Filmweb sp. z o.o.
https://www.filmweb.pl/article/Kino+wygranych+i+przegranych-87950

Kino wygranych i przegranych

  • Filmweb
  • autor: Radosław Osiński
  • Artykuł
Terapią dla tych, których zawiodły występy polskich sportowców na igrzyskach olimpijskich w Londynie, może być kino. Bohater filmowy niemal zawsze triumfuje. Nawet gdy jego losy przypominają żywot biblijnego Hioba, dostępuje zbawienia w postaci uwagi kamery i widza. Od czego zależą więc "sukcesy" i "porażki" naszych ulubionych filmowych postaci?

Czy jednak w ogóle rozpatrujemy postaci filmowe w kategoriach wygranych i przegranych? W myśl znanej, sformułowanej przez Karola Irzykowskiego definicji X Muzy "kino jest widzialnością obcowania człowieka z materią". Należałoby dodać, że zgodnie z regułami dramaturgii, "obcowanie" to ma charakter konfliktu. Jako widzowie pragniemy się dowiedzieć, która ze stron odniosła w tym starciu zwycięstwo. Zmagania bohaterów filmowych z rzeczywistością, aczkolwiek dla nich wyczerpujące, zwieńczone są najczęściej sukcesem, a przynajmniej jakąś jego symboliczną namiastką. Na ogół równa się to po prostu happy endowi, głoszącemu, że w nagrodę za swój trud postać będzie żyła długo i szczęśliwie. W mniej oczywistych przypadkach zwycięski laur stanowi dla bohatera wiedza o samym sobie, zwiastującą jego przemianę i odrodzenie. Laur ten może mieć ogromną cenę i posmak klęski. Nie czują się triumfatorami choćby płaczący nad utraconą miłością cyrkowiec Zampano z "La Strady", dążący do autodestrukcji "Zły porucznik" z filmu Abla Ferrary czy odkrywający prawdę o planecie małp astronauta Taylor. Ich porażki są gorzką lekcją, ale przynoszą im skarb mądrości, a otaczającemu światu i publiczności przed ekranem – szansę na poprawę. Bohater filmowy i towarzyszący mu – dopingujący go – widz nigdy zatem nie ponoszą takiej klęski, która by im nie dawała jednocześnie pewnych korzyści.

zły.jpg
 
zły2.jpg

"Zły porucznik"

Nie zmienia to faktu, że kategorie wygranej i przegranej bohatera filmowego są niejednoznaczne i trudne do zdefiniowania, tak jak względne jest pojęcie szczęścia. Fabuła filmów przeważnie rozstrzyga, która postać ostatecznie odnosi zwycięstwo nad przeciwnościami losu, a komu przypada niepowodzenie. O triumfie bohatera decydują jednak głównie emocje, jakie budzi on u publiczności. Ukarane klęską za swoje niegodziwości filmowe czarne charaktery są niekiedy barwniejszymi – i wiarygodniejszymi – postaciami od nieskalanych złem protagonistów, którym powinniśmy kibicować. Kultowe monstra z filmów grozy niszczone są przez kolejne zastępy dzielnych śmiałków, ale nie umierają tak długo, jak fascynują i rozpalają wyobraźnię odbiorców. Pragniemy, żeby znowu zaczęły siać terror. Zapominamy o ich pogromcach. Obdarzamy je nieśmiertelnością i wskrzeszamy mocą pieniędzy, które jesteśmy gotowi zapłacić za zobaczenie ich w następnych częściach filmu, prequelach, remake'ach, rebootach.

Film jest nie tylko medium opowiadania historii, to również ring dla osobowości ekranowych, skłaniający do wartościowania bohaterów i ich odtwórców w kategoriach wygranych i przegranych. Publiczność mocniej angażuje się w konflikt postaci, kiedy towarzyszy mu dodatkowo pojedynek aktorski. Dla filmu i zapewne samych kreujących role oczywiście lepiej jest, gdy konfrontacja taka stoi na wysokim poziomie, a jej wynik można uznać za remis. Nierzadko jednak w historii kina potencjał bohaterów lub aktorów nie równoważył się i na ekranie błyszczała tylko jedna strona lub w ogóle "nie ten, co powinien" z racji artystyczno-marketingowych. Charakterystyczny jest w tym kontekście casus Harrisona Forda. Aktor, któremu nie można odmówić charyzmy, skoro stworzył tak malowniczych awanturników, jak Han Solo i Indiana Jones, został w dwóch głośnych produkcjach całkowicie zdominowany przez innych wykonawców. Gwiazdorski show ukradli Fordowi Rutger Hauer w "Blade Runnerze" i Tommy Lee Jones w "Ściganym". Aktorską wygraną Lee Jonesa potwierdzała realizacja skądinąd fatalnego sequela "Ściganego""Wydziału pościgowego", w którym to ścigający szeryf Samuel Gerard był centralną postacią. Podobnie stało się np. w kontynuacji "Terminatora", "Milczenia owiec" czy "Wall Street". We wszystkich tych filmach demoniczni antagoniści z pierwszych części okazywali się na tyle atrakcyjni, że triumfalnie powracali na ekran jako faworyci widowni.

łowca.jpg
 
łowca2.jpg

"Łowca androidów"

Wspomniane sytuacje obrazują, jak liberalna bywa moralność publiczności. Być może kluczem do zrozumienia, kiedy bohater wygrywa, a kiedy przegrywa w oczach widza, jest stwierdzenie, że zwycięża ta filmowa postać, której jesteśmy w stanie jak najwięcej wybaczyć, nawet to, że jest wytworem fikcji, ponosi porażki, popełnia niegodziwości i uobecnia degrengoladę etyczną. Błądzić jest w końcu rzeczą ludzką. Czy nie mamy cienia satysfakcji, gdy po wyrządzonych podłościach i bezwzględnym wyeliminowaniu rywali Lutkowi Danielakowi z "Wodzireja" jednak udaje się poprowadzić prestiżowy bal? Czy w skrytości ducha nie chcemy, by romantyczni przestępcy "Bonnie i Clyde" wywinęli się z rąk stróżów prawa? Klęskę ponosiliby natomiast w zakresie względów publiczności ci bohaterowie, których nie sposób tolerować, ponieważ narzucają się nam się ze swoją umownością, konwencjonalnością i sztucznością produktów rodem z wyobraźni. Hipotezę tę potwierdza przykład kiepskich najczęściej filmów, w których z założenia pozytywny bohater wbrew intencjom autorów wywołuje u odbiorców negatywne emocje. Takie reakcje są zwykle skutkiem złego scenariusza, ale czasem mają skrajnie subiektywny charakter: nie lubimy danego aktora, irytuje nas opowiadana historia, pragniemy szybszej akcji, postać wygląda mało estetycznie, podejmuje irracjonalne decyzje. I wtedy spełnia się najczarniejszy koszmar twórców filmu. Widz zaczyna życzyć klęski bohaterowi, za którego triumf powinien trzymać kciuki. Albo sympatyzuje z tymi postaciami, które powinny w nim budzić antypatię. Nie wierzę, że są osoby, którym nigdy w trakcie oglądania jakiegoś filmu nie zdarzyło się zamarzyć o porażce gloryfikowanego przez fabułę bohatera. A gdyby tak wojska Sarumana wycięły w pień Drużynę Pierścienia…

bonni.jpg

"Bonnie i Clyde"

