to nieco dokumenty radiowe. Jednak sfera wizualna, choć nieautentyczna, pozostaje niezwykle istotna – dodaje nowe, odautorskie znaczenia.

Tak jest w dziełach dwóch, być może najważniejszych, współczesnych twórców animowanych dokumentów – Jonasa Odella i Dennisa Tupicoffa. Pierwszy z nich, podobnie jak Peter Lord, wykorzystuje wywiady, które później ilustruje animacjami. W filmie "Nie ma jak pierwszy raz" przedstawił cztery historie inicjacji seksualnej. Każda z nich jest zupełnie odmienna od pozostałych, co zostało dodatkowo podkreślone właśnie przez sferę wizualną. Na przykład, nostalgicznej opowieści staruszka, wspominającego romantyczną historię miłosną sprzed wielu lat, towarzyszy pastelowa wycinankowa animacja, w której główne postaci to dystyngowane postaci wyjęte wprost z ówczesnych żurnali. Z kolei dramatyczny wywiad opisujący gwałt został zilustrowany grubą, ekspresyjną kreską, uwypuklającą kanciastość i nieprzyjazność świata. Podobną strategię Odell przyjął w "Kłamstwach". Ponownie zebrał kilka wywiadów. Tym razem dotyczyły one perypetii anonimowych osób z kłamstwem. W jednej z części autentyczną opowieść z offu zilustrował animacją rotoskopową. Polega ona na plastycznym opracowywaniu zdjęć żywej akcji, czyli tworzeniu kreskówki z materiału nieanimowanego. Dzięki tej technice także sfera wizualna uzyskała dokumentalną wartość. Dzięki różnorodności form użytych w tych filmach każda z opowieści wydaje się wyjątkowa, a postać autonomiczna. Z kolei w swoim najnowszym filmie "Porwana" Odell skupił się tylko na jednej osobie – dziewczynie szwedzkiego terrorysty. Ponownie wykorzystał wywiad, w którym bohaterka opowiada o związku, a także o późniejszej, terrorystycznej działalności. Jej słowa zostały zilustrowane animacją, nie będącą jedynie autorska wizją reżysera. Odell wykorzystał zdjęcia i przedmioty, a także rotoskopowo opracowane, autentyczne materiały. Stworzył wizualny kolaż, który sam w sobie jest dziełem niefikcjonalnym.


"Nie ma jak pierwszy raz"

Także w filmach Tupicoffa, choć jedynie dźwięk posiada wartość dokumentu, wizualność ma zasadnicze znaczenie. W "Głosie jego matki" autor wykorzystał nagranie ze stacji radiowej, w którym zrozpaczona matka opowiada o śmierci syna. Słuchamy jej opowieści dwa razy, za każdym razem towarzyszy jej inna animacja. Z kolei "Psy z dzielnicy Darra" to film autobiograficzny. Reżyser opowiada w nim o traumatycznym spotkaniu z psami z rodzinnego miasteczka. Snutej opowieści towarzyszą obrazy, które zachowały się w jego pamięci – animacja jest także medium przypominania.

 Dziełem, które w sposób wręcz archetypiczny wykorzystuje animację jako źródło pamięci, jest wspominany już na wstępie "Walc z Baszirem" Ariego Folmana. Reżyser stworzył film, aby wydobyć ze swojej przeszłości zapomniane wspomnienia i obrazy. Amnezja ustępuje wraz z kolejnymi przeprowadzonymi wywiadami ze znajomymi z czasów wojny. Sfera wizualna wzbogacająca dialogi to odautorska wizja tego, co działo się w przeszłości. To przełożona na ekran trauma, która staje się tym bardziej bolesna, gdy zostaje skonfrontowana z dokumentalnymi materiałami w ostatniej scenie.

 
"Walc z Baszirem"

Filmem, który być może najdoskonalej wykorzystał zestawienie rzeczywistego dźwięku z wizyjną, odautorską animacją jest oscarowy "Ryan" Chrisa Landretha. Film opowiada o Ryanie Larkinie, niegdyś niezwykle dobrze rokującym animatorze, uczniu samego Normana McLarena. Gdy Landreth spotyka Larkina, ten jest bezdomnym alkoholikiem, który nie ma już nic wspólnego ze światem kina. Przeprowadzony wywiad w sposób niezwykle sugestywny, a zarazem żartobliwy został zilustrowany animacją. Larkin to dosłowny wrak człowieka, a stany emocjonalne płynnie zmieniają jego wygląd. Dźwięk i obraz stanowią jedną całość, którą w pełni można nazwać dokumentem.

Najciekawszą animacją, która pretenduje do bycia dokumentem, a nie wykorzystuje autentycznej ścieżki dźwiękowej, jest rumuńsko-polska "Droga na drugą stronę". Reżyserka Anca Damian opowiedziała historię młodego Rumuna, który zostaje niesłusznie oskarżony i osadzony w krakowskim areszcie. W ramach protestu Claudiu Crulic podejmuje głodówkę, która doprowadza do jego śmierci. Strona wizualna jest niezwykle bogata. Animacja rysunkowa przeplatana jest malarską, lalkową, wycinankową, a nawet komiksem. Damian wykorzystuje również zdjęcia Crulica, a także autentyczne obiekty – jego osobiste rzeczy: notes, święty obrazek czy telefon. Dodatkowym łącznikiem z rzeczywistością jest prowadzony z offu pośmiertny monolog bohatera. Choć napisała go reżyserka, był inspirowany prowadzonym przez Claudiu dziennikiem, który został uzupełniony sprawdzonymi faktami z jego życia.

 
"Droga na drugą stronę"

Popularność animowanych dokumentów spowodowała, że zaczęto wykorzystywać tę formułę w sposób subwersywny. Animacja komputerowa pomogła zrobić fałszywy dokument Florianowi Kaaykowi. Jego "The order electrus" opowiada w manierze filmu przyrodniczego o nowym gatunku insektów, który rozplenił się na pofabrycznych terenach. Ich wyjątkowość polega na tym, że są zbudowane z elektronicznych resztek – układów scalonych, kabelków i baterii. Także na polskim poletku filmowym mamy fake'owy animowany dokument. "Kto by pomyślał" Ewy Borysewicz to niezwykle zabawna opowieść naśladująca klasyczną dokumentalną formułę "gadających głów". Kolejni mieszkańcy typowego polskiego blokowiska pytani są o kontakty z jednym z sąsiadów. Nie dowiemy się jednak, dlaczego ta postać jest tak istotna, ani w jakim celu przeprowadzane są wywiady. Dostajemy za to kilka ciekawych portretów autochtonów i garść niezwykle celnych socjologicznych obserwacji.

Choć animowane dokumenty nie są zjawiskiem nowym, to dopiero teraz zadomowiły się na stałe w twórczości animatorów. To także pokłosie ogólnej tendencji w kinie burzenia ścian między gatunkami i rodzajami filmowymi. Zarówno twórcy, jak i widzowie zrozumieli, że animacja nie musi jedynie eksplorować zmyślonych światów, a dokument obiektywnie opisywać rzeczywistości. 
Udostępnij: