Javier Aguirresarobe opowiada o pracy nad "W stronę morza"

  • autor: Ewelina Nasiadko
  • Wywiad
FilmWeb: "W stronę morza" to kolejny, po "Innych" pański projekt zrealizowany u boku Alejandro Amenabara. Co sprawiło, że zdecydowaliście się znów pracować razem?
Javier Aguirresarobe: Praca z Alejandro jest prawdziwą przyjemnością. Ucieszyła mnie wiadomość o tym, że on postrzega naszą kooperację w podobny sposób. Pewnego dnia zadzwonił do mnie i zaprosił do kolejnej współpracy. Ponownie było to bardzo twórcze i budujące doświadczenie.

FilmWeb: Pracował Pan z wieloma uznanymi reżyserami. Obok Amenabara był to m.in. Pedro Almodovar ("Porozmawiaj z nią"). Czy można jakoś porównać style pracy obu wspomnianych filmowców?
Javier Aguirresarobe: Praca z każdym z nich była totalnie odmiennym doznaniem. Jedną z podstawowych różnic jest to, że Pedro Almodovar w znacznie większym stopniu improwizuje. Dokładnie wie, co chce osiągnąć ale jednocześnie pozostawia i aktorom i ekipie, w tym operatorowi, dużo swobody. W przypadku Alejandro Amenabara mamy do czynienia z dużo bardziej skrupulatnym, technicznym przygotowaniem, zarówno na poziomie scenariusza, jak i w fazie kręcenia poszczególnych ujęć. Już w trakcie pisania fabuły Amenabar dokładnie rozplanowuje ustawienia i ruchy kamery, to w jaki sposób poszczególne sceny mają być realizowane. Później, gdy wszyscy pojawiają się na planie, praca jest prawie wyłącznie egzekwowaniem jego wcześniejszych pomysłów.
Różnica polega też na tym, że Almodovar jest większym magikiem kina, pochłania go sama tajemniczość i otoczka procesu tworzenia. Natomiast Amenabar chce realizować kino perfekcyjne, dlatego przygotowuje wszystko w najmniejszych detalach dużo wcześniej.

FilmWeb: Czy to oznacza, że nie ma mowy o żadnej improwizacji?
Javier Aguirresarobe: Raczej nie. Jak już wspomniałem, przed przystąpieniem do zdjęć Alejandro ma już całą wizję filmu, klatka po klatce opracowaną w głowie. Podczas kręcenia nie zmienia w scenariusza ani przecinka. Czasem zdarzają się jakieś wariacje – nowy pomysł, nowe podejście do jakiejś sceny ale zazwyczaj na planie Amenabar pojawia się z dokładnie opracowanym projektem.

FilmWeb: "Inni", poprzedni film Amenabara, swą mroczną atmosferą pozostaje w dużym kontraście z realizmem "W stronę morza", który oparty został na prawdziwych wydarzeniach...
Javier Aguirresarobe: Zgadza się. Wygląda na to, że podczas realizacji "W stronę morza" Amenabar odkrywał nowe dla siebie terytoria. Ponieważ historia została oparta na faktach, starał się aktorom dać większe pole do popisu. Jest to film o wiele bardziej aktorski niż operatorski, jak to miało miejsce w przypadku "Innych", który jest przykładem klasycznego horroru. "Inni" to historia tajemnicza, w dużej mierze oparta na niedopowiedzeniach, więc już od początku musiała w niej dominować atmosfera horroru. W związku z tym, że nawiązywaliśmy do klasyki gatunku, musieliśmy starać się tworzyć ten klimat prostymi sposobami, jak np. przez użycie minimalnej ilości światła czy otaczającej dom mgły.

FilmWeb: Czy długo dyskutowaliście o wizualnej formie "W stronę morza"?
Javier Aguirresarobe: Jestem zdania, że w przypadku każdego projektu bardzo ważne jest dopracowanie wszystkich szczegółów zanim padnie pierwszy klaps na planie. Jeśli chodzi o ten film to bardzo długo rozmawialiśmy przed rozpoczęciem zdjęć i staraliśmy się omówić wszystko – rodzaj światła, ton, nasycenie kolorów. Alejandro przywiązuje ogromną wagę do szczegółów, więc dla niego nasze rozmowy były bardzo istotne.

FilmWeb: Akcja "W stronę morza" przez większość ekranowego czasu rozgrywa się w jednym pokoju. Wydawać by się mogło, że dla operatora to żadne wyzwanie...
Javier Aguirresarobe: A tymczasem rzecz ma się zupełnie odwrotnie. To żadna sztuka nakręcić sceny, w których ciągle się coś dzieje, coś wybucha itd. Dużo trudniej pokazać sparaliżowanego mężczyznę, dla którego całym światem jest właśnie ten jeden pokój. Ogromnym wyzwaniem był fakt, że fabuła oparta została na prawdziwej historii. Musieliśmy więc dążyć do osiągnięcia jak najwyższego stopnia realizmu. Nie było to łatwe, zważywszy na to, że pokój, w którym kręciliśmy znajdował się w studio. Nie było więc mowy o naturalnym oświetleniu. Ale robiliśmy wszystko, by uczynić nasz film wiarygodnym. By widzowie oglądając go naprawdę poczuli zapach morza, taki jaki docierał do łóżka Ramona Sampedro.

FilmWeb: Nie da się odmówić filmowi realizmu. Są w nim jednak sceny, które rozgrywają się w wyobraźni bohatera i wykraczają poza świat rzeczywisty. Czy te zachwycające wizualnie ujęcia lotu były tak właśnie opisane w scenariuszu czy może stały się wynikiem pańskich dyskusji z reżyserem?
Javier Aguirresarobe: Jak to u Amenabara, wszystko było już dokładnie obmyślone wcześniej, również idea sceny lotu. Przez długi czas przed rozpoczęciem zdjęć omawialiśmy jednak szczegółowo te ujęcia, głównie ze względu na to, że stanowiły one bardzo ważną część filmu – przekazywały emocje bohatera, odzwierciedlały siłę jego wyobraźni. Mimo tego, że wszyscy się nimi tak zachwycają, były to w rzeczywistości jedne z najprostszych scen. Na ekranowy lot bohatera składały się dwa podstawowe ujęcia. Pierwsze kręcono z helikoptera. Kamerę zaczepiono z przodu maszyny, by wrażenie powietrznej podróży bohatera z domu w kierunku plaży było jeszcze bardziej realistyczne. Drugie ujęcie realizowano pionowo, od strony nieba na plażę, gdzie Ramon spotyka prawniczkę. Największym problemem była synchronizacja obu tych kadrów.

FilmWeb: Film na początku sprawia wrażenie dość obiektywnego. Końcowa scena z Julią jako niemalże rośliną zdaje się jednak wyraźnie opowiadać za eutanazją. Czy ten subiektywizm był zamierzony?
Javier Aguirresarobe: Należy pamiętać o tym, że była to zaadaptowana historia, jest to studium oparte na faktach. Amenabar, który poznał historię Sampedro, jego walkę o prawo do eutanazji, chciał przekazać przekonanie bohatera co do tego, każdy ma prawo do śmierci humanitarnej, mającej w sobie choć trochę człowieczeństwa. Z założenia film miał więc pokazać pozytywne nastawienie wobec eutanazji. Ale Amenabar nie chciał zrobić filmu, który przedstawiałby tylko jedno spojrzenie. Nie miała to być reklamówka eutanazji. Poruszając ten kontrowersyjny temat na przykładzie konkretnego człowieka, pragnął rozpocząć filmem jakąś polemikę, rozmowę na trudny temat.

FilmWeb: "W stronę morza" umiejętnie łączy tragizm historii i wzruszające sceny z poczuciem humoru głównego bohatera. Jaka była atmosfera na planie podczas kręcenia zdjęć?
Javier Aguirresarobe: Klimat na planie nie był aż tak poważny, charakteryzował się raczej maksymalną koncentracją. Główny aktor przybywał na plan po sześciu godzinach żmudnej charakteryzacji. Zostawało więc niewiele czasu na zdjęcia. Musieliśmy być bardzo skupieni, by sprawnie realizować zamierzone na dany dzień zdjęciowy plany.
Amenabar chciał, by mimo poważnego tematu był to film optymistyczny. Miał to być obraz, który podkreśla afirmację życia a nie problem śmierci. Jednym ze sposobów osiągnięcia tego efektu od strony technicznej było odpowiednie oświetlenie. Staraliśmy się tak nim manipulować, by wydarzenia wyglądały na jak najbardziej rzeczywiste ale jednocześnie nasycone były nutką optymizmu.

FilmWeb: Jednym z głównych pojęć, które wielokrotnie przewija się w filmie, w rozmowach jego bohaterów, jest pojęcie ludzkiej godności...
Javier Aguirresarobe: Tak. Ale to nie jest film o godności w ogólnym pojęciu tego słowa ale o godności umierania. Kluczową sekwencją w tym projekcie jest scena śmierci. Została ona oparta w dużej mierze o 20-minutowy film, na którym Remon Sampedro uwiecznił własną śmierć. Ktoś po prostu przyglądał się ostatnim chwilom jego życia. Należy pamiętać jednak o tym, że była to śmierć przez otrucie a więc niezwykle bolesna. Było w niej dużo cierpienia. W filmie zastosowaliśmy skrótowość - pokazaliśmy początek tej sekwencji a później nastąpiło cięcie. Tylko przez kilka sekund widać, że bohater naprawdę cierpi. Chcieliśmy by bardziej niż ten ból dominowała radość z takiego a nie innego zakończenia sprawy. Przecież właśnie tego najbardziej na świecie pragnął główny bohater.

FilmWeb: Jak film został przyjęty w Hiszpanii i w środowisku, które znało Ramona Sampedro?
Javier Aguirresarobe: Film był ogromnym sukcesem w Hiszpanii. Bił rekordy sprzedaży biletów i bardzo się ludziom podobał. Jeśli chodzi o przyjaciół i rodzinę Sampedro, przyjęli oni film bardzo pozytywnie, szczególnie zachwyciła ich kreacja Javiera Bardema. Nadal wiązane są duże nadzieje z tym filmem jeśli chodzi o dystrybucję międzynarodową. Walczy on m.in. o nominację do Oscara.

FilmWeb: Spotykamy się na festiwalu Camerimage, którego głównymi bohaterami są operatorzy. Przy tej okazji nie można nie zapytać co jest według Pana kluczem do udanej współpracy operatorsko-reżyserskiej?
Javier Aguirresarobe: Kluczem, który otwiera drzwi dobrej współpracy pomiędzy operatorem i reżyserem jest podobne rozumienie i odbieranie historii, podobne podejście do tematu i podobna wizja i filmu i świata w ogóle. W ten sposób tworzy się właśnie udana współpraca.
Ostatnio odwiedzone
wyczyść historię