Triumf postaci do rangi zasady urasta w klasycznym, hollywoodzkim, czyli najbardziej ekspansywnym modelu kina. Taką refleksją dzieli się z nami w książce "Przygody scenarzysty" William Goldman, czołowy autor z Fabryki Snów, laureat Oscara za scenariusze do filmów "Butch Cassidy i Sundance Kid" oraz "Wszyscy ludzie prezydenta". Zdaniem Goldmana na obowiązywaniu wspomnianej reguły zależy zwłaszcza aktorom, którzy kojarzyć chcą się wyłącznie z sukcesami. "Gwiazda zgodzi się przegrać, jeżeli publiczność będzie wiedziała, że bohater mógłby wygrać, gdyby tylko chciał". Aby więc zatryumfować w oczach odbiorców, bohater grany przez Clinta Eastwooda w "Gran Torino" nie musi wymierzać sprawiedliwości rzeczywistą bronią. Wystarczy, że dłoń uformuje na kształt pistoletu i tym wyimaginowanym uzbrojeniem odda strzały w swoich przeciwników. Pokonywanie ekranowych rywali wpisane jest przecież w wizerunek Eastwooda. Rocky Balboa może zejść z ringu bez zwycięstwa, skoro swoimi heroicznymi walkami i szlachetnością dał wyraz postawie godnej mistrza.

gran1.jpg

"Gran Torino"

Słynna sekwencja treningowego biegu i gestu uniesionych rąk Rocky'ego na schodach Muzeum Sztuki w Filadelfii stała się zresztą częścią ikonografii kina, w której szeroko rozumiany tryumf nad ludzkimi ograniczeniami i przeciwnościami losu jest przewodnim motywem. Bliski jest on zakorzenionemu w kulturze amerykańskiej mitowi osób "większych niż życie", zdeterminowanych w dążeniu do celu i robiących zawrotne kariery od pucybuta do milionera. Estetyka podejmującego ten temat "Obywatela Kane’a", jednego z najbardziej inspirujących filmów w dziejach kinematografii, koncentruje się na wydobyciu monumentalności wzlotu i upadku tytułowego potentata medialnego. Organizatorzy tegorocznej olimpiady w trakcie ceremonii otwarcia i całych igrzysk nawiązywali do sceny nadmorskiego biegu bohaterów filmu "Rydwany ognia", ilustrowanej popularnym utworem muzycznym Vangelisa. Zwycięstwo cywilizacyjnego rozwoju nieco ironicznie ukazuje elipsa czasowa z "Odysei kosmicznej 2001", w której podrzucona przez małpę kość zamienia się w statek kosmiczny. "Jestem królem świata" na dziobie Titanica triumfalnie wykrzykują Rose i Jack z filmu Jamesa Camerona. Ikonografia życiowej klęski natomiast zaskakująco często wykorzystuje postać świętego Mikołaja. Kino sugeruje, że egzystencjalnym dnem jest przywdziać kostium brodatego dobroczyńcy, aby dokonywać niecnych występków ("Krwawe święta", "Nieoczekiwana zmiana miejsc", "Zły Mikołaj"). Prezentowanie wygranej postaci bywa zazwyczaj kulminacyjnym momentem akcji i wiąże się z silnym przekazem emocjonalnym. Kicz i patos w tym miejscu stanowią dla twórców ciężką pokusę do odparcia, szczególnie gdy w grę wchodzi realizacja filmu epickiego. Ileż to razy przeżywanie osiągnięć bohaterów psuła wprowadzona przez autorów w finale pompatyczna tonacja, jak np. w kontrowersyjnym z racji swej spektakularności właśnie zakończeniu "Listy Schindlera". Z drugiej strony spontaniczny, uczuciowy odbiór sukcesów i porażek postaci to przywilej widza. Masowa publiczność domaga się oglądania na ekranie wielkich dramatów, efektownych triumfów i klęsk. Świadectwem doskonałego wyczucia tychże oczekiwań przez Hollywood jest uroczy, choć absurdalny w kontekście książkowego pierwowzoru finał "Śniadania u Tiffany’ego".

91c3761308d639e51521e72a31b0ab4e5bb2ed10c85539648fa370ac.jpg
 
trading_places_review.jpg

"Zły Mikołaj" / "Nieoczekiwana zmiana miejsc"

Inaczej na ogół ujmują ideę wygranej i przegranej filmy reprezentujące kino autorskie i nowofalowe. Tradycyjne wartości poddawane są tutaj krytyce, brakuje jednoznacznych kryteriów przesądzających o ewentualnym zwycięstwie czy porażce postaci. Chodzi o egzystencjalną refleksję, prowadzenie dialogu o sprawach fundamentalnych i odwlekanie rozstrzygnięć partii szachów ze Śmiercią ("Siódma pieczęć"). Dominują tzw. otwarte zakończenia, które widzowi pozostawiają ocenę losów protagonisty. Nowofalowi bohaterowie są nihilistami i odmawiają uczestnictwa w wyścigu szczurów. Jak Andrzej Leszczyc z filmów Skolimowskiego nie mają wobec rzeczywistości specjalnych roszczeń, więc ich postawę charakteryzuje oddanie walki walkowerem. Polskie kino autorskie spoglądało zresztą na triumf i klęskę przez pryzmat tradycji romantycznej. Maciek Chełmicki z "Popiołu i diamentu" czy Adaś Miauczyński z filmów Koterskiego są poniekąd tragicznymi ofiarami tej tradycji. Rzeczywista, indywidualna życiowa wygrana nie jest im dana, ponieważ czują się zobowiązani patriotyczną Misją na rzecz narodu. Z hollywoodzkim triumfalizmem kontrastują wizje zwycięstw i porażek prezentowane przez egzotyczne kinematografie. Dla 8-letniego bohatera irańskiego filmu "Dzieci niebios" upragnionym sukcesem jest osiągnięcie 3. miejsca w wyścigu, za które można otrzymać parę butów.

ojciecchrz.jpg
 
pieskie.jpg

John Cazale w "Ojcu Chrzestnym II" i "Pieskim popołudniu"

Postmodernistyczne kino bawi się natomiast obrazem świata jako terenu nieustającej gry. W kreowaniu takiego modelu rzeczywistości lubuje się zwłaszcza David Mamet. U twórcy m.in. "Domu gry" i "Skoku", role wygranego i przegranego są tylko tymczasowe. Wszyscy są oszustami, którzy dążą do kolejnego fortelu na przeciwniku. Przyjacielem i ulubionym aktorem Mameta jest William H. Macy – odtwórca specjalizujący się w rolach nieudaczników i ofiar losu. W filmie "Cooler" Macy występuje w roli pracownika kasyna, którego zadaniem jest wręcz sprowadzanie pecha na tych, którym akurat sprzyja fortuna. Niewielu jest w światowym kinie aktorów, którzy mają odwagę świadomie operować wizerunkiem wiecznego przegranego. Należał do nich przedwcześnie zmarły John Cazale ("Ojciec Chrzestny", "Pieskie popołudnie", "Łowca jeleni") i w pewnym sensie Chaplin wcielający się w postać trampa. Polskim kandydatem do tej kategorii aktorów może być Olgierd Łukaszewicz, bodajże rekordowo często w kinematografii cierpiący i umierający na ekranie. Jeszcze trudniej wskazać aktorkę o emploi kobiety ponoszącej klęskę, choć poświęcono temu tematowi liczne filmy, jak "Kobieta samotna" czy "Pianistka". Tragiczne rysy mają biografie żeńskich gwiazd, ale rzadko ich wizerunki. Co oczywiste bowiem, niezależnie od płci gwiazdy uobecniać chcą triumf nad pospolitością i niepowodzeniem.

Większość bohaterów filmowych, zarówno tych wygrywających na ekranie, jak i przegrywających, uczy nas pogody ducha i wiary w lepsze jutro. Grek Zorba w obliczu klęski zachęca do akceptacji wyroków losu, powiedzenia "jaka piękna katastrofa" i tańca wyrażającego radość z życia. W filmie "Dawno temu w Ameryce" przyjaciel Noodlesa mówi, że postawiłby na niego wszystko, co ma. Gangster grany przez Roberta De Niro odpowiada gorzko: "przegrałbyś". W ostatniej scenie filmu jednak tajemniczo uśmiecha się wprost do kamery – do widza. Czy to nie spłata długu wobec publiczności, która postawiła na niego swoje emocje i pragnie odszukać w jego porażkach triumf?

zobacz też: