Wywiad

Lubię być samotny - wywiad z Jerzym Stuhrem

Filmweb / autor: , /
https://www.filmweb.pl/article/Lubi%C4%99+by%C4%87+samotny+-+wywiad+z+Jerzym+Stuhrem-53540
Publiczność kocha nieprzerwanie Jerzego Stuhra od kilkudziesięciu lat. Jego role w filmach Kieślowskiego, Falka i Machulskiego otoczone są dziś kultem. Wystarczy wspomnieć Maksia z "Seksmisji", który przez łzy stwierdza: "Kobieta mnie bije". Albo Filipa Mosza - w finale "Amatora" kierującego na siebie kamerę. Można zaryzykować stwierdzenie, że gdyby polskie kino mogło mieć twarz, byłaby to najprawdopodobniej twarz Stuhra.

Łukasz Muszyński i Marta Brzezińska rozmawiają z krakowskim aktorem między innymi o aktualności kina moralnego niepokoju, jego stosunku do krytyki filmowej oraz młodych, pięknych i bardzo zdolnych aktorkach, które zaczynają grać w komediach romantycznych.  


ŁM: W trakcie "Lekcji kina" dla widzów festiwalu Dwa Brzegi mówił Pan o filmowych grzechach. Który z nich uważa Pan za największy w swojej dotychczasowej karierze?

Jerzy Stuhr: (Chwila milczenia) Jak mnie opuszczała odwaga twórcza. To zawsze jest duży grzech, bo wiesz dokładnie, w którą stronę powinieneś iść, a pod różnymi presjami, często bardzo przyziemnymi, rezygnujesz z tego. Nie miałem wielu takich okazji, gdyż bardzo się pilnuję. Robię filmy tylko wtedy, kiedy tego zapragnę. Nie jestem reżyserem zawodowym, który po jednym filmie robi następny. Tę pomyłkę staram się eliminować, ale czasem mnie dopada. Film jest, niestety, materią tak związaną nie tylko z twórcą, ale i producentami, pieniędzmi, dystrybucją, że z tej pułapki czasem trudno się wyzwolić.  Czasem grzeszyłem też jako aktor zbytnim poddaniem się publiczności. Wiedziałem, co jest śmieszne, co bawi tę publiczność.  Czasem się powtarzałem w tym.  Tak to jest, zwłaszcza w filmach lżejszych, gdzie człowiek stara się raczej rozbawić  innych, a nie dać im czegoś do myślenia. Ale jak mówię: nie jestem aktorem, który tylko temu poświęcił życie. W związku z tym, na szczęście, dzisiaj mogę to już regulować. Robię to, co chcę.

MB: Chciałabym zapytać o kino moralnego niepokoju...

JS: Dawno to było...

MB: Kiedy oglądam te filmy, to, choć powstały one dawno temu, a rzeczywistość społeczno-polityczna zmieniła się, wciąż odczuwam je jako bardzo aktualne.

JS: Też tak myślę, proszę pani. Dzisiaj jest czas na moralny niepokój. Oczywiście on nie jest skierowany przeciwko władzy, bo wtedy był jasny adresat, jednak nie można było całkowicie go skrytykować. Filmy nie ujrzałyby wtedy światła dziennego. Wybierało się więc zastępcze rzeczy, ale ten nurt kina opisywał dokładnie nasz stan ducha. To nie tak, że krytykowaliśmy kogoś, ale właśnie siebie samych. To co jest chyba najcenniejsze, co pozostało z tego nurtu: że myśmy o sobie opowiadali, jak poddawani byliśmy indoktrynacji i gięciu kręgosłupa moralnego. To był nasz kompleks. Druga rzecz: w tych filmach, jak grałem, bardziej zależało mi na uczestniczeniu w grupie niż na zagraniu roli. Paradoksalnie, te kreacje okazywały się najlepsze. Cały wysiłek wkładałem w przynależność – że my jesteśmy razem: Kieślowski, Agnieszka Holland, Feliks Falk, Tomasz Zygadło, Piotr Szulkin. Podobnie młodzi aktorzy, jak Krystyna Janda i Jerzy Radziwiłowicz. Myśmy chcieli uczestniczyć w tej grupie, a nie, że role jakieś będziemy grać i pieniądze zarabiać. Przecież pracowaliśmy prawie za darmo! To był nasz żywioł.
Potem, jak sam zacząłem robić filmy, ciągle oscylowałem wokół tego tematu: gdzie człowiek czuje się zgnębiony, gdzie czuje, że łamie kryteria i zasady, według których należałoby postępować. Nagle się okazało, że czterdzieści lat później dalej jest to aktualne.  Gdzie się sobie sprzeniewierzam, w imię jakich racji? Myślę, że tę ścieżkę mogę sobie dalej drążyć. Nikt nie wkracza specjalnie na to pole, w związku z tym czuję się wolny. Czasem się to udaje lepiej, czasem gorzej, ale nikt mi nie może zarzucić, że nie jestem sobie wierny. Jeżeli przyjdzie mi zrealizować jeszcze jeden film, na pewno w tym kierunku będę podążał. U mnie zmienia się myślenie tylko pod tym względem, że widzę te zmagania z własną moralnością coraz bardziej komediowo. Nagle widzę wszystko w krzywym zwierciadle, ale to raczej zdrowe, że już się nie przejmuję tym tak bardzo. Gdybym miał się dzisiaj zwrócić w kierunku jakiegoś mistrza z dawnych lat, byłby to Andrzej Munk.  Jak kilka lat temu na festiwalu w Wenecji zrobiono przegląd jego filmów, spotkał się on z ogromnym, wspaniałym przyjęciem. Ja to oglądałem, czytałem artykuły i myślałem, że to nie jest tak daleko. Ludzie ciągle chcą zobaczyć takiego bohatera, który jest pokręcony, i z władzą nie może sobie poradzić, i z historią. Umieć to zrobić w sposób komediowy... Naprawdę, taki wysiłek chciałbym jeszcze podjąć w życiu.

ŁM: Innym mistrzem, ale i przyjacielem był dla Pana Krzysztof Kieślowski. Myśli Pan, że jego twórczość, szczególnie ostatnie filmy, "Podwójne życie Weroniki" oraz trylogia "Trzy kolory", przetrwały próbę czasu? W tekstach polskich krytyków na nowo zaczęły pojawiać się złośliwe docinki pod adresem tych tytułów. Nasi "uczeni w kinie" nigdy nie mieli dobrego zdania o metafizycznych wędrówkach Kieślowskiego, ale ich olbrzymi międzynarodowy sukces był przez pewien czas kneblem dla malkontentów.

JS: Wie pan, to znowu takie myślenie polskie i zagraniczne. Zagranicą tylko te filmy funkcjonują. Ja tam jestem znany z "Białego", proszę pana.

ŁM: I "Dekalogu X".

JS: Dokładnie. A jak muszę tam tłumaczyć, że był jeszcze taki film jak "Amator", to grzebią w pamięci i słabo im to wychodzi. Już nie mówię o innych tytułach: "Spokój", "Blizna". W ogóle bardzo się dziwią na Zachodzie, że ja byłem najczęściej grającym u Kieślowskiego aktorem na świecie – w siedmiu filmach wystąpiłem. Nie może im się to w głowie pomieścić. Estetyka, którą Krzysztof obrał w ostatnich latach, była lepiej przyjmowana tam niż tu. Mimo to, uważam, że Kieślowski był największym twórcą w ostatnich trzydziestu latach, gdybyśmy chcieli oceniać postaci kobiece, które opisał w swoich filmach.  Nie było takiego twórcy, który tak wnikliwie, z taką miłością i uwagą przedstawiłby kobietę, jak w wymienionych przez pana tytułach: "Weronika", "Niebieski", "Czerwony".

ŁM: To samo z bohaterkami "Dekalogu", na przykład Grażyną Szapołowską z szóstego odcinka i Krystyną Jandą z "dwójki"...

JS: To był utwór bezdyskusyjny, w Polsce słabo przyjęty. Pamiętam taką rozmowę w telewizji, gdzie powiedziano, że to jeden z najgorszych seriali w historii kina polskiego. I ten biedny Kieślowski, który tego wysłuchiwał w ciszy swojego mieszkania... Nie zazdroszczę mu.  Pamiętam, że w niedzielę zawsze szedł odcinek i w poniedziałek w szkole pani dyskutowała o nim na lekcji polskiego z klasą mojego syna, który debiutował tam przecież – to był ten chłopiec, co znaczki sprzedał! A potem Maciek ogląda w telewizji dyskusję ze mną, gdzie mówią, że "Dekalog" to jeden z najfatalniejszych, i tak dalej... Pseudofilozoficzne dywagacje dyletantów... No takie epitety.

ŁM: No właśnie. Pański stosunek do krytyki filmowej nie jest chyba najcieplejszy. W Pana wypowiedziach często można znaleźć różne kąśliwe uwagi...

JS: Ja do krytyki jestem przyzwyczajony, ale walczę z dyletanctwem. Śledzę wszystko, gdzie się pomylą, gdzie napiszą nieprawdę. Bo ktoś nie obejrzał do końca, przespał. To ich ścigam, a oni mnie potem... (śmiech) To boli takiego wybitnego krytyka z "Gazety Wyborczej", jak się mu zarzuci, że przespał pół filmu i pomylił postaci.

MB: Wracając do kina moralnego niepokoju, chciałabym zapytać, kim mógłby być dzisiaj Lutek Danielak?

JS: Mógłby być prezesem telewizji. To był przecież zdolny człowiek, miał zadatki… To właśnie był cały dylemat, że nie robił kariery jakiś "ogryzek", który się do tego nie nadaje. On się bardzo dobrze do tego nadawał.  Dużym plusem tego filmu było, że ja zostałem obsadzony w roli, w której byłem piekielnie wiarygodny, że ja to potrafię robić. Zresztą po "Wodzireju" miałem same propozycje prowadzenia zabaw, nie kolejnych ról filmowych, tylko prowadzenia zabaw. A jak ja mówiłem: "Ale panowie, wy wiecie, co tam było w tym filmie?", to odpowiadano: "Nieważne, Panie Jerzy, Pan to tak udatnie…". To był dylemat, że ten człowiek w innych warunkach, w innych okolicznościach, w innym systemie wartości mógł być naprawdę wartościowym człowiekiem, nie musiał wykańczać kolegów po kolei… To chyba najciekawsze pytanie tego filmu w tamtych czasach. I jak czasem pokazuję "Wodzireja" moim studentom, już bardzo młodym ludziom, oni go dobrze odbierają, ciągle dla nich to jest film, a nie historia, "Wodzireja" w dalszym ciągu ogląda się jak film.  Cieszę się, bo tak rzadko film przechodzi do historii… To jest takie niezwykle rzadkie…Film jest jak łątka, mija z czasem, ale niektóre zostają, i tak jest chyba w tym przypadku.

ŁM: W jakiej roli czuje się Pan dziś najlepiej: aktora, reżysera, nauczyciela?

JS: Nauczyciela, choć trochę jest to męczące, zwłaszcza nauczanie aktorów, czyli powtarzanie tyle lat tych samych zasad, które są niezmienne, by osiągnąć wiarygodność i przekonać drugiego człowieka ze sceny czy z ekranu. Natomiast bardzo lubię pedagogikę na reżyserii na UŚ w Katowicach, gdzie uczę młodych reżyserów, opiekuję się ich pracami absolutoryjnymi, od scenariusza aż po montaż, gdzie jestem ich opiekunem artystycznym.  I to zajęcie bardzo lubię, jest to też dla mnie ważne, dowiaduję się o ich estetyce, jak oni myślą…

ŁM: Czy nie jest Panu trochę czasami żal, że młode aktorki, którym dał Pan szansę występu w swoich filmach, potem grają w komediach romantycznych i serialach?

JS: Wczoraj czytałem, że Karolina Gorczyca gra jakąś modelkę w filmie…

ŁM: Film nazywa się "Miłość na wybiegu". Nie ma Pan zastrzeżeń do ich decyzji?

JS: Bardziej co do Kasi Maciąg, bo to była bardzo zdolna osoba…Ale ja nie mogę decydować o ich wyborach, to by była za duża ingerencja w ich osobowości. Kiedyś Kasia Maciąg zwróciła się do mnie, jak jeszcze pracowała ze mną, żebym jej doradził. Wiecie, jak jej odpowiedziałem? – "Kasia a ty potrzebujesz pieniędzy, czy chcesz zrobić rolę, bo ja to muszę wiedzieć…Jeśli tobie potrzeba pieniędzy, to moje porady są bez znaczenia…". Jeszcze wymienił Pan akurat dwie ładne dziewczyny…

ŁM: Mieliśmy okazję podziwiać wdzięki Kasi Maciąg i Karoliny Gorczycy w Pana filmie "Korowód".

JS: No widzi Pan, to są piękne kobiety. Przepraszam najmocniej, ale ta uroda przecież nie będzie trwała wiecznie, one muszą to wykorzystać. A ja jako stary pedagog, muszę też patrzeć pod tym kątem, może to jest właśnie ich pięć minut, może w takich filmach a nie innych, nie wiadomo. Z jednego się cieszę, że dużo pracują… Kiedy oglądałem film "33 sceny z życia", w którym grała Małgorzata Hajewska-Krzysztofik, byłem dumny, że taką artystkę gdzieś dotknąłem w młodości, kierując ją w tym a nie innym kierunku. Albo jak widzę Janka Frycza, który też był moim studentem, w kreacjach takich, że dech zapiera… Niestety to jest tak w tym zawodzie, że wypuszczasz ich na rynek, i oni muszą sami decydować. To są ich wybory.  

MB: Jak pracuje Pan z młodymi ludźmi? Jakie postawy obserwuje Pan wśród nich? Młodzi wybierają aktorstwo z myślą o karierze i pieniądzach, czy szukają możliwości rozwoju…

JS: Obejmuję grupę 10 osób i prowadzę ją (teraz krócej ze względu na moje administracyjne obowiązki rektorskie), i już po miesiącu widzę tam trzech artystów, a resztę sprawną do zawodu aktora. I wtedy muszę dokonać wyboru, zresztą z ich jakby aprobatą, że  tę resztę przyuczam do zawodu, a tę trójkę wtajemniczam. I prowadzę ich już inaczej, inny repertuar im proponuję, inaczej z nimi pracuję, a resztę muszę nauczyć szermierki, fechtowania, jazdy na koniu... Potem taki pójdzie do reklamy, spadnie z konia i będzie do mnie miał pretensje, że go nie nauczyłem na koniu jeździć (śmiech). To też są aktorzy. Dokonuję takiego podziału, moi koledzy też tak pracują, jednych się wtajemnicza, a innych się przyucza…

ŁM: Porozmawiajmy o nowym filmie z Pana udziałem, czyli "Mistyfikacji". Obraz reżyseruje Jacek Koprowicz, z którym pracował Pan w latach 80. przy prawdopodobnie jedynym udanym polskim horrorze, "Medium". Wciela się Pan w "Mistyfikacji" w Witkacego. Jaki będzie słynny skandalista według Jerzego Stuhra?

JS: Żebym ja to wiedział! Wczoraj zadzwonił reżyser, że film jest po montażu, ale nie ma pieniędzy na udźwiękowienie, tak że realizacja jest zawieszona na razie, ale jest już obraz. Reżyser mówi, że jest zadowolony, ale nie wiem, może chce mi zrobić przyjemność… Muszę to zobaczyć. W każdym razie dużo w tym filmie ryzyka, takiego, co nawet trudno kojarzyć z moim wiekiem… Jest tam parę ryzykownych scen z mojego punktu widzenia i powagi, która należna jest mojemu wiekowi, no, ale to Witkacy, i może to jest usprawiedliwienie (śmiech). Oraz to, że rzeczywiście w ten film włożyłem wszystkie moje doświadczenia praktyczne związane z Witkacym. Był autorem najczęściej przeze mnie eksplorowanym, grałem chyba w siedmiu sztukach Witkacego, u największych reżyserów, od Jarockiego po Grzegorzewskiego… We Włoszech robiłem Witkacego, grałem w nim, całe życie ten Witkacy gdzieś mi towarzyszy, jego mentalność gdzieś z moją się zrosła, mentalność artystyczna, oczywiście… A tu dodatkowo miałem łatwość taką, że Witkacy w tym filmie jest tworem wyobraźni, w związku z tym po raz pierwszy byłem zwolniony z podporządkowania się relacji przyczyna-skutek, typu: "zrobiłem to, teraz muszę tamto", jak żywy człowiek. Ale mogłem sobie improwizować, jak mówią Włosi: "na wolne koło"...

MB: Jest Pan urodzony do aktorstwa, nie wyobrażam sobie Pana poza filmem i teatrem, ale ukończył Pan polonistykę... Gdyby nie aktorstwo, to co?

JS: Pisałbym. W ogóle żałuję, że tak się nie stało. Sfera wolności artysty – dopiero teraz to zauważam – w pisaniu jest o wiele większa. Dużo mi to sprawia satysfakcji – ta wolność… Aktorstwo i reżyseria, zwłaszcza filmowa, to są rzeczy, gdzie związany jesteś z innymi, nie od ciebie tylko zależy twój sukces, i to już ogranicza, krępuje… Oczywiście, brawa widowni są czymś przepięknym, podziękowanie za to, że dałeś im, w jakiś sposób, trochę szczęścia, przelotnie, na chwilkę, jak łątka… Ale to mija, potem wracasz do pustej garderoby i jesteś sam… A pisanie to jest coś pięknego, to jest taka wolność, której jako aktor i reżyser nigdy nie zaznałem.

MB: Ale pisanie też wiąże się z pewnym rodzajem samotności…

JS: Ale ja lubię być samotny. Mnie tak życie się ułożyło, że całe życie spędzam wśród ludzi, że dla mnie samotność jest terapią, lubię być sam, nie przeszkadza mi to. Więcej się nawet mogę zdyscyplinować wewnętrznie, kiedy jestem sam. No, a może to starość też już? "Dajcie mi spokój" – mówię… (śmiech). Czasem mam tak, że włączę telewizor, patrzę, a tam jakieś gale, koledzy, coś tam… i tak myślę, że dobrze, że mnie tam nie ma.
Udostępnij: